Dodaj do ulubionych

Walentynowicz krytykuje niemiecki film o Sierpn...

  • olias 19.02.07, 21:06
    widocznie Niemcy już to mają w genach. Reżyser - może nawet nieświadomie -
    trzyma się swojego zadania. należy światu (film będzie oglądany na całym
    świecie) pokazać prawdę o Polakach. Pijani stoczniowcy chlejący wódę przez cały
    film (w realu był całkowity zakaz picia podczas strajku). Walentynowicz- głupia
    analfabetka (równocześnie pisze artykuły; ot niemiecka logika chyba gnije).
    Cały strajk głupi, nieprzygotowany. Dobrze że Niemcy obalili ten swój mur, bo
    inaczej to głupie Polaki zrobiliby wojnę światową.
    Pozostaje spokojnie czekać na powrót Niemiec do granic III Rzeszy.
    I to mówi .... Niemiec, przyjaciel Polski i Polaków.
    Inna sprawa że te polskie pierd..ne elity zajęte wyżeraniem ze żłoba, te tłuste
    spasione wieprze mieniące się polskimi intelektualistami w okresie ćwierć
    wieku, w tym w 18 latach "niepodległoego" bytu nie stworzyli NIC, co można
    nazwać prawdą o tamtym czasie. Żadnego filmu, książki. O historii Polski możemy
    czytać dzięki brytyjskiemu historykowi Normanowi Devis, trochę pisał
    publicysta Timithy Ash. I tyle. Naszym wieprzom nawet do łba nie wchodzi że to
    oni powinni coś z siebie wykrzesać. No to mamy - "przyjaciel" Niemiec pokaże
    światu pijaną, ciemną, głupią Polskę. Niech was szlag ....
  • olias 19.02.07, 21:07
    wybacz, poprawiłem twój tekst.
  • olias 19.02.07, 21:26
    najpierw stworzą kłamstwo o nas, potem serdecznie przeposzą, następnie kłamstwo
    rozpowszechniają na świecie.
    Podobną technikę zastosowała pani kamclerz. Obejmując władzę oceniła negatywnie
    miłość niemiecko-rosyjską, z ręką na sercu oznajmiła że rozumie polskie obawy o
    gaz-rurę i ... kontynuuje jej bydowę. Łaskawie pozwoli nam kupić od siebie gaz.
    Szkoda, można było z Armią Czerwwoną rozwiązać "problem niemiecki" raz i do
    końca świata.
  • olias 19.02.07, 21:28
    wydaje się że tylko proces sądowy i to nagłośniony mógłby zmniejszyć szkody
    jakie ten film ma przynieść Polsce w opinii swiata.
    Boże chroń nas od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie dajemy radę.
  • el_bigos 19.02.07, 21:56
    wszystko krytykować, pewnie myślał, że ją pokażą krystalicznie czystą w iście
    "holiłudzkim" świetle
  • pan.dyrektor 19.02.07, 22:02
    a nie jakies robole
    --
    Pie.. sygnaturkę.
  • lookas7 19.02.07, 22:35
    czyścić. W przeciwieństwie do wiecznie nienażartego Wałęsy nie wzięła ani
    złotówki, choć niejeden reżyser jej proponował duże pieniądze! Wałęsa nie dość,
    ze do dziś nie rozliczył się z pieniędzy związkowych i darowizn w frankach
    szwajc. dla związku z Zachodu to jeszcze wyciąga łapy po więcej!
  • omacku 19.02.07, 23:01
    Nie ma co sie przejmować. Film jest dla nikogo i zrobi klapę, bo kogo na świecie
    obchodzą jakieś tam prapoczątki upadku muru berlińskiego. Reżyser przedstawił
    Polaków tak, żeby pasowali do stereotypów, a choćby byli w tym filmie
    szlachetnymi rycerzami, to nadal w świecie Poland będzie brzmieć jak Holland, a
    jedynymi znanymi Polakami będą Walesa i jeszcze przez jakiś czas John Paul II.
    A pani Walentynowicz i pozostali niezłomni z "prawdziwej" Solidarności pozostaną
    w historii tylko czcigodnymi, acz drugoplanowymi aktorami; dziś już kompletnie
    na marginesie.
    Bidny Schlondorff chciał Polaczkom pochlebić, ale kompletnie sie pogubił,
    usiłując łączyć konieczne dla filmowej dramaturgii napięcia z rekonstruowaniem
    historii. Niech on sie lepiej zajmie teraz historią najnowszą własnego kraju.
  • herrdocent 19.02.07, 23:11
    na poprawę humoru bądź nawet wskazane nabycie ładowarki i akumulatorów a to dla
    elekrtyka pestka
  • pierot6 19.02.07, 23:22
    Wałesie...
  • wet3 20.02.07, 02:29
    herrdocent napisał: > wszystko krytykuje a wystarczy zmienic baterie

