04.01.17, 21:21
Myślenie paranoidalne zahacza o Apokalipsę, ale zatrzymuje się krok przed nią, bo przecież zło, może jeszcze być powstrzymane. wPolityce: "rządy PiS to jedyna nasza szansa, byśmy przestali być kolonią światowej finansjery i zaczęli budować Polskę naszych marzeń"
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Obecna w polskiej polityce i publicystyce pokusa, by postępowanie przywódcy Prawa i Sprawiedliwości określać w kategoriach paranoi, jest zrozumiała. Polityk, który w pokojowych protestach opozycji parlamentarnej dostrzega pucz, a w katastrofie lotniczej – zamach, sam się o to prosi. Jak mówi Grzegorz Schetyna o „kanapkowych” dowodach na pucz (zdaniem Kaczyńskiego puczyści, chyba pierwszy raz w historii ludzkości, mieli z góry zamówić kanapki): „To jakiś absurd, paranoja”. A Paweł Wroński zauważa w „Wyborczej”, że decyzje obecnej władzy są „uzależnione od mniej lub bardziej paranoicznych wizji podsycanych przez usłużnych propagandzistów”. Promowana przez rządową propagandę wizja władzy, która jest jednocześnie potęgą i oblężoną twierdzą, a opozycja – żałosną garstką frustratów i zarazem śmiertelnie groźnym „establishmentem”, wymaga diagnozy wyjaśniającej te naoczne sprzeczności.

Terminu „paranoja” nie należy oczywiście używać lekko, jak zresztą innych określeń zaczerpniętych z języka psychiatrii – z szacunku nie dla polityków, ale dla chorych. Z drugiej jednak strony termin ten – oderwany od swych klinicznych konotacji – zyskał naukowe prawo obywatelstwa i stał się przydatnym narzędziem analizy politologicznej, a to za sprawą słynnego eseju amerykańskiego historyka Richarda Hofstadtera sprzed pół wieku. Zaprezentowany najpierw jako odczyt na Oksfordzie w 1963 r., nazwany dla zmylenia „Styl paranoidalny w polityce amerykańskiej”, zawarł proroczą anatomię umysłu PiS-owskiego.

Hofstadter podkreślał, że styl paranoidalny w polityce, na który składają się „gorączkowa przesada, podejrzliwość i spiskowe urojenia”, nie jest tym samym co paranoja kliniczna. Podczas gdy paranoik kliniczny postrzega świat jako skierowany przeciw niemu indywidualnie, o tyle wyraziciel stylu paranoicznego w polityce widzi wrogi i spiskujący świat wymierzony „w naród, kulturę, sposób życia”, a przekonanie, że jego pasje polityczne są patriotyczne, wzmaga tylko jego „poczucie własnej słuszności i moralnego oburzenia”.

Błyskotliwie operując rozmaitymi przykładami amerykańskimi i europejskimi: wojującym republikaninem Barrym Goldwaterem i tropiącym komunistyczne spiski senatorem McCarthym, organizacjami antymasońskimi i Ku Klux Klanem, francuskimi populistycznymi poujadystami i stalinowskimi procesami politycznymi, Hofstadter znalazł zdumiewające punkty styczne języków, które są jednocześnie „zapalczywe, podejrzliwe, skrajnie agresywne, pompatyczne i apokaliptyczne w ekspresji”.

Ich centralnym motywem jest gigantyczny i złowrogi spisek. Spiski oczywiście w historii istniały i istnieją nadal (Kissinger miał powiedzieć, że nawet paranoicy mają realnych wrogów), ale w paranoidalnym myśleniu gigantyczny (koniecznie!) spisek jest główną siłą motoryczną historii.

„Mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą dywersyjną, a nie z propaństwową opozycją” – pisze prawicowy portal wPolityce.pl. Hofstadter notuje, że myślenie paranoidalne zahacza o Apokalipsę, ale zatrzymuje się krok przed nią, bo przecież zło, jakie spiski niosą, może jeszcze być powstrzymane. Znów wPolityce: „rządy PiS to jedyna nasza szansa, byśmy przestali być kolonią światowej finansjery i zaczęli budować Polskę naszych marzeń”.

