Czytałam kiedyś reportaż o młodych, wykształconych kobietach, które zdecydowały
się na macierzyństwo. Jedna z nich, zapytana, jaki moment w życiu jest
optymalny na urodzenie pierwszego dziecka, powiedziała, że n i g d y nie ma
takiego momentu, bo zawsze jeszcze można się dokształcić, coś zwiedzić, czegoś
się dorobić, coś osiągnąć w życiu zawodowym. I chyba sporo racji jest w
końcówce artykułu, że chodzi tu nie tylko o pieniądze, lecz również o hedonizm.
Miałam w pracy koleżankę, 28-letnią mężatkę. Jako nauczyciel kontraktowy po
licencjacie rzeczywiście zarabiała niewiele, ale właśnie kończyła studia
magisterskie i robiła mianowanie, więc w niedalekiej perspektywie miała
znaczącą podwyżkę płacy. Kiedyś powiedziała mi w szczerej rozmowie, że
właściwie nie wie, czy by jej się chciało zajmować dzieckiem, bo ona lubi sobie
dłużej pospać, spokojnie się ubrać i umalować, wieczorem pójść na dyskotekę.
Ktoś w innym poście napisał, że kobieta sama wie najlepiej, kiedy i ile chce
mieć dzieci. A ja nie jestem o tym przekonana - wydaje mi się, że w ostatnich
latach kobiety są pod presją konsumpcyjnego stylu życia i konieczności robienia
kariery i zwyczajnie tłumią w sobie instynkt macierzyński, bo trudno uwierzyć,
że wyparował w ciągu jednego pokolenia. Jeszcze 20 lat temu wykształcone,
pracujące kobiety rodziły przeciętnie dwójkę dzieci i w ogóle nie robiły z tego
wielkiej sprawy, a wcale nie było wtedy dobrobytu.