    > na poprawę humoru bądź nawet wskazane nabycie ładowarki i akumulatorów a to
    dla
    > elekrtyka pestka

    Herrdocent! - Radze ci podlaczyc tylek do sieci wysokiego napiecia. Taki
    elektrowstrzas nie zaszkodzi. Podobno stosuja go w zakladach psychiatrycznych.
  • heraldek 19.02.07, 23:43
    .....od niadmiaru bimbru Walentynowicz na oczy padlo....
  • mg2005 20.02.07, 18:46
    heraldek napisał:

    > .....od niadmiaru bimbru Walentynowicz na oczy padlo....
  • to_ti 19.02.07, 23:46
    ona przynajmniej brała w tym udział a inni próbują na tym robić kasę jak zawsze
    i co gorsza pokazują stereotypy które jeden jedyny raz nie zadziałały wtedy i
    wygraliśmy

    fototel.pl/
  • heraldek 20.02.07, 00:05
    ....zaczynaja juz wybierac historie, chociaz dopiero jedno pokolenie uplynelo..
    ....nieraz na forum opisywalem jak wygladalo moje doswiadczenie z
    Solidarnoscia....
    .....po strajkach w 1980 zaczalem prace w jednym z biur projektow w Katowicach,
    na proletariackim Gornym Slasku jeszcze pod panowaniem Zdzicha Grudnia...
    .... i bralem sam udzial w dobijaniu tego wzglednego " dobrobytu" czasow Gierka
    ...to nie byla praca, a raczej anarchia i opiepszanie sie.....
    po przyjsciu do biura rano, do sniadania bylo czytanie gazet kupionych
    w drodze do pracy.....po sniadanku, wiekszosc schodzila na parter biurowca
    gdzy miescil sie sklep monopolowy, i czekalismy na dostawe wodki i
    rozpoczecie sprzedarzy o 13.00.....ci, ktorzy nie pili, mieli obowiazek stac za
    pollitrowka dla szefa..bez tego nie mozna bylo oczekiwac uczciwej premii....
    ...jezeli dostawa sie spoznila, to pozostalo tylko zwinac majdac i jechac
    do centrum Katowic, aby stac reszte wieczoru, w kolejce za wszystkim,
    z wyjatkiem octu.......
    ...tego wszystkiego nie mozna bylo brac na trzezwo.......
  • vomitorium1 20.02.07, 02:34
    pani anno
    to za karę,
    że mówiła pani,
    że bolek przypłnął do stoczni łódką UB,
    że skakł przez mur,
    który potem wybudowali
    dla wycieczek szkolnych
  • wet3 20.02.07, 17:23
    vomitorium1 napisał:

    > pani anno
    > to za karę,
    > że mówiła pani,
    > że bolek przypłnął do stoczni łódką UB,
    > że skakł przez mur,
    > który potem wybudowali
    > dla wycieczek szkolnych

