Rozumiem tę niechęć do dzieci choć mam 2 latorośle
Niestety, muszę się zgodzić z tymi przedstawicielami filozofii "no
children" i uważam, że to nie wyłącznie ich egoizm powoduje takie
osłabienie względnie ustanie popędu rozrodczego. Większość dzietnych
zmusza resztę otoczenia do peanów i ogólnej afirmacji faktu, że są
rodzicami. I każdą głupotę, chamstwo, nie zachowanie zasad savoir-
vivre'u w miejscach publicznych tłumaczą: "bo my mamy dzieci", co
automatycznie "powinno" ich usprawiedliwiać na każdym odcinku
działania. "Numer na dziecko" jest dobry, żeby ominąć kolejkę w
urzędzie, nie zapłacić za zniszczony towar i bałagan w sklepie,
zająć wygodne miejsce w autobusie, czy też zrobić syf w restauracji.
Dziecko to prywatna sprawa rodziców, ale włóczenie się z nim po
knajpach, wyciąganie cycka na środku ulicy, bo karmienie naturalne
jest w modzie, tolerowanie ich wrzasku, a nawet zmuszanie osób
postronnych do ich niańczenia mogą doprowadzać bezdzietne otoczenie
do szału. Wszystko to wynika z przesady i nie zachowania zdrowego
dystansu do swego rodzicielstwa oraz braku poszanowania praw i
poglądów innych ludzi. Do głowy by mi nie przyszło, żeby pytać kogoś
o jego plany prokreacyjne, krytykować singla, czy bezdzietną parę za
ich styl życia. A co mnie to obchodzi? Nie ciągnę dzieci na imprezy
nie adresowane do dzieci, nie toleruję ich krzyku, fochów,
skłonności destrukcyjnych i zabraniam im atakować obcych ludzi
potokiem pytań, bo może sobie tego nie życzą. Ktoś powie, że je
tresuję, niestety, skoro już porównujemy dziecko do kotka, to
zarówno zwierzęciu, jak i kilkulatkowi mała tresura nie zaszkodzi.
Dziecko musi znać swoje miejsce, a "często-gęsto" znajduje się w
centrum uwagi i myśli, że jest pępkiem świata, co jeszcze swoim
zachowaniem potwierdzają bezrefleksyjni rodzice, którzy po raz
kolejny zabierają dziecko do sklepu wiedząc doskonale, że dokona tam
ono inwazji i znowu wszyscy, od personelu po klientów będą wkurzeni.
W Polsce oficjalne przyznanie się do "niechcenia dzieci" jest prawie
jak obnoszenie się ze skłonnościami homoseksualnymi, napotyka na
ataki ze strony tych "jedynie słusznie myślących". Choć mam dwoje
dzieci, inne kobiety czasami doprowadzają mnie do szału, zwłaszcza,
gdy starają się absorbować cały czas swojego dziecka swoją osobą,
jakby szukały potwierdzenia, że są najlepszymi matkami. Dzieciak
chce się bawić, a mamuśka go ciągle "atakuje", przeszkadza, nie daje
chwili spokoju, ciągle pytając: "kochasz mamusię, a kogo bardziej
mamusię czy tatusia, a daj buzi, a pocałuj mamusie,ciu-ciu-ciu". Ze
zwykłego siniaka robią aferę, a każdą próbę zabawy z innym dzieckiem
piętnują stwierdzeniem, że jeszcze się maleństwo czymś zarazi. Wbrew
pozorom, rodzice rywalizują ze sobą, te kwoki z wózkami uprawiają
zawody, które dziecko pierwsze samo zaczęło chodzić, które ma
pierwszego zęba etc. Nie da się porozmawiać o czymś innym, niż o
zupkach i kupkach. Jakiś taki rodzaj odmóżdżenia. Nie daj Boże, jak
już ktoś na ławce bez dziecka usiądzie: "pewnie pedofil albo
bezpłodny". Dzieci tak naprawdę rządzą rodzicami i są nietykalne.
Mogą się człowiekowi zrzygać na odświętne ubranie, a mamuśki się
cieszą. Kocham swoje pociechy, ale mam do nich krytyczny stosunek.
Napatrzyłam się wiele na mojego rozhisteryzowanego brata, który
terroryzował otoczenie przez 15 lat i nadal próbuje urozmaicać czas
rodzinie, a matka wytrząsa się nad nim, jak nad jajkiem. Popieram
wszytkich bezdzietnych, gdybym miała cofnąć czas, zastanowiłabym się
nad tym, czy nie lepiej zająć się sobą niż stale niańczyć i
strofować dwójkę bardzo żywych "maleństw", a ja jeszcze dołożyłam
sobie psa i kota, dodając do tego męża, mam zatem małe przedszkole i
ciągle przepraszam wszystkich z tę całą menażerię - za męża, że za
dużo sobie nałożył bigosu na imieninach u cioci, za córki, że
krzyczą zamiast mówić, choć nie są głuche, za psa, że obwąchuje
każdą atrakcyjną blondynkę ubraną na biało i za kota, że wymiaukuje
przez okno serenady do kota z naprzeciwka. Na koniec za siebie -
sorry, nie nadaję się na matkę i o wiele więcej przyjemności sprawia
mi zakup nowej sukienki albo kurs tańca niż pląsanie na
przedszkolnym przedstawieniu w takt piosenki zespołu "Fasolki". PS.
myślę, że taksówkarz we właściwym czasie zawiezie mnie, starą babę,
do domu starców i nie będę ciężarem dla swoich dzieci.