Polska nauka leży i kwiczy nie dlatego że jest niedofinansowana tylko dlatego że
jest opanowana przez grupy naukowych załatwiaczy grantów a z nauka to ci panowie
nie mają wiele wspólnego
W Polsce naprawdę jest nieżły poziom wykształcenia do poziomu matury. Gdy
porónać wiedzę zwłaszcza w sensie posiadanych informacji polski maturzysta nie
ma sie czego wstydzić. Gorzej jest w 2 dziedzinach: jezykach ( w Polsce jak
uczeń nauczy się 1 języka nieźle to jest już sukces, w większości krajów
zachodu znają 2-3 języki i to nie na poziomie zrozumienai tekstu w podręczniku
tylko w dość komunikatywnej mowie) i umiejętności wykorzystania tej wiedzy. Za
mało jest też WF-u zwłaszcza zajęć wyrównujących poziom. Wiadomo że są w klasie
dzieci które bez 3 godziny WF sobie poradzą ale są takie które będa w domu
spędzać czas przed kompem zamaist iść na podwórko i będą coraz mniej sprawne i
coraz mniej zdrowe. A na korepetyce z WF rodzice ich przecież nie wyślą
Za to mamy 2 razy w tygodniu religię, na żenuijącym poziomie z resztą, bo jakiś
polityk chciał się przypodobac kościołowi żeby dostać jego poparcie na wybory.
Dramat polskiej nauki zaczyna się później, na studiach. Uczelnie są opanowane
przez układy gosci którzy jeżdzą po konferencjach i załatwiaja granty z KBN-u
gdzie znajomosci i "prestiż" są więcej warte niż sens tego co ma być finasowane.
Żeby awansować na uczelni nie trzeba ani być dobrym pedagogiem (nikt dokumentnie
nikt nie mierzy skuteczności prowadzenia zajęć) ani robić badań i publikacji (to
się przydaje kidy człowiek wreszcie zdecyduje się na emigrację bo z kogoś z
efektami pracy i dużą liczbą ważnyuch pubikacji przyjmą z otwartymi ramionami) W
Polsce do awansu potrzebny jest dobry układ z profesorem czy promotorem i
cierpliwość oraz chyba sponsor żeby marnować życie na uczelni za przeciętną
kasę, choć dziś zarobki asystenta z doktoratem nie sa takie złe.
Studia doktoranckie w Polsce robi się jakby obok normalnego życia, 99% prac nie
nadaje się do niczego poza biciem uczelnianej piany.
Współpraca uczelni z przemysłem jest żadna więc i finansowania z tego tytułu nie
ma. Uczelnie utrzymują stetrycząłych profesorów wykąłdających raz lub 2 razy w
tygodniu jakiś przedmiot z przed 20 lat, zupełnie niepotrzebny dziś do
czegokolwiek, bo gdyby go zwolnili to uczelnia może stracić prawo do
doktoryzowania.
Ale studenci u staruszka zaliczyć muszą.
O poziomie uczelni prywatynych litościwie zamilczę bo to jest dno. Może są
lepsze ale te które znam to dno.
Pracuję w firmie która co jakiś czas przykmuje do pracy kogoś po politechnice. A
to informatyka, a to elektronika lub automatyka. Może 20% z nich może stosunkowo
szybko czyli po 2 meisięcznym okresie próby podjąć pracę - ma wiedzę i umie z
niej korzystać, a jak nie ma to wykazuje inicjatywę że się nauczy. Reszta ma
takie luki w wiedzy że strach ich wpuscić gdziekolwiek. Najbardziej dziwne jest
to że np informatyk z dobrymi stopniami ma problem żeby sobie poradzić że
zrozumieniem dokumentacji po angielsku, o napisaniu takiej dokumentacji po
angielsku to w ogóle można zapomnieć.
Nigdy nie udało nam się przyjąć dobrego absolwenta informatyki po prywatnej
uczelni.
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.