Kali bronić niezależności
Środa, 4 października (09:49)
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli dziennikarze zrobią coś, co
szkodzi partii przez większość ich środowiska nielubianej, to jest to przejaw
ich niezależności. Jeśli jednak inni dziennikarze napiszą coś, co potwierdza
tezy przez tę partię głoszone, to jednym chórem oskarża się ich, że pisali pod
czyjeś dyktando.
Ci sami, którzy wczoraj nie posiadali się z oburzenia, jak można insynuować
Morozowskiemu i Sekielskiemu jakiekolwiek inspiracje, dziś walą spod ręki
tytuły w rodzaju "zemsta PiS". To, że dziennikarze "Gazety Polskiej" mogli
zdobyć informacje samodzielnie i opublikowali je z własnej woli, w głowach się
nie mieści, bo wiadomo: ludzie z "Gazety Polskiej" są wstrętni, brudni i
niemoralni. Skąd wiadomo? Stąd, że nie są nasi. A skoro nasi są dobrzy, to nie
nasi - wiadomo.
Napisałem, powtórzę: prowokacja dziennikarska wchodzi w zakres zawodu i ma w
nim swoje miejsce. Miałem na ten temat takie samo zdanie, kiedy "Fakt"
podpuszczał ministra do podesłania służbowego wozu księdzu Rydzykowi albo kusił
europosłankę lewicy do wygłoszenia za grubszą forsę odczytu o polskim
antysemityzmie i nietolerancji - nie zmieniłem go i teraz.
Ale warto pamiętać, że begergate (wymawiać tak, jak napisane) jest zdarzeniem
dokładnie tego samego sortu. Jest to dziennikarstwo uprawnione, choć - między
nami dziewczynkami w damskiej toalecie - niezasługujące na najwyższy szacunek.
Autorzy programu "Teraz My" chyba mieli świadomość, że używając do "wkręcenia"
ministra posłanki, do której skierował ich jej szef, włączają się w polityczną
grę. Więc kiedy teraz odstawiają świętoszków, daje to kiepskie wyniki.
Szczególnie, gdy ich świętoszkostwo ma taki sznyt, jak podczas rozmowy z
Jackiem Kurskim.
Wiem, że ostatnio taki jest w telewizji zwyczaj, że zaprasza się gości, żeby
nie dawać im dojść do głosu, bo dla prowadzących takie programy gwiazd to nie
goście są ważni, tylko one same - ale to naprawdę jest zwyczaj zły. A już
zapraszać kogoś po to, żeby zakrzykiwać go we dwóch z udziałem porykującej
publiki to zwykły magiel, a nie żadne dziennikarstwo. Jeśli ktoś nie potrafi w
rozmowie utrzymać nerwów i języka na wodzy, to się nie nadaje do tego zawodu.
Nieśmiało przypomnę, że na sławnej taśmie Michnik nie mówi, że chce dać za
ustawę łapówkę, i nie namawia Rywina, aby mu pomógł to załatwić. Rywin sam
przyszedł z korupcyjną propozycją, a nie został "wkręcony" po to,
żeby "Wyborcza" mogła odpalić polityczną bombę. Jest to zasadnicza różnica,
której szereg wypowiadających się o begergate osobistości uparcie nie chce
zauważyć - nie wierzę, by tej różnicy nie rozumieli, więc muszę uznać, że mamy
tu do czynienia ze złą wolą. Tłumaczenie sprawy spiskiem specsłużb wydaje mi
się nonsensowne i niepotrzebne, to też pisałem od razu.
Ale "Gazeta Polska" nie napisała, że Morozowskim i Sekielskim sterowano.
Opisała tylko pewną sekwencję zdarzeń: tego a tego dnia spotkał się Malejczyk z
Lepperem, tego a tego z Suboticem, tego zaś a tego Maksymiuk posłał
dziennikarzy do Beger. Można się zastanawiać, czy z tej sekwencji zdarzeń coś
wynika, przede wszystkim zaś pytać należy, czy gazeta napisała prawdę. Ale od
rana widzę tylko i słyszę dyskusję o tym, kto za artykułem "Gazety Polskiej"
stoi i komu on służy. Przy czym wszyscy dyskutujący z góry skądś wiedzą, że
stoi za nim Macierewicz, a tekst podpisał do druku Kaczyński.
RAZ
fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/kali-bronic-niezaleznosci,797956