    A ty co wypisujesz??? Przeciez wszyscy wiemy, ze Bolek przeskoczyl plot ...
    na motorowce!
  • kartoflisko 20.02.07, 03:39
    samozwaniec1 napisał:
    Suwnicowa juz na lozu smierci,ale dalej walczy
    > o co?
    O to, o czym nie masz nawet bladego pojecia. O swoje dobre imie.
  • gosiaczek70 21.02.07, 04:19
    - Pani nazwisko pojawiało się i pojawia częściej w zachodnich analizach
    współczesnej polityki polskiej niż we własnym kraju. Jest Pani bez wątpienia
    jedną z najważniejszych postaci w naszej nowożytnej historii. Fakt ten
    sankcjonuje obiegowe stwierdzenie, że "w stoczni gdańskiej wszystko zaczęło się
    od Anny Walentynowicz...". Owszem, utrwalono Panią w dokumentacji filmowej,
    pojawiła się Pani w sztuce "Relacje", w której na scenie warszawskiego Teatru
    Małego wcieliła się w Pani postać znana aktora Zofia Kucówna. Bywała Pani
    przyjmowana przez szefów rządów, w Holandii ogłoszono Panią Kobietą Roku, a w
    amerykańskim mieście Buffalo ośrodkowi dla uchodźców politycznych władze
    municypalne nadały Pani imię. W Polsce Pani solidarnościowy mit jest mocno
    tuszowany, w najlepszym razie sytuuje się Panią na drugim planie. A przecież
    była Pani także sygnatariuszką sierpniowych porozumień. I czy przestało mieć
    większe znaczenie to, że swoje zapasy z komunistycznym reżimem okupiła Pani
    19-miesię-cznym więzieniem? Czym Pani tłumaczy owo wymazywanie Pani z historii
    współczesnej Polski?

    - Jest to m.in. wynik działań służb specjalnych, no i samego Lecha Wałęsy.
    Wspomniał Pan o uhonorowaniu mnie w Holandii tytułem Kobiety Roku. Niemało czasu
    minęło, nim się o tym dowiedziałam. Ale nawet wiedząc o tym wyróżnieniu, nie
    mogłabym wyjechać po odbiór dyplomu, gdyż nie wypuszczono by mnie z kraju, a
    nawet z Gdańska! Stanowiła o tym uchwała nr 33 władz Regionu, podjęta na
    prezydium I zjazdu "Solidarności", który odbył się 1 września 1981 roku.



    - Wyrugowano Panią z szeregów "Solidarności"...

    - Zostałam usunięta karnie jako niegodnie reprezentująca Związek. W podtekście
    - za przeciwstawianie się Wałęsie. Postanowiono się mnie pozbyć z ruchu
    solidarnościowego, gdyż byłam niepokorna, nieprzekupna, bezkompromisowa. I
    uważałam, że z rządem komunistycznym należy rozmawiać z pozycji siły. Taką
    charakterystykę mej osoby mogłam niedawno znaleźć w dokumentach, do których
    dotarł Instytut Pamięci Narodowej. Dlatego podejmowały przeciw mnie działania
    m.in. służby specjalne. Życie Anny Walentynowicz zagrożone...



    - Dziś wiemy, że zagrożone było Pani życie...

    - Tak. Potwierdzają to dokumenty IPN. Zaplanowano otrucie mnie środkiem o nazwę
    furosemidum, silnie odwadniającym, który podany samodzielnie wywołuje zawał i
    jest nie do wykrycia, bo organizm wydala go w ciągu kilku godzin. Miano mi go
    podsunąć z jedzeniem, gdy będę nocować w jednym z domów w Radomiu, do którego
    pojechałam na posiedzenie zarządu tamtejszego Regionu. Opatrzność nade mną
    czuwała, gdyż niemal w ostatniej chwili postanowiłam nie nocować, lecz powrócić
    do Gdańska. Zadanie pozbawienia mnie życia przygotowywał niejaki Szczepanek z MO
    w Radomiu, a wykonawcą miała być radomianka, pracownica zarządu Regionu,
    sympatyk... KOR-u.



    - Owo zagrożenie zostało wyśledzone w dokumentach IPN, ale czy Pani sama miała
    świadomość, że może paść ofiarą politycznego zabójstwa?

