Bez czci i wiary, dzika bieży tłuszcza
Ku bramom, w których Zydówka króluje.
Boga wyrzuca z serca i opuszcza.
Złodzieja cielcem swoim obwołuje.
Przekleńtwem miota, słowem obelżywym,
Usta otwiera, jadem splugawione,
By znów poigrać sobie z Bogiem Zywym.
Mnich już się kręci z worem na mamonę.
Jaki zalotny! W kieckę się wystroił,
Gęsto po brzegach złotem wyszywaną,
Jak ulicznica – dwoi się i troi,
Byle ktoś spojrzał chętnym okiem na nią.
Wdowie, starcowi, co już z głodu kona
Ostatni grosik z umęczonej dłoni
Wyrywa, lecz śle swój uśmiech łaskawy
Nawet i temu, którego splugawił.
A Polska? Patrzy, że mu nikt nie broni,
Podstępem klechy w sieci usidlona.
Gniew Boży Boska powstrzymuje ręka.
Trzyma Bóg mocno gniew swój na łańcuchu.
Niby brytana, co już kły wyszczerzył.
Lecz słyszy fałsz u klechy, co nie wierzy
Bo chociaż stary, nie postradał słuchu.
Przychodzi moment, kiedy łańcuch pęka.
Trwoga dopada wiarołomnej tłuszczy.
Motłoch spod bramy w popłochu ucieka.
A Bóg, spokojny, może znów poczekać
Na tego, co Go nigdy nie opuści.
--
Hatikva
Bajka niestety z tej ziemi