Bardzo budujące jest usłyszeć tak szczere słowa z ust katolika. Większość z nas,
tych potwornych "niepraktykujących", zna tylko katolików zasznurowanych,
zaszytych w uporze. Połowę szwu stanowi poczucie odpowiedzialności za nasze
zagubione dusze, drugą połowę lęk, ze jeśli wyznają nam wady Kościoła, oddadzą
te dusze na stracenie.
A my te wady znamy. Nie odstręcza nas jednak ludzki błąd, ale odgórne
przyzwolenie na ignorowanie tych błędów.
Wiele w moim życiu przeżyłam mszy, które przyniosły mi ukojenie i radość.
Zawsze, kiedy czuję się zagubiona - idę do kościoła. Zazwyczaj do małego,
naprawdę starego kościółka na uboczu, gdzie jest cisza, świece i uczucie
intymności z Bogiem. Nie chadzam na msze w niedzielę, wystraszona tłumem i
niezdolna do modlitwy w tym tłumie. Częściowo obawiam się też
ironiczno-złośliwej nutki (być może pychy), która pojawia się, gdy ksiądz
opowiada zwyczajne bzdury. W mojej głowie kapłan jest wykształconym, pełnym
wyrozumiałości pasterzem, a nie siejącym grozę wyrobnikiem normy.
Niechby był ognistym kaznodzieją - mogłabym siłą zgody lub niezgody na jego
słowa dyskutować z Bogiem.
Ale klepiąc absurdalne formułki, których pochodzenia nie rozumiem i przez to nie
umiem przyjąć na wiarę, słuchając trzaskających drzwi, jest mi po prostu smutno,
że nie potrafię odnaleźć we Wspólnocie Katolickiej niczego wspólnego. I do
Kościoła nie chodzę. Aż do następnego smutnego okresu, kiedy będę Boga potrzebować.
A na koniec jedno wspaniałe zdanie, ze ślubu moich przyjaciół, które padło z ust
młodego księdza (z bardzo ciekawym poczuciem humoru przy okazji):
"Bóg nie jest na nas zły, kiedy postępujemy źle. Jemu jest przykro, Że możemy
być dobrzy, ale nam się nie chce".
Amen.