    - Owszem. Było tak, kiedy przed sierpniem 1980 roku bezpieka zaproponowała mi
    współpracę, a ja oczywiście odmówiłam. Wtedy usłyszałam, iż może się zdarzyć
    nieszczęśliwy wypadek... Odparłam, iż wiem, że SB zamordowała krakowskiego
    studenta Pyjasa, pozorując to wypadkiem. Lecz moja śmierć nie przysporzy wam
    korzyści. Chodzicie za mną, ale za wami chodzą inni, więc może nie byłoby wam
    łatwo mnie zabić. I to był koniec jakichkolwiek tego rodzaju propozycji ze
    strony ubecji.



    - Czy na tych przypadkach zakończyło się owo zagrożenie Pani życia?

    - Ono mnie właściwie nie opuszczało, gdyż miałam świadomość roli tak zwanych
    "nieznanych sprawców". Ale wspomnę jeszcze o jednej sytuacji, w której miano
    chętkę wyprawienia mnie na tamten świat, i to przez snajpera. Miało do tego
    dojść podczas strajku w Stoczni Gdańskiej w 1970 roku, kiedy to nasz zakład
    otoczyły czołgi. Dowództwo garnizonu ogłosiło wtedy w koszarach alarm,
    obwieszczając żołnierzom, że mają wyruszyć w kierunku Gdańska, do którego
    podążają Niemcy... Gdy usłyszałam tę piramidalną bzdurę, przemówiłam do
    robotników stoczni. Na moje wystąpienie zareagował przybyły tam wiceminister
    bezpieki Franciszek Szlachcic. Widząc moje wystąpienie, zapytał stojącego obok
    pułkownika Rypalskiego, czy ma dobrych snajperów. Gdy ten przytaknął, Szlachcic
    powiedział: - Zdejmijcie ją! Świadek tej sceny, gen. Antos, stanowczo odmówił.
    Nawiasem mówiąc, sprawa tego alarmu wywołanego rzekomym ruszeniem Niemców na
    Gdańsk znalazła swoje echo w toczącym się procesie Jaruzelskiego.



    - Była Pani obecna na czerwcowym pogrzebie Ryszarda Kuklińskiego. Kim był dla
    Pani Pułkownik?

    - Tak jak dla milionów Polaków - wielką postacią. Brakuje mi słów, by wyrazić,
    co czuję, gdy myślę o jego samotnej, heroicznej walce. Postawił na jedną kartę
    życie swoje i swojej rodziny. Uratował Polskę! Pokonał sowieckie Imperium Zła.
    Polska nie stała się polem atomowego kataklizmu!



    - Lech Wałęsa jako prezydent uznał Pułkownika za zdrajcę, więc odrzucił wniosek
    o rehabilitację i ułaskawienie, co musiało cieszyć Jaruzelskiego. Czy nie sądzi
    Pani, że Lech Wałęsa powinien złożyć spóźniony hołd Ryszardowi Kuklińskiemu?

    - Oczywiście, że powinien! Z drugiej strony uważam, iż nie należy o to zabiegać
    również dlatego, że on się na to nie zdobędzie. Znam Wałęsę od podszewki.



    - Lech Wałęsa pokazał się na uroczystości pogrzebowej Kuronia przed blokiem na
    Żoliborzu, gdzie zmarły mieszkał. A dlaczego Pani nie pojawiła się na ceremonii
    żałobnej?

    - Być na pogrzebie pułkownika Kuklińskiego, a niemal zaraz potem na pogrzebie
    Kuronia? To biegunowo różne postacie. O zmarłym Kuroniu źle nie chciałabym
    mówić, a dobrze mówić bym nie mogła... Więc raczej zamilknę.



    - Jak Pani wytłumaczy obecność księdza Bonieckiego, redaktora naczelnego
    "Tygodnika Powszechnego", na pogrzebie Kuronia, który był przecież stalinowcem i
    zatwardziałym ateistą?

