Re: Jejku! To szokujące. Zapewne od tradycyjnego
Autor:
kowja
16.09.06, 17:29
Ja nie dyskutuję ze stanem faktycznym tylko zgłaszam pewną tezę: a mianowicie
> taką, że ludzie decyzję o chrzcie powinni podejmować świadomie, tak jak
pierwsi
> wyznawcy Jezusa zresztą.
> Zgadzasz się?
W naszych warunkach tak, ale jest to kwestia organizacyjna w Kościele, a nie
problem wiary. Jednak moja zgoda wynika z innych względów. Mało jest bowiem
świadomych rodziców, którzy podejmując się wychowania dzieci dobrze to robią...
> Popełnili wiele błędów, a część została im narzucona pewnymi nakazami
społeczny
> mi.
Zawsze są jakieś zakazy i nakazy. I czy chcesz, czy nie musisz ich
przestrzegać...
> Antyteiści to w często ateiści, choć niekoniecznie jest odwrotnie.
> Jeśli mamy się trzymać zasad logiki, to zacznijmy od sprecyzowania z czyhm
> ewentualnie walczę. Jeśli już z czymś, to z ludzką naiwnością, a tym jest dla
> mnie podporządkowanie życia bóstwu, które jest miłością(przyznam, że to
> twierdzenie budzi we mnie szczególny wstręt). Czytam, obserwuję świat, słucham
> różnych stron w dyskusji o religii i nie potrafię pojąć jak można wierzyć w
> Boga. Wszystko co potrafię zaobserwować, przekonuje mnie, że to szczyt
naiwnośc
Trochę sam sobie przeczysz. Jeśli jesteś ateistą, to nie masz przedmiotu z
którym walczysz - chyba, że walka dotyczy instytucji Kościoła. ale jeśli
zwalczasz samą wiarę, to jesteś antyteistą, nie ateistą. Ateiście jest to
całkowicie obojętne (tak jak dla mnie istnienie plam na słońcu).
W nawiązaniu do Twojej walki z zabobonami... gdzie jest Twoja tolerancja?
Przecież nikt w tym kraju nie zmusza Cię do chodzenia do koscioła. A że inni to
robią? Pozwól im. Inaczej bedziesz podobny do dawnego systemu (religia to opium
dla ludu). To że nie potrafisz pojąć, to tylko Twój problem. Mnie obserwacja
świate, różne zdarzenia z życia wprost przekonują o istnieniu Boga...
> Podstawą waszej wiary jest Bóg, a Jego wizja jest bardzo niespójna. To On jest
> źródłem wszechrzeczy, a więc także tego czym dla Ciebie i Tobie podobnych,
jest
> religia. Zastanawiając się nad tym, trzeba najpierw ustalić istotę Boga. Ta
> jednak, ze względu na na korzenie, może być pojmowana wielorako. Jeśli oceniać
> pierwszy etap, czyli początki religii judaistycznej, to Jahwe jest
wojownikiem,
> a nie czułym i łagodnym bogiem. Jeśli NT, to właśnie wzór łagodności, jeśli
zaś
> popatrzeć na całość, to trzeba nieźle się nakombinować żeby ustalić jakąś
spójn wizję.
Nie podejmuję się wyjaśniać istoty Boga. Sw. Augustyn się juz na
tym przejechał. Dla mnie istotą Boga jest samo JEGO ISTNIENIE (JAHWE).
> Twierdzę, że nakazy religii pochodzą od ludzi, a nie od żadnej siły wyższej.
Po
> pierwsze Bóg nie jest potrzebny do wyjaśnienia wszechświata, po drugie dając
na
> m
> wolną wolę, nie może jednocześnie nakazywać i zakazywać, tak więc niezależnie
o
> d
> tego czy patrzę na problem z punktu widzenia wierzącego czy niewierzącego,
> wnioski wyciągam te same.
> Zresztą kwestie ślubów, wielożeśntwa etc, też nie są spójne w tej religii.
Jest
> to dla mnie kolejnym dowodem na to, że nakazy i zakazy są motywowane względami
> społecznymi.
Poruszasz i mieszasz wiele rzeczy jednocześnie. W życiu masz wiele kodeksów,
które Cię obowiązują. Zyjesz i nie myślisz o nich. Wiele zakazów i nakazów
wprowadzili ludzie, ale część pochodzi od Boga i jest wpisana w naszą naturę
(dekalog i prawa naturalne - 7 z 10 przykazań). Dla mnie jest wazne tylko
jedno - kochaj i czyń co chesz. Warunkiem jest jednak prawidłowo ukształtowana
osobowość (sumienie).
A odnośnie wolnej woli. Masz wolność wyboru dobra i zła. Nikt Ci nie nakazuje
czynić dobra. Za zło spotka Cię odpowiedzialność i tu (na świecie) i poza nim
(w wieczności). Oczywiście możesz nie wierzyć i liczyć, że masz rację.
> To znaczy, że jesteśmy istotami żyjącymi i spełniającymi się w społeczeństwie,
> ot i tyle. Tyle, że implikacje tego faktu już takie banalnie proste nie są,
ale
> twierdzę, że religiie są jedną z tych implikacji.
I niestety (dla Ciebie) jest to tylko jedno z wielu stanowisk (i wcale nie
najliczniejsze)
>
> Z Twojego punktu widzenia, to prawda. Jednak jeśli żaden bóg nie istnieje,
funt
> a
> kłaków warte to rozumowanie.
Dokładnie. I stąd słynny zakład Pascala. Jeśli Ty masz rację - posmierci nas
nie ma (ja na tym nic nie tracę). Ale jeśli to ja mam rację? Kto wtedy straci -
odpowiedź pewnie znasz...
> W myśl tej definicji, nie ma ateistów. By stwierdzić, że się w coś nie wierzy,
> trzeba najpierw zapoznać się z zagadnieniem. Mogę przyjąć taką definicję za
> obowiązującą, to tak naprawdę bez znaczenia, bo przecież nie zmienia to istoty
> sprawy. Zresztą jak inaczej te światopoglądy miałyby się ze sobą ścierać i
> przenikać, jeśli wierzący i nie wierzący nie zajmowaliby się wzajemnie swoim
> sposobem patrzenia na istnienie?
Dokładnie, czlowiek według pewnych kręgow filozoficznych jest "homo
religiosus" - permanentnie w coś (kogoś) wierzący. Możemy dyskutować nad
przedmiotem wiary, ale nie wolno nam obrażać innych za ich wiarę, odmawiać
prawa do niej (przecież sami nie jesteśmy lepsi i mądrzejsi). Wyjątkiem jest
taka wiar, która niszczy innego czlowieka (satanizm, wojujący islamizm itp)
Akurat Goethe nie jest dla mnie autorytetem moralny (przy całym szacunku dla
jego dorobku literackiego).
> Ja sobie tego nie życzę, ponieważ jeśli istnieje jakiś bóg i przypadkiem jest
> taki jak Jehowa, to ja nie chcę istnieć. Po prostu byt ten ma we mnie wroga.
A jesli to jest Bóg jakiego do tej pory nie znałeś, jeśli walczysz nie z
potworem, a Milosierdziem?