**Najbardziej rajcują autorów Kaczorowego projektu konstytucji
prerogatywy prezydenta, czyli zakres władzy dla brata bliźniaka
Lecha, w którego zwycięstwo wyborcze nie wątpią. Art. 6 poświadcza
wprawdzie zasadę podziału i równowagi władz ustawodawczej,
wykonawczej i sądowniczej. Za chwilę złudzenie pryska i ustęp 3 tego
artykułu przyznaje prezydentowi, który obecnie wraz z rządem
sprawuje władzę wykonawczą, stanowisko iście monarsze, poza i ponad
trójpodziałem władzy. W ślad za tym idą konkretne uprawnienia
prezydenta. Nie tylko – jak dotychczas – powołuje premiera i na jego
wniosek ministrów, może również odmówić powołania na te stanowiska
konkretnej osoby, nawet jeśli będzie ona miała mandat sejmowej
większości. Uzyskuje prawo do rozwiązywania parlamentu wedle
własnego uznania, a nie tylko w szczególnych przypadkach przez
konstytucję teraz przewidzianych. Otrzymuje też prawo rządzenia
dekretami, o czym marzył Wałęsa, czyli wydawania rozporządzeń z mocą
ustawy. Sejm takie ustawy zatwierdzałby lub uchylał, ale nie mógłby
ich zmieniać i poprawiać. Taka praktyka daje w ręce prezydenta silne
narzędzie nacisku lub wręcz szantażu wobec parlamentu.
Od prezydenta zostałyby uzależnione radio i telewizja, przede
wszystkim publiczne, ale pośrednio także prywatne. Na miejscu
obecnej Rady ds. Radiofonii i Telewizji (z jej uprawnieniami)
powstałby urząd powoływany przez prezydenta.
We władzy prezydenta znalazłoby się także sądownictwo. Sędziów
powoływano by wprawdzie tak jak dotychczas – na wniosek Krajowej
Rady Sądownictwa – ale jej skład byłby całkiem inny. Przeważaliby
urzędnicy, a przewodniczyłby sam prezydent. Jeśli zamysł Kaczyńskich
się powiedzie, będzie koniec z nieusuwalnością sędziów. A bez tej
zasady – jak wiadomo – niezawisłość sądów staje się iluzoryczna.
Prezydent otrzyma prawo usuwania sędziów z urzędu bez sądu
dyscyplinarnego. Będzie inaczej niż w całej Europie. Nie tylko pod
tym względem.”>
www.nie.com.pl/art5771.htm