    - No cóż, przychodzą mi na myśl niegdysiejsi "księża patrioci"... Krakowski
    tygodnik podawano sobie z rąk do rąk jeszcze w 1980 roku, był zaczytywany. Potem
    stał się bliskim kuzynem "Gazety Wyborczej". Nie byłam więc zdziwiona obecnością
    redaktora "Tygodnika Powszechnego" na Powązkach. Jak zrodziło się ziarno
    konfliktu z Wałęsą



    - 7 sierpnia 1980 roku zwolniono Panią z pracy, co było reakcją władz na
    aktywność w jawnych, ale nielegalnych Wolnych Związkach Zawodowych WZZ, których
    była Pani współzałożycielką. Tydzień po Pani zwolnieniu wybuchł strajk z
    żądaniem przywrócenia do pracy Pani oraz wcześniej zwolnionego Wałęsy. Domagano
    się także podwyżki płac i budowy Pomnika Ofiar Grudnia 1970 roku. Na czele
    protestu stanął elektryk Lech Wałęsa i Pani, operator dźwigu. Po spełnieniu
    postulatów przez dyrekcję stoczni, Lech Wałęsa przerwał strajk już trzeciego
    dnia...

    - Tak. Przekonywał ludzi, że strajk zakończony, więc żeby się rozeszli do
    domów. Razem z Aliną Pieńkowską, współzałożycielką WZZ, z zawodu pielęgniarką,
    udało mi się podtrzymać strajk, gdyż rysowała się szansa zalegalizowania WZZ.



    - Czy w przypadku zaprzestania strajku przez Panią, Alinę Pieńkowską i dużą
    liczbę stoczniowców wygasłyby strajki w Trójmieście?

