> Można zatrudnić bezrobotnych przy upiększaniu miasta.
I znaleźć kogoś, kto im za to zapłaci.
Mylisz pojęcia. Upiększanie miasta dla siebie, kosztem własnej pracy i własnych
środków to co innego, niż czekanie na urzędników miasta, aż opracują plan
zagospodarowania przestrzennego (trzy miesiące, jak się bardzo zepną), wyskrobią
budżecik (mija miesiąc) i zainterpelują urząd pracy, żeby ten zebrał kilku
bezrobotnych (i tu: już minęło pół roku od pierwszego rzucenia pomysłu),
ubezpieczył ich i opłacił składki (dwa tygodnie?), a następnie uzyskanie od
urzędu robót drogowych zgody na prace (miesiąc, może dwa), zakup dla
bezrobotnych sprzętu i odzieży roboczej (a czas leci), żeby wreszcie posłać te
kilka osób z łopatą na skwerek.
Tu chodzi o to, że cała ta biurokratyczna maszyna jest do niczego niepotrzebna,
żeby posiać grządkę nasturcji na trawniku przy drodze. Mało, że niepotrzebna, to
jeszcze cholernie czasochłonna i oczywiście kosztowna.
Tak więc twoja metoda owszem, zwalczy bezrobocie -- wśród urzędasów!
> Więc upiększanie i
> zmniejszanie bezrobocia może iść w parze.
JA mogę upiększać miasto. JA nie mogę zmniejszyć bezrobocia, bo nie jestem w
stanie nikogo zatrudnić (no może jedną osobę). Więc nie ma o czym mówić.
--
Nie ufaj w wieczory, wstań, zaciągnij story,
Upiory i harpie, harpie i upiory...