Nic tak nie gorszy, jak prawda - mawiał Stefan Kisielewski. I rzeczywiście.
Kiedy w felietonie wygłoszonym na antenie Radia Maryja 26 marca br.
poinformowałem o grudniowej wizycie w Polsce przedstawiciela izraelskich władz,
domagającego się spacyfikowania Radia Maryja oraz o kolejnej wizycie w Polsce
dyrektora Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, pana Dawida Harrisa, który 16
marca br. domagał się realizacji żydowskich roszczeń majątkowych i uzyskał
obietnicę, że nastąpi to "jeszcze w tym roku", Rada Etyki Mediów wydała
oświadczenie, w którym zarzuciła mi posługiwanie się "językiem nienawiści",
operowanie "słabo udokumentowanymi twierdzeniami" i "prymitywnymi antysemickimi
określeniami". O co Radzie chodziło konkretnie - tego dokładnie nie wiem,
ponieważ nie otrzymałem od niej żadnego pisma, mimo prośby złożonej
telefonicznie znanemu mi osobiście członkowi Rady, panu red. Maciejowi
Iłowieckiemu. Z zacytowanych przez media fragmentów dowiedziałem się, że chodzi
m.in. o określenie "przemysł Holokaustu" i "holokaustowa industria", a także
słowa "Judejczykowie". Rada Etyki Mediów oczywiście wie, że określenia "przemysł
Holokaustu" czy "holokaustowa industria" są używane w książkach prof. Normana
Finkelsteina, który zdemaskował postępowanie żydowskich organizacji nękających
różne kraje w celu wydobycia od nich pieniędzy tytułem "odszkodowań" za
wymordowanie Żydów przez Niemców, ale daje do zrozumienia, że "co wolno
wojewodzie, to nie tobie smrodzie". Pan prof. Finkelstein może sobie mówić i
pisać, jak mu się tam akurat podoba, bo jego o "antysemityzm" oskarżyć
niepodobna, ale już Stanisławowi Michalkiewiczowi - wara. Kładę to na karb
nadgorliwości członków Rady Etyki Mediów, bo najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy
z tego, iż w ten sposób przyznała się do stosowania kryteriów rasowych w
dozowaniu wolności słowa. Stwarza to oczywiście mimowolny efekt komiczny, na
który nic już oczywiście poradzić nie mogę.
Zresztą nie jedyny i nie tylko z tego powodu. Rada Etyki Mediów napiętnowała
również użycie przez mnie określenia "Judejczykowie", jako "antysemickiego", a
pewnie też i "nienawistnego". Jak oskarżać, to oskarżać! Tymczasem określenie
"Judejczykowie" to cytat z wiersza... Juliana Tuwima. Otóż Tuwim pisał kiedyś,
jak to rozmaici poeci napisaliby wierszyk "Nie rusz Andziu tego kwiatka,/ róża
kole, rzekła matka / Andzia mamy nie słuchała / ukłuła się i płakała". Więc
Adolf Nowaczyński, zdaniem Tuwima, napisałby tak: "Gdy Czech żelazem pracuje i
stalą, / To u nas kwitną złotych śnień ogrójce / Płodzą się poezjanci i
przemysłobójce / Judejczykowie falą na nas walą..." i tak dalej. No proszę!
Julian Tuwim, jako prekursor "języka nienawiści"! A to ci dopiero siurpryza! A
przecież ten utalentowany poeta pisał wiersze, które Rada Etyki Mediów ze
strachu pewnie spaliłaby przed przeczytaniem. Np. wiersz pod tytułem "Bank":
"Jak czarne włochate kulki / Po banku toczą się srulki. / Skaczą, skaczą nad
biurkiem / targuje się srulek ze srulkiem. / Srulek srulkowi uległ / i biegnie
do kasy srulek. / Liczy drżącymi palcami / i zmyka przed srulkami / W
klubzeslach z dala od kasy / siedzą srule grubasy. / Srulki z uśmiechem lubym /
kłaniają się srulom grubym. / A w głębi - w ciszy - wielki jak król / Duma sam
główny Srul".
Kiedy Tuwim to pisał, Polska była wolna również w tym znaczeniu, że nie pojawiły
się w niej żadne samozwańcze guwernantki, uważające się za uprawnione do
dyktowania ludziom, jak im wolno myśleć i mówić, a jak nie. "Jeszcze się przed
cenzorskim nie trzęsły obliczem łazienkowskie satyry, śpiewając z Kudliczem".
Dlatego kultura stworzona w okresie międzywojennym, właśnie dzięki swojej
autentyczności, jest dla nas niedościgłym wzorem również i dzisiaj.
Ale przecież - powiedzmy sobie szczerze - Radzie Etyki Mediów nie chodzi ani o
kulturę języka, ani o prawdę. Zarzuca mi np. że moje stwierdzenia są "słabo
udokumentowane". A przecież piszę o sprawach powszechnie znanych z prasy
polskiej i zagranicznej! Nie jest żadną tajemnicą, że w 1994 r. na skutek
kontrolowanego przecieku do amerykańskiej prasy listu ośmiu wpływowych polityków
do ówczesnego sekretarza stanu Warrena Christophera dowiedzieliśmy się, iż jeśli
Polska nie zadośćuczyni roszczeniom żydowskim, to być może będzie musiała
pożegnać się z nadziejami na członkostwo w NATO. Nie jest żadną tajemnicą, że w
kwietniu 1996 roku pan Izrael Singer, ówczesny sekretarz Światowego Kongresu
Żydów zagroził, że jeśli Polska nie zadośćuczyni żydowskim majątkowym
roszczeniom prywatnym, to "będzie upokarzana na arenie międzynarodowej". Nie
jest żadną tajemnicą, że akty takiego "upokarzania" miały miejsce. Nie jest
żadną tajemnicą, że już w trzy dni po akcesyjnym referendum w 2003 r. pojawił
się w Polsce pan Harris i w towarzystwie ambasadora USA odwiedził premiera
Millera i prezydenta Kwaśniewskiego, domagając się realizacji "rekompensat". Nie
jest żadną tajemnicą, że szacunkowa kwota tych roszczeń oscyluje koło 60 mld
dolarów. Jaka zatem "dokumentacja" zadowoliłaby Radę? Czy mam jeszcze narysować
obrazek?
W swoim felietonie nazwałem pana Singera naszym "wrogiem". To jest określenie
ścisłe. Pan Singer w 1996 r. wypowiedział Polsce, a właściwie nie tyle Polsce,
co Narodowi Polskiemu wojnę psychologiczną, której stawką jest międzynarodowa
reputacja naszego narodu. W języku polskim, nie w żadnym "języku nienawiści",
każdego, kto Polsce wypowiada wojnę, nazywa się "wrogiem", a jakieś bardziej
pieszczotliwe określenia mogłyby się nasunąć chyba tylko w jakimś ostrym ataku
żydofilii.