    - Gdyby wtedy strajk został wygaszony, pewnie nieprędko doszłoby do sytuacji, w
    której narodziłaby się przyszła "Solidarność". Jeśliby się w ogóle narodziła. Tu
    wspomnę, że strajk protestacyjny w mojej i Wałęsy obronie zainicjował Piotr
    Maliszewski, którego nazwiska nigdzie Pan nie zobaczy, młody robotnik z
    Lidzbarka Warmińskiego, w czym mu dopomógł stoczniowiec Bogdan Felski. To nie
    był Wałęsa! On się włączył dopiero trzeciego dnia i zaraz strajk zakończył.
    Owego trzeciego dnia, po pokrzykiwaniach Wałęsy o rozejściu się do domów,
    dostrzegłam go siedzącego na wózku akumulatorowym. Podeszłam do niego i
    powiedziałam, że strajk ma trwać dalej. Pachniało odeń alkoholem, którym
    wcześniej uraczył go dyrektor stoczni Gniech. Może nie tyle moje słowa, co wi
  • gosiaczek70 21.02.07, 04:21
    Gdyby wtedy strajk został wygaszony, pewnie nieprędko doszłoby do sytuacji, w
    której narodziłaby się przyszła "Solidarność". Jeśliby się w ogóle narodziła. Tu
    wspomnę, że strajk protestacyjny w mojej i Wałęsy obronie zainicjował Piotr
    Maliszewski, którego nazwiska nigdzie Pan nie zobaczy, młody robotnik z
    Lidzbarka Warmińskiego, w czym mu dopomógł stoczniowiec Bogdan Felski. To nie
    był Wałęsa! On się włączył dopiero trzeciego dnia i zaraz strajk zakończył.
    Owego trzeciego dnia, po pokrzykiwaniach Wałęsy o rozejściu się do domów,
    dostrzegłam go siedzącego na wózku akumulatorowym. Podeszłam do niego i
    powiedziałam, że strajk ma trwać dalej. Pachniało odeń alkoholem, którym
    wcześniej uraczył go dyrektor stoczni Gniech. Może nie tyle moje słowa, co widok
    powracających stoczniowców, którzy zareagowali na mój i Aliny Pieńkowskiej apel,
    sprawił, że Wałęsa poprosił (tak, poprosił!), by mógł kontynuować strajkowy
    protest. Powiedział: - Jak się nie będę nadawał, to mnie wyrzucicie.
    - Czy właśnie wtedy powstało zarzewie Pani ostrego konfliktu z Lechem Wałęsą?
    - Tak, potęgujące się jeszcze tego samego sierpniowego dnia na skutek jego
    poczynań. Tamtego trzeciego dnia strajku stoczniowcy pokrzykiwali, żeby Wałęsa
    nie składał w dyrekcji ugodowego podpisu, bo otwierała się szansa
    zalegalizowania WZZ, ale on ludziom nawymyślał od głupców, argumentując, iż
    dyrekcja dała więcej niż żądaliśmy, a więc przywrócenie do pracy Anny
    Walentynowicz i Lecha Wałęsy oraz przyznanie podwyżki (tzw. drożyźnianej -
    przyp. Rog.); w pewnej chwili zanucił Jeszcze Polska... i ludzie zaczęli śpiewać
    hymn. Tak oto Wałęsa postarał się o patriotyczną oprawę. Nadmienię, że
    poprowadzeniem strajku owego sierpniowego dnia nic nie ryzykował, bo zwolniony z
    pracy dostawał od stoczniowców pięć tysięcy złotych miesięcznie tytułem zapomogi
    i tyleż od KOR-u.
    - A jednak okazała się Pani wobec Lecha Wałęsy lojalna, bo kiedy była Pani
    osadzona w obozie dla internowanych w Gołdapi w 1982 roku i SB podrzuciła Pani
    dokumenty kompromitujące Wałęsę, Pani je zniszczyła, mimo iż nie przestała Pani
    go obwiniać o zdradę ideałów Sierpnia. Co się znajdowało w tych dokumentach?
    - Były to 4 strony maszynopisu, w których ujawniono Wałęsę jako współpracownika
    SB o pseudonimie "Bolek", za co otrzymywał pieniądze. Esbecy chcieli, żebym to
    rozgłosiła, a - w myśl ich intencji - oni mnie wtedy skompromitują jako
    występującą przeciw Wałęsie. Spaliłam ten esbecki maszynopis wspólnie z aktorką
    Haliną Mikołajską, a resztki wrzuciłyśmy do muszli klozetowej. Sprawa "Bolka" i
    tak wyszła na jaw, co odnotowano także w archiwach partii, konkretnie jako
    przedmiot rozmowy towarzysza Ullmana z kierownikiem wydziału bezpieczeństwa i
    organów państwowych KC PZPR towarzyszem Atlasem. Wynikało z tego dokumentu, że
    Lech Wałęsa został zwerbowany przez SB jako tajny współpracownik 29 grudnia 1970
    roku przez inspektora KWMO w Olsztynie kapitana Graczyka... Nie skok Wałęsy,
    lecz desant od morza...
    - Wygaszanie strajku w obronie Pani owego sierpniowego dnia według głoszonej
    przez Panią opinii było dla Wałęsy zadaniem zleconym. Czy tak?
    - Zgadza się. Później dowiedziałam się, że całą rzecz zaaranżował kontradmirał
    Janczyszyn! Wałęsa został przywieziony z całą dyskrecją motorówką Marynarki
    Wojennej. A więc nie dostał się do stoczni przez rzekomą dziurę w płocie czy też
    przez jego przesadzenie!
    - Tymczasem do dzisiaj funkcjonuje mit o tym płocie między pierwszą a drugą
    bramą stoczni.

