Już w roku 1984 amerykańscy naukowcy (Union of Concerned Scientists) orzekli, że
mrzonki o tarczy antyrakietowej są nierealne, ale administracja Reagana,
podobnie jak obecnie Busha, spała w jednym wyrze z przemysłem zbrojeniowym, więc
nie dawała posłuchu takim opiniom. Jedyne znaczenie SDI miało charakter
polityczny - osłabiło sowiecką gospodarkę, która zaczęła przeznaczać olbrzymie
środki na stworzenie własnej tarczy. Dla Ameryki skutkiem mrzonek Reagana był
kolosalny deficyt budżetowy, zubożenie klasy średniej, która podreperowała się
dopiero za Clintona, oraz drastyczne obcięcie opieki nad najuboższymi, a więc de
facto skazanie ich na powolną śmierć głodową. Warto więc zadać sobie pytanie:
Jakie żniwo zbierze Polska jako punkt stacjonowania SDI? Otóż: fałszywe poczucie
bezpieczeństwa, narażenie się na pierwszy, wyprzedzający (pre-emptive) atak
nuklearny, śmierć i zniszczenia. Czy warto podejmować takie ryzyko w zamian za
zgodę na umieszczenie eksterytorialnego obiektu w granicach Polski?Naprawdę
chciałbym, żeby odpowiedź była twierdząca, bo bezpieczeństwo Polski leży mi na
sercu. Pamiętajcie jednak, Moi Mili, że tarcza ma chronić Stany Zjednoczone, a
nie Polskę, sądzę więc, że gdyby ktokolwiek zechciał zaatakować sam ten obiekt,
Waszyngton olałby Polaków i zostawił ich własnemu losowi. Obawiam się, że całe
NATO, mając w perspektywie konflikt jądrowy, dałoby sobie spokój, bo żadna ze
stron nie mogłaby go wygrać, a zniszczenia i żniwo śmiertelne byłyby
niewyobrażalne. Przed konfliktem Wschód-Zachód powstrzymywała oba obozy
świadomość wzajemnego całkowitego zniszczenia (doktryna MAD - Mutual Assured
Destruction), a nie niemożliwa do zrealizowania obrona przed atakiem nuklearnym.
--
Hatikva
Widziane z Gór Arbuzowych