Siły dobra wyrażają się w postaci walecznego przywódcy, a ponieważ uosabia on siłę absolutnej słuszności walczącej z równie absolutnym złem, wszelkie kompromisy z wrogiem są wykluczone, bo muszą prowadzić do katastrofy. Jak mówi Jarosław Kaczyński: „Zwycięstwo tamtej strony oznacza w ogóle likwidację w Polsce wolności”. Hofstadter zauważa: „Ta potrzeba absolutnego zwycięstwa narzuca stawianie nierealistycznych celów, a ponieważ nie są one do spełnienia, pogłębia to tylko frustrację paranoiczną”.

Antytezą dobrego lidera jest wróg, „coś w rodzaju amoralnego supermana”: jest złowrogi, wszechobecny, potężny i okrutny. „Wytwarza kryzysy, inicjuje upadki banków, sprowadza katastrofy, po czym żeruje na nieszczęściach, które spowodował”. Jak mówi Jacek Karnowski o „puczystach” sejmowych: „Tu w grę wchodzą wielkie interesy, wielkie pieniądze, wielka władza”.

Co paradoksalne, ów wróg jest projekcją samego paranoika: aby go zwalczyć, paranoik musi przejąć jego cechy i rytuały. Hofstadter odnotował, jak antykomunistyczne John Birch Society reprodukowało strukturę partii komunistycznych, a antykatolicki Ku Klux Klan – katolickie stroje i obrządki. Jednym z czołowych argumentów prorządowych mediów jest przypominanie, że władza PO/PSL robiła często to samo, co dziś zarzuca się PiS – tyle że wektory zostały odwrócone: wtedy służyło to skorumpowanym elitom, dziś – całej Polsce.

Innym stałym motywem stylu paranoidalnego jest specjalne znaczenie przypisywane renegatom z obozu przeciwnego. Renegaci – np. apostata, były komunista czy eksmason – są potwierdzeniem możliwości odkupienia i ostatecznego zwycięstwa. Antycypując celnie przypadek prokuratora Piotrowicza, Hofstadter zwracał uwagę na fenomen „ex-komunistów, którzy przesunęli się szybko z paranoidalnej lewicy do paranoidalnej prawicy, cały czas kurczowo trzymając się manichejskiej psychologii, którą podszyta jest jedna i druga”.

Na koniec Hofstadter zauważa, że cechą paranoidalnej literatury jest pedantyczna wręcz obsesja zbierania niezliczonych i najbardziej szczegółowych faktów – dowodów świadczących o spisku. Nie jest więc tak, że paranoicy nie dbają o fakty. Wręcz przeciwnie – fakty są gorączkowo zbierane, po to tylko, by wykazać, że „to, co niewiarygodne, jest jedyną rzeczą, w jaką należy uwierzyć”. Pamiętają Państwo konferencje smoleńskie?

***

Mentalność paranoidalna jest zapewne czymś stałym w ludzkiej historii, choć przybiera różne formy i treści. Także w demokracji. Niewielka szkoda, jeśli jej nosicielami są drobne mniejszości funkcjonujące na marginesach jako polityczny folklor. Gorzej, gdy staje się ona treścią działania lidera mającego za sobą pokaźną liczbę wyborców – jak Donald Trump czy Jarosław Kaczyński.

W odróżnieniu jednak od Ameryki, która sobie poradzi, w Polsce instytucje ochronne demokracji zostały osłabione lub zastąpione atrapami. Są teraz bezbronne w obliczu – jak pisał Hofstadter o źródłach politycznej paranoi – „konfliktów społecznych, które wnoszą fundamentalne lęki i nienawiść, zamiast negocjowalnych interesów, wprost do sfery działania politycznego”.

* Wojciech Sadurski- autor - jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim, profesorem w Centrum Europejskim UW i visiting professor na wydziale prawa Uniwersytetu Yale w USA
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka