Celowo przestałam zaglądać na forum mama-wdowa, bo jakoś nie mogłam
się tam znaleźć. Poza tym, czytanie o cudzych nieszczęściach
sprawiało, ze czułam się jeszcze gorzej. Sama jestem wdową (Boże,
jak ja nienawidzę tego słowa! Zwłaszcza w różnych formularzach
urzędowych, gdzie nie ma do wyboru "wolna").. Już osiem lat prawie.
Miałam 21 lat, kiedy wydarzył sie wypadek mojego Męża. Rzadko o tym
mówię, nie lubię opowiadać, nie lubię o tym czytać. A tu pierwsza
strona gazety z tym tematem - musiałam wejść. I jestem zdegustowana.
Nie wiem, czemu ma służyć to roztrząsanie tematu, naprawdę. Czy
któraś z Pań czuje się dzięki temu lepiej? Czy informując
społeczeństwo o problemach, jakie ma mama-wdowa liczą, że coś się
zmieni w postrzeganiu nas? Szczerze wątpię. Ja mam jak najgorsze
doświadczenia z tym związane. Najlepiej pasuje mi tu określenie
sitcomu na to, co się dzieje wokół młodej (zwłaszcza) wdowy.
Zakłamana pseudo-życzliwość, wstrętna ciekawość, wypytywanie niby z
troską, jak sobie radzisz. Jak? No cudownie przecież, w życiu nie
byłam tak szczęśliwa! -teraz mam odwagę tak odpowiedzieć, ale kiedyś
takie pytania były dla mnie koszmarem.. Bezsensownie czułam się w
obowiązku tłumaczyć i na nie odpowiadać, a na twarzy pytającego
zwykle pojawiał się źle skrywany uśmiech satysfakcji. Znalazłam na
to sposób - wzięłam dziecko pod pachę i wyjechałam gdzieś, gdzie
mnie nikt nie zna, nikt nie pyta, nikogo nie interesuję nadmiernie -
jestem po prostu kolejną samotną matką, nie naznaczoną bardzo
ciekawą tragedią, o którą należy przy każdej okazji wypytać, bo to
przecież takie interesujące.. I każdej osobie poradziłabym to samo.
Czytając ten artykuł jeszcze bardziej chcę się odseparować od tego
tematu, bo nie widzę sensu informowania społeczeństwa o tym co ono
świetnie wie, tylko stara się zapomnieć i nie zauważać. Nie róbmy z
tego telenoweli, proszę - to właściwie najważniejsze zdanie
tłumaczące, po co w takim razie się odzywam.