Faktycznie te opowieści o obżeraniu się fast foodami, leżeniu do
góry brzuchem i niedowadze brzmią trochę podejrzanie (a jeśli nie są
przesadzone to radziłabym się przebadać, na początek trzustka i
tarczyca). Natomiast dobre geny są nie do przecenienia, calutka moja
rodzina od strony ojca (cztery pokolenia) jest szczupła, ja jem dużo
i nie tyję, ale... Nie jem chipsów, fast foodów, nie piję coli itp
(nie ze względu na wagę, ze względu na zdrowie, nie mam pojęcia co
ile ma kalorii i nie mam w domu wagi), jem bardzo często, ale nie
napycham się, dużo się ruszam. Ale i tak trudno mi
potępiać "obżerające się leniwe grubasy", mnie od dziecka rozpiera
energia, wolę iść szybkim krokiem 30 min niż poczekać 10 min na
autobus (siedząc w miejscu i nic nie robiąc wariuję z nudów),
wstanie 1,5 godz wcześniej rano żeby pójść na basen to dla mnie
żaden problem tylko przyjemność, bez słodyczy (jem, zwłaszcza
czekoladę, ale staram się nie za dużo na raz) jest mi troszeczkę
smutno:-) ale kiedy patrzę jak koleżanka z dużą nadwagą i na
wiecznej diecie patrzy na cukierki słabo mi się robi od tego
cierpienia w jej oczach... A pojście na basen zamiast oglądnięcia
kolejnego odcinku serialu to dla niej duże wyrzeczenie. No i co? Nie
jej wina i nie moja zasługa że rzeczy które mi przychodzą tak łatwo
dla niej są wyzwaniem...