    - W stosownym czasie sprawdziłam ten teren. Tam nie było ani płotu, ani dziury,
    bowiem na wolnej przestrzeni znajduje się budynek Ubezpieczalni i baza PKS.
    - Skąd ta pewność, że to Janczyszyn zaaranżował przerzucenie Wałęsy do stoczni?
    - Tak się złożyło, że w dwudziestą rocznicę Sierpnia u księdza prałata Henryka
    Jankowskiego spotkałam byłego pierwszego sekretarza PZPR i przewodniczącego
    Wojewódzkiej Rady Narodowej Tadeusza Fiszbacha, który w pewnej chwili podszedł i
    powiedział: - Muszę się przywitać z bohaterką Sierpnia. Kiedy wspominaliśmy w
    obecności księdza Jankowskiego tamte wydarzenia, przypomniałam, jak to w 1980
    roku przyjechałam do Fiszbacha w nocy z prośbą, by cofnął zakaz odprawiania Mszy
    świętej.
    Po czym zasugerowałam: - Skoro już jesteśmy myślą przy tamtych dniach, to
    najwyższy czas na obalenie owej obiegowej historyjki o przeskoczeniu przez
    Wałęsę płotu, gdyż to kłamstwo na zawsze urośnie do legendy. Przecież Lecha
    przywieziono motorówką na polecenie admirała Piotra Kołodziejczyka...
    Na to Fiszbach: - Nie na polecenie admirała Kołodziejczyka, a na polecenie
    kontradmirała Janczyszyna! Wtedy zwróciłam się do księdza Jankowskiego: -
    Słyszysz, kapłanie? To trzeba sprostować! Do dzisiaj nikt tego nie sprostował.
    Mit żyje więc nadal swoim życiem...
    - ... nawet utrwalony tabliczką w miejscu publicznym.
    - Właśnie. Przed salą BHP w stoczni ustawiono fragment jakiegoś płotu z owąż
    tabliczką, na której zwiedzający mogą przeczytać, że nikomu nieznany elektryk
    Lech Wałęsa przeskoczył przez płot i obalił komunizm... Powiedziałam obecnemu
    prezydentowi Gdańska Adamowiczowi, że któregoś dnia obalę ten "zabytek".
    - Proszę powiedzieć, kiedy Lech Wałęsa obrósł w pychę, stał się zarozumiały,
    arogancki?
    - On niemal "od zawsze" był taki. Teraz rzecz ma się jeszcze gorzej, bo
    uwierzył w swój geniusz. Te jego ciągłe "ja", "ja", "ja"...
    - Jak Pani odbierała politykę Lecha Wałęsy, który jak tylko potrafił wspierał
    "lewą nogę"?
    - Jak najgorzej! Przecież to doprowadziło między innymi do obalenia rządu Jana
    Olszewskiego - notabene z takim wnioskiem wystąpił puszący się dziś Jan Rokita -
    a wcześniej umożliwiło desygnowanie na premiera Tadeusza Mazowieckiego,
    inicjatora nieszczęsnej "grubej kreski". W efekcie nie doszło do lustracji i
    dekomunizacji. A esbecy, ubecy, kaci Polaków żyją dziś wolni i są często ludźmi
    zamożnymi, bo swobodnie włączyli się w biznes i koligacje z gangsterami.
    - Czy podtrzymuje Pani pogląd, że przy "okrągłym stole" zaprzepaszczono szansę
    na prawdziwą niepodległość Polski wskutek konformistycznego stanowiska Lecha
    Wałęsy?
    - On taką postawę przyjął wcześniej. Przez całe szesnaście miesięcy po
    powołaniu "Solidarności" dogadywał się z komunistycznym establishmentem! Był
    taki dłuższy czas, kiedy Wałęsa raz w tygodniu jeździł do Warszawy, o czym w
    zarządzie Regionu nie wiedzieliśmy. O tym fakcie dowiedziałam się jakoś dopiero
    po wydarzeniach w Bydgoszczy, kiedy to pobito działacza "Solidarności".
    Przycisnęłam go wtedy do muru, wiedząc już o wypadach do Warszawy. Zapytałam
    stanowczym głosem: - Po co wczoraj byłeś w Warszawie?
    - Proszę wybaczyć tę dygresję: była Pani z Wałęsą po imieniu?
    - Mówiłam do niego per ty, on do mnie per pani. Byłam od niego czternaście lat
    starsza, no i może ten przywilej kobiety. Wracam do postawionego Wałęsie pytania
    - po co był w Warszawie, i o czym rozmawiał z premierem Rakowskim? Odpowiedział
    wymijająco i chciał wyjść. On stosował szkołę Kuronia: Jak ci stawiają trudne
    pytania, to wyjdź, trzaskając drzwiami! Znając ten obyczaj, zastąpiłam mu drogę
    i lekko wepchnęłam do pomieszczenia. Huknęłam: - Siadaj! Oczekuję odpowiedzi.
    Inni mnie poparli. Wtedy usiadł i powiedział: - Tak, byłem wczoraj w Warszawie
    na rozmowie z Rakowskim. I premier oświadczył, że realizacja porozumień
    sierpniowych będzie uzależniona od tego, kto zasiądzie we władzach
    "Solidarności". No cóż, Wałęsa kupczył nami cały czas. Nawiasem: na posiedzeniu
    "Solidarności" z komisją rządową Andrzej Gwiazda widział, jak Wałęsa przekazywał
    pod stołem karteczki z uwagami i takie same odbierał. Nigdy się nie
    dowiedzieliśmy, jaka była ich treść. Pełna konspiracja!


    - Przy "okrągłym stole" zabrakło tych przedstawicieli sierpniowej
    "Solidarności", którzy podobnie jak Pani byli w opozycji do Wałęsy. Pani tam nie
    zaproszono, gdyż była Pani już pozbawiona mandatu członka prezydium, członka
    Związku w ogóle. Czy
  • wet3 21.02.07, 14:50
    Serdeczne dzieki. Czekam na zakonczenie. Pozdrawiam serdecznie.
  • prawieemeryt 21.02.07, 08:46
    Panie Szlendorf (jak słyszę tak piszę). Jest Pan Niemcem i ma Pan inną
    mentalność niż my. Z drugiej strony jest Pan wszak naszym sąsiadem i choć
    trochę powinien Pan nas, Polaków znać. A przecież szczególnie dzisiaj widać
    jacy naprawdę jesteśmy, gdy w określonych okolicznościach dominacji PiS - u
    prezentowane jest nasze inne też oblicze. Jesteśmy bezgranicznie kłótliwi,
    zawsze ze wszystkiego niezadowoleni. Na potrzeby tej wypowiedzi i tego tematu
    może akurat wystarczy. Zgodnie z tym więc Pani Walentynowicz i jej bezpośrednio
    najbliższe środowisko (skądinąd relatywnie wąskie) oplują teraz Pana za treść
    tego filmu. Mogli by się z Panem tylko nie niezgodzić. Ale oni to zrobią po
    polsku. I teraz proszę sobie wyobrazić sytuację, że przyjął Pan ich pretensje.
    Zrobił nowy film te pretensje uwzględniający. I co się będzie działo? Będzie
    jeszcze większy wrzask i jeszcze bardziej furiacki atak na Pana. I będą tak
    Pana atakować już bez końca. Za wszystko. Nawet z tym nie związane. Jest Pan
    już ich wrogiem do śmierci. I do śmierci z tym wrogiem będą walczyć - swojej
    lub jego. Zachciało się Panu robić film o Polsce i jej sprawach, choćby nawet
    wykraczały poza Polskę i Polaków. Oni nie będa nigdy szczęśliwi bo wszystko co
    zostało zapoczątkowane w roku 1980 ( i wcześniej też ) nie skończyło się
    powstaniem - ...skim, ...wym), a powstanie nie zakończyło się klęską. U nas
    warte admiracji jest tylko to co się nie udało i utonęło w morzu krwi. I
    nieważne, czy jest to suwnicowa czy profesor. Nie wierzy Pan? Proszę przyjrzeć
    się co robią profesory, doktory na przykład w IPN.
  • wet3 21.02.07, 14:52
    Piszesz jak umyslowy prawie rmeryt!!!
  • rs22765 11.03.07, 13:12


    Przeciez ten Film to nie film biograficzny czy dokumentalny tylko przedstawia fiktywna postac
    z cechami Ludzi Solidarnosci. Jest to historia a tym ze pojedynczy czlowiek jest w stanie zmienic losy
    histori

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka