• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne

Ten wątek został zamknięty i nie można dodawać postów.
Sprawdź, czy dyskusja trwa w innych wątkach.

  • zarchiwizowany
    No ja a mozno kozdy jedna szkryknie .

    A wojoki od swiyntyj Hedwig jeszcze spiom .

    Zarozki kole Glywic tam kaj sie jedzie na Labyndy je taki blank stary las .
    Tam , gynau tam w tym lesie spiom rycerze od swiyntyj slonskyj Jadwigi . Po
    bitwie na Legnickim Polu (Wahlstatt) 9IV1241 roku prziszli oni sam z colkoma
    furami i pacholkoma i sie legli coby se odpoczonc i tak juz spiom w blank
    glymbokim snie juz poraset lot . Jak sie tam do tego lasa na grziby
    wybierecie , nojlepiyj we pazdzierniku , to sie siednijcie i suchejcie , a
    napewno jeszcze uslyszycie jak dychajom bez syn . Ja to som one , te wojoki od
    swiyntyj Hedwig . Ino same tam niy usnijcie bo obudzic sie mozecie dopiyro jak
    one stanom . Ouma mi godala ze jak sie Slonsk juzas bydzie musiol od
    bezboznikow uwolnic to sie snojdzie taki jedyn Pieron coby ich juzas obudzic .
    Jak oni stanom coby wrogow ze Slonska wyciepnonc to sie przekono niyjedyn
    bezboznik ze to niy ma ino legynda . Roz juz bolo slychac jak sie te wojoki
    zaczli budzic , bolo slychac twarde chopow sztimy , szczyrkanie szablow i
    piykne swiyconce zbroje szlo uwidziec . Ale tyn co ich chciol obudzic zapomniol
    jednego , ze do nich cza ino po Slonsku godac . Niy wiezycie to sie same
    przekonejcie . A swiynto Jadwiga pilnuje nos cobymy niy zapomnieli o Slonsku o
    niyj(co no dala) i o od niyj wojokach . Do niyj ludzie zykajom jeszcze dzisio .
    A Wy jak czynsto zescie do niy zykali ?

    Pyrsk !
  • zarchiwizowany
    10.09.01, 18:09
    Nieborowicki dzwon

    "Gdy w czasie trzydziestoletniej wojny Szwedzi oblegali miasto Gliwice, wtedy
    przechodząc przez Nieborowice, splądrowali całą wieś, rozgromili ludność i
    domostwa ich spalili. W czasie pożaru Nieborowic, spłonął również tamtejszy
    kościółek. Z płonącej wieży oderwał się dzwon kościelny a spadając na dół
    utkwił głęboko w ziemi. Rumowiska pozostałe po pożarze pokryły miejsce, gdzie
    stał kościół, a co do dzwonu ludzie byli zdania, że się stopił w ogniu. Po
    pewnym czasie zupełnie zapomniano o miejscu, gdzie stał nieborowicki kościół." -
    dowiadujemy się z kroniki przetłumaczonej na język polski przez ks. Ernesta
    Kieslinga.

    Legenda głosi dalej, że po latach, córka ubogiego chłopa pasąc świnie wpadła do
    dziury, którą wygrzebały zwierzęta. Kopiąc rękoma dalej natrafiła na spory
    kawał metalu. Gdy wróciła do domu opowiedziała wszystko rodzicom i wtedy chłop
    przypomniał sobie jak dziadek wspominał, że w tamtym miejscu stał przed laty
    nieborowicki kościół. Nazajutrz z dziury wydobyto dzwon, a ponieważ mieszkańcy
    Nieborowic byli ubodzy, nie myśleli o budowie własnego kościoła, więc dzwon
    postanowili wywieźć do Gliwic. Zaprzęgli 6 koni, załadowali dzwon, ale konie
    nie chciały ruszyć z miejsca. Dopatrując się w tym widocznie jakiegoś znaku
    zmienili plan i chcieli przekazać dzwon wiosce Schönwald (dzisiejszy Bojków).
    Sytuacja się jednak powtórzyła. Konie co prawda ruszyły, ale utknęły w
    mokradłach. Za radą pewnej ubogiej kobiety dzwon miano w końcu przekazać
    oddalonej o 2 km Żernicy, gdzie akurat wybudowano nowy kościół. Podobno wówczas
    wóz bez problemu uciągnęły dwa osły.

  • zarchiwizowany
    13.09.01, 10:08
    O CUDOWNYM DZWONIE FRYSZTACKIM

    Ognis Frysztat nie znajdowal sie w tym samym miejscu co dzis. Lezal nad Olza o
    jakie dwa kilometry na zachód od dzisiejszego miasta gdzie obecnie znajduje sie
    Stare
    Miasto. Juz sama ta nazwa swiadczy o tym, iz musialo tam byc kiedys stare
    miasto stary Frysztat
    Stary Frysztat miał domy drewniane. Jego mieszkańcy trudnili się rolnictwem i
    pasterstwem, Olza dawała im ryb pod dostatkiem, nic więc dawnym frysztaczanom
    nie brakowało do szczęścia. Pracować pracowali chętnie. Pola naokoło miasta
    obsiewali zbożami - (ziemiaków wtedy jeszcze nie znano) - gdzie tylko człowiek
    spojrzał rosło żyto, pszenica, jęczmień i owies. W starym Frysztacie ludzie
    nigdy nie znali głodu, chleba mieli dosyć. Jeszcze corocznie do Frysztatu
    przyjeżdżali kupcy i zakupywali przebytkowe zboże. Inni znowu kupcy ze starego
    Frysztatu pędzili całe stada bydła. Najwięcej krów i świń.
    Bogaci frysztaczanie rozbudowywali swe miasto. Mieli za co. Wznieśli nawet
    przestronny kościół. Kościoł był tak piękny, że daleko w okolicy nie było
    pigkniejszego. Fryszta z dalekiego swiata zprowadzili dzwon do swego
    modrzewiowego kościoła. Kosztował ogromne pleniądze, bo ludwisarz, mistrz co go
    odlewał, poprzysiągł, że jest to dzwon cudowny, że takiego nigdzie jeszcze na
    świecie nie mają.
    Cudowny dzwon codziennie rano, w południe i wieczorem dzwonił na całą okolicę.
    Rano budził ludzi, w południe wolał ich do obiadu, a wieczorem przypominał
    wszystkim, że już trzeba isc na spoczynek. A kiedy cudowny dzwon grał, ludzie
    przystawali na polu, na drodze, obok domów, usmiechali się i słuchali. Tak
    głośno i tak pięknie grał, jak żaden inny dzwon na świecie. Głos cudownego
    dzwonu tak jakoś dziwnie wzruszał każdego, że ani opowiedzieć tego nie można.
    Jeżeli dwaj gniewający się na siebie usłyszeli jego głos, to w tej samej chwili
    godzili się i o złosci zapominali na zawsze. Zdarzało się ponoć, że zbóje o
    twardych sercach kupca napadli, zabić o chcieli i obrabować ze wszystkiego. Już
    ktoś z nich wyciągał rękę żeby nożem cios śmiertelny zadać, gdy wtem głos
    cudownego dzwonu rozbiegł się po świecie. Zbój cofnął rękę. Pchnąć nie
    potrafił. Taką jakąś dziwną siłę dzwon frtacki posiadał, że złość w dobroć,
    smutek w radość obracał a twarde serca miękczył i wzruszał. Kupiec pojechał do
    domu spokojnie.
    Nie wiadomo, jak długo tak dzwonił cudowny dzwon w wieży modrzewiowego koscloła
    w starym Frysztacie. Przeminęły długie, dlugie lata, aż raz stało się coś
    strasznego. Pewnej nocy na miasto spadło nieszczęście. Pożar.
    - Gore! Gore! ! ! -

    Najpierw płonął jeden dom, ale że wiatr wiał tej nocy , więc wkrótce paliło się
    całe miasto. Wiatr rozniosł płomienie po całym Frysztacie. Ogień zaskoczył
    ludzi podczas snu. Niczego nie było można uratowac. Jeszcze całe szczęście, że
    gospodarze bydło zdołali wyprowadzic z płonących zabudowań w bezpieczne
    miejsce. Przynajmniej starzy ludzie coś uratowali ze swe o mienia. A wtedy
    ponoć - tak mowiono - cudowny dzwon grał na alarm. Grał tak jakoś strasznie
    smutno. Sam dzwonił, bo dzwonnik ratował z pożaru, co się dało. Cudowne
    dzwonienie leciało w ciemną noc, dzwon płakał nad nieszczęściem, jakie
    nawiedziło Frysztat, stare, bogate miasto na prawym brzegu Olzy. Dopiero nad
    samym ranem dzwon cudowny zamilkł, bo przepalone belki w wieży modrzewiowego
    kościoła nie utrzymały rozhuśtaaego spiżu. Jęknął ostatni raz, a potem nie
    odezwał się już więcej. Ze starego Frysztatu pozostały tylko dymiące zgliszcza
    i ogromna kupa szarego popiolu. Ludzie nie mieli dachu nad głową. Pożar
    wszystko strawił. Pogorzelcy rozpaczali:
    - Co robić ?
    Potem wszyscy wygrzebali z popiołu piły i cieślice, nabili je na nowe
    toporzyska i chwycili się pracy. Frysztaczanie poweseleli. Jeszcze mómy
    szczgści - mówili - że jest wiosna, stodoły były puste, zboże dziepro rośnie,
    szkody sóm małe. A do zimy zbudujymy sobie nowe miasto, pod szczyrym niebym
    zimować nie bydymy.
    Zaraz po pożarze, w miejscu, gdzie stał kościół, szukali dzwonu. Łopatami
    rozrzucali popiół, motykami rozkopywali na boki, rękami w nim grzebali, ale
    dzwonu jak nie było, tak nie było. Gdzieś się zapodział. Ktoś rzekł, że spiż
    stopił się w ogniu i dzwonu już nie ma. Wszyscy uznali, że tak rzeczywiście
    musiało się stać, i poszli do innej pracy.
    W okolicznych lasach od rana do nocy wrzała praca. Codziennie stukały cieślice,
    piły jednostajnie rzępoliły, na ziemię waliły sig pokotem stuletnie olbrzymy
    leśne. Lasy podobne były do ogromnucnych pokosów. Ociosane pnie odwożono wozami
    na miejsce budowy.
    Nowe miasto nie powstawało na pogorzelisku. Przed rozpoczęciem uradzili
    frysztaczanie, że wiele czasu musieliby stracić na uprzątnięcie zgliszcz.
    Lepiej od razu wyszukać nowe miejsce pod przyszłe osiedle i chwycić się pracy,
    żeby zdążyć przed zimą. I tak zrobili. A na zgliszczach po czasie urośnie
    pastwisko dla bydła, świń i koni. Jakie trzy tysiące kroków od spalonego miasta
    wznosił się niewysoki pagórek. Na nim frysztaczanie postanowili zbudować nowe
    miasto, nowy Frysztat. Od wiosny aż do zimy trwała praca. Z odległych stron
    przybyli mistrzowie ciesielscy i budowali. Na pagórku powstawały domy miesz-
    kalne i zabudowania gospodarcze. Zbudowano również kościół, jeszcze piękniejszy
    i przestronniejszy od tamtego poprzedniego. Tylko smutno było frysztaczanom, że
    w swym nowym kościele nie mają cudownego dzwonu.
    Zgliszcza starego miasta z biegiem czasu zarosły bujną i soczystą trawą.
    Pasterze wypędzali tam bydło, bo smaczniejszej trawy nigdzie indziej w okolicy
    nie było.
    Pewnego razu na pastwisku stało się coś dziwnego. Kiedy cała gromada świń
    ryjami niurała w ziemi, naraz jeden wieprz natknął ryjem na błyszczący
    przedmiot. Niurał, niurał, podrywał ziemię i odrzucał, ale twardy przedmiot tak
    mocno tkwił w uwięzi, że ani rusz nim poruszyć. W południe, kiedy pasterze
    mieli już gnać bydło do domów, jeden z wyrostków zobaczył ów dziwny przedmiot w
    dziurze wyrytej przez wieprza. Przyklęknął na ziemi i lepiej mu się
    przypatrzył.
    - Hej, kamraci, dzwon cudowny tu jest! -

    zawołał tak głośno, że zaraz zbiegła się ku niemu cała banda pastuchów.
    Pasterze z niedowierzaniem obmacywali spiżowy przedmiot, który częściowo
    wystawał z rozrytej ziemi. Było to ucho dzwonu.
    - Spróbujmy kopać! - zaproponował któryś.
    - Spróbujmy! - odpowiedzieli wszyscy.
    - Ale czym ? - odezwał się jakiś niezdecydowany głos.
    Próbowali gołymi rękami. Ale ziemia była twarda. Potem grubszymi końcami
    biczysk dłubali glinę, ale i tak niewiele zrobili. Trzeba było łopat, motyk i
    żelaznych drągów. Trzeba było dużo mocnych rąk, dużo siły.
    Pasterze rozpowiedzieli w mieście o znalezisku. Uradowali się frysztaczanie, że
    cudowny dzwon znowu zawiśnie w wieży nowego kościoła.
    Po południu, kto żywnie tylko miał trochę czasu, szedł z motyką, rydlem lub
    żelaznym drągiem, gdzie dzwon cudowny tkwił w twardej ziemi. Ktoś wóz zabrał i
    cztery pary koni. Nie dziwota, dzwon był wielki i ciężki! Ludzie kopali i
    kopali. Pot spływał z czoła każdemu, ale wszyscy pracowali chgtnie i z
    radością. Już zmrok nastał, kiedy frysztaczanie z trudem dzwon załadowali na
    wóz. I wio! do miasta.
    Kiedy wracali uradowani, księżyc już świecił i błyszcząły gwiazdy. W inne dni o
    takim czasie ludzie dawno już spali po domach. Ale dziś nikt o spaniu nie
    myślał. Cudowny dzwon przecież odzy- skali!. Znowu zawiśnie w wieży i swą.
    dziwną, cudowną siłą, złość w dobroć, smutek w radość będzie obracał, a twarde
    serca miękczył będzie i wzruszał. Tak jak to już kiedyś czynił, nim się stare
    miasto spaliło i nim zarył się głęboko w ziemię. Nazajutrz obok wieży kościoła
    zbudowano rusztowanie, powroźnik miejski skręcił z konopi powrozisko grube jak
    łydka dorosłego czło- wieka, sprowadzono ku kościołu kilkanaście koni. Dzwon
    wyciągnięto na wieżę.
    A w następnym dniu cudowny dzwon już grał. Ludzie ponoć sły- szeli w tym graniu
    wyraź
  • zarchiwizowany
    Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 13.09.01, 18:07
    brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga
  • zarchiwizowany
    13.09.01, 19:49
    Gość portalu: mesco napisał(a):

    > brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga

    mesco, jak znosz takom legynde to niy mondruj iny jom sam wciepnij!
    Abo jom dziypiyro musisz wymys´lec´???
  • zarchiwizowany
    Gość: Mirek IP: *.*.*.* 14.09.01, 03:22
    Bardzo fajne! I wszystko rozumniem!!
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:35
    Gość portalu: mesco napisał(a):

    > brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga

    mesco, sam mosz ta legynde o keros prosil:




    Ewald Stefan Pollok -
    Legendy, manipulacje, klamstwa
    prof. F.A.Marka
    w Tragedii Gornoslaskiej
    a prawda o Slasku i powojennej
    dyskryminacji jego mieszkanców.
    © Copyrright by Ewald S. Pollok Tel. 014830598
    Po podaniu zródla, przedruk fragmentów dozwolony
    ISBN 83-907364-1-1
    Wydanie I
    Wydawca "Wydawnictwo Zyrowa" Poreba Kup. 59 36-146 Przeborz
    Druck: Druckarnia Technet, Kraków, ul. Wielicka 28
    Drogi Czytelniku!
    Cieszylbym sie, gdyby ta ksiazka byla czyms, na co wiekszosc Slazaków i nie
    tylko Slazaków czekalo - prawda, prawda o której przez lata nie mozna bylo
    mówic. Ksiazke te napisalem z potrzeby serca, jako Slazak kochajacy swoja mala
    ojczyzne i jako taki, chcialbym o tym Slasku jak najwiecej czytac. Chcialbym
    czytac prawde choc nieraz i nieprzyjemna - a nie wymyslone "prawdy". Ale o
    calym Slasku, nie tylko o tej czesci "myslacej po polsku". Mamy jeszcze
    Slazaków myslacych tylko po slasku, ale równiez takich, którzy mysla po czesku
    i po niemiecku. Tak zawsze bylo. Wszyscy mieszkaja na jednym Slasku, który jest
    dla nich ta mala, bliska sercu ojczyzna.
    Zbieram materialy do nastepnej ksiazki. Bede sie cieszyc z kazdej informacji,
    która ewentualnie wykorzystam w nastepnej ksiazce. Interesuje mnie wszystko co
    zdarzylo sie przed, w czasie i po wojnie na Slasku, o czym nalezaloby napisac,
    co nalezaloby pokazac.
    Informacje te mozna przekazac na adres: Ewald Stefan Pollok
    Zyrowa 47-326 Jasiona sierpien 1998 r.





    Spis tresci

    TRAGEDIA GÓRNOSLASKA 5
    PLEBISCYT 10
    GÓRA SWIETEJ ANNY 18
    POWSTANIA SLASKIE 35
    NAZWISKA 52
    TEXAS 62
    POMNIK CZYNU POWSTANCZEGO 65
    POLAK? SLAZAK? NIEMIEC? 70
    HISTORIA SLASKA 94
    WERYFIKACJA 107
    MNIEJSZOSC NIEMIECKA 128
    CYTATY 132
    WYJASNIENIA 134
    ZAKONCZENIE 159

    WERYFIKACJA
    Wojna jeszcze trwala, a juz strona polska zaczela dzielic Slazaków na tych
    prawdziwych i tych niepotrzebnych - do odrzucenia. A p. Marek próbuje wmawiac,
    ze to p. Król (Kroll) i p. Urban dziela Slazaków na dwie obce sobie grupy. To
    zrobil juz Aleksander Zawadzki swoim zarzadzeniem z 29 stycznia 1945 roku w
    sprawie "likwidacji wszelkich sladów okupacji niemieckiej i dla
    zamanifestowania polskosci Slaska". Slazacy ci mieszkajacy, aby móc pozostac na
    swojej ojcowiznie musieli sie zadekowac, a jednoczesnie zadeklarowac.
    Wkraczajaca na Slask Armia Radziecka, traktowala mieszkanców Slaska Opolskiego
    jako Niemców i wobec tego miala prawo grabic, gwalcic itd. Rosjanie
    skoszarowali mezczyzn w wieku 16-60 lat - nie patrzac na przynaleznosc
    narodowa - w kilkunastu obozach, a wiekszosc skoszarowanych wywieziono na teren
    ówczesnego ZSRR, gdzie pracowali o glodzie, w nieludzkich warunkach, w
    kopalniach, hutach oraz przy odbudowie kraju.
    W lutym 1945 roku rozpoczely sie przygotowania do przejecia Slaska Opolskiego.
    Wladza radziecka przekazala w marcu 1945 roku prawobrzezna czesc ziemi lezacej
    nad Odra, a w maju lewobrzezna.
    Na wiecu, jaki odbyl sie 18 marca 1945 roku w Katowicach, rodowity Opolanin
    Antoni Klaka powiedzial: "Nasze Matki Polki, beda nareszcie rodzily zolnierzy
    dla Polski" (!!??).
    Na specjalnej odprawie w dniu 20 marca 1945 roku wojewoda A. Zawadzki przekazal
    starostom i prezydentom ustalenia dotyczace weryfikacji, a 22 marca 1945 roku
    oglosil zarzadzenie dotyczace wydawania tymczasowych zaswiadczen tozsamosci dla
    Polaków Slaska Opolskiego. WOJNA JESZCZE TRWALA. Nie rozstrzygnieta byla
    jeszcze sprawa polskiej granicy zachodniej. Na konferencji w Jalcie (luty 1945
    roku) powiedziano: "we wlasciwym czasie trzeba bedzie zasiegnac opinii nowego
    polskiego Rzadu Tymczasowego Jednosci Narodowej, co do wielkosci przyrostu
    terytorialnego na pólnocy i zachodzie". Wladze polskie zastosowaly polityke
    faktów dokonanych.
    21 marca 1945 roku gen. A. Zawadzki zostaje oficjalnie powolany na stanowisko
    Pelnomocnika Rzadu Tymczasowego na Slask Opolski.
    W dniu 18 czerwca 1945 roku zostalo ogloszone zarzadzenie A. Zawadzkiego, w
    którym polecal tworzyc dzielnice, gdzie tymczasowo zakwaterowana zostanie
    ludnosc niemiecka. Zabronil przewozenia koleja Niemców, chyba ze "jada na
    zachód".
    Po tym zarzadzeniu, niektóre lokalne wladze nakazywaly Niemcom noszenie
    widocznych oznak - we Wroclawiu bialych opasek, w Kluczborku Niemcy nosili na
    plecach czerwona litere N, w grodkowskim biale opaski, tak samo noszono opaski
    w Glogówku i Zabrzu.
    Od czerwca 1945 roku wladze polskie wysiedlaly Niemców, mimo ze nie bylo do
    tego zadnej podstawy prawnej - konferencja w Poczdamie zakonczyla sie dopiero 2
    sierpnia 1945 roku i dopiero wówczas wiadomym bylo, jak przebiegac beda granice
    Polski z Niemcami. Te akcje, trwajace 2-3 tygodnie, przebiegaly szczególnie
    brutalnie. Czeste byly napady szabrowników i pobicia ze strony milicji. Znane
    sa wypadki, gdy Niemców wysiedlano poza miasto, gdzie pozostawiano ich wlasnemu
    losowi, rekwirujac w tym czasie ich mieszkania i dobytek.
    "Wielu ludzi umieralo z glodu i wyczerpania. Reszte dopelnily choroby i
    epidemie dziesiatkujace wysiedlanych, wegetujacych w prymitywnych warunkach.
    Dopiero na interwencje wladz rosyjskich, które bynajmniej nie kierowaly sie
    wzgledami humanitarnymi, przerwana zostala faza «dzikich wysiedlen». Stalin
    obawial sie prawdopodobnie negatywnych reakcji aliantów zachodnich na wiesc o
    tych poczynaniach".1 [1. M. Podlasek, Wypedzenie Niemców, Wyd. Polsko-
    Niemieckie, Warszawa 1995, str. 141.]
    Mieszkaniec Czarnowas mówi tak o tamtych czasach: "Coraz straszliwiej szaleje
    milicja. Jezeli do tej pory pladrowali tylko Rosjanie, teraz robia to jeszcze
    Polacy. Nic nie jest bezpieczne przed nowa milicja. Tylko tyle, ze nie gwalca
    dziewczat. Milicja przejela role gestapo albo NKWD i grabi ludnosc..."
    A zamieszkujacy Szklarska Porebe wspomina: "Najbardziej boimy sie marszy ku
    pamieci Adolfa Hitlera, organizowanych po to, bysmy mieli czas zastanowic sie,
    dlaczego wybralismy Hitlera. Z domów wypedzaja cale wsie, a wiec przewaznie
    kobiety i dzieci - które przeciez Hitlera naprawde nie wybieraly - starych i
    chorych i prowadza ich potem przez okolo trzy tygodnie po okolicy. Z przodu
    Polacy na koniach, z tylu Polacy na koniach. Te pochody przypominaja przemarsz
    wiezniów obozu koncentracyjnego w zimie 1945 roku". 1 [1 M. Podlasek,
    Wypedzenie..., str. 133.]
    Inny swiadek z Górnego Slaska opowiada, co dzialo sie w czasie przesluchan
    zamknietych, czesto bez powodu Niemców: "Gdy otwieraly sie drzwi celi, trzeba
    bylo w wyprezonej postawie meldowac: «Cela nr 117 obsadzona niemieckimi
    swiniami». Znowu bicie, bo zdaniem zaledwie dwudziestoletniego straznika,
    meldunek nie byl wystarczajaco dokladny".
    "Innym nowym wynalazkiem byl pokój przesluchan. Urzadzono go w dawnej pralni.
    Jej obecne wyposazenie skladalo sie ze stolu, kilku krzesel i pnia do rabania
    drewna. Wielu nowych wiezniów, obojetnie czy mezczyzna, czy kobieta albo
    dziewczyna, musialo sie calkowicie rozbierac i w tym stanie ich przesluchiwano.
    Najciemniejsze sredniowiecze nie bylo tak okrutne i wynalazcze w meczeniu ludzi
    jak Polacy, na których pastwe bylismy wydani"? 2 [ 2. M. Podlasek, j.w., str.
    141]
    Swiadek z Kamienca Zabkowickiego powiedzial: "Wielu cierpi jeszcze dzis wskutek
    odniesionych tortur. Nieszczesne ofiary calkowicie rozbierano i przywiazywano
    za nogi do deski. Potem bito ich tak dlugo ciezkimi pejczami, dopóki nie lezeli
    juz bez przytomnosci we wlasnej krwi. Straszliwie rozbrzmiewaly noca po ulicach
    ich krzyki, chociaz nastawione na najwyzsza glosnosc radia mialy te krzyki
    zagluszyc. Te potwory nie wahaly sie nawet bic ofiary tak dlugo, dopóki nie
    wyzionela ducha". 3 [3. M. Podlasek, i.w., str. 142]
    Procedura wysiedlenia, która z zalozenia nie mogla byc humanitarna, kiedy jedni
    zostali ogr
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:44
    ciag dalszy:

    Procedura wysiedlenia, która z zalozenia nie mogla byc humanitarna, kiedy jedni
    zostali ograbieni ze wszystkiego i wysiedleni, a drudzy, nalezacy do wladz
    wysiedlajacych, bogacili sie na tym, zapewniali sobie egzystencje. "Sam akt
    wysiedlenia - pozbawienie ludzi sila ich domostw, wyrzucenie z kraju, z którym
    czuli sie zwiazani wiezami rodzinnymi, emocjonalnymi, historycznymi, jest aktem
    brutalnym, który u poszkodowanych musi rodzic poczucie krzywdy. Gdy towarzysza
    mu jeszcze szykany ze strony wysiedlajacych, jest on szczególnie bolesny". 4
    [4. M. Podlasek, i.w., str. 152]
    Te szykany doprowadzily równiez do tego, ze przy weryfikacji, niektórzy
    szybciej siegali po pióro, by podpisac swoja polska przynaleznosc, aby tylko
    nie wpasc w rece nieodpowiedzialnych ludzi.
    Wysiedlani Niemcy musieli dla pozorów legalnosci, podpisywac oswiadczenie o
    dobrowolnosci wyjazdów i zrzec sie wszelakiej wlasnosci na rzecz panstwa
    polskiego. Mimo to, w czasie kontroli bagazy, które mogly wazyc od 10 do 20 kg,
    w zaleznosci od tego, z jakiej miejscowosci byli wysiedlani, zabierano im
    ostatnie wartosciowe rzeczy. 2 lipca 1945 roku A. Zawadzki wydal kolejne
    zarzadzenie, w którym zakazal ludnosci niemieckiej zamieszkiwania na terenie
    przedwojennego województwa Slaskiego, to samo dotyczylo Dolnego Slaska.
    Opolszczyzna uniknela tego, gdyz tu musiala byc najpierw przeprowadzona
    weryfikacja ludnosci. Zawadzki powiedzial wówczas "nie chcemy ani jednego
    Niemca na naszych ziemiach, ale ani jednej duszy polskiej nie oddamy Niemcom".
    Weryfikacja rozpoczela sie juz w marcu 1945 roku, trzeba bylo wypelnic prosty
    formularz z danymi osobistymi i podpisac zdanie: "Jestem narodowosci polskiej i
    prosze o wydanie mi zaswiadczenia o przynaleznosci do tej narodowosci". W
    sierpniu 1945 r. wprowadzono nowy formularz, rozszerzony, w jego punkcie 14
    wyjasniono, iz dla uzasadnienia wniosku mozna "powolac sie na uzywanie jezyka
    polskiego w domu, w modlitwie, umiejetnosc czytania, pisania po polsku,
    uczeszczanie na kursy wzglednie do szkól polskich, branie udzialu w wycieczkach
    do Polski, posiadanie dokumentów, modlitewnika lub kalendarza polskiego.
    "Jezyk równiez okazywal sie kryterium nieadekwatnym do rzeczywistosci. Z jednej
    strony, bezsprzecznie polska z pochodzenia ludnosc, przewaznie w mlodszym
    pokoleniu, nie mówila po polsku, albo mówila bardzo slabo, a z drugiej strony,
    wlasnie niemieccy osadnicy, w pelni swiadomi swej narodowosci, wladali dobrze
    obu jezykami".1 [ 1. J. Misztal, Weryfikacja narodowosciowa na Slasku Opolskim
    1945-1950, Inst. Slaski, Opole 1984, str. 41.]
    Co robili Slazacy? Uczyli swoje dzieci modlitwy polskiej. Rodzice lub
    dziadkowie nie musieli umiec, ale jezeli dziecko umialo, to znaczy nauczylo sie
    w domu, a jezeli w domu, to znowu znaczy, ze dom byl polski. Klamstwo od samego
    poczatku. Jak swiat swiatem, ludzie zawsze próbowali sie ustawic, w tym
    przypadku chodzilo o pozostanie na ojcowiznie. Nalezy pamietac, ze Slazacy nie
    wywolali wojny, oni nie chcieli na nia isc, ani ci polscy ani niemieccy,
    zmuszono ich do tego. Jezeli ktos powie, ze byli tacy, którzy chcieli wojny,
    tez mu przyznam racje. Wsród spoleczenstwa zawsze znajda sie jednostki za, ale
    nie mozna tego wszystkim zarzucac. Wyciaganie generalnych wniosków jest
    krzywdzace.
    Slazacy polscy takze musieli isc na wojne, na ten sam front niemiecki. Nie
    pytano ich o zdanie. Slazak opcji niemieckiej czy tez polskiej, strzelal do
    Polaka czy Rosjanina. Schizofrenia!? Ale takie sa fakty i tego nie da sie
    odwrócic. Nie nalezy nagle mówic, "my Slazacy polscy jestesmy lepsi" (Tak samo
    Niemcy z NRD, wedlug ich historycznych ksiazek, byli lepsi, nigdy nie brali
    udzialu w wojnie, nie bylo tam faszystów). Prawda byla taka - obie grupy
    musialy isc na wojne, inaczej kulka w leb. I teraz kiedy wojna zostala
    zakonczona, zmuszano Slazaków opcji niemieckiej do opuszczenia swego miejsca
    zamieszkania. Za jakie grzechy? Najpierw Hitler byl przeciw Slazakom polskim,
    teraz "wolna" Polska uwaza Slazaków niemieckich za swoich wrogów. By móc
    pozostac, uciekano sie do róznego rodzaju sztuczek.
    "To wlasnie Polacy wprowadzili na Slasku Opolskim volksliste. O ile hitlerowska
    dopuszczala wybór przynaleznosci narodowej i uwzgledniala kategorie posrednie
    (czy grupy narodowosciowe), to przyjeta przez wladze polskie, opierala sie na
    zasadzie klasyfikacji odgórnej, przymusowej i alternatywnej - wybieraj: jestes
    albo Polakiem, albo Niemcem.
    Chlop slaski, którego wypedzono z gospodarstwa, bo okazal sie zbyt hardy wobec
    komisji weryfikacyjnej, albo po prostu dlatego, ze komus spodobala sie jego
    chalupa, nie myslal o Oswiecimiu, krematoriach i Pawiaku. Najczesciej o tym
    nawet nie slyszal. Wiedzial tylko, ze go wypedzono i zapamietal, kto go
    wypedzil".1 [1. A. Bula, Obrona Slazaków, miesiecznik "Opole'' 1990, nr 1.]
    Przytocze kilka mysli napisanych na temat weryfikacji przez Z. Kowalskiego w
    swojej ksiazce "Powrót Slaska Opolskiego do Polski". Niedomagania w
    dzialalnosci komisji weryfikacyjnych wynikaly m.in. z faktu, ze w ich sklad
    wchodzili nieraz ludzie, nie znajacy specyficznych problemów narodowosciowych
    Slaska Opolskiego, a takze osoby, które interes wlasny, swej rodziny i
    znajomych, stawialy wyzej niz sprawiedliwe rozwiazanie problemu.
    Starostwo opolskie napisalo: "Wobec ogromnej ilosci wniosków i krótkiego
    terminu do zakonczenia weryfikacji, wnioski w przewazajacej wiekszosci zostaly
    zalatwione bez protokolów i bez podawania jakichkolwiek motywów".
    A. Zawadzki napisal: "Równiez strona formalna w toku weryfikacji pozostawia
    wiele do zyczenia - akta weryfikacyjne oraz rejestry wydanych zaswiadczen
    prowadzone sa niedbale - wnioski o weryfikacje rozpatrywane sa w dowolnej
    kolejnosci. Zdarzalo sie, ze dwukrotnie weryfikowano te same osoby W samym
    Opolu przypadków takich do grudnia 1945 roku bylo 156".
    Przy innej okazji wojewoda A. Zawadzki napisal: "Mialy tez miejsce "parszywe
    naduzycia, kiedy kanalia w polskiej powloce, wydawala Niemcom za lapówke
    zaswiadczenia polskosci". A o funkcjonariuszach aparatu bezpieczenstwa
    powiedzial: "Czasem bywaly wypadki, ze taki pan, który dostal do reki karabin i
    w glowie mu sie z tego powodu przewrócilo, pozwalal sobie podrzec dokumenty
    wladz panstwowych, decydujace o zyciu rodzin, dokumenty weryfikacyjne.
    Dokumenty darlo sie, a ludzi skierowywalo do obozu. Jest to skandal i
    zbrodnia". A jeszcze innego dnia powiedzial: "... do szeregu miejscowosci, do
    szeregu urzedów dostali sie ludzie niesumienni, nie rozumiejacy tej polityki i
    niezdolni zrozumiec, albo ludzie o wyraznie zlej woli, kierujacy sie tylko
    wlasnymi korzysciami", a Komitet Wojewódzki PPR napisal, ze dochodzi do "prawa
    piesci".
    "Gazeta Robotnicza" z 12 czerwca 1945 roku pisala: "ludnosc polska mieszkajaca
    na Slasku Opolskim (...) z szeregów której wyszedl niejeden z powstanców
    slaskich, zaczyna sie obecnie odzegnywac od polskosci i przy wypelnianiu ankiet
    prosi, aby podawac ich jako Niemców. Nie chca miec nic wspólnego z tymi
    Polakami, którzy przynosza z soba najwieksza hanbe dla bohaterskiego imienia
    Polaka - szaber".
    Weryfikacja nie dazyla prosta droga. Wniosek poprzec mozna bylo odpowiednia
    iloscia maki, szynki czy palonej okowity. Kto "smarowal" to i tymczasowe
    obywatelstwo otrzymal. A to pózniejsze poszukiwanie wroga klasowego?! Nie wolno
    bylo pisac do krewnych w RFN, bo grozilo to przykrymi konsekwencjami.
    Korespondencja byla cenzurowana i nieopatrzne zdanie doprowadzalo do wiezienia.
    Znana jest sprawa z Opola, kiedy to mieszkanka tego miasta napisala do siostry
    w Niemczech i w liscie wspomniala, ze ma trudnosci z nabyciem zywnosci, bo
    wszystko jest na kartki. Niedlugo pózniej tych trudnosci nie miala, bo osadzono
    ja w wiezieniu "za szkalowanie Polski Ludowej".
    Brak scisle okreslonych zasad i kryteriów weryfikacji, rodzil ogromna liczbe
    sytuacji
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:47
    ciag dalszy:


    Brak scisle okreslonych zasad i kryteriów weryfikacji, rodzil ogromna liczbe
    sytuacji, w których czlonkowie komisji nie potrafili podjac wlasciwej decyzji.
    Przykladowo starosta opolski skarzy sie: "Specjalny problem stanowia czlonkowie
    partii hitlerowskiej, a zwlaszcza ich rodziny, czesto pochodzenia niewatpliwie
    polskiego", a starosta raciborski dodaje: "Osobny problem stanowi weryfikacja
    czlonków partii NSDAP, których na terenie powiatu jest dosc pokazna liczba. Sa
    to w duzej mierze Polacy z pochodzenia". Arka Bozek, znany dzialacz slaski byl
    zdania, ze zwyklych czlonków partii nalezy weryfikowac. Do konca III kwartalu
    1946 roku wplynelo 2 447 takich wniosków.
    Weryfikacja byla problemem, widac to po stwierdzeniu K. Malczewskiego - czlonka
    miejskiej komisji weryfikacyjnej w Opolu: "nie weryfikowano tylko tych,
    którzy «nie mieli pierwiastków polskich» i posiadali psychike niemiecka (!!?),
    natomiast w wypadku, gdy «wartosci byly trudno uchwytne» (!!??) zaliczano
    wnioskodawców do «grupy Polaków»" (znaki zapytania i wykrzykniki autora).
    A jak bylo w praktyce?
    Byly wypadki, kiedy przyznawano tymczasowe zaswiadczenia rodzicom, zas dzieciom
    ich odmawiano, tak sie dzialo przykladowo w Niemodlinie. W tym samym powiecie,
    wysiedlono cala wies, "gdzie mówiono po polsku", po to, by przyspieszyc na
    innych terenach skladanie wniosków.
    W powiecie prudnickim odrzucono 60-80% wniosków, a wówczas zaprotestowali
    dzialacze Zwiazku Polskiego w Niemczech. Jeden z wójtów na wnioskach o
    weryfikacje pisal Polakom, mówiacym dobrze po polsku: "rodowita Niemka - odnosi
    sie wrogo do Polski".
    W miejscowosci Kup "trzej starzy powstancy slascy, dali wyraz swemu oburzeniu
    stwierdziwszy, ze zastali Niemców, udajacych Polaków, zweryfikowanych czynnych
    hitlerowców". Istnieje zapis w dokumentach: "Doszlo do tego, ze Niemcy glosno
    mówia, ze za 5 000 zl mozna zostac Polakiem". Na Górze Sw. Anny w ciagu jednego
    dnia (19 czerwca 1945 roku) zweryfikowano 266 wniosków Komisja powiatowa
    podawala w watpliwosc mozliwosc rozpatrzenia tylu wniosków w ciagu jednego dnia.
    W Nowej Wsi, na 900 zakwestionowanych osób, które mialy byc prohitlerowskie,
    komisja wojewódzka zweryfikowala 831 osób.
    Do 21 grudnia 1945 roku zweryfikowano 358 961 osób, z czego tylko 79 698 osób
    otrzymalo zaswiadczenia pozytywne. Wiekszosc ludnosci nie chciala weryfikacji,
    i nie brala w niej udzialu. Ilosc powyzsza nie zadowalala odpowiedzialnych za
    weryfikacje, wobec czego wojewoda A. Zawadzki stwierdzil w styczniu 1946
    roku: "Gdy chodzi o sama weryfikacje, to musze powiedziec, ze chociaz jestesmy
    na ukonczeniu formalnej strony tej akcji, jednak pozostanie ona przez pewien
    czas jako problem do ponownego przejrzenia i uporzadkowania powaznej czesci juz
    zalatwionych spraw".
    Aby zlamac opór ludnosci do weryfikacji, podejmowano radykalne dzialania. We
    wrzesniu 1945 roku wies Ligota Kuznicka zostala wysiedlona, a mieszkancy
    osadzeni w obozie w Lambinowicach. Mialo to naklonic inne wsie do szybkiego
    zglaszania sie do weryfikacji. We wsi Sztum 174 osoby, które glosowaly w
    plebiscycie za Polska, odmawialy poddania sie weryfikacji. Argumentami kobiet
    bylo "jak maz wróci, to bedzie wiedzial co robic".
    W Tragödie Schlesiens napisano o 1949 roku: "Pieciu obywateli, którzy odmówili
    podpisania deklaracji wiernosci Narodowi i Panstwu Polskiemu, umieszczono w
    obozie pracy do czasu ich wysiedlenia".
    Szerzono specjalnie pogloski o przesiedleniach tych, którzy nie dadza sie
    zweryfikowac, a w niektórych miejscowosciach przeprowadzono weryfikacje pod
    przymusem. W ten sposób sporo osób dalo sie zweryfikowac, gdyz obawy
    wysiedlenia z ojcowizny byly duze. Nie wiedziano co grozi tym, którzy zostali
    odtransportowani, a kazdy po tych ciezkich czasach wojny, chcial teraz zyc,
    kiedy nareszcie pokój zajrzal do zagród.
    W mojej wiosce Zyrowa, mówiono o zlym traktowaniu przez wladze polskie tych,
    którzy oczekiwali w obozach na odtransportowanie. Niedaleko byl obóz pracy w
    Blachowni, majacy zla reputacje u Slazaków z okolic Kozla i Strzelec.
    Dochodzily stamtad zle wiadomosci, bano sie, by nie wywieziono ich do tego
    obozu. Sporo Slazaków niemieckich próbowalo byc nagle Polakami.
    Kilku gospodarzy z Zyrowej wywieziono do blotnickiego i strzeleckiego obozu dla
    przesiedlenców, aby odtransportowac ich do którejs ze stref okupacyjnych. Co
    ciekawsze, wybierano tych najlepszych gospodarzy, z ladnymi domami i duza
    iloscia roli. Nie chodzilo tu o przynaleznosc narodowa, ale o gospodarstwa,
    które mieli zasiedlic przybysze zza Buga. Ale o takim traktowaniu ludzi
    wiedziano takze na górze, bo A. Zawadzki na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady
    Narodowej w Katowicach w styczniu 1946 roku powiedzial: "Jeszcze powtarzaja sie
    wypadki, ze Niemców szukaja nie tam, gdzie oni rzeczywiscie sa, lecz tam, gdzie
    jest lepsza zagroda lub lepsze mieszkanie". W 1946 roku bylo 12 tys. spraw
    spornych o gospodarstwa pomiedzy ludnoscia rodzima a naplywowa.
    Pan Antoni Kulosa z Zyrowej, wówczas w wieku 82 lat, wywieziony zostal do
    Blotnicy, skad jako jeden z niewielu zdazyl uciec. Pieszo poszedl w kierunku
    Góry Sw. Anny i w miejscowosci Wysoka oslabiony polozyl sie w polu, gdzie
    znalazl go mlynarz, który byl polskim Slazakiem. Pan Kulosa wiedzial z kim ma
    do czynienia i powiedzial mu: "Teraz se mozesz na mnie zemscic! Jak mie oddolsz
    policji to tyz chyba dostaniesz takol medalijol, jaka jol dostol od Gerharda
    Hauptmanna po powstaniu". Ale mlynarz nie zdradzil p.Kulosy, wyslal swoja córke
    noca do jego domu, do Zyrowej, gdzie zorganizowano pomoc. Slazacy mimo wszystko
    stanowia jednosc i ten przyklad moze byc tego dowodem.
    Nastepnego dnia poszukiwano go, a on tymczasem byl w Zdzieszowicach, a pózniej
    w Kozlu. Ukrywal sie przez rok.
    Inni gospodarze, którym udalo sie zbiec ze Strzelec, powrócili róznymi
    sposobami do wsi, jedni zaraz, inni ukrywali sie u krewnych i znajomych,
    mieszkajacych w róznych okolicznych miejscowosciach. Jeden z Zyrowian poczynal
    sobie dosc oryginalnie. Na gospodarstwie byl juz repatriant, ale prawowity
    wlasciciel zachodzil przed dwunasta w nocy do swego chlewu. Przez sobie wiadome
    przejscia przedostawal sie nad czesc mieszkalna domu i tam zaczynal "koncert
    lancuchów". Po pólnocy w sobie znowu wiadomy sposób znikal. To trwalo okolo
    dwóch tygodni; nowi mieszkancy nie wytrzymali nerwowo i wyprowadzili sie.
    Gospodarstwo przejeli znowu prawowici wlasciciele.
    Przy weryfikacji musiano wniesc oplate 25 zl, dlatego tez czesc osób mówila o
    obywatelstwie "za piecdwadziescia zlotych", tlumaczac sobie z Niemieckiego -
    fuenfundzwanzig, na jezyk polski.
    Rozpoczal sie drugi etap weryfikacji. Wysokie progi przynaleznosci do Polski
    zostaly zlikwidowane. Wydano kolejne -15 stycznia i 6 kwietnia 1946 roku -
    lzejsze kryteria weryfikacyjne, w mysl zasady "ani jedna kropla polskiej krwi
    dla Niemiec". MZO (Ministerstwo Ziem Odzyskanych) wydalo 15 stycznia 1946 roku
    poufny okólnik, w którym opowiedzialo sie stanowczo przeciwko prowadzeniu
    przesiedlen ludnosci niemieckiej ze Slaska Opolskiego.
    Powolano komisje do kontroli list zweryfikowanych, gdyz w niektórych
    wypadkach "zbyt duzo zweryfikowano", a w innych "wielu Polaków jeszcze nie
    zweryfikowano". Przy kontroli stwierdzono przykladowo w Gosciecinie, ze
    zweryfikowano 60 rodzin niemieckich. Przypadki takie odkryto jeszcze w nyskiem -
    300 osób, opolskiem - 220 osób, razem 1062 osoby zostaly niezgodnie
    zweryfikowane. Potwierdzano, iz przez weryfikacje zdolalo sie "przesliznac
    wielu Niemców", ale "wytworzyly sie takie skomplikowane sytuacje, ze nieraz
    bylo trudno rozróznic, czy ktos jest Polakiem czy Niemcem".
    Niejaki Harry Duda napisal w "Trybunie Opolskiej": "Zapewne ten i ów
    autentyczny Niemiec, chcac pozostac na ziemi (takze) swoich przodków, w swej
    najblizszej ojczyznie, w swoim Heimacie, mógl w 1945 roku zata
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:49
    Niejaki Harry Duda napisal w "Trybunie Opolskiej": "Zapewne ten i ów
    autentyczny Niemiec, chcac pozostac na ziemi (takze) swoich przodków, w swej
    najblizszej ojczyznie, w swoim Heimacie, mógl w 1945 roku zatajac swa
    niemieckosc, gdy - zwyczajnie - zal mu bylo gospodarstwa, tradycji, wspomnien,
    a takze szansy na poprawe sytuacji w «zwycieskim» (przynajmniej formalnie)
    panstwie polskim. Wszak w zwyciezonej Rzeszy czekaly glód, nedza, wyrzeczenia,
    upokorzenia. To normalna ludzka reakcja. Zrozumiale i to, ze nie kazdy przeciez
    poczuwal sie do win wobec Polaków, nie kazdy byl winien, wielu bylo uczciwych i
    wzorowych. A tu - odpowiedzialnosc zbiorowa, decyzje mocarstw. Wszystko to
    mialo prawo budzic jednostkowe opory, nawet najglebszy wewnetrzny protest".
    Czlonek bylej Komisji Weryfikacyjnej w Szczedrzyku p. Maksymilian Kosny, oburza
    sie na lamach prasy, na wypowiedzi niektórych Slazaków, którzy twierdza, ze
    róznie to z ta weryfikacja bywalo i twierdzi, ze byla przeprowadzona zgodnie z
    prawem i nie bylo zadnych niedomówien, przekrecen, lapówek itp. Choc przyznaje
    równiez, ze UB wysiedlilo kilku rolników z Chróscic, mimo ze byli zweryfikowani
    jako Polacy "Równiez w okolicy mialy miejsca takie wypadki" - dodaje. Mysle, ze
    po przeczytaniu tego rozdzialu, troche innym wzrokiem popatrzy na dzieje
    weryfikacji i wysiedlen. Podalem fakty i tylko fakty, a te mówia za siebie.
    Liczby osób zweryfikowanych na Slasku Opolskim mówia za siebie. Kiedy wezmiemy
    pod uwage dane szacunkowe z 17 maja 1939 roku, co do ilosci zamieszkalych
    Polaków na terenie Slaska Opolskiego, a od tego odejmiemy co najmniej 50 000
    osób zaginionych w czasie wojny, to weryfikacja wskazala nagle, ze Polaków jest
    109%, co znaczy 9% wiecej niz byc powinno. W niektórych powiatach cyfry te sa
    oszalamiajace, np. w nyskim 83,5%, glubczyckim 15,4%, grodkowskim 47,3% wiecej
    przyznaje sie do pochodzenia polskiego niz faktycznie byc moglo.
    Byla takze odwrotna strona medalu. Duzo Polaków zweryfikowano jako Niemców.
    Przykladowo w Boleslawcu znajdowalo sie w obozie 1700 osób oczekujacych
    przesiedlenia, a wszyscy posiadali "warunki do pozytywnej weryfikacji
    narodowosci, poniewaz byli pochodzenia polskiego". Wagony numer 33 i 36
    transportu, jaki wyjechal 28 sierpnia 1946 roku zapelnione byly osobami
    spiewajacymi piosenki w jezyku polskim, "polszczyzna niczym nie skazona i mialo
    sie wrazenie, ze to nie przesiedlency wyjezdzaja do Niemiec, ale jakas
    wycieczka mlodziezy polskiej wyrusza na podbój wrazen i swiata".1 [1. J.
    Misztal, Weryfikacja, Inst. Slaski, Opole 1984, str. 109.]
    "Interesujacym jest niewatpliwie fakt, iz szesciu powstanców slaskich gromady
    Lowkowice «maltretowanych za udzial w powstaniach i akcji plebiscytowej, nie
    stawilo wniosku weryfikacyjnego» na skutek doznanych krzywd i calego szeregu
    wypaczen, jakie towarzyszyly akcji weryfikacyjnej w powiecie prudnickim". 2 [
    2. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 108. 116 ]
    W powiecie kluczborskim 3 tys. osób, które mówily po polsku nie wzielo udzialu
    w weryfikacji. W Klisinie zweryfikowano pozytywnie Teodora Cichosa, a mimo to
    usunieto go z jego gospodarstwa.
    W powiecie opolskim starosta Pawel Janus przeprowadzil inspekcje obozów
    przejsciowych dla ludnosci niemieckiej i stwierdzil, ze znajdowalo sie w nich
    90% Polaków. 1[1. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 66.]
    Dzialacze PZZ (Polskiego Zwiazku Zachodniego) szacowali, ze co najmniej 77 000
    osób pochodzenia niemieckiego zostalo zweryfikowanych jako Polacy. W swoim
    pismie z 28 stycznia 1947 roku pisali: "sprawa wlasciwego oddzielenia Polaków
    od Niemców bedzie musiala byc prowadzona nadal, mozliwym, iz potrwa jeszcze
    dlugo, nawet przez przeciag zycia jednego pokolenia".
    Wedlug kurii opolskiej, w marcu 1946 roku bylo na Slasku Opolskim 192 200
    Niemców i 21 088 osób, których prosbe o weryfikacje odrzucono. Pismo okólne
    wojewody slaskiego z 17 kwietnia 1946 roku instruuje, ze w wypadku kiedy
    Niemiec zlozy oficjalne oswiadczenie lojalnosci wobec panstwa polskiego, to
    osobe ta nalezy pozostawic w Polsce. Jesienia 1946 roku "bardzo duzo osób"
    zwracalo tymczasowe zaswiadczenia i zglaszalo chec wyjazdu do Niemiec.
    Trybuna Robotnicza" z 25 stycznia 1946 roku pisala: "nalezy izolowac i
    wysiedlac wszystkie «elementy niemieckie», które zdolaly przedostac sie
    przez «sito weryfikacji»". A Zwiazek Polaków w Niemczech podkreslil: "...na
    niektórych terenach poprzez akcje weryfikacyjna przemycil sie element
    niemiecki".
    Na lamach tygodnika Zwiazku Weteranów Powstan Slaskich "Ogniwo" z 1947 roku, na
    pytanie, czy na Slasku sa jeszcze Niemcy, odpowiedziano: "Niestety, sa!"
    A. Zawadzki w swoim sprawozdaniu z sierpnia 1946 roku powiedzial: "Jezeli
    chcemy wyplenic wszelkie chwasty niemieckie ze Slaska, musimy pilnie baczyc na
    te podejrzane elementy, które wsliznely sie i pracuja w naszych fabrykach,
    kopalniach i innych zakladach. (...) Faktem jest, ze przez sito weryfikacyjne
    przeslizgneli sie wrogowie narodu polskiego, gorliwi zolnierze armii
    niemieckiej, SS czy czlonkowie hitlerowskich organizacji mlodziezowych".
    Edward Ochab, pierwszy sekretarz KW w Katowicach, napisal w poufnym pismie z 2
    sierpnia 1947 roku do powiatowych i miejskich komitetów PPR: "Musimy wychwycic
    te osoby, które prywatnie lub publicznie posluguja sie jezykiem niemieckim i
    musimy wyeliminowac je jako Niemców ze spoleczenstwa polskiego - to znaczy
    wydalic z terytorium Rzeczpospolitej (...) nalezy takze zdemaskowac osoby,
    które okazuja wspólczucie niemieckim jencom wojennym i zapewniaja im
    schronienie oraz materialna pomoc. Nalezy zajac sie oznakami sympatii wobec
    Niemców. Sympatia ta wyraza sie w uzywaniu jezyka niemieckiego, w czytaniu
    niemieckich ksiazek w miejscach publicznych, w opiece nad grobami zolnierzy
    niemieckich, w zachowaniu niemieckich napisów w mieszkaniach prywatnych."
    Na odprawie starostów w dniu 19 czerwca 1947 roku wyjasniono: "nie nalezy
    dopuszczac do wyjazdu kobiet chcacych polaczyc sie ze swymi mezami w Niemczech,
    a jesli bedzie to mozliwe, to takie kobiety wraz z dziecmi wypuszczac
    indywidualnie".
    "Niemcy czesto uzyskiwali potwierdzenie swojej polskosci lub lacznosci z
    narodem polskim dzieki swiadectwu sasiadów, szczególnie na wsi. Zdarzaly sie
    dosc czesto wypadki nadawania obywatelstwa Niemcom - reklamowanym specjalistom -
    stad pogloski wsród Niemców pojawiajace sie w roku 1946, ze dla otrzymania
    polskiego obywatelstwa wystarczylo podpisac deklaracje... Aby uzyskac polska
    przynaleznosc panstwowa falszowano dokumenty, zmieniano imiona i nazwiska.
    Niemcy, którzy nie uciekli z wycofujacymi sie wojskami w 1945 roku chcieli
    otrzymac polskie obywatelstwo przede wszystkim dlatego, ze byl to warunek
    konieczny do pozostania w Polsce. Chec pozostania zas wyplywala z przyczyn
    ekonomicznych i przywiazania do stron rodzinnych. Dla Niemców wyjazd nie byl
    repatriacja, ale wysiedleniem - ich ojczyzna byla bowiem ziemia, która kazano
    im opuscic".1 [ 1. "Sobótka" 1990, nr 1.]
    Na ten temat pani Ursula Hoentsch wydala ksiazke, jeszcze w bylym NRD, pod
    tytulem: My, dzieci przesiedlenców, w której miedzy innymi napisala: "Wtedy
    jeszcze nie rozumialam, jak wielka tragedia dla mojego ojca bylo opuszczenie
    jego malej ojczyzny. On z tej tesknoty w koncu umarl. (...) Wiedzial, ze
    wypedzenie bylo skutkiem wojny i cena, jaka Niemcom przyszlo zaplacic za
    hitleryzm. Ta swiadomosc jednak nie uchronila moich rodziców przed cierpieniem".
    Osobnym rozdzialem byla sprawa negatywnego podchodzenia do weryfikacji przez
    przybylych na Slask osadników z innej czesci Polski. Starosta kozielski skarzyl
    sie w listopadzie 1946 roku, na wrogie nastawienie ludnosci naplywowej, a w
    szczególnosci repatriantów widzacych w kazdym miejscowym Niemca, swego wroga. W
    powiecie raciborskim czesc osadników podchodzila do akcji weryfikacyjnej
    negatywnie. Nie chci
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:54
    ciag dalszy:

    W powiecie raciborskim czesc osadników podchodzila do akcji weryfikacyjnej
    negatywnie. Nie chciala uznac zweryfikowanych za pelnoprawnych obywateli i
    Polaków W kluczborskim osadnicy uprawiali "wroga propagande, aby miejscowa
    ludnosc nie skladala wniosków o weryfikacje, twierdzac, ze i tak beda uwazani
    za Niemców i wysiedleni". W powiecie glubczyckim repatrianci nie wpuszczali do
    domów prawowitych, zweryfikowanych wlascicieli. W powiecie oleskim stwierdzono,
    ze repatrianci maja nie najlepsze nastawienie do miejscowych, "poniewaz zalezy
    im wylacznie na majatku ludnosci miejscowej, a sprawy narodowosciowe, wzglednie
    panstwowe pozostawiaja na boku". 1 [1. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 51.]
    W sprawozdaniu z kontroli weryfikacyjnej na okres 1-15 maja 1946 roku w
    powiecie prudnickim czytamy: "Nierzadkie sa równiez wypadki, ze repatriant
    grozi zabiciem miejscowego obywatela, jesli sie zweryfikuje. Takie fakty mialy
    miejsce w Bialej".
    Czasopismo "Po prostu" napisalo: "Z prawowitymi przedstawicielami wladz, którzy
    objeli administracje zniszczonego wojna kraju, przybyla horda szabrowników,
    oportunistów, spekulantów. Meble autochtonów byly rabowane, sciagano im z
    palców obraczki, zajmowano domy i ogrody". A "Nowa Kultura" napisala na temat
    tamtych czasów: "Epos szalenstwa i przestepstw".
    Akcja weryfikacyjna zostala zakonczona w 1946 roku. Osoby, które nie zostaly
    zweryfikowane mogly zlozyc rewizje, liczac na zmiane pierwszej decyzji. Mozna
    bylo takze uzyskac obywatelstwo, jezeli mialo sie stale miejsce zamieszkania i
    gwarantowalo lojalnosc wobec panstwa polskiego. 2 [2. "Demokratyczny Przeglad
    Prawniczy" 1946, nr 5/6.]
    Weryfikacje narodowa na Ziemiach Zachodnich zakonczono w polowie 1949 roku
    automatycznym nadaniem polskiego obywatelstwa wszystkim, którzy nie wyjechali
    do tego czasu do Niemiec. Brak checi wyjazdu potraktowano jako dowód polskosci,
    bez wnikania w motywy dzialan zainteresowanych. 3 [3. M. Szmieja, Polacy,
    Niemcy czy Slazacy. Rozwazania o zmiennosci identyfikacji narodowej Slazaków.]
    Zastosowano taktyke faktów dokonanych.
    Wiele kobiet narodowosci niemieckiej uzyskalo obywatelstwo polskie
    automatycznie, wychodzac za maz za Polaków. Po zmianie ustawodawstwa w 1951
    roku po smierci mezów, zony odrzucaly posiadane obywatelstwo polskie. Jeszcze w
    1950 roku spora czesc Slazaków w powiecie strzeleckim odmawiala przyjecia
    poswiadczenia obywatelstwa i zlozenia deklaracji wiernosci narodowi polskiemu.
    Na podstawie ustawy z 8 stycznia 1951 roku o zbiorowym nadaniu obywatelstwa
    polskiego, zniesione zostaly ograniczenia i wszystkie osoby posiadajace dawniej
    niemiecka przynaleznosc panstwowa, obojetnie, czy byly pochodzenia polskiego
    czy niemieckiego, mówily po polsku czy po niemiecku, mogly otrzymac polskie
    dokumenty tozsamosci.
    Na podstawie tych zarzadzen starano sie naklonic nie objeta dotychczas
    wysiedleniem ludnosc rodzima do pozostania w kraju. Czesto posuwano sie przy
    tym do rozwiazan silowych; presja, szantazem i biciem zmuszano ludzi do
    podpisywania stosownych dokumentów.
    Swiadek tamtych czasów napisala do krewnych do Niemiec: "Kilka razy brano mnie
    na osobne przesluchania. Na ciagle te same pytania oswiadczalam: «Moje sumienie
    nie pozwala mi na to, bylam Niemka, gdy bylo mi dobrze, i chce nia zostac takze
    w niedoli, nawet gdy ma to kosztowac zycie». Za to zostalam spoliczkowana.
    Weber zaczal mi grozic: «To jest rozkaz, musi pani podpisac jako Polka». Na to
    ja: «Zadajecie mi pytanie, na które mam odpowiedziec tak lub nie. Nie moge na
    nie odpowiedziec tak i chce wszystko znosic, co sie z tym wiaze». Znowu
    zostalam spoliczkowana. Potem podsuneli mi ksiazeczke z piesniami: czy umiem
    przeczytac. Zaprzeczylam, bo nie umiem czytac po polsku. Znowu bicie w twarz
    slowami: «Tu jest Polska! Tu jest Polska!» Gdy i teraz nie optowalam, krzykneli
    na mnie, ze mam zdjac plaszcz i wierzchnia odziez, podczas gdy «Pan» zamknal
    drzwi. Potem musialam sie pochylic na krzesle i zaczeli mnie bic gumowymi
    palkami; w przerwach pytali ciagle szyderczo, czy boli. Ale ja zacisnelam zeby
    i nie wydalam z siebie glosu. W pokoju bylo jeszcze dwóch urzedników, wszyscy w
    cywilu. Naprzeciw mnie siedzial jeden z nich i obserwowal cale zajscie z
    szyderczym usmiechem".1 [1. M. Podlasek, Wypedzenie..., str. 167.]
    Inny swiadek powiedzial: "Zaprowadzili mnie na trzecie pietro, zazadali zebym
    sciagnal kozuch: wzbranialem sie. Bylo ich czterech. Ze wszystkich stron bili
    mnie mocno w glowe, sciagneli kozuch i uderzali gumowymi palkami. Po chwili
    rozebrali mnie do spodni i bili nagie cialo, szczególnie lewa strone od serca,
    tak ze do dzisiaj mam bóle w okolicach zeber; potem stracilem przytomnosc. Gdy
    przyszedlem do siebie, zapytali, czy podpisze. Potem bili mnie we dwóch w
    stopy. Jeden zatkal mi usta chustka do nosa. Potem powiedzialem, niech lepiej
    zabija, a tak nie mecza, wtedy przyniesli sznur, zawiazali wokól szyi i mialem
    sie powiesic. Kuksancami posadzili mnie na krzesle i zmusili do podpisania,
    wszystko strasznie bolalo".
    Czasy byly dla Slazaków ciezkie i dlatego powiedzieli sobie - "teraz musimy byc
    Polakami i nimi byli". I zrobili, co kazano, bo zyc trzeba. Dzieci trzeba bylo
    wysylac do szkoly, nauczyc zawodu. Nie mozna bylo sie przeciw wladzy postawic,
    bo to grozilo przykrymi konsekwencjami. A p. Marek pisze: "dlaczego nie
    powolali do zycia mniejszosci w 1956 roku?". Takie pytanie moze zadac tylko
    kompletny dyletant albo czlowiek, który chcialby, aby wystepujacych z takim
    zadaniem wykonczono. Wystarczylo tylko mówic po niemiecku, a juz otrzymywalo
    sie mandat, lanie palka lub rozprawe sadowa, o czym pisze w innym miejscu.
    Komitety Wojewódzkie PZPR w Opolu i Katowicach wydaly 9 czerwca 1989 roku
    oswiadczenie, w którym czytamy miedzy innymi: "...niewlasciwe czasami
    odnoszenie sie wladz polskich i czesci ludnosci naplywowej do Slazaków i ich
    niepelna integracja w spoleczenstwie polskim (...). Funkcjonujacy wsród czesci
    spoleczenstwa polskiego negatywny stereotyp Slazaka - jako
    niepelnowartosciowego Polaka, moralnie dwuznacznego (...). W calej powojennej
    historii Slask wnosil znaczny wklad w rozwój gospodarczy kraju. Tylko niewielka
    czesc wytworzonego przez przemysl slaski dochodu kierowana byla na
    zabezpieczenie potrzeb zyciowych jego mieszkanców. Doprowadzilo to do sytuacji,
    w której stopien zaspokojenia potrzeb zyciowych mieszkanców Slaska, w
    porównaniu z reszta kraju, stal sie zdecydowanie nizszy we wszystkich
    podstawowych dziedzinach zycia i pozostaje w prostej zaleznosci od pracowitosci
    i gospodarnosci jego mieszkanców.
    Mimo uplywu ponad czterdziestu lat od zakonczenia wojny integracja ludnosci
    województwa katowickiego i opolskiego nadal stanowi istotny problem spoleczno-
    polityczny. Spolecznosc Slazaków nie w pelni ma swiadomosc swej tozsamosci,
    odczuwa w wiekszym stopniu niz inne grupy spoleczenstwa polskiego brak
    mozliwosci efektywnego wplywu na zmiane swych dotychczasowych warunków zycia.
    Nasuwa to koniecznosc ponownego przeanalizowania polityki naszego panstwa wobec
    Slazaków po 1945 roku, zastanowienie sie nad tresciami ich odrebnosci
    regionalnej i sposobem ich pielegnacji (...). Mówiac o tych zjawiskach mamy na
    uwadze zrodzony w pierwszym dziesiecioleciu po wojnie kompleks autochtona jako
    niepelnowartosciowego Polaka, podanego róznym szykanom i ograniczeniom tak w
    sferze administracyjnej i moralnej. Nalezy ukazywac prawdziwy obraz Slaska w
    kregach calej spolecznosci polskiej".
    Tyle PZPR przed upadkiem. Troche pózno na samobiczowanie, ale sporo prawdy w
    tym oswiadczeniu jest, szkoda tylko, ze prawdy takowej nie podano przed 40-tu
    laty.
    Dziennikarka "Trybuny Opolskiej" Nina Kracherowa, która pisala tylko to, co
    partia sobie zyczyla, otrzymywala sporo listów od bardzo niezadowolonych
    slaskich czytelników. Cze
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:57
    ciag dalszy:

    Dziennikarka "Trybuny Opolskiej" Nina Kracherowa, która pisala tylko to, co
    partia sobie zyczyla, otrzymywala sporo listów od bardzo niezadowolonych
    slaskich czytelników. Czesto nazywano ja slugusem komuny, po upadku tejze w
    jednym z artykulów napisala: "...pewien naczelnik z okolic Glogówka chwalil
    sie, iz pozbywa sie «Szwabów» nie dajac im talonów na ciagniki. «Szwab»
    wyjechal, willa zostala. Ale zostala tez ziemia. Poszlo w swiat, jak pozbywac
    sie rodzimej ludnosci. Jak dostac wille. Za darmo''.1 [ 1. "Trybuna Opolska" z 3
    II 1990. ]
    Mieszkaniec Gogolina pan K. Kipka, po przeczytaniu w "Trybunie Opolskiej"
    informacji, ze fabryke obuwia "Otmet" i koksownie w Zdzieszowicach wybudowano
    po wojnie, napisal anonimowo do redakcji, ze to nieprawda, gdyz oba zaklady
    pracowaly juz przed wojna. UB zadalo sobie tyle trudu, by go odnalezc za pomoca
    grafologii pisma i skazac na 3 lata wiezienia.
    Pani dr Danuta Berlinska socjolog z Zakladu Socjologii w wywiadzie dla "Trybuny
    Opolskiej" 2 [2. "Trybuna Opolska" z 9 XII 1989. 122 ] powiedziala: "Zatem w
    1945 roku mielismy taka sytuacje: polskosc Slazaków byla polskoscia obyczajowa
    i nie wszyscy Slazacy byli przekonani o przynaleznosci do narodu polskiego.
    Taki byl punkt startu.
    Ale gdy na Slask Opolski przybyli ludzie z róznych stron, okazalo sie, ze ta
    polskosc obyczajowa Slazaków nie jest dosc polska. Wzory zachowan przybyszów
    znacznie róznily sie od wzorów, których nosicielami byli Slazacy. Jednak
    poczatkowo, mimo wszystko, obie grupy odnosily sie do siebie ze zrozumieniem.
    Na przyklad, pomimo konkurencyjnosci ekonomicznej nie bylo na Slasku powaznych
    konfliktów miedzy Slazakami a repatriantami, natomiast z kontaktów z
    zaglebiakami, którzy przychodzili tutaj jako przedstawiciele wladzy, Slazacy
    wyniesli poczucie krzywdy. Dzialania wladzy w pierwszym okresie byly odbierane
    przez nich negatywnie. Wystepowalo wiele przykladów szykanowania i
    dyskryminacji, o których Slazacy pamietaja i przekazuja to nastepnym
    pokoleniom. Natomiast samo ksztaltowanie sie swiadomosci narodowej, zwlaszcza
    tu na pograniczu, jest bardzo skomplikowanym procesem. (...) Jeden z
    respondentów powiedzial nam tak: «ja to jestem niemiecki Slazak, bo Polakiem to
    bym nie chciol byc». Czyli jesli juz gdzies ma nalezec, to opowiada sie za
    niemieckim Slazakiem. Wazniejsza jest jednak druga czesc tej wypowiedzi, ze nie
    chcialby byc Polakiem, a to dlatego, ze polskosc kojarzy sie Slazakom po 45
    latach z szeregiem negatywnych doswiadczen. Jednym z glównych jest to, ze nie
    mogli oni i nie moga nadal realizowac wielu wlasnych wzorów kulturowych (...).
    Poza tym mocno odczuwaja oni obnizenie jakosci zycia w porównaniu do czasów
    niemieckich. Mieszkancy doskonale pamietaja, jak wygladala ich wies przed
    wojna. Ze bylo w niej 10 warsztatów rzemieslniczych, 5 sklepów, 2 gospody i
    jeszcze poczta, i telegraf, szkola i soltys, który zalatwial na miejscu
    wiekszosc spraw, a obecnie jest jeden slabo zaopatrzony sklep GS i podupadly
    warsztat stolarski. Dzisiaj nie tylko Slazacy - mlodzi i starzy, ale nawet
    ludnosc naplywowa wiedza, jak kiedys zylo sie i pracowalo w takiej wsi.
    Slazacy (...) przekonywali sie o tym, ze Polacy nie potrafia i nie chca
    gospodarowac i ten negatywny stereotyp, lansowany przez niemiecka propagande,
    po wojnie ciagle znajdowal nowe potwierdzenia. Byl to wiec, wedlug mnie, glówny
    czynnik zniechecajacy ich do identyfikowania sie z polskoscia. Drugim
    czynnikiem byla slabosc wiejskiej szkoly, z nauczycielami o nizszych
    kwalifikacjach, niezorientowanych czesto w zawilosciach historycznych losów
    Slazaków, którzy tepili gware, wysmiewali i szykanowali uczniów poslugujacych
    sie nia. I to sa czynniki decydujace o tym, ze Slazacy nie mieli nawet szansy
    zapoznac sie z polska kultura narodowa".
    Gdyby propozycje powolania do zycia mniejszosci niemieckiej podal ktos spoza
    Slaska, nie znajacy tutejszych realiów, spróbowalbym mu wyjasnic, jakie byly
    czasy Ale kiedy mówi to czlowiek mianujacy sie Slazakiem, a do tego naukowiec,
    który te wszystkie nieprawosci widzial, to moge tylko zapytac - po co ta farsa?
    A moze ten czlowiek caly ten okres przespal i teraz nagle sie obudzil i
    zdziwiony demokracja pyta, dlaczego nie jest tak jak dawniej.
    Najlepsza odpowiedz na to pytanie dali naukowcy, którzy stwierdzili, (nie
    pytajac o to p. Marka, choc on ma prawo "przemawiac w imieniu Górnoslazaków"),
    ze na Górnym Slasku Niemcy sa. Pan Marek nalezy do zespolu
    redakcyjnego "Kwartalnika Opolskiego", który juz kilka artykulów zawierajacych
    prawde na temat czasów powojennych wydrukowal. Trudno jest mi to zrozumiec;
    czyzby nie czytal tego, co idzie do druku? Czy chodzi tylko o pieniadze za
    posiedzenia redakcyjne?
    Teraz kiedy demokracja zawitala do Polski wiadomym jest, ze mieszkaja tu Niemcy
    (250-300 tys.), Ukraincy (250-300 tys.), Bialorusini (400 tys.), Litwini (30
    tys), Czesi i Slowacy (25-30 tys.), Lemkowie, ze sa mniejszosci. Jest takze
    mala grupa Karaimów (200 osób) sprowadzonych z Krymu przez ksiecia litewskiego
    w 1397 roku. 1 [1. Dane za GUS, Zespól Wyznan Religijnych i Narodowosci,
    Warszawa 1993. ]
    To co z poczatku bylo niezrozumiale i wywolywalo emocje, z biegiem czasu stalo
    sie zupelnie normalne i codzienne.
    Gdyby zaraz po wojnie zawitala do Polski demokracja, te wszystkie sprawy
    narodowosciowe, polsko-niemieckie, juz dawno by sie zakonczyly Przez dziesiatki
    lat wmawiano nam, uczniom "demokratycznej szkoly polskiej", ze naszym wrogiem
    jest tylko Niemiec, co dalej próbuje robic p. Marek i "Kalendarz Opolski", w
    mysl porzekadla - "jak swiat swiatem Niemiec Polakowi nigdy nie byl bratem".
    Bzdura, kompletna. Polska i Niemcy sa krajami graniczacymi ze soba, a na
    przestrzeni 1000-letnich dziejów zawsze cos sie zdarzyc moze, choc nie powinno.
    Gdybysmy odjeli te najstraszniejsza ze strasznych, II wojne swiatowa, która
    bezsprzecznie rozpetali Niemcy, i za która jeszcze przez stulecia nalezy sie
    wstydzic, to jednak calkiem inaczej wygladalyby sprawy tych polsko-niemieckich
    nieporozumien.
    Przede wszystkim trzeba napisac: polsko-niemieckich i niemiecko-polskich.
    Polska jako kraj takze w aureoli nie chodzila. Równiez ze strony Polski byly
    grozby, napady, wojny. Nie tylko Niemcy zaczynali, ale Polacy takze (patrz
    Boleslaw Chrobry; Pilsudski, który zamierzal w okresie pomiedzy I i II wojna
    napasc na slabe Niemcy, tylko nie znalazl sprzymierzenców na te eskapade).
    Wiadomym jest, ze za komuny jedynym wrogiem byly Niemcy. Mozna to zrozumiec,
    gdyz po ostatnich wojennych, bardzo przykrych, nieludzkich zdarzeniach, mozna
    miec pretensje, zal, nienawidzic, ale nie mozna tego robic w stosunku do
    wszystkich. Nie wszyscy Niemcy byli opetani przez Goebbelsa i jego machine
    propagandowa. Byli takze dobrzy Niemcy, ci, którzy próbowali bronic Zydów i
    Polaków.
    Tak, tacy równiez byli. Mimo ze grozila im smierc - pomagali Polakom. Na to sa
    dowody. Byli Niemcy, którzy chcieli zabic Hitlera, tak zwane Kolo z Krzyzowej
    (Kreisauer Kreis), o którym wiekszosc spoleczenstwa polskiego dowiedziala sie
    dopiero podczas transmisji telewizyjnej mszy swietej z Krzyzowej 12 listopada
    1989 roku, w czasie której Mazowiecki i Kohl padli sobie w objecia. Nagle
    Polacy dowiedzieli sie, ze wypedzono, wysiedlono, wygnano ze wschodu 14
    milionów Niemców i w czasie tego wysiedlenia setki tysiecy osób zginelo. Czesc
    zamarzla w drodze, czesc umarla z glodu, a jeszcze inna czesc zostala
    zastrzelona lub zgwalcona.
    Miejsce na pojednanie nie zostalo wybrane przypadkowo. Hrabia Helmuth James
    Moltke, wlasciciel zamku w Krzyzowej, byl duchowym przywódca opozycji w III
    Rzeszy. Z kregu Kola z Krzyzowej wywodzila sie wiekszosc organizatorów zamachu
    z 20 lipca 1944 roku na Hitlera. Graf Moltke po nieudanym zamachu na Hitlera
    zostal stracony 23 stycznia 1945 roku w Berlinie
    Wedlug prof.
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 21:01
    ciag dalszy:

    Wedlug prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, co mozna wyczytac w jego ksiazce
    Przesiedlenie Niemców po II wojnie swiatowej, Polska wysiedlila jeszcze przed
    zakonczeniem konferencji poczdamskiej 400 tys. Niemców Skubiszewski piszac te
    ksiazke byl zdania, ze Polska strona postapila slusznie, wypedzajac Niemców,
    dopiero jesienia 1990 roku, juz jako minister spraw zagranicznych w nowym
    polskim rzadzie T. Mazowieckiego, przyznal, ze bylo to "bezprawne wypedzenie".
    Ciagle tlumaczenie, iz alianci zarzadzili przesiedlenie nie wytrzymuje krytyki,
    bo Polacy sami tez decydowali (patrz Skubiszewski), w dodatku byli wykonawcami
    tego, co inni w sierpniu 1945 roku zarzadzili, a wykonawstwo bylo czesto
    nieludzkie.
    "Bo polskie winy po zakonczeniu II wojny swiatowej wobec Niemców tez sa
    konkretne. I nie mozna ich tlumaczyc tylko tym, ze «to nie my wywolalismy
    wojne»", pisze p. Gerlich w "Dzienniku Zachodnim".
    Wyszla wlasnie dwujezyczna ksiazka Jana Józefa Lipskiego Powiedziec sobie
    wszystko... Wir mussen uns alles sagen..., w której miedzy innymi mozna
    przeczytac na temat wypedzenia Niemców z Polski: "Zasada zbiorowej
    odpowiedzialnosci historycznej musi byc odrzucona jako zasada moralno-karna.
    Sadze, ze ludziom dotknietym nieszczesciem utraty domu rodzinnego nalezy sie
    przynajmniej pewna satysfakcja moralna, a równiez wyrozumialosc, ze marza o
    powrocie do Wroclawia i Szczecina, tak jak wielu Polaków marzy o powrocie do
    Wilna i Lwowa. Stanowisko takie obce jest natomiast wiekszosci Polaków.
    Tlumaczy sie to swiadomoscia bardzo jednak nierównego rachunku krzywd - i w
    rezultacie latwym zapominaniem, ze wina znacznie mniejsza tez jest wina. W
    zwiazku z tym Polacy nie zastanawiaja sie przewaznie, czemu Episkopat Polski
    przed okolo dwudziestu laty powiedzial Niemcom: «Przebaczamy i prosimy o
    przebaczenie»". A kilka lat temu ten sam Lipski napisal: "Zlo nam wyrzadzone,
    nawet najwieksze, nie jest jednak i nie moze byc usprawiedliwieniem zla, które
    sami wyrzadzilismy. Wysiedlenie ludzi z ich domów moze byc: w najlepszym razie
    mniejszym zlem, nigdy - czynem dobrym".
    Stanislaw Bieniasz napisal ("Slask" 1996, nr 6) na temat wypedzenia Niemców ze
    Slaska: "Czesto dobrze utrzymane gospodarstwo, na które mial chrapke milicjant
    lub ubek bylo powodem pozbywania sie wlascicieli pod pretekstem «przynaleznosci
    do narodu niemieckiego». Byla to praktyka stosowana jeszcze w latach 70. -
    szczególnie na Opolszczyznie (...). Czesc z nich byla przed wywiezieniem na
    Zachód osadzana w obozach, m.in. w Lambinowicach, w których wystepowala wysoka
    smiertelnosc z powodu niedostatecznych warunków sanitarnych, niewystarczajacych
    norm zywnosciowych oraz braku opieki medycznej, nie mówiac o szykanach i
    rekoczynach ze strony slzu_by obozowej.
    Warunki i atmosfera, w jakich odbywala sie akcja przesuwania Polski na Zachód,
    byly dalekie od poprawnosci. Zdarzalo sie, ze «wszyscy niemcy» (oryginalna
    pisownia ówczesnych obwieszczen) mieli godzine lub dwie na spakowanie rzeczy
    osobistych w ilosci nie przekraczajacej dwudziestu kilogramów na osobe, po czym
    byli godzinami, a w niektórych przypadkach calymi dniami przetrzymywani na
    placu zbiórki. Za oddalenie sie grozil sad dorazny. Podróze oczywiscie odbywaly
    sie w uragajacych warunkach. (...) Z Zachodu wypedzalismy «szwabskich
    hitlerowców», którzy z Hitlerem nie mieli nic wspólnego, a czasem niewiele
    wspólnego mieli w ogóle z Niemcami.
    Wypedzenie Niemców z Pomorza i Slaska bylo dla tych, których dotknelo, taka
    sama tragedia, jaka dla wypedzonych Polaków byla «repatriacja» ze Lwowa lub
    Wilenszczyzny. W jednym i drugim przypadku byla to tragedia ludzi, którzy nagle
    bez osobistej winy stali sie ofiarami wielkiej polityki. To byli zrozpaczeni,
    zdruzgotani materialnie i moralnie ludzie, którym zabrano wszelkie poczucie
    bezpieczenstwa oraz budowane przez pokolenia podstawy egzystencji. Wypedzano
    ich z wlasnych domów i zagród jako elementy obce i wrogie - ich tragedie mialy
    wiec nie tylko wymiar materialny, lecz takze duchowy; wyrwano ich z korzeniami.
    Robiono tak z nimi w imie rzekomego patriotyzmu i racji stanu.
    Pisze o tym, poniewaz w publicystyce, a nawet historiografii dotyczacej
    pierwszego okresu powojennego nadal mozna znalezc w przewazajacej mierze
    omówienia, stosujace inna miare wobec tego, co nasi ojcowie zrobili Niemcom,
    niz wobec tego, co inni zrobili naszym ojcom. Mozna oczywiscie zrozumiec
    wielorakie motywacje odwetu, szczególnie zaraz po wojnie. Nalezy jednak zawsze
    pamietac, iz zaden naród nie jest maly ani wielki przez to, co przodkowie
    wspólczesnych zrobili w jego imieniu, lecz przez to, jakie nauki z tego
    wyciagnal, a takze, jak potrafi je wykorzystac dla przyszlosci". Tyle z
    dluzszego artykulu p. Bieniasza. I chwala, ze mamy juz takich publicystów,
    którzy widza i potrafia wyciagac odpowiednie wnioski.
    Nie rzucajmy kamieniem w drugiego. Popatrzmy na siebie, popatrzmy na polska
    spolecznosc. W Polsce tez byli tacy, którzy zdradzali jak Judasz, byli tacy,
    którzy ukrywali Zydów, ale takze tacy, którzy tych Zydów wydawali; byli takze
    tacy jak w pogromie kieleckim (4 lipca 1946 roku), którzy 40 Zydów zamordowali,
    a dalszych 40 ranili. Rok po zakonczonej wojnie! A terazniejsza antysemicka
    histeria w Polsce, gdzie wszedzie widzi sie Zydów, a wg. Zródel zamieszkuje ich
    w kraju tylko okolo 1500-2000. Nie jestesmy ani lepsi, ani gorsi, obie strony
    maja dobrych i zlych ludzi. Slazacy czy to polscy, czy niemieccy, wojny nie
    wywolali, byli tylko narzedziami w rekach innych. Chodzi o to, by szerokiej
    masie spoleczenstwa powiedziec wreszcie prawde, chodzi o to, by nie uprawiac
    demagogii, nie pisac czegos, czego nie bylo. Nie zmieniac faktów - tacy ludzie
    sa najgorsi, bo próbuja podwazac stabilnosc.
    Przy podpisywaniu ukladu PRL-RFN w dniu 18 listopada 1970 roku strona polska
    przyznala, ze "w Polsce do dnia dzisiejszego z róznych przyczyn (np. silne
    powiazanie z miejscem urodzenia), pozostala pewna liczba osób nalezacych
    bezspornie do narodu niemieckiego i pewna liczba osób z rodzin mieszanych".
    Niemcy sa polskimi sasiadami i czesto pomiedzy sasiadami dochodzi do sprzeczek.
    Trudno, aby Polska miala nieporozumienia z Portugalia czy Malta. Ma sie je z
    sasiadami. Portugalczycy przez setki lat nie potrafia dogadac sie z Hiszpanami,
    Anglicy ze Szkotami, Grecy z Turkami. Szkoda, ze tak jest na tym swiecie, ale
    dotychczas zawsze tak bylo. Miejmy nadzieje, ze spoleczenstwa zmadrzeja i
    kiedys zapanuje spokój.
    Jak widac z powyzszego, sporo bylo balaganu, nieprawidlowosci, handlu
    tymczasowym obywatelstwem polskim, tym bardziej dziwi fakt, iz p. Marek
    pisze: "Powojenna weryfikacja z róznych powodów miarodajnym zródlem byc nie
    moze. Jedno jest pewne: zweryfikowani nie byli Niemcami". 1 [1. Tragedia, str.
    18. ]
    Jak to? Weryfikacja byla zla, ale w jednym punkcie byla dobra - Niemców nie
    zweryfikowano, tylko wysiedlano?
    A dalej czytam: "Moge sie zgodzic z twierdzeniem, ze niektórzy Slazacy
    przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec..." 2 [2.
    Tragedia, str. 22.]
    Jak to jest, nie byli Niemcami, a musieli przyznawac sie do polskosci? Wobec
    tego kim byli? Wlochami?
    "Niegodziwoscia bylo przeprowadzenie weryfikacji ludnosci polskiej po
    tragicznym w nastepstwa okresie hitlerowskim, kiedy z trzech ówczesnych pokolen
    slaskich, najstarsze mówilo tylko po polsku, najmlodsze tylko po niemiecku " -
    pisze p. Marek. Trudno jest wytlumaczyc profesorowi, ze na Slasku byli i zyli
    takze Niemcy, (choc posrednio w poprzednim zdaniu sam przyznal, ze Niemcy byli,
    bo "przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec"), kiedy on
    tego nie chce wiedziec, nie chce przyjac do wiadomosci, mimo ze sporo
    publikacji na ten temat mozna znalezc, w dodatku ma kilku sasiadów (o czym
    pisze w Glosie) mieszkaj
  • zarchiwizowany
    Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 21:04
    ciag dalszy:

    Trudno jest wytlumaczyc profesorowi, ze na Slasku byli i zyli takze Niemcy,
    (choc posrednio w poprzednim zdaniu sam przyznal, ze Niemcy byli,
    bo "przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec"), kiedy on
    tego nie chce wiedziec, nie chce przyjac do wiadomosci, mimo ze sporo
    publikacji na ten temat mozna znalezc, w dodatku ma kilku sasiadów (o czym
    pisze w Glosie) mieszkajacych na tej samej ulicy - Niemców.
    Zaiste dziwne to rozumowanie.

    Ewald Stefan Pollok -
    Legendy, manipulacje, klamstwa
    prof. F.A.Marka w Tragedii Gornoslaskiej
    a prawda o Slasku i powojennej dyskryminacji jego mieszkanców.
    © Copyrright by Ewald S. Pollok Tel. 014830598
    Po podaniu zródla, przedruk fragmentów dozwolony
    ISBN 83-907364-1-1
    Wydanie I
    Wydawca "Wydawnictwo Zyrowa" Poreba Kup. 59 36-146 Przeborz
    Druck: Druckarnia Technet, Kraków, ul. Wielicka 28
  • zarchiwizowany
    Gość: Kajos IP: *.dip.t-dialin.net 15.09.01, 22:43
    Zaroski bydzie dalyj
  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 20.09.01, 13:09
    A wiycie jak Slonzoki prziszli do swoich koloczow z posypkom ?

    Pod ziymiom na Slonsku niy miyszko ino Skarbnik , tam miyszkajom tysz take
    blank male ludziki kere poradzom Wos zakludzic do skarbow pod ziymiom . Ale te
    ludziki som tysz pieronym robotne i tak do przikladu poradzom fajnie robic za
    kowoli , abo stowiac domy i inksze take roztomaitosci , som tysz take kere
    warzom i piekom . Te ludziki wylazom ino tak kole grudnia i stycznia na wiyrch
    (od 24XII do 6I) . Nojwiyncyj ich miyszko kole rzeki Nysy pod takom srooogom
    gorom . Roz jedna tako blank gryfno frelka z podle Glywic prziszla na taki
    pomyslunek , coby ino isc do tych ludzikow i sie u nich co mondrego
    nauczyc .Prawie bol 24XII jak ta dziolszka prziszla pod ta gora i prawie sie ta
    gora otwarla i wylazowaly sniyj te ludziki . Dziolszka z kole Glywic ino na to
    czekala i zaro sie piyknie ukloniola tymu nojmynszymu snich .A on jak oboczol
    co mo do czyniynio ze tak gryfnom i dobrze wychowanom frelkom , to jom
    zaprosiol rajn do tyj gory i pokozol jyj tam roztomaite roznosci . Pokozol jyj
    tysz cosik czego juz nigdy niy poradziola zapomniec - bolo to pieczynie
    koloczow . Dziolszka fajnie podziynkowala tym ludzikom za to ze jyj pora
    tajymnicow zdradziyli i przizekla im ze bydzie je "pilnowac" , pedziala tysz ze
    bydzie pilnowac coby inaczyj tych koloczow niy piyc ino tak jak to jyj oni sam
    pokozali . Na drugi rok prawie na Wilijo pedziala se ze terozki ona upiecze
    take kolocze ze posypkom . Tak tysz zrobiola i porozdowala po konsku somsiodom
    i famili , a do tego kozdymu dala na kartce taki przepis . A te sie nadziwic
    niy poradzili ze tak dobre kolocze idzie piyc . Tak tysz dalyj aze do dzisiej
    kozdy na jaki fajer taki kolocz piecze i dowo skosztowac konsek inkszym a
    przepis przetrwol tysz az do dzisiej niy zmiyniony i jak niy wiezycie to
    pogodejcie ino ze jakoms kobiytom ze Slonska a ona wom abo do skosztowac taki
    kolocz abo jak zes cie som pozondne ludzie to i tyn przepis od niyj
    dostoniecie . Te kolocze ze posypkom i jeszcze pora inkszych tajymnicow to je
    to co tak samo jak naszo slonsko godka momy juz kopa lot i jeszcze druge tela
    miec bydymy , chyba ze przestonymy tego "pilnowac" . Pra ? No to by bolo na
    tela , paczcie tam jako i


    Pyrsk !
  • zarchiwizowany
    21.09.01, 19:53
    KIEJSI NA SZACHCIE

    Jeszcze mi nie było szesnost roków, toch prziszeł do hawiyrnie jako synek
    forajtrować. Nakłodołech do karów ślepróm i cióngnół z upadu. Jak kiery synek
    słabo cióngnół, tak go śleprzi bili śwojimi szerkami.
    Forajtrować żech rok forajtrowoł. Potym robiłech za ślepra, a potym za wozacza.
    Od osiymnostego roku dostołech sie za anszlegra.
    Kiejsi nie były taki szachty, jako sóm terazy. Piyrwej były szachty budowane
    drzewym, a teraz sóm murowane. Jagech sie dosrtoł do roboty, to chłapcy nosili
    jasny chlyb na szychte, a joch nosił plafcek krupiczniok. Toch se go z tymi
    synkami wymiynił. Joch im doł krupiczniok, a óni mi dali bioły chlyb. Tyn chlyb
    żech doł mamie, bo mi ich było luto, że muszóm jeść czorny krupiczniok.
    Wtedy latym chodźili jeszcze hawiyrze do roboty boso. A chodzili ze szychty
    zmazani, bo na szachcie kómpieli nie było. Dziepro nieskorzi, za Cingra, sie
    hawiyrze dospómogali kómpieli. Potym już była wygoda, bo nie musieli chodzić du
    dómu czorni.
    Za Cingra też ludzie chcieli w dziedzinach założyć biblijoteki. Tuki w gminie
    był felwarter, niejaki Hibner, i jak ludzie odewrzyli gymby o biblijotece, to
    ón wrzeszczoł:
    - Nie snotwiejcie jyny z biblijotekami, bo jak hawiyrze bydóm oczytani i
    móndrzejszy, to bydóm chcieć krótszy robić!
    Tak sie panowie boli ksiónżki.
    Jak sie kiejsi robiło na dwanost godzin, to jak mioł hawiyrz szychte na dziyń,
    to w zimie cały tydziyń nie widzioł słóneczka, bo jak szeł rano na szychte, to
    jeszcze nie wyszło, a jak szeł ze szychty, to już było zóńdzóne. Joch roz w
    zimie robił cosi pół roku na noc w kónsku.

  • zarchiwizowany
    22.09.01, 14:43
    O ONDRASZKOWYCH SKARBACH W RAJU

    Tuż koło Rajskiego Zamku znajduje się Ondraszkowa Dziura. Jest to wejście do
    podziemnego ganku, który stąd prowadzi a do samego Cieszyna. Ludzie opowiadają,
    e owym podziemnym gankiem chodził kiedyś Ondraszek ze swą druzyną. W
    podziemiach ukryli ponoć zbójnicy du o złota.
    W roku 1902 trzej bogaci rajanie wyprawili się po te Ondraszkowe skarby. Długo
    szli sklepionym gankiem, przyświecali sobie blaszanymi kagankami, a gdzieś pod
    Rajskim Kopcem natrafili na jakieś beczki. Było ich tam sporo. Na samym dole
    stały du e, pękate beczki, na nich mniejsze beczułki, a na samym wierzchu
    najmniejsze beczułeczki.

    Owi trzej chciwcy zatrzymali się i rozmyślali, co zrobić, kiedy naraz same
    beczki poczęły się staczać w dół. Ledwo zdołali odskoczyć. Na jednej z beczułek
    pękły obręcze, klepki rozleciały sig, a złoto znajdujące się wewnątrz z
    dźwiękiem posypało się na ganek. Kiedy wszyscy trzej rzucili sig na pieniądze,
    w ganku zerwał się straszliwy wicher. W tej chwili lunął ulewny deszcz, a
    brudna woda poczęła wypełniać ganek.

    Pełgające kaganki zgasły.

    Naraz w ciemnościach rozległ się donośny głos:

    - Wara wóm od moich skarbów! jyny biydocy mogóm se nabrać tela złota, wiela im
    potrzeba. A ka dego bogocza, kiery ręke na to złoto wyciągnie, spotko kara!

    Ci trzej hyłtusi porzucili pozbierane pieniądze i poczęli uciekać, ale
    nieprzenikniona ciemność i woda coraz bardzej wzbierająca w ganku uniemo liwiła
    im ucieczkę. Wszyscy trzej utonęli w podziemiu. W tym samym czasie przyszła z
    gór wielka powódź i Olza wystąpiła z brzegów. Rodziny tamtych trzech chciwców
    rozpowiedziały potem po okolicy, że oni widocznie znaleźli śmierć w wezbranych
    nurtach Olzy. Nikt nawet nie przypuszczał, że to zjawa Ondraszka ukarała ich za
    chciwość.

  • zarchiwizowany
    Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 29.09.01, 13:59
    na góre z watkiem

    LEGENDA O KRÓLEWNIE
    I TRZECH BRACIACH

    Przy kominku głową kiwa.
    Nos jak haczyk, okulary,
    Coś pierdoli babsztyl stary,
    Snuje bajdy niestworzone
    O królewnie ?Pizdolonie"
    O trzech braciach jak niewielu
    O matuli ich z burdelu.
    Opowiada stare dzieje
    A na dworze wicher wieje.
    Siądźcie społem panny, smyki,
    Mmłodojebce, stare pryki
    I nastawcie dobrze uszy.
    Choć na polu śnieżek pruszy
    W domu ciepło i wygodnie,
    Zostaw pan w spokoju spodnie,
    Bo się wnet zawołam mamy.
    Cyt, uwaga - zaczynamy:
    Za lasami, za górami,
    Za rzekami, za morzami
    Żył przed bardzo wielu laty
    Król potężny i bogaty,
    Dobrotliwy, szczobrotliwy,
    Lecz niezmiernie rozżalony
    Z racji córki Pizdolony,
    Która chociaż dobra, miła,
    Niepomiernie się kurwiła.
    A dawała bez wyboru
    I rycerzom, panom dworu
    I kucharzom i stolarzom,
    Czasem nawet i malarzom!
    W każdej chwili, w każdym czasie
    Wciąż myślała o kutasie.
    Próżno mówił jej król stary,
    Że we wszystkim trzeba miary,
    Nie wypada bowiem pannie
    Tak się dupcyć nieustannie.
    Na nic się to wszystko zdało
    Bo królewnie wszystko mało.
    Wszyscy byli wyjebani
    Nawet księża kapelani!
    Raz ją tak swędziała dupa,
    Że zgwałciła i biskupa.
    A, że ten ją zerżnął marnie
    Poszła dawać pod latarnię.
    Aż z burdelów wszystkich w mieście
    Do samego króla wreszcie
    Od kurewskiej całej nacji
    Przyszły kurwy w delegacji.
    Ta najbardziej rozjebana
    Padłszy przed nim na kolana
    Z trudem wielkim tłumiąc łkanie
    Rzecze: ?Królu nasz i Panie
    Ty panując od lat wielu
    Byłeś ojcem dla burdelu,
    Upadają obyczaje
    Twoja córka dupy daje
    Na ulicy bez pieniędzy,
    Przez co wpycha nas do nędzy.
    Nikt nas dziś już nie pierdoli
    Bo darmochę każdy woli!"
    Król na łzy kurewskie czuły
    Kazał dać ze swej szkatuły
    Każdej kurwie po dukacie,
    Po czym zamknął się w komnacie
    I tam siedział przez dzień cały
    Aż mu jaja posiwiały.
    Król choć płakał ze zmartwienia
    Zamknął córkę do więzienia
    By się więcej nie puszczała.
    Tam codziennie dostawała
    Prócz świetnego utrzymania
    Tysiąc świec do branzlowania,
    Wazeliny beczkę całą,
    Lecz jej tego było mało.
    Ciągle płacze, ciągle krzyczy:
    ?To za mało dla mej piczy!"
    W nocy zaś przywołał swego
    Astrologa nadwornego,
    By ten patrząc w gwiezdne szlaki
    Znalazł wreszcie sposób jaki
    By królewnę można było
    Dobrowolnie, czy też siłą
    Wrócić znów do cnoty granic,
    Lub, gdy to się nie zda na nic,
    Niech przynajmniej w swojej sferze
    Obłapników sobie bierze.
    Więc astrolog wziąwszy lupę
    Zajrzał raz królewnie w dupę,
    Wielkim cyrklem pizdę zmierzył,
    Po czym zamknął się na wieży
    Tak był w pracy pogrążony,
    Taki przy tym roztargniony,
    Że szukając gwiazd na niebie
    W roztargnieniu srał pod siebie.
    Kręcił, wiercił teleskopem
    Wreszcie wrócił z horoskopem
    I rzekł: ?Smutną mi niestety
    Objawiły wieść planety,
    Że królewny nic nie wstrzyma,
    Na jej szał lekarstwa nima.
    Chyba, że się znajdzie jaki
    Tęgi jebak nad jebaki,
    Który tak ją zerżnie pięknie,
    Że królewnie pizda pęknie,
    Na kawały się rozwali,
    Żywym ogniem się rozpali.
    Wówczas będzie Pizdolona
    Z czaru swego wyzwolona
    I stanie się znów prawiczką
    Z malusieńką, ciasną piczką."
    Wszystkim było ogłoszone,
    Że kto zbawi Pizdolonę
    Ten otrzyma za podziękę
    Pół królestwa i jej rękę.
    Więc zjeżdżają się jebacze,
    Czarodzieje, zaklinacze,
    Rycerze i królewicze,
    By królewnie zerżnąć piczę.
    Każdy sił swoich próbuje
    I choć tęgie mieli chuje
    Na nic się to wszystko zdało,
    Bo jej ciągle było mało.
    A tymczasem heroldowie
    W całym kraju w piśmie, w mowie
    Wieści dziwne rozgłaszali
    Coraz dalej, dalej, dalej,
    Aż dotarły hen daleko,
    Gdzie za siódmą górą , rzeką
    Stała sobie mała chatka
    W niej mieszkała stara matka
    Ze synami swymi trzema,
    Którym równych w świecie nie ma.
    Każdy dzielny, tęgi zwinny,
    Ale każdy z nich był inny.
    I w tym nie ma nic dziwnego
    Każdy z ojca był innego,
    Bo w młodości swojej czasie
    Matka strasznie puszczała się.
    Syn najstarszy - miał chuj długi
    I gruby na kształt maczugi
    A po bokach jego były
    Jak postronki grube żyły,
    Jakieś węzły, jakieś guzy,
    Jaja miał jak dwa arbuzy
    A że ciągle mu bez mała
    ta ogromna pyta stała
    ?Chujogromem" go nazwano.
    ?Pizdoliza" nosił miano
    Syn następny, bo lizanie
    Stawiał wyżej nad jebanie
    I nie było mistrza w świecie
    By prześcignął go w minecie.
    Cieszą matkę takie dzieci
    Lecz niestety smuci trzeci,
    Który rodu był zakałą
    Bo miał kuśkę całkiem małą,
    Cienką krótką, na kształt glizdy
    I nie palił się do pizdy.
    Dobrze że z matczynej woli
    Raz na miesiąc popierdoli.
    A że mało tak obłapia
    Bracia mieli go za gapia,
    No i matka nawet z czasem
    Nazywała go ?Głuptasem"
    Tak im słodko życie idzie
    Ani w zbytku, ani w bidzie.
    W strzebowym dwa chłopaki
    Zarabiały w sposób taki,
    Że cnotliwe starsze panie
    Brały ich na utrzymanie,
    A i matka, chociaż stara
    Dała dupy za talara
    Na stojaka, gdzieś w klozecie
    Lecz najmłodszy, głupek przecie
    Choć podobał się niewiastom
    Dawał dupy pederastom
    I ku matki wielkiej złości
    Nie brał nic od swoich gości.
    Aż dotarła i w ich strony
    Wieść o losie Pizdolony.
    Na pieniądze wnet, łakoma,
    Woła matka Chujogroma
    I tak rzecze: ?Ty mój synu
    Idź dokonaj tego czynu."
    Olbrzym wnet posłuchał matki,
    Zaraz włożył czyste gatki,
    Wymył chuja i bez zwłoki
    Raźno ruszył w świat szeroki.
    A gdy przybył do stolicy
    Zaraz poszedł do piwnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona
    Branzlowała Pizdolona.
    Pyta dawno mu stanęła,
    Więc się ostro wziął do dzieła
    I za pierwszym sztosem leci
    Błyskawicznie drugi, trzeci,
    Czwarty, piąty, aż nareszcie
    Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście
    I utracił siłę całą.
    A królewnie wciąż za mało!
    Tak był przy tym osłabiony,
    Że zleźć nie mógł z Pizdolony
    I musiały dworskie ciury
    Ściągnąć go za dupę z dziury.
    I zanieśli omdlałego
    Do szpitala zamkowego.
    A królewna ciągle krzyczy:
    ?To za mało dla mej piczy!"
    Prędko, prędko baśń się baje
    Nie tak prędko kutas staje,
    Baśń się baje, czas ucieka
    Chujogroma matka czeka
    I już martwić się zaczyna:
    ?Coś nie widać skurwysyna".
    Aż ją doszły smutne wieści,
    Powstrzymując łzy boleści,
    Pizdoliza matka wzywa
    I w te słowa się odzywa:
    ?Bratu, rzecz to nie do wiary
    Nie udały się zamiary
    Kutas zmarniał mu, niestety
    Idź więc ty, spróbuj minety."
    I Pizdoliz wnet, bez zwłoki
    Ruszył prędko w świat szeroki
    W końcu zaszedł do stolicy,
    Tam się udał do piwnicy,
    Gdzie się świeczką, rozkraczona
    Branzlowała Pizdolona.
    Zaraz ją za dupę łapie
    I minetę tęgo chlapie.
    Język jego na kształt węża
    To się spręża, to rozpręża,
    To się wije jak sprężyna,
    W pizdę wwiercać się zaczyna,
    Kręci na kształt kołowrotka,
    To od zewnątrz, to od środka.
    Doba wciąż za dobą mija
    On jęzorem wciąż wywija,
    Aż utracił siłę całą
    A królewnie wciąż za mało.
    Tak był przy tym osłabiony,
    Że zleźć nie mógł z Pizdolony,
    Więc i jego dworskie ciury
    Ściągnęły za dupę z dziury
    I wyniosły omdlałego
    Do szpitala zamkowego.
    A królewna ciągle krzyczy:
    ?To za mało dla mej piczy!"
    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje.
    Baśń się baje czas ucieka
    Pizdoliza matka czeka
    I już martwić się zaczyna
    Bo nie widać skurwysyna.
    Ze złości zaciska zęby,
    Że dwóch synów niby dęby
    Losy wzięły jej zdradziecko
    ?Jedno mi zostało dziecko
    I do tego całkiem głupie!"
    Głuptak miał to wszystko w dupie.
    Raz w ogrodzie, po jedzeniu
    Chciał pochrapać sobie w cieniu.
    Coś mu jednak spać nie daje,
    Coś go ciągle gryzie w jaje.
    Patrzy - a tu mała menda
    Co po jajach mu się szwenda.
    Głuptak już rozpinał gacie
    By ją otruć w sublimacie,
    Gdy wtem menda nieszczęśliwa
    Ludzkim głosem się odzywa:
    ?Czemu pragniesz mojej zguby?
    Nie zabijaj chłopcze luby.
    Menda też stworzenie Boże,
    Że inaczej żyć nie może
    I że czasem w jajo utnie,
    Nie gubże jej tak okrutnie
  • zarchiwizowany
    Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 29.09.01, 14:09
    na góre z watkiem

    Głuptak myśli: ?Cóż to złego,
    Przecie nie zje mnie całego.
    Nie potrzebna mi twa zguba,
    Idź więc z Bogiem, mendo luba!"
    A tu nagle menda znika
    I zmienia się w czarownika!
    Czarownika, czarodzieja
    I do swego dobrodzieja,
    Co się w strachu z miejsca zrywa
    W takie słowa się odzywa:
    ?Że litości miałeś względy
    Dla bezbronnej, słabej mendy,
    I żeś jej darował życie
    Wynagrodzę cię sowicie.
    Dam ja ci wskazówki pewne
    Jak spierdolić masz królewnę.
    Sił twych mało tu potrzeba,
    Dam ?Kondona Samojeba",
    Który ma tę dziwną siłę,
    Że gdy włożysz na swą żyłę
    I rozkażesz, on za ciebie,
    Sztos za sztosem ciągle jebie
    Czarodziejską mocą cudną,
    Ale zdobyć go jest trudno!
    Dupa strzeże go zaklęta
    Na przechodniów wciąż wypięta,
    Z której mocą złego ducha
    Ustawicznie ogień bucha
    I czy z bliska, czy z daleka,
    Żarem swoim wszystko spieka
    I w tym wielkim, mocnym żarze
    Dupa się całować każe.
    Lecz gdy powiesz do niej słowa:
    ?Niech się ogień w dupie schowa,
    Sama się pocałuj właśnie!"
    Wtedy ogień w dupie zgaśnie
    I powoli z dobrej woli
    Kondon zabrać ci pozwoli.
    Za twą dobroć ja ci mogę
    Do tej dupy wskazać drogę.
    Weź ten kłębek z sobą razem,
    On ci będzie drogowskazem,
    Rzuć na ziemię i idź wszędzie,
    Gdzie się kłębek toczyć będzie,
    Lecz pamiętaj zawsze święcie
    Czarodziejskie to zaklęcie!"
    Tu - czarownik niby mara zniknął,
    Rozwiał się jak para.
    Głuptak wstaje ucieszony,
    Bierze kłębek, rozbawiony
    I nie mówiąc nic nikomu
    Po kryjomu znika z domu.
    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak pręko kutas staje.
    Głuptak idzie, nie ustaje
    Coraz nowe mija kraje.
    Gdy stu granic minął słupy,
    Zaszedł wreszcie aż do dupy,
    Z której ogień wieczny tryska.
    A podszedwszy do niej z bliska,
    Rozżarzonej nad pojęcie
    Czarodziejskie swe zaklęcie
    Głuptak z całej siły wrzaśnie:
    ?Sama się pocałuj właśnie!"
    Wtedy dupa zawstydzona
    Puściła go do kondona,
    Więc z kondonem ucieszony
    Pędzi wnet do pizdolony.
    A gdy przybył do stolicy
    Zaraz poszedł do ciemnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona
    Branzlowała Pizdolona.
    Wkłada kondon, niecierpliwy,
    A tu patrzcie - czary, dziwy,
    Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
    Na sto chujów się rozrasta,.
    Każdy gruby jak ta bela,
    Każdy piczę jej rozdziera,
    Każdy twardy jak ze stali,
    Każdy długi na sto cali,
    Wszystkie chuje z całej siły
    Na królewnę uderzyły!
    Każdy jej się w pizdę wwierca,
    Każdy końcem sięga serca,
    Każdy jej się w piczy grzebie,
    Każdy jebie, jebie, jebie!
    Aż królewna Pizdolona
    Rozjebana, spierdolona,
    Od jebania ledwie żywa
    Krzyczy: ?Cipaaa się rozrywa!"
    Takie przy tym tarcie było,
    Że się w dupie zapaliło.
    By ugasić pożar ciała
    Straż zamkowa przyjechała
    Z toporami, bosakami,
    Sikawkami i kubłami
    Słowem z całym inwentarzem
    Używanym przy pożarze
    I po długiej, ciężkiej pracy
    Ugasili ją strażacy.
    Tak została Pizdolona
    Z czaru swego wybawiona
    I znów stała się prawiczką
    Z malusieńką ciasną piczką.
    Głuptas dostał zaś w podzięce
    Pół królestwa i jej ręce.
    Król był taki ucieszony
    Ze zbawienia Pizdolony,
    Że pomimo swej starości
    Kapucyna ciął z radości
    Bez ustanku tydzień cały,
    Aż mu jaja odsiwiały
    Mimo, że już nie był młody.
    Potem zaraz sprawił gody
    Głuptakowi z Pizdoloną.
    Mnie na gody zaproszono.
    Więc jak mówię, też tam byłem
    Jadłem, piłem, pierdoliłem,
    Bawiłem się z nimi społem,
    Aż zasnąłem gdzieś pod stołem.
    Oto co sprawiła menda!
    Na tym kończy się legenda!
  • zarchiwizowany
    15.10.01, 07:06
    Legynda o wsi Przerycie

    Przerycie to pszysiouek Raciborskich Rurd (Groß Rauden). Miyszkou tam kedys´
    jedyn chop, kery spszedou swoja dusza djobuowi. Ale kedy zachorowou i sumiynie
    kere go szpetnie mynczyuo, ukozauo mu co go czeko we piekle. Skwuli tego
    wszystkego pieronsko sie z´lynknou, a ze zauowou tego gyszeftu to chciou
    pszijonc´ sakramynt chorych. Od niego baba znaua te djobelske konszachty chopa
    i wartko poleciaua do klasztoru w Rdach z pros´bom coby kery mnich go psziszou
    wyspowiadac´. Mnich psziszou i jak dowiedziou sie o tym pieronstwie to prynko
    poleciou do kaplicy klasztorny po Najs´wiyntszy Sakramynt. Jednak droga
    zastawiou mu djobou i pedziou ze dusza nalezy do niego bo za niom zapuaciou. Na
    to mnich odpedziou ze on mo obowionzek walczyc´ o kozdo dusza kero pragnie
    christusa.
    Djobou jednak dugo niyustympowou, az mnich zaproponowou mu ukuad: "Jo ida do
    klasztoru po Najs´wiyntszy Sakramynt, aty w tym czasie poryj dookoua te pole.
    Jak skon´czysz do mojego powrotu dusza je twoja jak niy zdonzysz to moja."
    Djobou se pomys´lou takigo grzesznika wyspowiadac´, to bydzie trwauo napewno
    cauy tydziyn´ i zabrou sie twardo do rycio, a mnich gipko poleciou do
    klasztoru, djobou zapiepszou corous to pryndzyj, pot sie lou s´niego, slypia mu
    wylazuy ze wysiuku i wypatrywanio na minicha. Jak jusz miou niywiela do
    zrobiynio, rozmazyu sie i wyobrazou se jak to tasko dusza chorego do piekua
    W tym momyncie zjawiou sie woz konny i stanou wele dz´wiyrzy chorego.Wyskoczou
    s´niego mnich, wejzou na djobua,kery jeszcze roboty niyskon´czyu. djobou
    widzonc ze pszegrou, ze zuosci ciepnou uopatom o ziymia i uciyk do piekua.
    Dusza byua uratowano. Od tego czasu ta mauo osada nazywo sie Przerycie. Na te
    poryte do dzisiej godajom "przerytniok". Tyn pieron tak to fajnie poryu ze bez
    zima bajtle majom uciechy czi miechy ze tych gorkow na szjerach abo sonkach
    sjyrzdzac´.
  • zarchiwizowany
    15.10.01, 17:56
    NA KSIÓNŻYNCEJ "GABRYJELI"

    Już dobrze nie pamiyntóm, w kierym roku to było, alech był jeszcze chłapcym,
    możne mi było z patnost roków. Na Gabryjele przijechoł arcyksiónże Frydrych,
    właściciel tych werków.
    Delegat Komar mioł skarge na porzóndki na szachcie. Tak klynknół i podoł tymu
    arcyksiyńciu pismo. Ón sie obrócił i podoł to pismo dyrechtorowi z Ostrawy, bo
    z arcyksiyńciym tam była cało zgraja z dyrechcyje. Na drugi dziyń tyn Komar i
    jeszcze drugi delegat, Brachaczek, ni mógli dostać roboty.
    Tego Brachaczka przijón potym za pachołka masorz Herc z Dómbrowej. Mój ojciec
    zaszoł roz do Dómbrowej do Brachaczka i zaniós mu dwa ryński. Tak kiejsi jedyn
    drugigo spómogoł; choć mioł biyde, ale jedyn na drugigo pamiyntali.

    Jak śleper nie wywióz tela, wiela mu naporynczył wywiyźć hajer albo sztajgier,
    to po szychcie za to dostol porzóndnóm wypłate flekym, albo za uszy. A czasym i
    hajerzi bili śleprów, że mało zrobili. Kiery był odważniejszy a trufoł sie na
    siłach, to i wrócił z interesym.
    Mój ujec, Francek Koch, robił na Gabryjeli. Rcz po robocie prziszoł troche
    rychli pod szachte, a był tam sztajgier Pieter S. Tyn mu mówi:
    - Kajś sie już tu wzión?
    - Na tóż, prziszołech, dyć je czas na wyrch jechać! Sztajgier rznół go kilofym.
    Leżała tam kańsi spinka, co sie wozy spinajóm, taki kónsek lańcucha. Tak
    Francek porwoł te spinke i wymazoł nióm sztajgra porzóndnie po plecach. Za to
    zaroz dostoł ksiónżke. Kiejsi za taki rzeczy chcieli robotników wieszać.
    Panowie mógli robotnika bić i znyncać sie nad nim, ale ónym sie nie śmiało nic
    stać. To była sprawiedliwość !

  • zarchiwizowany
    Gość: Mirek IP: *.sympatico.ca 25.06.02, 02:48
    Macie cos jeszcze? Toz ten temat to prawdziwy "rodzynek"!
  • zarchiwizowany
    06.07.02, 09:08
    Do dnia dzisiejszego można oglądać na krańcach Gniezna, stare szańce zbudowane
    w celu obrony miasta. O tym miejscu, w minionym wieku krążyły podania że mieści
    się w nim rozpadlina, w której od dawien dawna gnieździ się bies. Podobno to
    miejsce nazywano Gnieżnikiem.
    Wokół Gnieżnika rosła zawsze bujna i piękna trawa. Nie należy się dziwić, że
    tam właśnie najczęściej pastuszkowie przypędzali swoje krowy, gdyż prędko
    najadały się do syta soczystej trawy i później leżały spokojnie przeżuwając
    pokarm. Oni wtedy mogli spokojnie zabawiać się na łące.
    Któregoś dnia, gdy bydło spokojnie polegiwało, rozbawieni pastuszkowie, zaczęli
    rzucać dla zabawy swoimi nakryciami głowy. Przyglądał się tej beztroskiej
    zabawie i swawoli z ukrycia bies, który pilnował skarbów w czeluściach
    rozpadliny. Podobała mu się ta zabawa i napewno by się w nią włączył , gdyby
    nie był kadukiem. Rozmyślał przeto co by tu zrobić, jaki wymyśleć psikus, żeby
    choć na chwile zmącić zabawę. Okazja niebawem się nadarzyła. Jeden z chłopców
    tak wysoko rzucił swój kaszkiet, że ten poszybował prosto w stronę ukrytego
    psikuśnika, spadając mu prosto pod kopytko. Bies nie namyślał się długo.
    Podniósł natychmiast kaszkiet z ziemi i uradowany, że zrobi chłopcom figiel,
    natychmiast schował się z pięknym nowym kaszkietem w czeluściach zapadliny.
    Na próżno wszyscy szukali zagubionego kaszkietu. Nigdzie go nie było. Wyglądało
    na to, że zapadł się pod ziemię. Kiedy doszli do zapadliny jeden z pastuszków
    zawyrokował :
    - Nic tylko kaszkiet wpadł do dziury i teraz kusiciel ma go w swojej mocy !
    Pastuszek, który postradał kaszkiet, zląkł się, że może go nie odzyskać, zaczął
    więc głośno płakać. Usłyszał ten dziecięcy płacz , siedzący w głębi bies
    Gniżnika. Podsunął się bardzo blisko wyjścia i nadsłuchiwał, co też
    pastuszkowie o jego psocie mówią. To co usłyszał natychmiast zmiększyło nawet
    jego diabelskie serce. Współczujący swojemu koledze pastuszkowie, martwili się
    o Janka, że jak pójdzie do domu dostanie lanie, bo zgubił nowy kaszkiet. A
    najgorsze to jest to, że idzie zima i w czym on będzie chodził skoro mu ojciec
    nowego kaszkietu nie kupi. Niedawno przecież pochowali matkę, a z małego
    gospodarstwa nie ma za dużo zysków. Nie od święta im bieda do garnków zagląda.
    Będzie musiał biedny Janek z gołą głową chodzić.
    Gdy bies to wszystko usłyszał, żal mu się zrobiło małego chłopca , któremu
    spłatał tak brzydki figiel. Postanowił, natychmiast nie tylko zwrócić nakrycie
    głowy , ale kaszkiet wypełnić złotymi dukatami. Jak pomyślał tak też i zrobił.
    Wyrzucił do góry na powierzchnię ziemi kaszkiet ze złotem. Chłopiec uradowany
    tym znaleziskiem, pokazał pastuszkom złote monety i odzyskany kaszkiet.
    Po powrocie do domów pastuszkowie opowiedzieli o przygodzie jaka na Gnieżniku
    przy rozpadlinie się wydarzyła. Jakie najpierw nieszczęście, a potem szczęście
    Janka spotkało. Zachłanni rodzice na drugi dzień ubrali w odświętne kaszkiety
    chłopców i przykazali, by i w tym dniu zabawę powtórzyli i swoje kaszkiety do
    dziury biesa powrzucali. Gdy tylko chłopcy znaleźli się na łące, nie bacząc na
    bydło, które przygnali zaczęli zabawę kaszkietami. Rzucali je do góry i coraz
    bardziej zbliżali się do zapadliny. Kiedy już byli od niej na parę kroków,
    powrzucali wszystkie kaszkiety do dziury biesa. Usiedli wokół niej i czekali,
    kiedy psikusnik zacznie je spowrotem wyrzucać. Zaczynało się już zmierzchać i
    słońce za las zachodzić, a kaszkietów jak nie było tak nie ma. Zauważyli, że i
    bydło gdzieś się porozchodziło i nie było go na łące. Zaczęli strasznie
    pomstować i kląć na biesa. Tego pokuśnik zdzierżyć już nie mógł. Zakręcił
    wiatrem i z dziury powytlatywały wszystkie kaszkiety napełnione łajnem krowim.
    Kiedy pastuszkowie chcieli je podnieść z ziemi wyleciał z rozpadliny grat
    małych kamyczków i zeschniętych liści. Bies zemścił się na tych co przeciwko
    niemu brzydkich słów używali.
    Do rana z rodzicami chłopcy szukali zgubionych krów, które bies złośliwie po
    lesie rozpędził.
    W Gnieźnie i okolicy dość długo ludzie mówili o tej niezwykłej przygodzie,
    która pastuszków na Gnieżniku spotkała. Jak ich bies za chytrość i używanie
    brzydkich słów ukarał. Dla tego też do dnia dzisiejszego brzydkich słów i
    wyrażeń na ulicy Gniezna nie usłyszysz. A jeżeli ktoś usłyszy, to może być
    pewien, ze jest to mieszkaniec z innego miasta. Tubylec nie chciałby mieć do
    czynienia z Gnieżnikiem, który za takie słowa łajnem krowim natychmiast
    obrzuci !
  • zarchiwizowany
    06.07.02, 17:53
    Przed laty niedaleko Kościana na Ziemi Wschowskiej we wsi Brońsko, mieszkała
    bardzo uczciwa i pobożna wdowa Ślebodzina. Żaden diabeł nie mógł do niczego
    złego jej nakłonić. Na próżno różne diabły z " piekła rodem " starały się
    znanymi sobie sposobami nakłonić ją do grzechu. Żadne - nawet te
    najzmyślniejsze , co " sztuczki diable " potrafiły wymyślać, nie potrafiły tego
    dokonać. Wdowa, mimo, że kusiciele na każdym kroku starali utrudniać jej życie,
    nie ulegała żadnej pokusie. Skarżyły się rogalce w piekle Lucyferowi, że nie
    mogą sobie z babą dać rady, chociaż u wdowy bieda " aż piszczy ". Zatraciciele
    nie przestawali kusić i używali wszelkich sposobów by wdowa chociaż jedno słowo
    wyrzekła niemiłe Bogu. Ale im nic nie wychodziło. Wdowa nadal trwała przy
    swoich zasadach.
    Nie mogąc sobie dać rady kusiciele z " upartą " babą, zebrali się u Lucyfera w
    piekle na naradzie. Wśród nich był bardzo złośliwy i nieprzyjemny zatruciciel -
    KUŚTYGA. Otrzymał on to imię w piekle, gdyż od " urodzenia " kulał na jedną
    nogę. Uważnie i zaciekawieniem przysłuchiwał się Kuśtyga narzekaniom współ-
    czortów. Dziwiło go bardzo, że żaden z kusicieli nie potrafił użyć takiego
    sprytnego podstępu, by nakłonić wdowę, żeby chociaż raz zaklęła ! Postanowił
    sam zabrać się do tej sprawy. Z początku i jemu żadne " diabelskie sztuczki ",
    do skuszenia wdowy nie były przydatne. Wdowa nie poddawała się
    żadnym "matactwom diabelskim". Postanowił przeto złośliwy kusiciel ludzkie
    sztuczki zastosować. Nadarzyła się ku temu okazja.
    Było to akurat na przednówku. Bieda zaczęła zaglądać do wszystkich chat na wsi.
    Nawet i bogatym gospodarzom, zaczynało być ciężko. U wdowy coraz gorzej
    zaczynało się dziać. W dniu kiedy wyjechała wołami orać w pole, zabrała z sobą
    tylko małe zawiniątko, w którym była, ostatnia kromka suchego chleba. Gdy
    zajechała na miejsce orki, zawiniątko położyła na miedzy, z myślą, że skorzysta
    z niego w południe, kiedy słońce będzie w zenicie. Praca pochłonęła ją bez
    reszty. Nic w koło nie widziała, tylko pracujące z nią woły. Nie zauważyła, że
    ktoś przygląda się jej orce i zbliża się do miedzy, gdzie leżało zawiniątko z
    suchą kromką chleba. Był to KUŚTYGA ! Gdy ujrzał posiłek wdowy "szatańska myśl"
    przebiegła przez jego głowę. Rozwiązał szybko zawiniątko i wyjął chleb, by
    pochwili łapczywie zjeść. Gdy skończył jedzenie skrył się w pobliskich krzakach
    i czekał na wdowę i jej reakcję, gdy przyjdzie i nie będzie miała swojej kromki
    suchego chleba. Napewo siarczyście zaklnie - pomyślał ?
    W samo południe, gdy dzwon z pobliskiego kościoła zaczął dzwonić na "Anioł
    Pański ", wdowa wyprzęgła woły, które same ruszyły do wodopoju, a sama
    zmówiwszy modlitwę, skierowała się w stronę swojego pożywienia. Zdziwiła się
    niezmiernie, gdy ujrzała rozwinięty węzełek i brak kromki suchego chleba.
    Obejrzała dokładnie miejsce wokół zawiniątka, ale - suchej kromki chleba
    nigdzie nie było. Usiadła na miedzy zmartwiona i zmęczona. Jednak żadnych
    złorzeczeń z jej strony nie było.
    - Niech mu będzie na zdrowie - powiedziała, temu co tą kromeczkę suchego chleba
    mi zabrał. Skoro odważył się na kradzież takiego chleba, musiał być bardzo
    głodny - zakończyła.
    Gdy ostatnie zdanie wypowiedziała, zatraciciel słuchający w ukryciu tych słów -
    zapadł się pod ziemię. Znalazł się w piekle przed samym tronem Lucyfera, który
    już wiedział jaka przygoda na ziemi spotkała KUŚTYGĘ. Nawet Lucyper nie mógł
    znieść tego wyczynu Kuśtygi i kazał mu wracać tam skąd przybył. Posłuszny bies
    wrócił na miedzę, gdzie jeszcze leżały okruchy przez niego zjedzonej kromki
    suchego chleba.
    Gdy o całej sprawie dowiedział się BORUTA - wojewoda diabelski nad wszystkimi
    czortami w Polsce natychmiast kazał zwołać " TRYBUNAŁ DIABELSKI " i osądzić
    KUŚTYGĘ !
    Diabli pachołkowie znaleźli Kuśtygę ukrywającego się w borze Włoszakowskim i
    przywlekli go na Zamek Łęczycki. Po trzynastu dniach rozprawy " TRYBUNAŁ
    DIABELSKI " pod przewodnictwem Pana na łęczyckich błotach Imć BORUTY, wojewody
    diabłów polskich - skazał :
    " ... za popełniony CZYN NIEGODNY NAWET DIABŁA - skazuje się obwinionego
    zatraciciela KUŚTYGĘ z piekła rodem , na służenie u wdowy Ślebodziny we wsi
    Brońsko Kasztelanii Wschowskiej , do końca życia w/w wdowy w jej gospodarstwie
    za parobka, wykonującego najcięższe prace i przynoszące jej wszelkie dobra do
    domu i gospodarstwa i dlatego od dziś będziesz pracował dla tej kobiety na
    chleb. Nakazuje się też w/w zatracicielowi dla niepoznaki przybrać imię ludzkie
    jak i od dnia dzisiejszego ubierać się wyłącznie w strój w jakim chodzą
    wieśniacy na Ziemi Wschowskiej. Po skończonej rozprawie w/w uda się do
    gospodarstwa wdowy w ubraniu ludzkim, trzeźwy i wymyty, żeby od niego nie było
    czuć diabłem i co rychlej zabierze się do pracy.
    Wyrok jest ostateczny i ze względu na haniebny czyn oskarżonego, który przynosi
    piekłu hańbę - nie podlega zaskarżeniu do wyższego "Trybunału Diabelskiego ",
    jak i nie przysługuje w/w złożenie prośby o łaskę do Księcia Lucypera. "
    Ze spuszczonym ogonem opuścił Zamek Łęczycki Kuśtyga, kierując się Traktem
    Poznańskim na Ziemię Wschowską. Gdy znalazł się w Brońsku w zagrodzie wdowy,
    prosił ją by go na służbę przyjąć raczyła. Wdowa z początku się wzbraniała
    twierdząc, że z gospodarki zaledwie dzieci swoje wyżywi, więc jemu nie będzie
    miała czym zapłacić. Mimo wszystko Kuśtyga nalegał i prosił o tą pracę.
    Wreszcie wdowę przekonał, gdy powiedział, że ani jednego inkluza od niej nie
    weźmie, tylko za marne jedzenie będzie służył. Samo dobro będzie jej
    przysparzał i nawet w niedziele będzie pracował. Wdowa po tych naleganiach
    ustąpiła i zapewniła Kuśtygę, że u niej dom jest wierzący i w niedziele się nie
    pracuje, tylko chodzi do kościoła. Kuśtyga na te ostatnie słowa wdowy się
    wzdrygnął i zaczerwienił, ale pracę przyjął, bo nie miał innego wyjścia. Wdowa
    jeszcze zapytała jak na niego wołają ?
    - Kuś... , nie - Matyjasek - wykrzyknął diabeł! - Ma-ty-ja-sek, jąkał po raz
    drugi pomny przykazaniu sądowemu.
    Wdowa i jej dzieci, dzięki wyrokowi "Trybunału Diabelskiego " do końca życia
    nie zaznały głodu.
    KUŚTYGA - MATYJASEK do dnia dzisiejszego pałęta się gdzieś tam po Ziemi
    Wschowskiej. A, że mu się poplątało w głowie, jak go ktoś spotka i zapyta jak
    na niego wołają to raz odpowiada - że Kuśtyga innym razem Matyjasek. Wie tylko
    o jednym dobrze i to zapamiętał na całe diabelskie życie , że :
    " NAWET DIABŁU NIE PRZYSTOI , CZYNU NIEGODNEGO POPEŁNIAĆ ".
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 10:58
    Miał chłop bardzo starą chałupę. Nie miał pieniędzy żeby postawić nową, a stara
    zaczęła się już walić. Medytował i rozmyślał, jakby to zrobić, żeby na nową
    chałupę pieniądze się znalazły. Stojąc na moście rozmyślał o swoim kłopocie.
    Patrząc w wodę przypomniał sobie co to ludzie mówią o mieszkającym tu pod
    mostem diable Kieczce. Może by tak od niego pieniądze pożyczyć ? Jak tylko
    pomyślał, już obok niego pojawił się jakiś człowiek, który zagadnął do niego.
    - Wiesz chłopie, znam Twoje zmartwienie. Mógłbym coś na nie zaradzić w
    potrzebie pieniądze by się znalazły.
    Chłopu w tym momencie ciarki przeleciały przez plecy, bo zorjętował się z kim
    ma do czynienia. Już miał się przeżegnać, by odgonić z ł e od siebie, ale
    zachłaność chłopska zwyciężyła. Zdjął czapkę i grzecznie zapytał:
    - A czego diable byś ode mnie za tą fatygę żądał ?
    - Podpiszesz mały cyrografik krwią z serdecznego swojego palca i będzie
    rychtyk !
    - O, tego za nic na świecie nie zrobię, choćbym miał swojej chałupy o której
    marzę nie wybudować !
    - To daj mi któreś swoje dziecko, masz przecież w chałupie ich aż siedmioro -
    zaczyna kusić diabeł.
    - O nie, tego się nigdy ode mnie nie doczekasz ! Za nic w świecie, żebym miał
    dziecko za chałupę do ognia piekielnego sprzedać ! - I już miał się żegnać żeby
    Kieczkę od siebie odpędzić, gdy sprytny diabeł zagadnął :
    - To zawrzyj ze mną układ na mocy którego ... - kusi dalej diabeł, gdy
    wybudujesz chałupę, to kto pierwszy wyjży przez okno, będzie mój !
    - Tak to nawet może być, przystaje na chytrą diabelską propozycję chłop. Zaraz
    ci to mogę podpisać, tylko dawaj te pieniądze, bo mi się bardzo spieszy chałupę
    stawiać.
    Kieczka wskoczył pod most i nie minęło trzy pacierze, jak się z mieszkiem
    złotych dukatów zjawił. Chłop nawet nie liczył tylko za pazuchę pieniądze
    schował i nie żegnając się z diabłem do domu szybkim krokiem pomaszerował. W
    chałupie ze starą zaczęli liczyć diabelskie pieniądze i stwierdzili, że za taką
    sumę to jeszcze ładne chlewy i stajnię wybudują. Na drugi dzień, chłop udał się
    do cieśli , zadatkował budowę, dał pieniądze z góry na drzewo, by chałupę
    natychmiast mu budowano. Nie minęły trzy miesiące jak piękne nowe gospodarstwo
    na wsi się zjawiło. Wszyscy mieszkańcy nie mogli się nadziwić jaka to ładna i
    przestronna z dużymi oknami chałupa we wsi powstała. Tylko dociekliwe kumoszki,
    po kontach zaczęły plotkować, że musi to być jakaś nieczysta sprawa, skoro nie
    tylko chałupa tak prędko powstała, ale i reszta gospodarstwa napewno nie mało
    pieniędzy kosztowała. We wsi zaczęto mówić, że chyba jakieś "z ł e" do tej
    chałupy rękę przykładało. Bo skąd naraz oni tyle pieniędzy na zbudowanie
    takiego gospodarstwa mieli. Nic tylko Kieczka spod mostu im pieniądze za ich
    duszę dał. Po cichu baby zaczęły mówić na ten dom - "diabla chałupa".
    Zaczym się chłop do nowej chałupy wprowadził, zebrał cała swoją rodzinę przed
    gankiem i wydał stanowcze polecenie, że pod żadnym pozorem nie wolno wyglądać
    na zewnątrz przez żadne okno. Nie wolno także zbliżać się do okna i go
    otwierać. Gdy spytały dzieci dlaczego, zbył je jakimś pretekstem i wysłał w
    pole do roboty. Tylko swojej babie zwierzył się z tajemnicy za co im diabeł dał
    pieniądze na zbudowanie chałupy. Sprytna baba najpierw poswarzyła na chłopa, a
    później powiedziała, że jakoś w tej sprawie trzeba zaradzić, bo kiedyś trzeba
    będzie w chałupie okna otworzyć.
    Tymczasem diabeł Kieczka usadowił się blisko chałupy w krzakach i czekał kiedy
    któreś dziecisko do okna podejdzie. Minął rok, zaczynał się drugi, a tu jak
    nikt nie podchodził tak nie podchodził. Nawet na wiosnę okien nikt nie
    otwierał. Stale tylko drzwi były otwarte i bez przerwy w ten sposób chałupa się
    wietrzyła. Denerwowało to strasznie babę, że ma drzwi jak wrota w stajni stale
    otwarte. Nie mniej irytowało to Kieczkę. Miał już dosyć tego czekania kiedy
    kogoś wreszcie złapie i do piekała zaciągnie.
    Wreszcie w chałupie postanowiono, że trzeba Kieczkę przechytrzyć i z krzaków
    przepędzić. Myślał nad tym chłop, myślała i baba. Cztery niedziele minęły, a
    diabeł jak w krzakach na swoją ofiarę czekał tak czeka. Wreszcie na piątą
    niedzielę baba wpadła na pomysł. Natychmiast go zrealizowano. Wybrano z
    chlewika najładniejszą świnkę, ubrano ją w najładniejszą sukienkę córki,
    założono na łeb piękną chustkę gospodyni i posadzono na oknie. Nie trzeba było
    czekać długo. Gdy diabeł Kieczka zobaczył, że ktoś przez okno wygląda nie
    zastanawiając się wyrwał z krzaków, podleciał do okna, szybę wybił i łaps
    prosiaka za łeb i na podwórzec wyciągnął. Myślał, że to któreś z dzieciaków
    wreszcie do okna podeszło, więc nie tylko duszę, ale i grzeszne ciało
    Lucyperowi zaniesie. Baba z chłopem widząc, że diabeł już prosiaka na podwórcu
    za łeb trzyma, chcąc diabła jak najszybciej wypłoszyć wyskoczyła z chałupy i
    dalej go kropidłem ze święconą wodą kropić. Biedny Kieczka bojąc się "jak to
    diabeł święconej wody", trzymając prosiaka pod pachą zaczął całym pędem ku
    lasowi biec, by jak najmniej palących kropel na swoje ciało przyjąć. Pod lasem
    świnia zaczęła kwiczeć i wyrywać się spod pachy diabła. Widząc, to Kieczka, że
    jest w bezpiecznej odległości od chałupy chłopa, stanął i obejrzał dokładnie
    kogo to porwał. Zorjętował się jaką pomyłkę zrobił i jak został haniebnie
    oszukany. Chciał zawrócić i chłopu świnie oddać i o właściwe zrealizowanie
    cyrografu się upomnieć. Ale się bał, że baba znów go kropidłem wyświęci.
    Odwrócił się w stronę chałupy i z całej siły w jej stronę prosiakiem rzucił.
    Rzut był tak silny, że prosiak przeleciał przez chałupę, a swoim ciężarem
    wielki dół wyrył, który natychmiast zapełnił się wodą.
    Do dnia dzisejszego na Ziemi Radomskiej w pobliżu starych chat wieśniaczych
    można takie dołki spotkać w których jest brudna i mętna woda. Takie stawiki w
    tych okolicach ludzie nazywają " świńskimi dołkami ", bo to nawet najgorsze
    ryby nie chcą tam przebywać a woda nie nadaje się do niczego innego tylko, żeby
    świnie jak wyjdą z chlewika tam się wytarzały. Starzy ludzie co to jeszcze
    pierwszą wojnę pamiętają mówią, że tą wodę diabeł Kieczka mąci za to że mądry
    chłop tak go oszukał.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 12:45
    Nie mogła baba znaleźć chłopa. Lata przemijały, a ona w panieńskim stanie
    przebywała. Wszędzie bywała, gdzie były chłopy. Na odpustach, targach,
    jarmarkach, zabawach. I nic. Żaden na nią nawet nie spojrzał. A majętna była.
    Baba się starzała. Ktoregoś wieczora powiedziała :
    - Niechże już by diabeł, byle tylko chłop!
    Jak na zawołanie stanął przed nią elegancki młodzieniec i rzekł do zdziwionej
    baby :
    - Jakiego mnie chciałaś, takiego mnie masz. Korzystaj z wszystkiego, czego
    pragniesz.
    - A wszystko masz to, co chłop mieć powinien ? - zapytała baba.
    - A to sobie sprawdź. Ale przed tym musisz podpisać tylko ten mały papierek
    krwią serdecznego palca - zaśmiał się diabeł.
    - Kota w worku kupować nie bedę - oburzyła się baba.
    I w tym momencie stała się rzecz niebywała. Coś zaświtało, zarechotało i nim
    baba się spostrzegła diabeł stał przed nią tak, jakgo piekło stworzyło, a co
    najważniejsze nic mu nie brakowało. Baba szybko podpisała dokument, jaki diabeł
    żądał, i dawaj brać go z miejsca w obroty. Jeszcze diabeł dobrze cyrografu nie
    obejrzał, a już go baba miała w łóżku. Taka była napalona na to kochanie.
    Kochali się do północy. Pierwszy kur zaczął piać i diabłowi przeszła ochota do
    kochania. Baba była namolna i stale go szturchała i nie dawała minuty do
    wytchnienia. Co diabeł zamykał oczy, by choć chwilę się przespać, baba zaraz w
    krzyk :
    - Podpis to wziąłeś, a do roboty to się lenisz. To co przyrzekłeś - wykonuj !!!
    Już drugi raz kur piał a babie nie przeszły figle-migle. Kiedy diabeł wykonał
    diabelski tuzin " kochania ", baba zasnęła. Diabeł był tak bardzo zmęczony, że
    już zasnąć nawet nie potrafił. Na drzwi spoglądał i o ucieczce myślał.
    Niechybnie baba mnie tymi swoimi pieszczotami zamorduje. Postanowił uciekać.
    Przeszedł przez babę i ku drzwiom się po cichu skradał. Już za klamkę chwytał,
    gdy wtem ogon jego długi, który był jeszcze na łóżku, babie po twarzy
    przejechał. Baba się obudziła i zobaczyła uciekającego diabła. Złapała go za
    chwost. Biedny diabeł nie mógl uciekać i pozostał u baby. Od tej chwili baba
    jak idzie spać zawsze diabła przez całą noc za o g o n trzyma !
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:02
    Lucyper wygnał Kozłka z piekła. Mógł wrócić dopiero, kiedy choć jedną duszę
    będzie miał zapisaną na cyrografie. Wędrował Kozłek przez Polskę. Doszedł do
    wsi Głowiec i spotkał tam podobnego do siebie diabła. Był to Boruta, który
    dzierżawił na tej wsi gospodarstwo. Znany był jako lekkoduch i zawadiaka. Czas
    swój trwonił na hulanki w karczmie, a nie pilnował gospodarstwa. W czasie
    spotkania Boruta zgodził się na zaprzedanie duszy Kozłkowi, jeżeli ten będzie
    od niego przebieglejszy. Boruta postawił Kozłkowi warunki na które ten
    przystał :
    - Na mojej ziemi posadzimy rośliny trzy razy z rzędu, zbierzemy swoje plony i
    wtedy zobaczymy, kto się okaże przebieglejszy ?
    Boruta pierwszego roku postanowił zasiać żyto. Kozłek wszystkie prace robił
    sam, bo spieszno mu było powrócić do piekła. Boruta hulał. Kiedy żyto
    zazieleniło się wiosną, przywołał Kozłka i pyta :
    - Co wybierasz diable ? To, co jest na powierzchni czy pod spodem ?
    Kozłek myśląc, że pod spodem rośnie coś lepszego niż na wierzchu wybrał pod
    ziemią. W żniwa Boruta skosił żyto, a Kozłek narwał rżyska. Boruta sprzedał
    ziarno i miał za co hulać, a Kozłek cały rok głodował. Na drugi rok Kozłek od
    razu wybrał z powierzchni pola. Boruta zasadził wiosną ziemniaki. Cieszył się
    Kozłek widząc tyle zielonego na polu myśląc, że tym razem wygra z Borutą.
    Jesienią Boruta zebrał bulwy, a biedny Kozłek do niczego nie nadające się
    łęciny. Zmartwionemu diabłu postanowił Boruta dać jeszcze jedna szansę.
    Zasadzili sad jabłkowy. Kozłek wszystkie drzewa sam sadził i doglądał. Czekał
    kilka lat, aby drzewa urosły. Którejś wiosny wybrali się do sadu i Boruta
    zapytał :
    - Wybierasz Kozłku czerwone, czy zielone ?
    Kozłek wybrał zielone, bo czerwonego nigdzie nie widział. W jesieni na drzewach
    pojawiły się dorodne jabłka, czerwone, aż łuna biła. Boruta pozrywał je, a
    biednemu Kozłkowi pozostawił szare liście. Kozłek ze zmartwienia uciekł od
    Boruty, mimo, że ten namawiał go do jeszcze jednego zakładu.



  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:08
    ewnego dnia Borucie znudziło się ziemskie życie i postanowił odwiedzić
    Twardowskiego na Księżycu. Zbudował sobie ogromną machinę latającą, aby nią
    dotrzeć na księżyc. Jednak machina Boruty okazała się niedostatecznie
    zaprogramowana, bo Boruta wcale na Księżycu nie wylądował. Poleciał obok
    Księżyca i Twardowski życzył mu szerokiej przestrzeni i łagodnego wiatru w
    podniebnych lotach.
    Machina Boruty zatrzymała się w innym świecie, którego Boruta dotąd nigdy nie
    widział. Była to Biała Planeta. Wszystko, co na niej się znajdowało, było
    białe. Zrozumiał wtedy, że to jego jest koniec. Władca Białej Planety i rada
    starszych postanowiły osądzić Borutę. Ustawili ogromną wagę, złe uczynki kładli
    na jedną, a dobre na drugą szalę wagi. Zaś cielsko Boruty powiązano złotymi
    łańcuchami, bo tylko takich łańcuchów nie mógł rozerwać. Szala wagi ze złymi
    uczynkami mocno przeważała nad dobrymi. Cielsko Boruty stawało się z każdym
    dniem coraz bielsze. Po latach trzynastu i trzech cielsko Boruty zrobiło się
    całkowicie białe , a po ogonie nie było śladu.
    Po całkowitym oczyszczeniu władcy Białej Planety wsadzili Borutę do jego
    machiny i wysłali ją na Ziemię. Boruta przez pewien czas ukazywał się jako
    Biała Dama. Nie zapomniał jednak kim był przed oczyszczeniem i zapragnął znów
    prowadzić takie życie, które dawało mu swobodę działania. Płatał różne figle
    ludziom i wymyślał różne hulanki i swawolę. Z upływem lat Boruta nie zauważył
    nawet kiedy jego cielsko stało się znów czarne, rogi czerwone i ogon odrósł
    bardzo długiiiiiii.



  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:11
    pijotlik, niywidziouech co s ciebie taki djobou!
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:18
    Pyrsk !

    Widza co sam wszyske za umrzykow robiom. OK, tak tysz niych sie kulo - a sam
    cosik o bliskim mi temacie asterion.w.interia.pl/martwiaki.htm
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:19
    Rozgadał się wójt z Mrukowej. O tej Mrukowej, albo Mrokowej powiada słownik
    geograficzny, że zaczątkiem osady było grodzisko na skalistej górze. Za czasów
    Długosza miało na sobie już ślady starożytnego grodu.
    "Tacyście mądrzy - powiada wójt, a czy wiecie dlaczego jemioła rośnie na
    jedli ?"
    Oczywiście żeśmy nie wiedzieli.
    Przypatrzcie się jedli. Od spodu ze wszystkich stron suche resztki gałęzi.
    Jakby kto kołków nawbijał, a u góry na samym szczycie z gałązki krzyżyk
    uczyniony. Otóż drzewiej / Mrukowa jest wsią polską/, na jedli nie było cetyny,
    lecz rosły same krzaczki jemiołowe. Diabeł, który jedline stworzył na miejsce
    cisiny i wszędzie ją rozprowadzał i z drzewa jemiołowego chciał jedline zrobić.
    Drapał się więc na pień, a że nie miał się czego trzymać , bo krzaczki
    jemiołowe były drobne, przeto wbijał kołki w pień i po nich szedł. Te kołki
    jeszcze dzisiaj na każdej jedlinie sterczą. Szedł w górę i listki
    jemioły "strzygł" na wąskie paski centyny. Aż gdy już niedaleko był wierzchu -
    nagle zobaczył krzyżyk. Przeraził się, spadł - i dla tego na jedli jest cetyna
    a tu i ówdzie liście jemioły.



  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:21
    Zebrał Bies Czady swoje i myk z piekła na ziemię. A miejsce wybrał, gdzie
    ziemia była równa, gładka i dobra. Pszenicę rzucisz - jest pszenica jak las.
    Człowieka w niej nie zobaczysz. Jęczmień - to jęczmień, owies - to owies. Coś
    byś nie siał - łan, że tylko patrzeć. Pracować trzeba było dużo. Ziemia tylko
    za pot majno swoje daje. Innego nic nie weźmie. Tutaj naród był roboczy,
    czesny, trud lubił i robić umiał.
    Popatrzył się Bies dookoła, złote góry, dobroci rzeki, tyko mu podpisz że z nim
    pójdziesz na służbę ! Człowiek do pracy zwyczajny ziemię swą kochający za Boga
    na takie nie poleci, chyba jakiś hołodraniec - to co innego. Dusza już w takim
    podła. Chodził Bies, łaził i nic nie wyłaził. Durny on nie był. Widzi ziemia
    dobra, zakromy pełne - to ludzie stąd nie pójdą. Zebrał Czady i mówi :
    - Przewracajcie mi tu wszystko do góry nogami, żeby ludzie się nawet tu nie
    poznali, gdzie co było.
    Porozłaziły się diabełkowie jak wszy po kożuchu. Wyszli rano ludzie, a tu
    wszystko do góry nogami ! Wczoraj od chałupy do chałupy parę kroków było, a
    teraz jeden na górze pod chmurami siedzi, a drugi ho ! ho ! - gdzieś w dole się
    znalazł. Ludzie w krzyk ! Pole proste wczoraj nieczysta siła myk - już sztorcem
    stoi. Kamieni takich nawyrzucali, że pole niby równe, a zaczniesz orać raz wraz
    lemiesz połamiesz. Siedzą rogate przekleństwa i tylko czekają aż do domu
    pójdziesz. Zaraz nowych kamieni zasieją. Lasy tak urządzili, drzewa prosto z
    niego nie zbierzesz. Konie zmordujesz, a i tak nic z tego nie będzie.
    - No - powiada Bies - teraz łatwiej pójdzie.
    Zwołał Czady i rozkazuje :
    - Robota Wasza dobrze zrobiona. Idźcie teraz i duszyczki kupujcie !
    Ale i teraz nic nie uzyskali. Naród tu twardy i ziemię swą kocha. Lepsza,
    gorsza, ale swoja. Na co mu zawracanie głowy. A diabły spokoju nie dają,
    obiecują, podśpiewują, ale ani jednej duszyczki do piekła nie zapędzili.
    Zebrał Bies Czady swoje i jak niepyszny do piekła powrócił. A na pamiątkę tego
    zdarzenia ziemia to po dzień dzisiejszy zwie się BIESZCZADAMI !!!
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:23
    Każdego razu, kto tylko przechodził mimo góry Dżuga, postrzegał tam Niemczyka w
    kusym fraczku przeskakującego z drzewa na drzewo. Wszyscy tę górę omijali ze
    strachem; bo kto tylko do niej się zbliżył, wnet go duch nieczysty w rozmaite
    wyzywał zakłady, a po przegraniu porywał i dusił.
    Jeden więc odważny wieśniak imieniem Uburtis przyszedł do bagna leżącego tuż
    przy górze i począł pleść łapcie dla siebie z łyka łoziny rosnącej w tamtym
    miejscu. Po kilku chwilach przychodzi diabeł.
    - Co tu robisz człowiecze ?
    - Łapcie plotę.
    - Któż ci to pozwolił ?
    - Kiedy co robię, nikogo o pzwolenie nie pytam.
    Jak śmiesz na mojej ziemi i z moich drzew zdzierać łyko ! Ja jestem panem tych
    okolic, jeżeli więc nie wygrasz zakładów, jakie ci przełożę, natychmiast
    zginiesz.
    - Zgoda. A gdy wygram, co mi dasz ?
    - Kapelusz pieniędzy.
    - Jakiż więc będzie pierwszy zakład ?
    - Spróbujmy się kto silniejszy.
    - Dobrze.
    - No ! Mocujemy się.
    - Dałbyś sobie pokój, co tobie ze mną się porywać, kiedy ty nawet mojego stu
    letniego dziada, który oto o kilka kroków śpi, nie zmożesz.
    To mówiąc Uburtis wskazał na leżącego niedźwiedzia. Diabeł podskoczył ku niemu
    i chwycił oburącz za szyję. Niedźwiedź rozjątrzony rzucił Niemczyka na ziemię i
    począł chłostać swą łapą. Zmordowany, zbity, ledwie się wydobył biedny diabeł z
    uścisków niedźwiedzia.
    - No, jeden zakład wygrałeś. Teraz drugi: rzucajmy kto dalej rzuci - to mówiąc,
    porwał leżący blisko kamień i cisnął nim w powietrze, kamień spadł za trzy
    godziny.
    Uburtis zaś miał w ręku skowronka i puścił. Głupi diabeł rozumiał, że to
    kamyczek. Czekają godzinę, czekają drugą, trzecią, czwartą, piątą i jeszcze
    dłużej - nie spada.
    - Wygrałeś, człecze, drugi zakład - teraz trzeci: kto z nas prędszy, ty
    uciekaj, ja będę gonił.
    - Co tobie diable ze mną się porywać, ty nawet mego dziecięcia urodzonego
    wczoraj nie dopędzisz. Jeśli chcesz, spróbuj się z nim.
    To mówiąc postraszył w łomie leżącego zająca. Zając skoczył i począł zmykać. -
    Łapaj ! Łapaj ! - Diabeł popędził za zającem i nic nie wskórawszy powrócił.
    Twoja prawda, człecze, wygrałeś. No jeszcze ostatni zakład i pieniądze będą
    twoje. Oto widzisz tę kulę, waży ona funtów sto tysięcy - kto z nas wyżej
    wyrzuci ?
    - Ty najpierw próbuj, diable.
    Diabeł chwycił kulę jedną ręką i wyrzucił tak wysoko, iż z oczu zniknęła, a gdy
    spadła, połowa zaryła się w ziemi.
    - Teraz na ciebie kolej, człecze.
    Człowiek przyłożył rękę do kuli i począł przypatrywać się obłokom, które po
    niebie się przesuwały.
    - Czegóż się tak przypatrujesz ? - rzekł diabeł.
    - Czekam, aby ta ogromna chmura nadeszła. Mój brat jest w niebie kowalem i
    teraz bardzo potrzebuje żelaza ; on siedzi za tymi obłokami i czeka, abym mu
    kulę podał.
    - Ach ! Zmiłuj się, dobry człecze, nie rzucaj, ona mi jest bardzo potrzebną.
    Wiem, że jesteś silny. Wygrałeś wszystkie zakłady, a więc daj mi swój kapelusz
    dla napełnienia go złotem.
    - Dobrze, chodź ze mną w głąb lasu, a tam mi oddasz należytą kwotę.
    Człowiek miał już od dawna wykopaną ogromną jamę, nad którą postawił swój
    dziurawy kapelusz, zakrywszy darnią wszystkie naokoło otwory, aby diabeł jego
    sztuki nie poznał.
    Diabeł wsypał jeden wór złota, w kapeluszu ani znaku, przyniósł drugi - ani
    znaku, wsypał trzeci, czwarty, dziesiąty, setny. A gdy napełniło się już
    miejsce w jamie, napełnił wreszcie i kapelusz.
    Od tego czasu nigdy diabeł nie pokazywał się na górze Dżuga. Uburtis zas stał
    się bogatym, zbudował sobie nowy dom, nakupił miodu, wódki i co dzień pił
    krupnik. I ja u niego byłem, jadłem i piłem, przez brodę ciekło, a w zęby się
    nie dostało.
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:32
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:36
    Razu pewnego szoroko znany Pan Twardowski, mistrz wiedzy tajemnej co zaprzedał
    duszę diabłu, musiał się z Krakowa do Nakła nad Notecią udać. Użył mocy swoich
    by diabły mu powóz i konie załatwiły. Gdy powóz przyjechał zaprzężony w cztery
    kare konie z woźnicą na koźle Twardowski zaraz zobaczył, że zarówno woźnica jak
    i konie to diabły. Zapakował manatki do powozu i ruszyli z szatańskim pędem, by
    rano być na miejscu. diabły zaprzęgnięte do powozu momentalnie na Śląsku się
    znalazły a i droga dzięki tej szybkości zdawała się znacznie krótsza. Sam
    mistrz Twardowski nim się spostrzegł już minęlim Leszno, Węgrowiec. Droga
    prowadziła przez Szamocin, bo w owym czasie jedynie ta grobla przez Bagna
    Noteckie istniała. Przed północą czarci pojazd zwolniwszy nieco wpadł do wsi
    Atanazyn. Pan Twardowski nie pomny na to, że diabły karocę ciągną a i ona sama
    diabelskiego pochodzenia, widząc kaplicę na brzegu wsi przeżegnał się i wymówił
    boskie imię. Wówczas straszne rzeczy zaczęły się dziać: jęki się rozległy,
    zahuczało, błysnęło i zamiast miękkiego siedziska w karocy, Twardowski poczuł,
    że siedzi na twardym kamieniu. Diabły przestały być końmi a wóz w kamień
    wielkisię zamienił. Twardowski tylko poczuł zapach siarki i ujrzał jak czarcie
    ogony błyski po bagnach rozsiewały, by przed północą zniknąć w Noteckich
    Błotach i samego Twardowskiego w polu zostawić. Na pamiątkę tego zdarzenia
    ludność miejscowa nazywa ów wielki kamień "Diabelskim Wozem".
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:38
    Diabelskim sposobem diabeł Smętek dowiedział się o tym iż w Bisztynku pobożny
    lud polski postanowił zbudować świątynię. By temu zapobiec poleciał w te pędy
    hen daleko do Afryki po wielkie głazisko, którym to miał w zamyśle zburzyć
    kościół i pogrzebać w jego ruinach proboszcza. Lecz droga do Afryki daleka a i
    z powrotem karczm wiele toteż w Bisztynku kościół zbudowali i poświęcili.
    Widział Smętek już kościół i strach go ogarnął, bo ksiądz podnosił monstrację i
    nagle usłyszał donośny głos księdza błogosławiący mieszkańców Bisztynka i
    okolicy, naten czas diablisko ze wszystkich sił opadło, głaz mu się z łap
    wysunął i niedaleko dworca kolejowego spadł. Wbił się w ziemię i leży do dziś,
    dając świadectwo boskiej potęgi.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:39
    Głęboko w trzewiach ziemi diabły gromadzą skarby wszelkiego rodzaju oraz worki
    pełne złotych monet. Cały rok zajmują się ich pilnowaniem by kto im przez
    diablą dziurę nie wykradł. Jedyny dzień w roku kiedy diabelce na krótko skarbów
    nie pilnują to palmowa niedziela, bo wtedy diabły idą pod kościół słuchać co to
    ksiądz o nich mówi. Nawet najstarsi ludzie niepamiętają by jakiś śmiertelnik
    chcący diabłom skarby ukraść, powrócił żywy z diabelskich skałek. Podobno by
    czarnych okpić i skarby przywłaszczyć trzeba się bardzo spieszyć i nie brać za
    wiele bo wtedy biec nie można i wspinaczka po skałach nie idzie. Trzeba uważać
    by chciwość umysłu nie zaćmiła. Gdy diabły kogoś na kradzieży przyłapią łeb mu
    urwą i do diablej dziury spowrotem wrzucą. Wychodząc spod ziemia razem ze
    skarbami za nic oglądać się nie wolno bo wszystko stracone, ale mimo tych rad
    jeszcze nikomu się nie udało.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:40
    Niegdyś czarownica z diabłem nad brzegiem rzeki Raby w głębokim lesie niedaleko
    wsi Brzozowa mieszkała. Pewnego dnia drogą przez las przechodził muzykant
    wracający z wesela, niosąc instrument na grzbiecie. Napotkał go diabeł a gdy
    basy zobaczył kazał sobie grać do tańca. Zaczął hulać i kręcić się, zaś
    muzykantowi za każdą piosenkę wrzucał dukata do basów. Cały dzień i noc
    tańcował a gdy pierwszy kur rano zapiał przykazał diabeł muzykantowi dukaty
    wydać na tylko na siebie i na swoją rodzinę. Przez wiele lat basista wraz z
    żoną dukaty na siebie tylko wydawali aż w końcu zlitowali się nad zakonnikami,
    którzy budowali klasztor. Kupowali różnegorodzaju towary potrzebne do budowy i
    składali u siebie na podwórzu, a kiedy przychodzili zakonnicy po prośbie dawali
    im wozy pełne materiału na budowę. Z darowizn basisty i jego żony powstał
    piękny, wielki klasztor. Na wieść jak to klasztor powstał czarownica zaraz
    diabłu doniosła jaki to basista sposób wymyślił by wspomóc budowę klasztoru
    diabelskim grosiwem. Diabeł już leciał basiście urwać łepetynę ale przecież on
    dukatów nie dawał, więc umowa nie została złamana. Postanowił więc czart
    klasztor rozwalić. Pomiędzy chmurami poleciał w góry Karpaty i wybrał
    największe głazisko jakie tylko mógł udźwignąć. Pędząc z powrotem prawie
    lądując przy klasztorze usłyszał kościelny dzwon. Dźwięk kościelnego dzwonu
    wypalił mu czartowskie uszy, wstrząsnął ciałem paskudnika i diablisko straciło
    całą swoją siłę. Głaz spadł na ziemię akurat tam gdzie przed laty cały dzień i
    całą noc czart przy weselnym grajku tańcował. Bezsilny diabeł spadając z
    wysokości na głaz wrył się kopytami głęboko. Gdy zlazł na ziemię, chciał rzucić
    nim w kościół ale tylko pazury wbijały się w twardą skałę. Nie miał mocy by go
    podnieść. Z rozpaczą przytulił się twarzą do kamienia i pozostawił jej odcisk.
    Kamień z trzema znamionami diabła (kopytami, pazurami, twarzą) można oglądać do
    dziś.
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:40
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:40
    Przekazy rodzinne głoszą iż głaz ten na swym grzbiecie ze Szwecji Purtik
    przyniósł. A było to tak. Na terenie gdzie Purtik mieszka stoi kościół
    parafialny w Mechowej. Pobożni Kaszubi chodzą do niego co niedzielę i po mszach
    nie ma w nich zawiści ani złości przez pierwsze trzy dni tygodnia. Są dobrzy i
    uprzejmi i do grzechu nieskorzy. Oberwało się za to Purtikowi od władcy piekieł
    nie raz. Zawziął się więc i postanowił świątynię zniszczyć. Dumał długo jak to
    zrobić, chciał ją zburzyć ale nie miał czym. Będąc kiedyś hen w Szwecji
    dalekiej zobaczył ogromne głazy, które mu się zdały właściwe do zburzenia
    kościoła. Wziął jeden ogromny trochę dla niego ciężkawy i poniósł na plecach z
    powrotem do kraju. Droga była długa i daleka więc zmęczył się mocno a na
    dodatek rozbolała go noga. Gdy był już blisko Mechowej położył głaz na ziemi.
    Zdjął buta a gdy zobaczył, że jest zepsuty zaczął go reperować. Ponieważ było
    to dla diabła ciężkie zajęcie praca trwała dość długo. Nim się Purtik
    zoriętował północ minęła. Brał już głaz z powrotem w łapy gdy kur zapiał
    dźwięcznym głosem. Słysząc to zrozumiał, że to koniec już jego bytności na
    ziemi i z wściekłością zaczął drapać głaz bo moc diabelska ustąpiła i nie mógł
    go podnieść. Ale tylko rysy i szczeliny z pazurów powstały kopnął więc go
    jeszcze kopytem i uciekł do piekła.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:42
    Nigdyś gdy puszcze i lasy były jeszcze trudno dostępne a o pociągach i
    samochodach nikomu się jeszcze nie śniło w głębi Borów Tucholskich diabelski
    wojewoda Boruta dzikie łowy i orgie prowadził. Ludność okoliczna cierpiała z
    tegoż powodu bo z boru żyła a przez Borutę lasy pustoszały. Nie dość, że
    zwierza straszne ilości polował to jeszcze towarzystwo jego przez tydzień a i
    dłużej spokoju całej okolicy nie dawali. Wszystkim zalazł taki gospodarz za
    skórę ale wiedzieli, że to diabeł i ze strachu bali się zrobić cokolwiek.
    Pewnego roku pod koniec lata do kościoła w Dulsku przybył nowy Wikary. Gdy
    utyskiwań się nasłuchał o tym co się w borze dzieje procesje do lasu
    poprowadził. Wyświęcił las cały i dzięki temu zło do lasu wstępu nie miało.
    Skończyły się Borucie polowania i inne swawole. Rozwścieczony Boruta popędził
    jak wicher między chmurami do Szwecji po ogromny kamień. Przywlókł go z tamtąd
    by rzucić go w koryto rzeki, by zrobić wielką powódź i wszystkich potopić.
    Ludzi kogut uratował. Zapiał z rana i czarta mocy piekielnych pozbawił. Boruta
    klnąc i groźby rzucając kamień upuścił i musiał z zamiaru zrezygnować by się do
    piekła udać. Kamień upadł szczęśliwie w środek lasu i nikomu krzywdy nie
    zrobił. Leży tam po dziś dzień.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:44
    Dwa wieki temu albo i lepiej żył w Jakunówce chłop bogaty co dobrze mu się
    działo. Nawet gdy w całej wsi bieda gościła u niego nigdy niczego nie brakowało
    i grosiwo zawsze było. Nieraz chłopi podpytywali go skąd pieniądze bierze, że w
    dostatku żyje. On tylko wzruszał ramionami pod wąsem się uśmiechał i
    odpowiadał, że diabli mu dali. Słysząc taką odpowiedź każdy kto pytał uśmiechał
    się z niedowierzaniem i zawiedzony a czasem i zły wracał do swojej roboty. W
    końcu Spryciarz, bo tak zwał się ów chłop zmęczony ludzkimi nagabywaniami
    postanowił całą sprawę jasno wszystkim przedstawić. Sprosił wszystkich mężczyzn
    ze wsi a i dzieciaków parę poszło na leśną polanę obok wielkiego kamienia.
    Nakazał widowni schować się za drzewami i patrzeć skąd pieniądze bierze. Gdy
    wszyscy się pochowali podszedł do kamienia ozdobne karty z kieszeni wyjął i
    zaczął je tasować. Zamiast zwykłego szelestu karty dziwnie głośno i
    niesamowicie trzeszczeć zaczęły, aż wszystkie ptaki w okolicy do lotu się
    zerwały i gdzieś odfrunęły. Ludziskom włos na głowie się zjeżył a po chwili
    niewiadomo jak i skąd dziwna osoba podeszła do Spryciarza. Ten nic nie mówiąc
    rozdał karty a kreatura szybko je zebrała i zaczęła się gra. Z drobnych znaków
    i niesamowitości chłopi domyślili się, że Spryciarz z samym diabłem gra w
    karcięta. Trudno z resztą było nie zobaczyć małych rogów wystających z
    rozczochranej czupryny, kawałka ogona wystającego spod kapoty i wielkich
    pazurów w łapach trzymających karty. Rozgrywka bystro się toczyła co rusz to
    diabeł złote dukaty z kieszeni wyciąga i na kamieniu kładzie. A gdy był ich już
    spory stosik Spryciarz końcową rozgrywkę zarządza. Diabeł mu przytaknął i karty
    na kamień rzucili. Zatrzęsło się od wielkiego huku i niejeden z obserwujących z
    ukrycia chłopów pobladł mocno. Aż tu naraz diablisko rzuciło kartami o ziemię i
    jak z całej siły nie przywali z całej siły łapą w kamień, aż się iskry posypały
    i wszystkie drzewa w lesie zatrzęsły. Spryciarz nic se z tego nie robił, tylko
    zebrał dukaty z kamienia i tyle. Gdzieś z daleka, pewnie z Kut echo przyniosło
    dźwięk dzwonu na ten czas diabelska postać się rozpłynęła. Przerażeni chłopi
    weszli na polanę i głaz oglądali, a tu w głazie twardym przeokropnie diabla
    łapa z pazurami odciśnięta. Nie przeszło im jednak podglądanie na sucho bo
    wielu było takich co w ciągu godziny podglądania posiwieli ze strachu pewnie.
    Nikt już nigdy Spryciarza o źródło pieniędzy nie pytał, wszyscy wiedzieli że
    potrafi on nawet czarnego w karty ograć, tylko nie wiadomo jak on to robi.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:47
    Za czasów Bolesława Krzywoustego na Pomorzu Zachodnim szerzono wiarę
    chrześcijańską i wprowadzano nowe porządki. Szło to opornie bo lud miał swoje
    wierzenia i stare tradycje. W nawracaniu na nową wiarę pomagał biskup Otton,
    dawny kapelan ojca Bolesława Krzywoustego. Postanowił w okolicy obecnej
    miejscowości Kamień katedrę postawić. Zebrawszy garstkę ludzi począł budować.
    Gdy diabeł to zobaczył, aż trząść się ze złości zaczął, jak to możliwe by u
    niego coś takiego stawiali. Skoczył do Szwecji i przytachał głazisko
    przeogromne by zniszczyć osadę. Ludzie w niej mieszkający byli jednak prości,
    uczciwi i dobrzy, nie szukali zwady i zło odrzucali. Za to dobre duchy w które
    ich ojcowie wierzyli zlitowały się nad nimi i ciemność sprowadziły, że diabeł
    nie mógł wypatrzeć. Zniechęcony cisnął kamień w wodę niedaleko wyspy
    Chrzączewskiej. Ciskał i mniejszymi kamieniami ale ani razu nie trafił a
    kamienie leżą w zdłuż brzegów Dźwiny i dają świadecto temu zdarzeniu. Pobliska
    osada Kamień została nazwana od największego z głazów.
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:47
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:48
    Pewnego dnia diabeł do Pana Boga w niebie zawitał i stawia mu zarzut, że jest
    silniejszy. Rozbawiony Pan Bóg zażartował, że nie jest diabłu w stanie siłą
    sprostać. Na to diabeł w swej głupocie Panu Bogu zakład proponuje aby
    kamieniami co leżą na ziemi w dal rzucać. Ze wzgórza koło Kożuchowa potężnymi
    kamieniami rzucać mieli. Diabeł jako rzekomo silniejszy rzucał pierwszy. Kamień
    jego zachaczył o wieżę kościoła i spadł, widząc to diabeł kopnął go i głaz
    potoczył się trochę jeszcze. Nic to jednak diabłu nie pomogło, bo któż może się
    równać z boską siłą? O przegranej diabła świadczy tylko ślad kopyta odciśnięty
    w granicie.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:49
    Na Kaszubach przy jeziorze Kamiennym leży piękna wioska. Kiedyś w wiosce tej
    mieszkał bogaty gbur wraz z żoną i dzieciakami. Mimo bogactwa jakie posiadał
    był chciwcem i leniem co niemiara. Pole jego znajdowało się po drugiej stronie
    jeziora i stanowiło dla niego wielki problem gdyż musiał wcześnie wstawać by
    rano się na nim znaleźć. Ciągle myślał o zbudowaniu mostu prowadzącego na drugą
    stronę jeziora. Szkoda mu jednak było grosiwa na jego budowę. Którejś nocy
    wymyślił, że diabeł by pieniędzy za budowę mostu nie wziął. Tylkom o tym
    pomyślał a tu zatrzeszczało, siarką zaśmierdziało i do okna diabeł zapukał.
    Przestraszył się gbur okropnie lecz drżącą ręką okno otworzył. Diabeł wskoczył
    i powiada:
    - To ja Purtik most ci zbuduję, tylko mały podpis krwią z serdecznego palca
    złuż na cyrografie.
    Gdy przerażony gbur się wahał diabeł zaczął zachwalać:
    - Ten most będzie najlepszy na świecie, z wielkich kamieni i dębowych pali,
    deski z buczyny i ozdobne balustrady. Nie tylko będziesz szybciej na polu ale i
    sąsiedzi za przejazd będą płacić
    Podpisał gbur cyrograf na pergaminie. Całemu zajściu przypatrywała się przez
    dziurkę od klucza żona gbura. Przeżegnała się trzy razy i zaczęła zachodzić w
    głowę jak tu męża duszę od piekielnego ognia uchronić. Przypomniała sobie jak
    jej babka mówiła, że umowa z diabłem nieważna gdy diabeł roboty nie skończy do
    piania koguta. Poczekała aż Purtik z chaty wyszedł i poszedł do roboty, głaz
    łańcuchem zaczepił i zaczął ciągnąć. Wpadła do kurnika, koguta wyrzuciła za
    ogon na dwór aż wrzasku narobił. Mimo iż ciemno jeszcze było, kogut zaczął piać
    a inne za nim. Piekielnik to usłyszał i ostatkiem sił kamień na wioskę cisnął
    ze złości, że mu dusza umknęła. Kamień upadła na brzegu jeziora i do dziś można
    zobaczyć szczelinę w której łańcuch był zaczepiony.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:51
    Gość portalu: Niymrawa napisał(a):

    > <a href="http://cichanoc.w.interia.pl/duszyczka.htm"target="_blank">cichanoc.w.
    > interia.pl/duszyczka.htm</a>

    Pewnego razu była sobie mała duszyczka...wiedziała ona że jest
    światłem...w krainie z której przybyła każda dusza
    świeciła...świeciła wspaniałą...tajemniczą...przejmującą
    jasnością jakiegoś wewnętrznego światła, który dawał
    spokój...przy którym czuło się poczucie bezpieczeństwa w każdej
    chwili....mała duszyczka była jak gdyby świeczką wobec
    słońca...lecz coraz częściej zaczęła pragnąć nowych
    rzeczy....chciała doświadczyć czegoś nowego....czegoś
    innego....innego niż światło, którym była na codzień...chciała
    doświadczyć czegoś tajemniczego...pewnego razu zniecierpliwiona
    przywołała do siebie doświadczenie ciemności....jednak po pewnym
    czasie...duszyczka stwierdziła iż ciemność jest dla niej
    obca...obca na tyle iż zaczyna ją przerażać...straciła ona
    kontakt ze swym właściwym żywiołem...z bezpieczeństwem...ze
    swoimi dawnymi przyjaciółmi o których w ostatnim czasie
    zapomniała....zapragnęła wrócić do dawnych czasów....zapragnęła
    wrócić do światła....bo to był żywioł bliski jej sercu....znów
    mogła być sobą...być światłem dla innych...dawać im poczucie
    bezpieczeństwa i nadziei.....

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:55
    Niedaleko Gorlic jest wieś Mrukowa. Stał tam kiedyś zamek, któy należał do
    króla Mruka i jego żony Magury. Król Mruk prowadził wojny z sąsiadami i w
    jednej z tych wojen w czasie ucieczki został zabity w Rokitach. Po śmierci męża
    na zamku rządziła jego żona. Co ona wyprawiała tego nie wiadomo. Jednak dziwnym
    trafem, którejś nocy gdy diabły nad chmurami olbrzymi kamień taszczyły by
    zburzyć kościół w Samoklęskach, kamień ten spadł na Mrukowski zamek i go
    zniszczył. Podobno to kur zapiał jak diabły nad zamkiem przelatywały i moc się
    im skończyła by kamień dalej przenosić. Ale jak to było tego nie wie nikt za to
    kamień leży na zamczysku do dziś.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:56
    Butny i zarozumiały diabelec co pysznił się swą siłą raz się założył że nim
    trzeci kur zapieje głaz leżący w szczerym polu siostrom zakonnym z klasztoru w
    Żarnowcu na dziedziniec rzuci. Niczym mistrz sportowy jednym ruchem podniósł go
    w górę i szczycząc się swą siłą na najmniejszym szponie swej łapy zaczął się
    nim bawić. Kręcąc hołubce i inne figury z nonszalancją wielką nie śpiesząc się
    wcale, podążał w przestworzach w stronę Żarnowca. Był tak zapatrzony w siebie i
    w swoje wyczyny, że kur zdążył zapiać nim dotarła na miejsce. Zgodnie z
    zakładem mimo wściekłości chcąc nie chcąc musiał głazisko odnieść na poprzednie
    miejsce, gdzie można go oglądac po dziś dzień.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:57
    Na Owśnickim głazie umieszczony jest krzyż żelazny, do płoszenia czarownic,
    które tam dawniej odbywały sabaty, czyli spotkania z diabłem Purtikiem. Jedni
    twierdzą, że krzyż został umieszczony tam po to, by płoszyć czarownice, by nie
    zbierały się tam na sabaty. Drudzy twierdzą, by unieszkodliwić diabła, który
    zrobił sobie tam legowisko i nie wypuścić go tym samym z tego kamienia.
    Pewien złośliwy Purtik miał lecieć z tym głazem dźwigniętym w Lipuskich lasach,
    do Gdańska, by zawalić nim wejście do miasta przez Bramę Wyżynną, spieszącym na
    odpust Św.Dominika. Źle jednak wyliczył sobie czas i z nastaniem świtu musiał
    lądować właśnie koło Owsinic, bo tam zastało go pianie kogutów. Nie miał gdzie
    się skryć przed idącymi ludźmi na odpust, którzy śpiewali godzinki i wszedł w
    kamień . Ale jak to każdy diabeł jest pechowcem, tak i tego zobaczył gbur z
    pobliskich pustek. Zobaczył Purtika kręcącego się przy wielkim głazie i
    pomyślał, ze to na pewno jakaś nieczysta sprawa. Gdy podszedł do głazu Purtika
    już tam nie było. Pełen podejrzeń spróbował głaz rozłupać. Kiedy okazało się,
    że to jest niemożliwe, natychmiast poznał, że to sprawa diabła. Wiedział z kim
    ma do czynienia i jak należy postąpić. Szybko więc na kamieniu, jeszcze tego
    samego dnia postawił żelazny krzyż i tym samy unieszkodliwił Purtika. I tak to
    już na wiek wieków pozostało.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:57
    Nie spodobało się diabelcowi co pomiędzy Nogatem i Leniwką w miejscowości
    Piekło miał swoje legowisko, że nieopodal jego legowiska w Pelplinie cystersi
    zaczęli budować kościół wraz z klasztorem. Myślał stale jakby im w tym
    przedsięwzięciu przeszkodzić. Co by tu zrobić by świątynia Boża nigdy nie
    powstała. W czasie budowy jak mol to przeszkadzał. To wiatrem dmuchnął, że
    rusztowania wszystkie się połamały, to deszcze, to znów śnieg sprowadził, żeby
    utrudnić budowniczym wznoszenie świątyni. Jednak to nic nie pomagało i
    świątynia coraz bardziej w gorę rosła. Czym było bliżej do ukończenia kościoła
    tym diabelec miał do niej mniejsze dojście. Aż wreszcie świątynie wybudowano i
    do nowego klasztoru sprowadziło się więcej księży cystersów i ich pomocników
    braciszków. Diabelec postanowił kościół i klasztor zniszczyć. Zaczął szukać
    wielkiego kamienia, żeby nim przybytek Boży rozwalić. Nigdzie na Pomorzu tak
    wielkiego nie mógł znaleźć co by sprostał diabelca zadaniu. Postanowił do
    niedalekiej Szwecji się udać, gdzie różnej wielkości głazów leżało co niemiara.
    Wybrał tam odpowiedni kamień i dźwigał chmurami do Polski. Kiedy już był w
    pobliżu Pelplina usłyszał nagle donośny dźwięk dzwonów, który wzywał wiernych
    na uroczystość wyświęcenia świątyni. Diabelec tym dźwiękiem tak się
    przestraszył, że porzucił głaz niedaleko kościoła i uciekł do swojego Piekła.
    Kamień upadł blisko rzeki Wierzycy na wzgórek i stoczył się w jej koryto, w
    którym spoczywa do dzisiaj. I w taki to sposób dzwony kościoła cystersów
    uratowały świątynie i wypłoszyły diabelca z miasta po wsze czasy.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:57
    Raz kiedyś Boruta zakochał się w pewnej pannie. Naopowiadała mu ona jakoby
    karczmę w Tumie mieli stawiać. Boruta chcąc się pannie przypodobać zaczął nosić
    kamienie na budowę owej karczmy. Nie wiedział on jednak, że kościół mieli
    budować a panna go okłamała. Gdy krzyż na budowli zobaczył wściekł się okropnie
    i chciał łeb jej urwać ale ona w kościele się skryła. Nazbierał więc ogromną
    ilość kamieni chcąc kościół zasypać a że zbierał długo nastał ranek. Kogut
    zapiał gdy leciał nad Sławoszewem i Boruta stracił swą czarcią moc. Gdy
    kamienie spadły na ziemię, powstała z nich duża góra na której mieszkańcy
    zbudowali kościół.
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 14:58
    Pewnego lata dziedzic Tychowski wezwał do siebie murarza i nakazał rychłą
    budowę kościoła, zaś zapłacić miał po skończonej robocie. Biedny murarz nie
    miał wyjścia i musiał się zgodzić. Przygnębiony rozważał, że życia mu zabraknie
    do wybudowania by samemu kościół wybudować a i że rodzina z głodu by cierpiała.
    Nagle pojawił się przed nim potężnie zbudowany młodzian twierdząc iż zna
    murarkę jak mało kto i kościół rychło we dwóch wybudują. Bidny murarz widział
    kopyto ukrywane przez młodzieńca a i żądanie zapłaty w postaci podpisu krwią
    złożonego wyjaśniło mu iż to diabeł Smętek przed nim stoi. Z jednej strony
    bieda gniecie z drugiej stracę duszę, co tu robić ? - myślał. Cóż było robić,
    cyrograf podpisał ale zastrzegł sobie, że kościół do następnego ranka nim
    pierwszy kur zapieje ma być skończony. Dwoił się Smętek i troił by duszyczkę
    wedle umowy pozyskać, nawet kuzynów zwołał żeby robota szybciej szła. Mury
    szybko rosły i budowa była by skończona ale biedny murarz okpił diabelca. Wziął
    nocną latarnię i poszedł po północy do chlewika gdzie kogut spał. Narobił
    hałasu a kogut zobaczywszy jasne światło zaczął piać. Słysząc kura Smętek
    zrozumiał, że został okpiony, zezłościł się bardzo i wzbił się w niebo i
    poleciał do Szwecji za morze bo tam wiele ogromnych kamieni. Wybrał największy
    i podczas drogi powrotnej myślał jak by tu kościół głazem zburzyć ale diablisko
    przeliczyło swe siły. Po całonocnej murarce łapska mu drżeć zaczęły i w kościół
    nie trafił, głaz wylądował tam gdzie teraz leży i tylko odcisk diabelskiej łapy
    w nim odciśnięty świadczy, że ta opowieść jest prawdziwa.
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 15:15
  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:00
    Dawno dawno temu (tak się zawsze zaczyna legenda czy bajka), w podziemiach
    kamienicy przy ul. Krzywe Koło żył straszliwy potwór zwany Bazyliszkiem. Był to
    smok (wprawdzie niewielki, bo piwnica też była mała), z głową koguta i ogonem
    jak kolczasty wąż. Pilnował ogromnych skarbów i nikt nie mógł uszczknąć z nich
    chocby dukata, ponieważ Bazyliszek potrafił zabijać wzrokiem - na kogo
    spojrzał, tego zamieniał w kamień.
    Pewnego razu jednak dzielny szewczyk, biedny jak mysz kościelna, bo właśnie
    niedawno majster wyrzucił go z warsztatu, postanowił zdobyć skarb strzeżony
    przez Bazyliszka. Zabrał się jednak do tego mądrzej, niż jego poprzednicy,
    którzy teraz stali w piwnicach Bazyliszka w charakterze galerii rzeźby
    średniowiecznej. A co zrobił? Zabrał ze sobą duże lustro i osłaniając się nim
    zszedł do piwnic. Kiedy zza zakrętu korytarza dobiegł ryk Bazyliszka
    wściekłego, że znowu ktoś mu się naprzykrza, szewczyk wysunął zza węgła lustro
    tak, aby smok mógł się w nim przejrzeć. Bazyliszek rzeczywiście spojrzał w
    lustro i skamieniał, ponieważ jego wzrok odbił się w szklanej tafli. W ten
    sposób szewczyk zdobył wielkie skarby.

    Nie wiadomo, w której kamienicy na Krzywym Kole mieszkał Bazyliszek; wiadomo
    natomiast, że jego całkiem wierną (chyba) podobiznę możecie zobaczyć nad
    wejściem do restauracji "Bazyliszek" na Rynku Starego Miasta. Podobno tam też
    kiedyś ludzie zamieniali się w kamień, kiedy przyszło do płacenia rachunku...
    Obrazki pokazujące te historie są także wysoko na fasadzie kamienicy na Rynku
    Starego Miasta - spróbujcie je odnaleźć podczas niedzielnego spaceru na Stare
    Miasto.
    Ciekawe, że podobne legendy o smokach pilnujących skarbów istnieją również w
    innych europejskich miastach mających średniowieczne korzenie (np. Wiedeń).
    Daleka rodzinka krakowskiego smoka wawelskiego?

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:01
    Dawno dawno temu nad Wisłą stała maleńka chatka, a w niej mieszkali Wars i
    Sawa. Wars był rybakiem (wtedy można było jeszcze jeść ryby z Wisły) a jego
    żona Sawa codziennie czekała na męża przygotowując mu ciepłą strawę. Perwnego
    razu w okolicy tej odbywało się wielkie polowanie księcia Ziemiomysła - pana
    okolicznych ziem. W gorączce pościgu za zwierzyną książę odłączył się od
    orszaku i zgubił się w kniei. Wieczór już się zbliżał, a książę w żaden sposób
    nie mógł znaleźć powrotnej drogi. W końcu, głodny i zmęczony, dotarł do brzegu
    Wisły i zobaczył chatkę Warsa i Sawy.
    Ponieważ w nocy niebezpiecznie było samemu chodzić po puszczy, książę zapukał
    do chatki i poprosił o nocleg. Wars i Sawa przyjęli nieznajomego bardzo
    gościnnie. Nakarmili go i zaofiarowali mu nocleg, a książę przyjął to z
    wdzięcznością, chociaż chatce daleko było do wygód komnat dworskich.
    Rankiem książę serdecznie podziękował ubogim rybakom za pomoc; powiadano, że
    rzekł im wtedy tak: "Nie zawahaliście się przyjąć pod swój dach nieznajomego i
    uratowaliście go od głodu, chłodu, a może i dzikich zwierząt. Dlatego ziemie te
    na zawsze Warszowe zostaną, aby wasza dobroć nie została zapomniana".

    Tyle legenda. A naprawdę nazwa naszego miasta wzięła się od imienia Warsza z
    rodu Rawiczów, do którego w XIII w. należały te ziemie - mówiono wtedy, że to
    Warszowa ziemia, czyli będąca własnością Warsza. Z czasem nazwa Warszowa
    zmieniła się na Warszawa.

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:02
    Dawno dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry - syreny;
    piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz. Jedna z nich
    upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ją zobaczyć
    siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze. Druga dopłynęła aż do
    wielkiego nadmorskiego portu Gdańsk a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu.
    Podobno właśnie u podnóża dzisiejszego Starego Miasta wyszła z wody na
    piaszczysty brzeg, aby odpocząć, a że miejsce spodobało się jej, postanowiła tu
    zostać.
    Rychło rybacy zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze
    sieci i wypuszcza ryby z więcierzy. Ponieważ jednak syrena oczarowywała ich
    swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili.
    Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył syrenę i usłyszał jej piękny śpiew. Szybko
    przeliczył, ile zarobi, jeżeli uwięzi syrenę i będzie ją pokazywać na
    jarmarkach. Podstępem ujął syrenę i uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu
    do wody. Skargi syreny usłyszał młody parobek, syn rybaka, i z pomocą
    przyjaciół w nocy uwolnił ją. Syrena z wdzięczności za to, że mieszkańcy
    stanęli w jej obronie obiecała im, że w razie potrzeby oni też mogą liczyć na
    jej pomoc. I dlatego warszawska syrena jest uzbrojona - ma miecz i tarczę dla
    obrony naszego miasta.

    Tyle legenda. Nie wiadomo skąd syrena wzięła się w herbie Warszawy, w każdym
    razie była w nim już w II poł. XVI w. Tylko że wtedy syrena to był stwór z
    tułowiem ptaka, rękami, ogonem ryby i nogami ptasimi zakończonymi pazurami;
    prawdopodobnie średniowieczni mieszkańcy miasta nasłuchali się opowieści o
    dziwnych stworach żyjących w zamorskich krainach, a opowieść o syrenach
    szczególnie im się spodobała.

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:03
    Dawno, dawno temu w podziemiach pałacu zwanego Zamkiem Ostrogskich, stojącego
    na skarpie warszawskiej, znajdowało się małe jeziorko. Pływała po nim kaczka o
    złotych piórach - podobno zaczarowana księżniczka, władczyni ogromnych skarbów.
    O tych skarbach krążyły legendy wśród warszawskiej gawiedzi i pewnego razu
    młody szewczyk postanowił je zdobyć. W tym celu zszedł nocą do podziemi i
    rzeczywiście napotkał złotą kaczkę. Ona zaproponowała mu próbę - jeśli ją
    przejdzie pomyślnie, dostanie skarby. Powiedziała mu: "Masz tu sto złotych
    dukatów. Musisz je wydać przez jeden dzień, od wschodu do zachodu słońca, ale
    pod warunkiem, że wydasz je tylko na siebie. Nie wolno ci się dzielić z nikim
    tymi pieniędzmi. Jeśli tego dokonasz, wróć tutaj, a otrzymasz cały skarb.
    Jeżeli złamiesz ten warunek, wszystko to, co uzyskałeś dzięki tym pieniądzom,
    zniknie, a ty nigdy więcej tu nie trafisz".
    Szewczyk przyjął sakiewkę z dukatami i o wschodzie słońca ruszył "w miasto".
    Sprawił sobie najwytworniejsze ubranie, piękną karetę i zatrudnił służących.
    Przez cały dzień jadł, pił i bawił się w najdroższych oberżach, poszedł też do
    cyrku i teatru, gdzie kupował najdroższe bilety. Przez cały dzień zdołał wydać
    99 dukatów.
    Kiedy wieczorem wracał do pałacu, tuż przed nim spotkał biednego żołnierza -
    weterana, który z nędzy musiał żebrać na kawałek chleba. Szewczyk zlitował się
    i wrzucił ostatniego dukata do czapki kaleki. W tym momencie błysnęło,
    zagrzmiało i rozległ się głos złotej kaczki: "Nie dotrzymałeś warunków umowy,
    więc stracisz wszystko, co dziś kupiłeś, i nigdy już nie trafisz do mnie". I
    rzeczywiście - szewczyk znowy był ubrany w podartą odzież, nie miał złotych
    pierścieni, karety i służby.
    Ale żołnierz - kaleka również usłyszał głos i powiedział szewczykowi: "Nie
    martw się, to, co zdobędziesz uczciwą pracą, na pewno pozostanie przy tobie na
    zawsze, razem z wdzięcznością ludzką". (Nie było jeszcze wtedy PIT-ów).

    Zamek z legendy to w rzeczywistości pałac wzniesiony oprzez Ostrogskich w XVII
    w na skarpie przy ul. Tamka. Ponieważ był budowany z dala od miasta,
    zaopatrzono go w potężne mury obronne z otworami strzelniczymi, ale dużo
    później dobudowano na górze barokową część pałacu. To, co teraz można tam
    zobaczyć to właściwie oficyna budowli, która miała tam powstać. Obecnie w
    pałacu jest Towarzystwo im. F. Chopina, a z drugiej strony - fontanna z małym
    pomnikiem Złotej Kaczki

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:04
    Dawno, dawno temu książę mazowiecki polował na terenach dzisiejszej Warszawy. W
    pogoni za zwierzyną oddalił się od swych towarzyszy i już miał zrezygnować z
    włóczenia się po puszczy i wrócić do swoich, kiedy zobaczył nagle między
    drzewami pięknego jelenia o złotych rogach. Książę najpierw nie mógł uwierzyć
    własnym oczom, a potem ruszył w pogoń za jelonkiem. Ten długo zwodził go po
    lesie, a kiedy wreszcie stanął nieruchomo, książę natychmiast napiął łuk i
    wycelował strzałę. Ale jeleń nagle przemówił ludzkim głosem: "Daruj mi życie,
    książę,a ja odwdzięczę ci się wyprowadzając cię z leśnych ostępów na drogę,
    gdzie spotkasz swoich towarzyszy".
    Zaskoczony książę rozejrzał się i stwierdził, że rzeczywiście nie ma bladego
    pojęcia gdzie się teraz właściwie znajduje. Stwierdził też, że bardzo chce mu
    się pić po całym dniu polowania. Przystał więc na propozycję czarodziejskiego
    jelonka i zapytał go czy mógłby zaprowadzić go do jakiegoś strumienia. Jelonek
    powiedział "Oczywiście, zaprowadzę cię do źródełka, z którego sam piję czystą i
    świeżą wodę". I tak się stało. Książę ugasił pragnienie a potem, prowadzony
    przez jelonka, dotarł do drogi z Czerska do Zakroczymia, gdzie czekali już jego
    dworzanie.Tam nakazał surowo, aby nikt nie ważył się polować w tych lasach, bo
    mógłby przypadkiem zabić jelenia ze złotymi rogami.

    Tę legendę usłyszał prawdopodobnie także król Stanisław August Poniatowski i na
    pamiątkę kazał wystawić budowlę w kształcie baszty nad źródełkiem - obecnie w
    okolicach Mostu Gdańskiego i ul. Zakroczymskiej. Dawna droga do Zakroczymia
    prowadziła dzisiejszymi ulicami Nowomiejszką, Freta i Zakroczymską

    Goście spoza Warszawy - uważajcie! Zakaz księcia już dawno nie obowiązuje - w
    tym mieście ciągle poluje się na jeleni...

  • zarchiwizowany
    07.07.02, 16:04
    Dawno, dawno temu na Mazowszu panował książę, którego imienia nikt nie
    pamiętał, bo wszyscy poddani nazywali go Księciem Niedźwiedziem, był bowiem
    olbrzymi i silny jak niedźwiedź. Niestety był również bardzo brzydki, i chyba
    dlatego ciągle nie miał żony, choć był dobry i szlachetny a podani kochali go.
    Pewnego razu książę zakochał się w pięknej damie; ale nigdy nie odważył się
    wyznać jej swej miłości bo bał się, że ona wyśmieje go z powodu jego brzydoty.
    Cierpiał więc w milczeniu. Którejś niedzieli książę przyjechał, jak zwykle, na
    mszę do kościoła i zobaczył jak dama wychodzi z niego w sukni ślubnej a u jej
    boku idzie mąż - piękny młodzieniec. Gdy książę ujrzał tę scenę, serce zamarło
    w nim z rozpaczy i skamieniał z bólu i żałości - zamienił się w kamiennego
    niedźwiedzia.
    Teraz kamienny niedźwiedź stoi pod kościołem oo. jezuitów na Starym Mieście i
    czeka cierpliwie, bo legenda mówi, że jeżeli jakaś panna pokocha go tak, jak on
    kochał ową damę, to niedźwiedź odzyska swoją dawną postać.

    Tyle legenda. Rzeźba pod kościołem oo. jezuitów wyszła spod dłuta Chrystiana P.
    Aignera w końcu XVIII w.
    Ale jak będziecie koło niej przechodzić, na wszelki wypadek pogłaszczcie
    niedźwiedzia po pysku - może to osłodzi mu trochę gorycz czekania?

  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:15
  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:30
    Ondraszek (1680-1715) widok strony
    znajdź podobne
    pokaż powiązane


    Ondraszek, Ondrasz Szebesta (1680-1715), najsławniejszy zbójnik śląski, syn
    wójta wsi Janowice (dziś czeskie Zaolzie). Działał w Beskidzie Śląskim, w
    okolicach Frydka i Cieszyna. Wykreowany w folklorze literackim na dobroczyńcę i
    obrońcę ubogich. Zginął z rąk towarzysza rozboju, Juraszka z Malenic na
    Słowacji, znęconego wysoką nagrodą pieniężną.

  • zarchiwizowany
    Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:47
    Spotkanie z rozbojnikiem Pistulka

    Historia, ktora teraz opowiemy, wydarzyla sie ponad sto lat temu niedaleko
    Bytomia. Rosnie tam las - niegdys bardzo gesty i rozlegly. Dzis nikt juz sie
    nie boi zanurzyc w zielona gestwine, ale jeszcze nie tak dawno temu budzila ona
    prawdziwa groze. Tam bowiem mial jedna ze swoich kryjowek slynny na calym
    Slasku rozbojnik Pistulka. Ludzie cuda opowiadali o jego odwadze i sprycie, bo
    tez zboj to byl nie lada. Niejeden podrozny po spotkaniu z nim w jakims lesnym
    ustroniu wracal do domu bez grosza przy duszy, a jego ciezkie, wypchane zlotem
    sakiewki ladowaly w skarbcu Pistulki ukrytym gleboko w lesie. Zwlaszcza bogacze
    mieli szczescie do takich przygod, ci co to majatku maja az nadto, a dzielic
    sie nim bardzo, ale to bardzo nie lubia. Oni tez na Pistulke szczegolnie byli
    zawzieci. Raz nawet udalo im sie rozbojnika zlapac i wsadzic do aresztu, ale po
    dwoch dniach juz go tan nie bylo.


    Jak to sie stalo? Dokladnie nie wiadomo. Byli tacy, ktorzy widzieli, jak maly
    ptaszek przyniosl Pistulce w dziobie zdzblo zbojeckiej trawy, tak ostrej, ze
    potrafila przeciac najgrubsze kraty. Czy to prawda, czy zwykle ludzkie bajanie?
    Trudno powiedziec. Wazne, ze Pistulka znow byl na wolnosci, znowu wedrowal po
    calym Slasku i lupil ile sie dalo.
    Ale, ale... Czas wrocic do bytomskiego lasu - tam, gdzie rozpoczela sie nasza
    opowiesc. Gdy rozeszla sie wiesc, iz slynny zbojnik grasuje w okolicy, lesne
    sciezki nagle opustoszaly. Malo kto odwazal sie na nie zapuszczac, bojac sie
    spotkania z Pistulka. A tu akurat przydarzylo sie nieszczescie. Wdowie
    Millerowej, ktora mieszkala w chacie na skraju lasu, zachorowala corka, mala
    Ula. Dziewczynka lezala w goraczce i widac bylo, ze bardzo cierpi. Coz bylo
    robic? Matka, niewiele myslac, otulila ja cieplo, zamknela chate i z mala na
    rekach ruszyla na przelaj przez las. Byle szybko do domu doktora! Nie uszla
    daleko, gdy nagle zza drzew wylonila sie jakas postac. Droge zastapil jej
    nieznajomy mezczyzna. Wdowa najpierw bardzo sie przestraszyla i chciala go jak
    najszybciej wyminac, ale zauwazyla, ze nieznajomy usmiechnal sie do niej spod
    wielkich wasow, a jego czarne jak dwa wegle oczy przypatrywaly sie jej
    zyczliwie.

    - Czego sie tak boicie, kobieto? - zapytal.
    - Spiesze z corka do doktora, a droga, jak widzicie, ciemna i niebezpieczna.
    Ponoc Pistulka tu gdzies siedzi, ten, ktory ludzi napada i rabuje.
    - Pistulki sie boicie? Hmm... Pomoge sie wam przez las przeprawic i jakby co
    przed zbojem obronie - rzekl, usmiechajac sie tajemniczo. Nieznajomy wzial
    chora Ule na rece i ruszyli przed siebie. Gdy las sie konczyl i dalej droga
    wiodla juz wsrod pol i zabudowan, mezczyzna stanal.
    - Poczekam tu na was i pomoge w powrotnej drodze.
    Kiedy wracali, wdowa opowiadziala mu o siebie.
    Niedawno zmarl jej maz - kowal, a ona zostala sama z Ula. Ciezko im jest, bieda
    daje sie we znaki, a tu na domiar zlego jeszcze dziewczynka choruje.


    - Bede musiala znowu isc przez las po nowe leki do doktora. Oby tylko na tego
    zboja Pistulke sie nie natknac! - konczyla swoja opowiesc, bo juz zblizali sie
    do jej chaty.
    Mezczyzna slyszac te slowa usmiechna sie po raz kolejny. Potem siegnal do
    kieszeni i wyciagnal z niej garsc zlotych talarow.
    - To dla was wdowo, zeby Ula szybko wyzdrowiala i miala wszystko, co trzeba.
    Dar od rozbojnika Pistulki. I powiedzcie ludziom, zeby sie nie bali chodzic do
    lasu, bo Pistulka biednych nie krzywdzi, a tylko bogaczom sakiewki oproznia.
    Badzcie zdrowi!
    Powiedziawszy to, zniknal wsrod drzew. Wyobrazcie sobie zdumienie wdowy, gdy
    okazalo sie, kim byl jej tajemniczy opiekun. Opowiedziala o wszystkim sasiadom.
    Na poczatku nikt nie chcial jej wierzyc, ale blyszczace zlote talary byly
    dowodem tej niezwyklej przygody. Wielu potem wedrowalo po lesie, wypatrujac,
    czy rozbojnik gdzies sie nie pojawi. Ale nikomu nie udalo sie juz go spotkac
  • zarchiwizowany
    Gość: Flyjtuch IP: *.dip.t-dialin.net 14.07.02, 11:24
    JAK RADLIŃSCY CHŁOPI TATARÓW W BAGNA WPĘDZILI
    Podczas gdy większa siła Tatarów, rabiąc, łupiąc i mordując, prosto ruszyła pod
    Wrocław i Lignicę (Legnicę), gdzie dnia 9 kwietnia 1241r. przyszło do walnej
    bitwy, (...) tu mniejsze oddziały tatarskie napadły na szerszą okolicę,
    wszedzie roznosząc śmierć i spustoszenie (...).
    Z południowo-wschodniej strony, od Jastrzebiej(Jastrzebia) i Moszczenicy,
    oddział tatarski ruszył na Wodzisław i trafił naprzód na warowny zamek
    Grodzisko, wznoszący się na pagórku w lesie (...).
    Między zamkiem i obozującymi w lesie miejskim Tatarami rozciągało się długie i
    podówczas głębokie bano (...) i Tatarzy na tęgich ogierach wahali sie
    niebezpieczne oparzelsko przejechać.
    Wtem pod zamkiem ustawili się w szyku bojowym radlinianie, załodze rycerskiej
    na pomoc przywołani i jadący przeważnie na klaczach.
    Wiatr z ich strony wiał za bagno do Tatarów i naraz wśród ogierów tatarskich
    rozległo się okropne rżenie i parskanie; ogiery poczuły klacze i chcąc na drugą
    stronę, przejść wraz z przelęknionymi Tatarami wkroczyły w grząską otchłań i
    potopiły się.
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 13:15
    Diabeł Wenecki mieszkał nie w dalekich Włoszech, a w Polsce. Wenecja zaś nigdy
    nie była - i nie jest - "miastem na wodzie", a jedynie niewielką wsią, leżącą
    między jeziorami Weneckim i Biskupińskim. Skąd więc wzięła się nazwa Wenecja?
    Dokładnie nie wiadomo. Jedni mówią, że ze względu na bliskość obu jezior, inni
    zaś tłumaczą to bardziej romantycznie. Otóż jeden z tutejszych właścicieli
    pojął za żonę pannę, której zamarzyło się zamieszkać właśnie w Wenecji.
    Właściciel ów, który ani myślał opuszczać rodzinnych stron i włości, przywiózł
    nowo poślubioną małżonkę do swego zamku i pokazawszy jej dobra,
    powiedział: "Oto twoja Wenecja!". I w ten sposób skromna polska wieś przyjęła
    nazwę sławnego włoskiego miasta.
    Kilkaset lat temu panem Wenecji został Mikołaj Chwałowic, herbu Nałęcz, i jego
    to właśnie nazwano Diabłem Weneckim. A zasłużył sobie na to miano w pełni. Dla
    poddanych był okrutny i prócz daniny zapewne zdzierałby z nich skórę, gdyby to
    tylko było możliwe. Wobec opornych nie znał litości. Dla nich przeznaczone były
    zamkowe lochy i stojące na podwórzu szubienice. Mówiono w okolicy, że duszę
    diabłu zapisał, żeby w ten sposób sobie czartowską moc zapewnić. Opowiadano
    również, że na nocnych ucztach, często na zamku urządzanych, nie tylko ludzie,
    ale i wysłannicy piekieł bywali. Gdy pianie kogutów obwieszczało zbliżanie się
    świtu, diabły jako czarne kruki zamczysko opuszczały.
    Pysznił się więc wenecki pan, a zarazem sędzia poznański i kaliski, rosły
    skarby w podziemiach. Równocześnie rósł strach wśród poddanych.
    Aż nadszedł dzień, w którym hardy właściciel zamku musiał podzielić los tych,
    których dotąd bez umiaru prześladował. Oto do Wenecji zjechał król Władysław
    Jagiełło, by roki królewskie, czyli coroczne sądy odbyć. Przed obliczem
    królewskim ludzie nabrali odwagi i posypały się skargi na okrutnego pana.
    - Miłościwy Panie! - mówili pokrzywdzeni, którzy przeszli przez wenecki lochy. -
    To diabeł nie człowiek. Dajemy wszystko, co należy, a on chce coraz więcej.
    Oszukuje. Grabi. Choć sam sędzią, prawa nie szanuje. Lochy ciągle pełne, a i
    szubienice często używane. Ratuj nas, Najjaśniejszy Panie!
    Słuchał król tych skarg, oblicze mu coraz bardziej posępniało, a gdy wreszcie
    lament i skargi ustały, w te słowa zwrócił się do właściciela Wenecji:
    - I cóż, mości grabio, kłamią twoi ludzie czy prawdę mówią?
    Nadął się grabia i odparł butnie:
    - Czy to nie wszystko jedno? Ja tu rządy sprawuję i prawdą jest to co ja za
    prawdę uważam.
    Głęboka zmarszczka przecięła królewskie czoło, rozważał coś przez chwilę, a
    potem rzekł dobitnym, choć spokojnym głosem:
    - Prawda jest zawsze jedna, a kłamstw może być nawet i sto. Ale masz rację. Ja
    też w tym kraju rządzę i prawdą będzie to, co za prawdę uznam. A uznaję za nią
    to, co twoi poddani mówili. Tym, którzy byli trzymani w lochach, zwracam
    wolność. Wszystkie krzywdy naprawić każę. A ciebie, grabio, rozkazuję zakuć w
    łańcuchy i do lochu wtrącić. Nie może sprawiedliwie rządzić ten, kto bezprawie
    stawia ponad prawem.
    I poszedł Diabeł Wenecki do lochu pokutować za swoje okrucieństwo.
    W jakiś czas po wizycie króla straszna burza rozpętała się nad zamkiem. Pioruny
    biły weń jeden po drugim. Wybuchł gwałtowny pożar. Zamczysko spłonęło, grzebiąc
    w swych ruinach nieprzebrane skarby i właściciela. Jednak nadal o północy
    pojawiały się w zamkowych ruinach stada czarnych kruków, a rumowisko
    rozbrzmiewało gwarem czarciej zabawy.
    Złe duchy pilnują też w lochach weneckich skarbów, toteż niewielu było
    śmiałków, którzy odważyli się zejść do podziemi.Wracali stamtąd zawsze z
    pustymi rękami i niesłychanym przerażeniem w oczach.
    A że skarby się tam znajdują, przekonał się o tym pewien chłopiec pasący kozy w
    pobliżu ruin. W pewnej chwii wiatr zerwał mu z głowy czapkę i wrzucił przez
    otwór do lochu. Nie zdążył jeszcze pastuszek pożałować straty, gdy czapka
    wyfrunęła z powrotem pełna złotych dukatów. Niestety, inne wrzucane do podziemi
    czapki nie wracały do swoich właścicieli...
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 13:18
    W XIV w. miejscowość "Wanacja" stanowiła część Chomiąży koło Żnina i Gąsawy.
    Dziwna nazwa przyciągała uwagę i pobudzała wyobraźnię, a sprzyjało temu
    położenie topograficzne pomiędzy trzema jeziorami. Motyw okrutnego pana, który
    zawarł pakt z czartem, ale został sprawiedliwie ukarany często pojawia się w
    podaniach ludowych. Atrybuty towarzyszące - ukryte skarby, zaklęte kruki,
    diabelskie uczty - uznać można za dość typowe dla tego rodzaju opowieści.
    U podstaw tradycji o "diable weneckim" leżą wydarzenia z końca XIV w. (zatarg
    arcybiskupa Bodzęty z Mikołajem z Chomiąży, sędzią kaliskim i zacięte walki
    podczas bezkrólewia po śmierci Ludwika Węgierskiego) splątane zresztą z innymi
    (wyczyny Jana Nałęcza z Czarnkowa, sędziego poznańskiego) przez Jana Długosza.
    W roli obrońcy uciśnionych wystąpił tutaj Władysław Jagiełło (zapewne w 1400
    r.), co łączy się zapewne ze zbieraniem materiałów o życiu i świętobliwych
    poczynaniach królowej Jadwigi przez kler krakowski, z myślą o jej kanonizacji.
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 13:22
    Sabat czarownic

    Rzadko udaje się zwykłemu śmiertelnikowi dojść na Łysą Górę podczas sabatu
    czarownic. Strzegą jej złe moce i czary nie do pokonania. Zdarza się jednakże,
    że czasem i ludzkie oczy mogą się diabelskim harcom przyglądać.
    Zdarzyło się coś takiego pewnemu parobkowi, którego gospodyni była czarownicą.
    Parobek wiedział o tym i pilnie podpatrywał przygotowania do odlotu na sabat.
    Widział jak czarodziejską maścią ciało smaruje, jak miotły dosiada i kominem na
    diabelską zabawę odlatuje. Pomyślał i zdecydował się nasladować swoją
    gospodynię.
    Podpatrzył to raz, podpatrzył drugi i w końcu sam postanowił na własnej skórze
    czarodziejskiej maści wypróbować i za gospodynią na Łysą Górę polecieć.
    Jak postanowił, tak też uczynił. Tylko że zamiast na miotle, bo tylko jedna w
    domu była, poszybował na łopacie. Poniosła go łopata na Łysą Górę i tu oczom
    jego ukazał się sabat w całej okazałości. Czarownic było tu tyle, że zliczyć
    nie sposób, a biesów chyba jeszcze więcej. Bawiono się w najlepsze nie bacząc
    wokół, jako że "sabatnicy" pewni byli złych mocy, które pilną pieczę nad nimi
    sprawować miały. Blade widma na piszczelach do tańca przygrywały, ze złotych
    kielichów wino się lało, czarownice z diabłami hułubce wywijały. A śpiewano
    przy tym, pokrzykiwano, diabelskim śmiechem co chwilę wybuchano.
    Szeroko otwierał parobek oczy, do swego miejsca strachem i zdumieniem przykuty.
    A przy tym zupełnie o ostrożności zapomniał i ani się spostrzegł, jak go
    wiedźma gospodyni wypatrzyła.
    Nie mogła mu darować zuchwałości takiej. Czary nad nim przeto odprawiła, w sen
    głęboki wprawiła i tak uśpionego do Gdańska przeniosła. W Gdańsku zaś złożyła w
    piwnicy, z której tejże nocy złodzieje baryłki wina wynieśli.
    Rankiem, zamiast wina, znaleziono w piwnicy zaspanego parobka, o udział w
    kradzieży go posądzono i na szubienicę skazano. Na nic zdały się przysięgi i
    zapewnienia, że nigdy cudzej własności nie ruszał, że nie wie, jak się w
    piwnicy znalazł. Sąd był nieubłagalny.
    Zdawało się że już ostatnie chwile parobek na tym świecie przeżywa, stryczek
    już mu szyję łaskotał, kiedy nagle przypomniał sobie, że reszta czarodziejskiej
    maści przy nim została. Nie zwlekając, maścią ową ciało posmarował i nagle
    wicher jakowyś spod szubienicy go porwał, stryczek z szyi strącił i do domu
    poniósł.
    Poprzysiągł sobie tego dnia cudem ocalony parobek, że stokroć lepiej
    gospodarstwem się zająć niż czarownice na Łysej Górze podglądać. Żył po tym
    zdarzeniu długo i szczęśliwie. Pracując ciężko, dorobił się własnego
    gospodarstwa, poślubił śliczną dziewczynę. Z czasem doczekali się dzieci, a
    potem i gromadki wnucząt płowowłosych. I przysięgi dotrzymał, a o tym, co
    przeżył ku przestrodzze innym opowiedział. Swoje opowieści chętnie zwłaszcza
    snuł w zimowe wieczory, kiedy za oknem śnieg i mróz panowały, a w kominie
    wesoło trzaskał ogień.

    W wierzeniach ludowych, zwłaszcza z czasów renesansu (XV-XVI w.), obok przygód
    i utrapień z diabłem dużo miejsca zajmować zaczęła czarownica, zła i przewrotna
    kobieta znająca magiczne sposoby opanowania przyrody i szkodzenai
    ludziom. "Wyprawa na sabat" od późnego średniowiecza był popularnym
    opowiadaniem na terenie całego kraju (szczególnie Pomorze, Wielkopolska,
    Małopolska, Śląsk Opolski). Jego literacka geneza sięga jeszcze antycznej
    powieści Apulejusza Metamorfozy czyli złoty osioł (II w. n.e.). Sabaty i loty
    czarownic rysował m.in. wybitny artysta niemieckiego renesansu Albrecht Dürer
    (1471-1528).
    Wątek bajkowy bywał jakże często urozmaicany. Tutaj przedstawiono wersję
    zapisaną przez Lucjana Siemieńskiego (1845 r.). Z ciekawszych elementów akcji
    zwrócić trzeba uwagę na czarodziejskie akcesoria: miotły, skóry pokryte
    sierścią, maści i wywary z ziół. Wywary przyrządzane przez znachorki i kobiety
    uprawiające magię, powodowały miejscowe znieczulenie i halucynacje, co wiadomo
    z zachowanych zeznań sądowych XVII-XVIII w. Były to rośliny do dziś znane i
    stosowane w lecznictwie ludowym, takie jak lulek czarny, bieluń i jaskółcze
    ziele. Sabat przewidywał ucztę, tance i orgie.
    Łysymi Górami lud nazywał nie tylko góry, ale i mniejsze pagórki, leżące
    szczególnie na pustkowiach, wzniesienia morenowe, a nawet wyższe wydmy. Gdańsk,
    jako punkt docelowy dalekiej podróży datuje opowiadanie ogólnie na XVI-XVIII
    stulecie.
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 13:27
    Diabeł w trybunale

    Krzywda wielka spotkała pewną wdowę. Oto kniaź wołyński włości jej najechał,
    dwór spalił i dobytek zagrabił. Nie mogąc sama sprawiedliwości wymierzyć,
    zwróciła się do trybunału w Lublinie, by ten sprawę rozsądził i nakazał
    kniaziowi krzywdy naprawić. Odradzano jej tego kroku, przed nowymi kłopotami
    przestrzegano.
    - Biedny z bogatym nie wygra - mówiono. - Pieniądz ważniejszy od prawa.
    Wdowa trwała jednak przy swoim.
    Ale od pieniądza ważniejsze sumienie - odpowiadała i sprawa przed lubelskim
    trybunałem stanęła.
    Zjechali się do Lublina sędziowie, ze sprawami się zapoznali, ale do ich
    sądzenia nie było im pilno. Zabawić się należało, niejeden antałek wina
    opróżnić, po lubelskich knajpach pohulać...
    Wreszcie pozew dla kniazia przygotowano i przez trybunalskiego woźnego
    przekazano. Kniaź przejął się pozwem jak zeszłorocznym śniegiem na wołyńskich
    polach, pozew podarł, jego kawałki kazał woźnemu na oczach rozbawionej kompanii
    połknąć i oznajmić trybunałowi, że nie po to ma język w gębie, by go z jakimiś
    wdowami przed sądem strzępić. Zaraz też wystarał się o fałszywych świadków,
    którzy za kilka kwart wina podjęli się o jego niewinności świadczyć.
    Zebrał się w końcu trybunał, skargi wdowy wysłuchał, udzielił głosu świadkom
    kniazia, którzy pod niebiosy zalety wołyńskiego pana wynosili i solennie o jego
    niewinności zapewniali. Następnie udali się sędziowie na naradę i ogłosili
    wyrok: kniaź jest niewinny, skarga wdowy zostaje oddalona, a ona sama - jako że
    fałszywie oskarżenie wniosła - poniesie koszty procesu.
    Wyczerpała się cierpliwość bezradnej wdowy, która się łudziła, że
    sprawiedliwości dojdzie. Gorycz i oburzenie zabrzmiały w jej głosie.
    - A więc taka jest wasza sprawiedliwość! - rzucała twarde słowa w twarz
    sędziom. - Sumienia nie macie! Własna korzyść dla was ważniejsza niż moja
    krzywda! Nawet gdyby diabeł za tym sędziowskim stołem siedział, sprawiedliwiej
    by sprawę rozsądził!
    Ledwo wypowiedziała te słowa, gdy jakiś gwizd - świst przeleciał nad salą,
    zapach siarki w nozdrza uderzył i w trybunale pojawił się najprawdziwszy czart.
    - Jestem - powiedział w stronę wdowy. - Takiej niesprawiedliwości nawet diabeł
    znieść nie może. Rozpatrzmy sprawę jeszcze raz. Zacznijcie, panowie sędziowie,
    od początku, a poczynajcie sprawiedliwie i pamiętajcie, że w moim królestwie na
    niesprawiedliwych i przekupnych sędziów długie czekają stoły. A i dla
    fałszywych świadków miejsca tam pod dostatkiem.
    Zrzędły miny sędziom, marszałek trybunału zmalał pod stołem, a świadkowie
    skradali się ku drzwiom, które okazały się na trzy spusty zamknięte.
    I odbył się proces drugi, jakże od pierwszego inny. Sędziowie cierpliwiej
    wdowiej skargi wysłuchali, świadkowie zapomnieli o zasługach i cnotach swego
    fundatora, a diabelskie pytania tak ich pognębiły, że całą prawdę o swojej
    obecności w sądzie wyznali.
    I wyrok był od pierwszego inny.
    Kniaź winien wszystkie krzywdy wdowie wynagrodzić - ogłosił w imieniu trybunału
    diabeł. - Sam zaś swoje bezeceństwa w wieży odpokutować. Fałszywych świadków
    publicznie wychłostać należy, by więcej przeciw prawdzie nie świadczyli.
    Pod wyrokiem marszałek trybunalską pieczęć położył, a diabeł przypieczętował go
    własną łapą. A zrobił to z taką pasją, że ślad czarciej łapy odcisnął się na
    sędziowskim stole i nadal jest widocznym świadectwem tego niezwykłego procesu.
    Stół ów bowiem do dziś oglądać można w lubelskim muzem.
    Gdy kniaź dowiedział się o tym niekorzystnym dla siebie wyroku, wpadł we
    wściekłość i warknął:
    - A niech to diabli!
    I szybko ugryzł się w język.

    Od 1578 r. trybunał był najwyższym sądem apelacyjnym, od wyroków sądów
    ziemskich, grodzkich i podkomorskich, a więc wyłącznie dla spraw spornych
    toczacych się pomiędzy szlachtą. Sprawy z ziem Wielkopolski rozpatrywał
    Trybunał w Piotrkowie, dla Małopolski w Lublinie, a dla Litwy w Wilnie.
    Podanie o diabelskim sądzie, przed zespołem sędziowskim złożonym z diabłów,
    naprawiającym niesprawiedliwy wyrok utrwalił Henryk Rzewuski w Pamiętnikach
    Soplicy (1839 r.). Dotyczyło ono przede wszystkim cudownego krucyfiksu, który
    wisiał w sądzie. Krzywda wdowy i diabelski proces miały spowodować odwrócenie
    twarzy Chrystusa na krucyfiksie. Spisano wówczas protokół wydarzenia (9 maja
    1727 r.) i przeniesiono krzyż do lubelskiej kolegiaty św. Michała, gdzie dotąd
    się znajduje. Chociaż władze kościelne nie uznały tego cudu tradycja ludowa
    nadal o nim głosi. Henryk Rzewuski wydarzenie to połączył z procesem Glinkowej
    przeciw gen. Kajetanowi Kurdwanowskiemu, uczestnikowi konfederacji targowickiej
    i stronnikowi hetmana Franciszka Ksawerego Branickiego. Krzywdzicielem byłby
    więc nie kniaź kresowy a magnat małopolski.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 13:30
    Diabeł z workiem piasku
    jak doszło do powstania Pustyni Błędowskiej
    Nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się piekło, ale zapewne jakieś diabelskie
    siedlisko znajdowało się w okolicach Olkusza. Było to przed wiekami, wówczas,
    gdy w tych stronach powstawały pierwsze kopalnie ołowiu i srebra. Właśnie te
    kopalnie stały się powodem wielkiej, czarciej narady, która gdzieś tam głęboko
    pod ziemią się odbyła.
    - To zuchwałość ze strony ludzi, że ośmielają się nas niepokoić - wykrzykiwał
    najznaczniejszy z diabłów, szarpiąc nerwowo kozią bródkę. - Nawet zdrzemnąć się
    po obiedzie nie można, bo ciągle jakieś hałasy, jakieś stuki-puki, turkoty...
    Ciągle kopią, czegoś szukają, jak im w tym nie przeszkodzimy, to do samego
    piekła dotrą!
    - Nie daj, Boże! - wyrwało się najmłodszemu z czartów, ale na szczęście to
    pobożne życzenie zginęło w ogólnym rozgardiaszu i nikt nie zwrócił na nie
    uwagi. Inaczej nie uszłoby mu to na sucho, a raczej na zimno.
    - Trzeba ich stamtąd przepędzić i pouczyć, że co ziemskie to ziemskie, a co
    piekielne to piekielne - rzekł odkrywczo diabeł, mający minę mędrca i mocno
    wyliniały ogon.
    - Ale jak to zrobić? - zastanawiali się zafrasowani czarci.
    - Mam pomysł - odezwał się wreszcie najsprytniejszy z diabłów. - Trzeba po
    prostu zasypać dziury, które ci zuchwalcy wykopali, zniszczyć ich pracę i
    będziemy mieli wieczny spokój.
    - Zasypać! - wzruszyły ramionami diabły. - Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.
    Diabeł może wiele, ale nie wszystko. Który z nas się tego podejmie?
    - Ja! - rzekł jeden z młodszych podwładnych Belzebuba.
    Stare, doświadczone diabły spojrzały na niego z politowaniem. "My łamiemy sobie
    nad tym rogi - zdawały się mówić ich spojrzenia - a ty wiesz, jak to uczynić?"
    - Ja to zrobię! - powtórzył młodszy diabeł z uporem i wyjaśnił, jak zamierza
    tego dokonać. - Daleko stąd - mówił - nad morzem nieprzebrane piaski leżą.
    Wystarczy tam polecieć z ogromnym workiem, piaskiem go napełnić i tym piaskiem
    dziury zasypać.
    Stare, doświadczone czarty nie kryły uznania.
    - A więc leć, kamracie, nad to morze - rzekły a worek weź olbrzymi, byś za
    jednym razem parę dziur zasypał.
    - Już się robi! - zapalił się diabeł, w worek piekielnie wielki się zaopatrzył
    i nad morze wyruszył.
    Zjawił się na nadmorskiej plaży o północy, gdy tylko plusk fal ciszę zakłócał,
    a księżyc nieśmiało ciemności rozjaśniał i począł worek sypkim piaskiem
    napełniać. Gdy już był pełen, zarzucił go sobie na plecy i odbiwszy się
    czartowską mocą od ziemi, z powrotem do Olkusza poszybował.
    Nie dotarł jednak do celu. Może na skutek nieostrożności, a może z powodu
    zadziałania innych mocy, diabeł o wieżę kościoła pod Olkuszem zahaczył i piasek
    niesiony w worku wysypał się na okoliczne pola.
    I tak właśnie powstała Pustynia Błędowska do dziś świadcząca o diabelskiej
    wyprawie nad Bałtyk. Z kopalni olkuskich zaś przez długie jeszcze lata
    wydobywano ołów i srebro, czemu wcale nie przeszkadzało wściekłe zgrzytanie
    czartowskich zębów.

    Podanie nawiązuje do starszego i powszechniejszego typu opowiadań o olbrzymim
    głazie upuszczonym przez diabła. Dla zniszczenia osady, kościoła czy budynku
    diabeł przenosi olbrzymi głaz ale gubi go w momencie gdy o świcie pieje
    pierwszy kogut. Kogut odgrywa w wierzeniach ludowych - podobnie jak w
    pogańskich - szczególną rolę, wykazując związek z kultem solarnym. W
    podniebnych lotach czarownic, diabłów i zaczarowanych ludzi wieża kościelna
    stanowi miejsce obezwładniające złe moce.
    Tłumaczenie, jak mogła powstać Pustynia Błędowska należy do folkloru ludowego
    nie zaś górniczego, chociaż sprawa pozornie dotyczy kopalni. Kopalnie ołowiu i
    srebra w Olkuszu działały od ok. 1257 r. (dokument Bolesława Wstydliwego),
    głównie zaś w XIV-XVII w. W starym kościele parafialnym wzniesionym w czasach
    panowania Władysława Łokietka, znajduje się wiele pamiątek i zabytków sztuki
    fundowanych przez gwarków (górników).

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:02
    Smoluch diabli kamrat

    Pewien żołnierz zwolniony ze służby nie miał z czego żyć i przyszła taka
    chwila, że nie widział już dla siebie żadnego ratunku. Udał się więc do lasu,
    gdy przebył kawałek drogi, spotkał małego człowieczka, a był to diabeł we
    własnej osobie. Człowieczek rzekł do żolnierza:
    - Co ci to, chudzino, dolega? Bo minę masz okrutnie markotną.
    Żołnierz mu na to:
    - Głodny jestem, a moja kieska pusta.
    Diabeł zaś powiedział:
    - Jeśli przystaniesz do mnie na służbę i zgodzisz się na parobka, do końca
    swoich dni biedy nie zaznasz; popracujesz u mnie siedem lat, a potem pójdziesz
    sobie, dokąd zechcesz. Stawiam ci tylko jeden warunek: nie wolno ci przez cały
    czas myć się, czesać, strzyc brody, obcinać włosów ani paznokci, a także oczu
    przecierać.
    Żołnierz mu odrzekł:
    - No, to zgoda, skoro inaczej nie można.
    I ruszył za małym człowieczkiem, który powiódł go prosto do piekła; zaraz go
    tam pouczył, co ma robić: rozniecać ogień pod kotłami, w których duszą się
    piekielne pieczenie, zamiatać podłogi, wynosić za drzwi śmiecie i pilnować
    porządku; biada mu jednak, jeśli choć raz zajrzy do któregoś z kotłów! Żołnierz
    na to:
    - Dobra, dobra, już ty się o mnie nie martw.
    Stary diabeł powędrował w świat, żołnierz zaś przystąpił do pełnienia swojej
    służby, dorzucił drew do ognia, wymiótł z kątów śmiecie i wyniósł je za drzwi,
    spełniając tym sposobem wszystkie diabelskie polecenia. Kiedy stary diabeł
    wrócił, rozejrzał się, czy wszystko zostało zrobione jak należy, po czym
    zadowolony wyruszył w świat po raz wtóry. Żołnierz potoczył okiem dokoła, a
    wszędzie stało mnóstwo kotłów, pod nimi buzował się ogień, a w środku bulgotało
    coś i perkotało. Zajrzałby do nich z największą ochotą, gdyby nie to, że diabeł
    tak surowo mu tego zakazał; w końcu jednak nie wytrzymał, uniósł troszkę
    pokrywę pierwszego z brzegu kotła i zerknął do wnętrza. Zobaczył tam swego
    dawnego kaprala.
    - A tuś mi, ptaszku - rzekł do niego - dobrze, żem cię wreszcie przydybał!
    Kiedyś ty mnie miałeś w garści, a teraz ja mam ciebie!
    Czym prędzej spuścił pokrywę z powrotem i podsycił ogień, dorzucając świeżych
    szczap. Podszedł potem do drugiego kotła, uchylił nieco pokrywę i ujrzał swego
    chorążego.
    - A tuś mi, ptaszku! Dobrze, żem cię wreszcie przydybał! Kiedyś ty mnie miałeś
    w garści, a teraz ja mam ciebie!
    Zatrzasnął pokrywę i przyciągnął do ognia sporą kłodę, żeby tamtego porządnie
    przypiekło. Teraz był jeszcze ciekaw, kto też siedzi w trzecim kotle. Zagląda,
    a to jego własny generał.
    - A tuś mi, ptaszku - rzekł do niego - dobrze, żem cię wreszcie przydybał!
    Kiedyś ty mnie miałeś w garści, a teraz ja mam ciebie!
    Przyniósł miech i rozdmuchał piekielny ogień pod generałem aż miło. I tak
    pełnił służbę w piekle przez siedem lat, nie mył się, nie czesał, nie strzygł,
    ani paznokci nie obcinał i łez z oczu nie ocierał; a te siedem lat minęło mu
    tak prędko, jakby to było pół roku. Kiedy nadszedł umówiony termin, zjawił się
    diabeł i powiada:
    - No i co, Jasiu, jakeś się tu sprawował?
    - Rozniecałem ogień pod kotłami, zamiatałem i śmiecie za drzwi wynosiłem.
    - A także do kotłów zaglądałeś; twoje szczęście, żeś potem jeszcze drewek
    dorzucał, bo inaczej byłbyś zgubiony; teraz twoja służba się skończyła, czy
    chcesz wracać do domu?
    - Pewnie - odparł żołnierz - skoczyłbym teraz do domu, ojca odwiedził.
    - Należy ci się za twoją pracę uczciwa zapłata - rzekł diabeł. - Idź, naładuj
    śmieci do tornistra, ile wlezie, i zabierz je ze sobą do domu. A pójdziesz
    nieumyty, nieuczesany, z długimi włosami i zarośniętą gębą, z nieobciętymi
    paznokciami i kaprawym okiem, a jeśli cię zapytają, kim jesteś,
    odpowiadaj: "jam smoluch, diabli kamrat i sam sobie pan".
    Żołnierz nic nie mówiąc zrobił, co mu diabeł kazał, ale nie był wcale ze swej
    zapłaty zadowolony.
    Ledwie znalazł się w lesie, zdjął z ramion tornister, żeby śmiecie wysypać; ale
    kiedy go otworzył, ujrzał samo złoto zamiast śmieci.
    - Tegom się zgoła nie spodziewał - rzekł, po czym ruszył raźno w stronę miasta.
    Przed karczmą stał karczmarz, który widząc nadchodzącego Jasia przeraził się,
    bo wyglądał on okropnie, gorzej niż strach na wróble. Karczmarz zawołał go i
    spytał:
    - Skąd to idziesz?
    - Z piekła.
    - A ktoś ty?
    - Jam smoluch, diabli kamrat i sam sobie pan!
    Karczmarz nie chciał Jasia wpuścić, ale na widok złota sam drzwi przed nim
    otworzył. Jaś kazał się podjąć obfitym poczęstunkiem, najadł się i napił do
    syta, po czym nie myjąc się, nie czesząc, wedle diabelskiego rozkazu, poszedł
    spać. Karczmarzowi zaś obraz tornistra pełnego złota nie dawał spokoju, aż
    wreszcie zaczaił sie nocą i ukradł go.
    Kiedy Jaś wstał nazajutrz i przed wyruszeniem w dalszą drogę chciał zapłacić
    karczmarzowi, tornistra już nie było. Biedak pomyślał tylko: - Nie zasłużyłeś
    na ten zły los - po czym zawrócił i udał się wprost do piekła. Poskarżył się
    diabłu na swą dolę, prosząc go o pomoc. Diabeł rzekł:
    - Siadaj, umyję cię, uczeszę, przystrzygę brodę, obetnę ci włosy i paznokcie i
    przetrę oczy - a uczyniwszy to dał mu znów tornister pełen śmieci, mówiąc: -
    Idź teraz i powiedz karczmarzowi, żeby ci oddał twoje złoto, bo inaczej zabiorę
    go do piekła i będzie musiał, tak jak ty, ogień pod kotłami podsycać.
    Jaś wrócił do karczmy i rzekł:
    - Ukradłeś moje złoto, jeśli mi go nie oddasz, to pójdziesz do piekła na moje
    miejsce i będziesz wyglądał tak ohydnie, jak ja wyglądałem.
    Karczmarz oddał mu więc złoto i jeszcze trochę swojego dołożył, błagając, żeby
    tylko nic nikomu nie mówił; tym sposobem Jaś osiągnął wielkie bogactwo.
    Wyruszył w drogę do rodzicielskiego domu, kupił sobie nędzną lnianą świtkę i
    wędrował muzykując, bo tego się u diabła w piekle nauczył. Krajem rządził w
    owym czasie stary król, przed którym Jaś musiał zagrać i który tak się jego
    muzyką zachwycił, że obiecał grajkowi swoją starszą córkę za żonę. Kiedy
    królewna usłyszała, że ma poślubić jakiegoś łapserdaka w białej świtce,
    oświadczyła:
    - Wolę się w głębokiej wodzie utopić, niż mieć takiego męża!
    Król dał więc Jasiowi młodszą córkę, a ta z miłości do ojca nie chciała się
    jego woli sprzeciwiać; smoluch diabli kamrat ożenił się tedy z królewną, a po
    śmierci starego króla odziedziczył całe królestwo.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:06
    Diabeł i jego babka

    Był to czas wielkiej wojny; król miał wielu żołnierzy, ale płacił im tak niski
    żołd, że żadną miarą nie mogli z niego wyżyć. Pewnego razu zmówili się trzej
    żołnierze, że razem uciekną. Jeden z nich rzekł:
    - Jeśli nas złapią, zawiśniemy na szubienicy; co tu począć?
    - Drugi na to:
    - Widzicie ten wielki łan żyta, gdy się tam schowamy, nikt nas nie znajdzie;
    wojsku nie wolno zboża tratować, a jutro i tak stąd wyruszy.
    Zaszyli się więc w życie, ale wojsko nie ruszyło się z miejsca i dalej
    biwakowało wokół łanu. Biedacy siedzieli w życie dwa dni i dwie noce, a z
    okrutnego głodu bliscy już byli śmierci; gdyby jednak stamtąd wyleźli, stracono
    by ich niechybnie.
    Rzekł jeden do drugiego:
    - I na co się zdała nasza ucieczka, skoro będziemy tu musieli marnie zdechnąć?
    Nagle nadleciał z góry ognisty smok, który spuścił się ku nim pytając, czemu
    się tu ukryli.
    - Wszyscy trzej jesteśmy żołnierzami - odpowiedzieli - i zdezerterowaliśmy,
    ponieważ płacono nam zbyt niski żołd, teraz zaś grozi nam śmierć głodowa, jeśli
    tu zostaniemy, albo śmierć na stryczku, jeśli naszą kryjówkę opuścimy.
    - Jak zgodzicie się służyć mi przez siedem lat - rzekł smok to przeprowadzę was
    przez sam środek obozowiska i nikt was nie dostrzeże.
    - Nie mamy wyboru i zgadzamy się - odpowiedzieli.
    Smok chwycił ich więc w swoje szpony, przeniósł w powietrzu ponad całą armią i
    postawił na ziemi daleko od obozowiska; a smokiem nie był nikt inny, tylko sam
    diabeł. Ofiarował żołnierzom mały bacik i rzekł:
    - Ilekroć strzelicie sobie z tego bata, znajdziecie wokół tyle pieniędzy, ile
    dusza zapragnie i będziecie mogli żyć jak wielcy panowie, trzymać konie i
    jeździć powozami, ale po siedmiu latach staniecie się moją własnością. - I
    podsunął im księgę, w której wszyscy trzej mieli się podpisać. - Na zakończenie
    zadam wam jeszcze pewną zagadkę, a jeśli ją rozwiążecie, będziecie wolni i ja
    stracę wszelką moc nad wami.
    Po czym smok odleciał w dal, oni zaś ruszyli w podróż ze swym bacikiem,
    pieniędzy mieli w bród, kazali sobie uszyć piękne stroje i wędrowali beztrosko
    po świecie. Gdziekolwiek się zatrzymali, wiedli życie wesołe i bogate, jeździli
    końmi i powozami, jedli i pili, nie czyniąc jednak nic złego. Czas mijał im
    szybko, a kiedy siedem lat dobiegało już końca, dwóch z nich zaczęło ogarniać
    coraz większe przerażenie, trzeci zaś niczym się nie przejmował i jeszcze
    towarzyszy pocieszał:
    - Bracia, niczego się nie bójcie, już ja mam głowę na karku i na pewno zagadkę
    rozwiążę.
    Wyszli sobie raz na pole, przysiedli, dwaj z bardzo zafrasowanymi minami. Nagle
    podeszła do nich stara kobieta i spytała, czemu się tak smucą.
    - Ach, co wam z tego przyjdzie, i tak nie możecie nam pomóc.
    - Kto wie - odrzekła staruszka - powierzcie mi wasze zmartwienie. Opowiedzieli
    jej więc, że przez siedem prawie lat byli w służbie u diabła, który dawał im
    pieniędzy, ile chcący, ale po siedmiu latach popadną w jego moc, jeśli nie
    rozwiążą pewnej zagadki. Staruszka rzekła:
    - Skoro potrzebujecie pomocy, to jeden z was musi udać się do lasu, gdzie
    natrafi na zwaloną skalną ścianę podobną do małego domku, tam niechaj wejdzie,
    a znajdzie potrzebną pomoc.
    Dwaj smutni pomyśleli: "To nas przecież i tak nie uratuje", i dalej siedzieli
    bezczynnie, ale trzeci, wesoły, wyruszył w drogę i szedł przez las, aż znalazł
    skalną chatkę. W środku siedziała stara jak świat babuleńka, a była to babka
    diabła, i zapytała żołnierza, skąd przybywa i czego tu szuka. Opowiedział jej
    wszystko, co się wydarzyło, a że jej się spodobał, ulitowała się nad nim i
    obiecała pomóc. Uniosła wielki kamień zakrywający wejście do piwnicy i rzekła:
    - Schowaj się tam, a będziesz mógł wszystko słyszeć, o czym będziemy mówili,
    tylko siedź cicho i nie ruszaj się; kiedy smok przyjdzie, zapytam go o zagadkę,
    mnie on wszystko mówi; a ty pilnie słuchaj.
    O dwunastej w nocy nadleciał smok i zażądał czegoś do zjedzenia. Babka nakryła
    do stołu, wniosła jadło i napitek; smok był zadowolony, razem sobie jedli i
    pili. Podczas rozmowy babka zapytała, jak mu dzień przeszedł, czy dużo dusz
    złowił.
    - Nie miałem dziś zbytniego szczęścia - odrzekł - ale mam w odwodzie trzech
    żołnierzy, tych jestem pewien.
    - Trzech żołnierzy - powtórzyła babka - to są chytre sztuki, gotowi ci się
    wymknąć.
    Diabeł odparł drwiąco:
    - Ci już mi nie ujdą, mam dla nich zagadkę, której nigdy nie rozwiążą.
    - A cóż to za zagadka? - spytała.
    - Tobie ją zdradzę; otóż na dnie wielkiego północnego morza, leży martwy
    koczkodan, dostaną z niego pieczeń; z żebra wieloryba będzie ich srebrna łyżka,
    a ze starego końskiego kopyta kielich do wina.
    Kiedy diabeł położył się spać, starowinka uniosła kamień i wypuściła żołnierza
    z piwnicy.
    - Czyś wszystko dokładnie zapamiętał?
    - O, tak. Wiem już dość i teraz na pewno sobie poradzę.
    Musiał teraz chyłkiem i w wielkim pośpiechu wydostać się przez okno i biec do
    swych towarzyszy. Opowiedział im, jak diabeł został przechytrzony i w jaki
    sposób zdradził swoją zagadkę. Obaj ucieszyli się bardzo i odzyskali dobry
    humor, po czym zaczęło się trzaskanie z bicza i zaroiło się od wyczarowanych
    pieniędzy. Kiedy siedem lat minęło, zjawił się diabeł z księgą, pokazał im ich
    własne podpisy i rzekł:
    - Zabiorę was teraz ze sobą do piekła na ucztę. Jeśli zgadniecie, jakie będzie
    pieczyste, puszczę was wolno i pozwolę zatrzymać bacik.
    Na co pierwszy żołnierz:
    Na dnie wielkiego północnego morza leży martwy koczkodan, z niego będzie pewnie
    pieczyste.
    Diabeł rozzłościł się, zamruczał: - Hm, hm, hm! - i spytał drugiego: - A z
    czego będziecie mieli łyżkę?
    Nasza srebrna łyżka będzie z żebra wieloryba.
    Diabeł wykrzywił się z wściekłością, mruknął: - Hm, hm, hm! - i zwrócił się do
    trzeciego: - A wiecie, z czego będzie kielich do wina?
    - Stare końskie kopyto posłuży nam za kielich.
    Wtedy diabeł odleciał z głośnym wrzaskiem i stracił nad nimi wszelką moc; a
    trzej żołnierze zachowali swój bacik i mieli dzięki niemu tyle pieniędzy, ile
    tylko chcieli, żyli więc sobie beztrosko aż do śmierci.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:08
    Zwierzęta Pana i diabła

    Pan Bóg stworzył wszystkie zwierzęta i wybrał sobie wilki, żeby mu służyły za
    psy; tylko o kozie zapomniał. Diabeł wziął się także do dzieła, chciał i on coś
    stworzyć, porobił więc kozy z pięknymi, długimi ogonami. Po drodze na pastwisko
    zaczepiały zwykle ogonami o ciernie, a diabeł musiał włazić między kłujące
    krzaki i wyplątywać je stamtąd z największym trudem. Rozzłościł się w końcu i
    poodgryzał wszystkim kozom ogony, co zręsztą do dziś widać po ich krótkich
    kikutach.
    Zostawiał je też same na pastwisku, ale zdarzyło się pewnego razu, że Pan Bóg
    zauważył, jak obgryzały drzewa owocowe, to znów niszczyły szlachetną winorośl
    czy inne delikatne rośliny. Żal go wielki ogranął i w swej łaskawości i dobroci
    poszczuł kozy wilkami, które je rozszarpywały, kiedy te wlazły w szkodę. Na
    wieść o tym diabeł stanął przed Bożym obliczem i rzekł:
    - Twoje stworzenie rozszarpało mi moje.
    Pan Bóg mu na to odpowiedział:
    - To po coś je stworzył na cudzą szkodę?
    A diabeł znowu:
    - Nie mogłem inaczej: sam przecież dybię na krzywdę innych, więc to, co
    stworzyłem, musiało mieć podobną do mojej naturę. Drogo mi za to zapłacisz.
    - Dobrze, zapłacę ci, przyjdź, kiedy dęby liście stracą, wtedy pieniądze będą
    już na ciebie czekały.
    Skoro tylko liście z dębów obleciały, diabeł zjawił się i zażądał swej
    należności. Pan Bóg zaś rzekł:
    - W kościele w Konstantynopolu rośnie dąb, z którego liście jeszcze nie
    obleciały.
    Wśród wycia i przekleństw diabeł ruszył na poszukiwanie owego dębu, przez pół
    roku błądził po rozmaitych pustaciach, nim go odnalazł, a kiedy wrócił przed
    tron Boga, wszystkie inne dęby pokryły się już świeżymi listkami. Musiał się
    więc pożegnać z nadzieją odzyskania długu i ze złości wszystkim pozostałym przy
    życiu kozom powykłuwał oczy i wprawił im własne.
    Dlatego też kozy mają diabelskie oczy i obgryzione ogony, a sam diabeł chętnie
    przybiera ich postać.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:11
    Chłop i diabeł

    Był sobie raz mądry i przebiegły chłopek, o którego figlach wiele by można
    opowiedzieć. Ale najpiękniejszą z tych historyjek jest historia o tym, jak to
    chłopek okpił diabła i wystrychnął go na dudka.
    Pewnego dnia zaorał chłopek swe pole i gotował się już do powrotu, gdy zapadł
    zmierzch. Wtem ujrzał pośrodku pola kupę żarzących się węgli, a gdy zdumiony
    podszedł na to miejsce, spostrzegł małego, czarnego diabła, który siedział na
    węglach.
    - Siedzisz pewnie na skarbie? - zapytał chłopek.
    - Tak - odparł diabeł - na skarbie, który zawiera więcej złota i srebra, niż ty
    widziałeś w swoim życiu.
    - Skarb ten znajduje się na moim polu, należy więc do mnie - rzekł chłopek.
    - Będzie twój - odparł diabeł - jeśli przez dwa lata oddawać mi będziesz połowę
    tego co wyrośnie na twoim polu. Pieniędzy mam dość, ale chcę zakosztować płodów
    ziemi.
    Chłop zgodził się na te warunki.
    - Aby jednak przy podziale nie nastąpił spór - rzekł - ty dostaniesz to, co
    będzie nad ziemią, ja zaś to, co pod ziemią.
    Diabeł przystał na to, ale sprytny chłopek zasiał rzepę. Gdy nadszedł czas
    żniw, diabeł zjawił się po swoją część, ale dostał tylko żółte, zwiędłe liście,
    chłopek zaś zadowolony, wykopał sobie smaczne rzepy.- Tym razem okpiłeś mnie -
    rzekł diabeł - ale więcej ci się to nie uda. Teraz ty dostaniesz to, co będzie
    nad ziemią, a ja to, co pod ziemią.
    - Niech i tak będzie - odparł chłopek i zasiał pszenicę.
    Gdy nadeszła pora żniw, chłop skosił pszenicę, a dla diabła zostało tylko
    rżysko. Zaklął więc on i uciekł do swej piekielnej jaskini.
    - Tak trzeba postępować z chytrymi lisami! - rzekł chłopek, poszedł na pole i
    zabrał zdobyty skarb.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:13
    Diabelski skarb w lochach

    Wierzono, że w lochach zamkowych zakopane są ogromne skarby: złote dukaty,
    puchary, kielichy i szlachetne kamienie. Nikt ich do tej pory nie odnalazł.
    Może dlatego, że już ich tam nie ma?
    Według podania żył kiedyś w Tarnowskiem człowiek, który mógł odpowiedzieć na to
    pytanie. Był to chłop Mateusz Sikora, gospodarz z Zawady. Pewnej nocy
    czerwcowej gdy odpoczywał po pracowitym dniu, przyszło do niego trzech dziwnie
    ubranych mężczyzn. Wszyscy mieli ciemne, porośnięte włosami twarze, czarne
    włosy i utykali na jedna nogę. Poprosili Sikorę, aby ich podwiózł do miasta, za
    co obiecali sowitą zapłatę. Chłop, sparaliżowany jakąś dziwną siłą, nie
    potrafił odmówić. Gdy przejeżdżali obok zamku Tarnowskich, dziwni pasażerowie
    kazali zatrzymać konie. W świetle księżyca chłop zobaczył, że ma do czynienia z
    diabłami, gdyż wyraźnie zaznaczały się im rogi na głowach, a z oczu sypały się
    iskry. Wraz z nimi zszedł do lochów zamkowych. Tam jeden z diabłów miał
    powiedzieć: "Potrzebujemy twojej pomocy. Musimy coś wywieźć z tego zamku do
    Lanckorony. Ale pamiętaj, żebyś nikomu nigdy nie pisnął ani słowa, bo zginiesz
    nagłą śmiercią. Jeżeli zaś będziesz posłuszny, nie pożałujesz tego".
    Schodzili coraz głębiej w lochy zamku. Nie było żadnych rumowisk, lochy jakby
    się poszerzały i przepuszczały ich coraz dalej i dalej. Wreszcie dotarli do
    jakiejś komnaty pełnej skarbów. Były tam szlachetne kamienie: diamenty,
    brylanty, perły, złote i srebrne ozdoby i wiele pełnych złotych dukatów skrzyń
    i kufrów. Mateusz Sikora pomógł diabłom załadować te skarby na wóz. Gdy wóz był
    wypełniony, ruszyli. Powoził jeden z diabłów. Wóz pędził galopem, nie po ziemi,
    ale przez przestworz. W ciągu godziny pokonali tą powietrzną drogą odległość
    dzielącą Tarnów od Lanckorony. Wóz opadł lekko na ziemię przy ruinach zamku
    lanckorońskiego. Tam znowu pomagał Sikora diabłom w ukryciu skarbów w jednym z
    lochów zamkowych. wyładowawszy wszystkie skrzynie ze skarbami wsiedli na wóz i
    wrócili droga powietrzną do Tarnowa. W ciągu owej nocy trzykrotnie powtórzyli
    cały ten precedens. Gdy szarzało diabły podziękowały Sikorze nakazując surowo
    milczenie, a w ramach zapłaty pozwoliły mu wytrząsnąć półkoszki wozu. Gdy
    wrócił do domu znalazł w nich pół worka złotych dukatów. Wtedy pojął, że diabły
    przy jego pomocy przewiozły skarby z lochów tarnowskiego zamku do Lanckorony.
    Sikora nie mówił nikomu, dlaczego nagle stał się bardzo bogaty; dokupił wiele
    ziemi, zbudował nowy dom i zatrudnił kilku parobków, a sam przestał pracować na
    roli. Nie cieszył się jednak długo ze swego bogactwa. Po śmierci ukochanej żony
    zaczął pić, prawie nie wychodził z karczmy. Raz po pijanemu wygadał całą
    tajemnicę i wieść o skarbach rozeszła się po całej okolicy. Kiedy pił w
    karczmie, złodziej zakradli się do jego domu i zabrali prawie wszystko. Resztę
    przepił, nawet własne gospodarstwo. Pewnego dnia znaleziono go nieżywego, z
    wykręconą do tyłu głową, w lochu prowadzącym do podziemi zamkowych. Mówiono, że
    pewnie po pijanemu poszedł szukać złota w lochach zamku i diabły skręciły mu
    kark, za to, że nie dotrzymał tajemnicy. A złoto z tarnowskiego zamku spoczywa
    zapewne w przepastnych podziemiach zamku w Lanckoronie, gdzie go już oko
    ludzkie nie odkryje.

    Legenda o lochach pod Tarnowem powstała prawdopodobnie w XVIII wieku. Jest
    rzeczą charakterystyczną, że kroniki bernardyńskie począwszy od najstarszej
    Komorowskiego, poprzez kronikę klasztoru tarnowskiego, aż do dzieła historyka
    zakonnego Vaddinga z XVIII wieku nic o nich nie wspominają. Ten ostatni pisze
    jedynie o podziemiach znajdujących się pod klasztorem, wybudowanych dla
    bezpieczeństwa od zbójców grasujących w Karpatach (!?). Dopiero XX-wieczny
    historyk bernardyński Bogdalski wspomina o lochach łączących zamek z klasztorem
    bernardyńskim, zaznaczając, że do tej sprawy jeszcze powróci, czego jednak nie
    uczynił.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:13
    Chłop, diabeł i skarby

    Inna wersja legendy o skarbach ukrytych w zamku Tarnowskich opowiada, że pewien
    chłop z Zawady, gdy wracał wozem konnym z targu do domu spotkał po drodze
    diabła, który poprosił go o podwiezienie na Górę św. Marcina. Kiedy dotarli do
    ruin zamku diabeł zaproponował mu tyle złota, ile udźwignie, pod zwykłymi
    warunkami, czyli w zamian za duszę. Chłop był jednak sprytniejszy od diabła i
    pozornie zgodził się na wyprawę do podziemi, gdzie zaczerpnął niezłą porcję
    złota, ale jednocześnie wezwał pomocy Anioła Stróża. Anioł wyprowadził chłopa z
    podziemi, a diabeł zemścił się w ten sposób, że przeniósł chłopa z wozem aż za
    Wisłę. Naturalnie bez złota.
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:15
    Diabeł Iskrzycki

    Pewien pan z okolic Tarnowa potrzebował ekonoma. Kiedy się tym kłopoce,
    przychodzi człowiek nieznajomy, powiada, że zowie się Iskrzycki i że szuka
    miejsca. Właśnie takiego było potrzeba; staje więc umowa bez trudu, a nawet
    podpisuje się kontrakt. Już go pan wręcza Iskrzyckiemu, kiedy postrzega, że
    jego przyszły ekonom ma pazury wcale nie ludzkie. Zmieszany zrazu, wahający się
    przez chwilę co począć, zbiera w końcu siły i zrywa całą umowę. Ale Iskrzycki
    ani chce słuchać, obstaje przy umowie, przysięga, że kontrakt raz podpisawszy,
    musi pełnić, do czego się zobowiązał, póki nie wysłuży czasu umówionego, po
    czym wychodzi i znika z oczu. Ale obiera sobie mieszkanie w jednym z pieców
    domu i stamtąd pełni swoją służbę jak najgorliwiej na każde zawołanie, tylko,
    że go nikt nie widzi. Państwo z początku bali się, powoli tak przywykli do
    Iskrzyckiego, tak się przekonali o jego przychylności, że wyjeżdżając z domu
    oddawali mu dzieci swoje w dozór. Ale sąsiedzi oburzali się na to posługiwanie
    się diabłem i głośno szemrali; zaniepokoiły te mowy najbardziej samą panią,
    zaczęła ona ze swej strony kłopotać męża, po długim wreszcie nastawieniu
    wymogła na nim, ażeby na jakiś czas opuścić to mieszkanie. W skutku tego
    postanowienia wzięto dzierżawę gdzieś za Wisłą i wyruszono ku niej. Otóż są już
    w podróży, radzi, że diabła sztuką podeszli. Nieszczęściem wypadło przebywać
    drogę tak złą w jednym miejscu, że powóz przechylił, a pani w przestrachu
    krzyknęła - aż tu odzywa się za powozem "Nie bój się, pani Iskrzycki z wami".
    Państwo zdumieli się a razem poznali, że nie było sposobu uwolnić się od sługi
    tyle wiernego; zawrócili więc do domu i żyli z nim w dawnej zgodzie, dopóki nie
    nadszedł termin oznaczony kontraktem. Po tym czasie Iskrzycki opuścił dom na
    zawsze.

    Jest to legenda o lokalnym diable tarnowskim, zresztą należącym do grupy
    tzw. "dobrych diabłów". Podanie o diable Iskrzyckim spisali Oskar Kolberg i
    Stanisław Goszczyński:

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:16
    Legenda o dobrym SpytkuPrzed I wojną światową, pod kościółkiem Matki Bożej
    Szkaplerznej, przy Starym Cmentarzu w Tarnowie, siadywał stary żebrak, który
    opowiadał piękną legendę związaną z zamkiem Tarnowskich. Legenda ta wyjaśnia
    również dlaczego nikt jeszcze nie odkrył wejścia do lochów pod Tarnowem:

    ... Lucyfera to sprawa, że Tarnów dziś leży na wzgórzu i do ratusza na rynek i
    do katedry wysoko wspinać się potrzeba. I nad tym też płacze nieszczęśliwy
    Spytko, który żył przed wiekami a po dziś dzień mętne łzy jego płyną naszym
    Wątokiem. Spytko to ukochany jedynak hrabiów Tarnowskich, który z ojcowskiego
    zamku przy Górze św. Marcina wyjechał raz na koniku a choć strojnie odziany,
    łzy miał w oczach i bolesnym spojrzeniem ogarniał okolice Tarnowa. Miasto i
    wsie pobliskie spalone przez dzikich Tatarów, ludność, która zdążyła uchronić
    się w zamku i w lasach, wróciła grzebać pomordowanych i oglądać zniszczenia.
    Spytko wie dobrze, że na otarcie łez wdów i sierot, na chleb dla głodnych i
    odbudowę spalonych domów, cały skarbiec ojcowski w podziemiu zamkowym ukryty
    nie byłby za wielki. ale chciwy ojciec, pan Tarnowa, strzeże swych skarbów
    wyłącznie dla syna, więc skąpe jego jałmużny nawet w małej części nie pokrywają
    morza nędzy. Wprawdzie kapelan zamkowy pocieszał Spytka perswazją, że kara
    Boża, jaka za grzechy spadła na ludzi musi być odcierpiana i nie ma na to rady,
    ale Spytko niepocieszony jedzie właśnie leśną ścieżką wiodącą tuż pod Tarnów i
    opłakując niedolę ludu rozmyśla nad radą: bo złote, miodowe miał serce ów
    Spytko. I oto nim z lasu wyjechał przed zgliszcza Tarnowa, zastąpił mu drogę
    czarny jeździec, w którym Spytko zaraz domyślił się diabła. Łatwo odgadnąć, że
    wnet stanęła między nimi umowa. Diabeł obiecał Spytkowi rychłą odbudowę
    spalonego miasta i wsi a za to, po upływie równego roku miał prawo porwać
    Spytka z duszą i z ciałem do piekła! I podpisał Spytko cyrograf gęsim piórem,
    we krwi własnej serdecznego palca umaczanym, a diabeł natychmiast legł na ziemi
    wśród gęstych drzew i strasznym tchnieniem wypuścił z gęby czarny płomień; bo
    wiadomo, że od ognia piekielnego odjęta jest światłość! Tym czarnym płomieniem
    w jednej chwili wypalił diabeł tunel spod miasta aż pod zamek przy Górze św.
    Marcina. Tym tunelem dostał się Spytko do ojcowskiego skarbca. Wybierał stamtąd
    złote i srebrne monety, kosztowne ozdoby i klejnoty, które rozdawał
    wynędzniałej ludności. A oto z różnych stron nadjechali czarno odziani
    rzemieślnicy, którzy nie godząc się z nikim i nie pytając nikogo o zapłatę,
    zaczęli wycinać okoliczne podmiejskie lasy, budowali nowe domy w Tarnowie i
    chaty na wsiach, zjawili się czarni kupcy, rozkładając na rynku wszelaką
    żywność, odzież, narzędzia, broń, sprzęty, które każdy łatwo mógł nabyć za
    jałmużny rozdawane przez Spytka. Ten ani się spostrzegł, jak rok równy upłynął
    i właśnie gdy zdążał tunelem do ojcowskiego skarbca po nowe dla ludu monety
    objęły go nagle czarne płomienie i paląc przeraźliwym ogniem pociągnęły w głąb
    ziemi! Wpadł do otchłani czyśćcowej, wielkie zamieszanie wśród dusz cierpiących
    tam czyniąc a czarne płomienie ciągnęły go głębiej, w czeluść piekielną! Ale o
    dziwo! Gdy Spytko leżał już na wznak na dnie czyśćca, zanużyły się nogi jego i
    głowa w najboleśniejsze płomienie piekła, ale tułów Spytka pozostał na dnie
    czyśćcowym. Pochwycili go z furią straszni szatani, w przedziwnej swej postaci
    olbrzymich smoków i gadów, tak przeraźliwie potwornych, że żywy człowiek
    umarłby zaraz na widok jednego z nich od lęku okrutnego. Potwory diabelskie
    wyjąc przeraźliwie, ciągły i pchały i wtłaczały Spytka w piekielną czeluść, ale
    nadaremnie. Od furii trzęsła się ziemia, chwiał się zamek, waliły się drzewa,
    chaty i domy w Tarnowie! Aż wyszedł z czeluści sam Lucyfer, potwornością swoja
    przerażając wszystkich diabłów! Wsparł się potężnie na piersiach Spytka,
    pchając go w głąb i wygiął nad nim swój potworny grzbiet z taką mocą, że
    wysadził powierzchnię ziemi tuż pod Tarnowem tak, że całe miasto leżące dotąd w
    dolinie, znalazło się nagle na wzgórzu a rynek i katedra na samym szczycie! I
    wtedy pękło dobre serce Spytka i trysnął z niego jasny płomień miłosiernej
    miłości! Na widok tego jasnego płomienia przerażony Lucyfer a z nim wszyscy
    szatani zapadli się nagle w sam środek ziemi, w czarnym piekielnym ogniem
    wypełnione przepaście! A Spytko pozostał w czarnych płomieniach czyśćcowych i
    będzie w nich płonął aż do końca świata - a potem otworzy mu się niebo za ten
    serdeczny jego płomień miłosierdzia dla bliźnich. Tymczasem w serdecznym żalu
    opłakuje swą zdradę Boga i własnoręczny swój podpis przynależności do diabła.
    Bolesne łzy Spytka wypływają na powierzchnię ziemi i won-toczą się tworząc
    rzekę Wątok, do której spływają też męty grzechów, wszystkich mieszkańców
    Tarnowa. Oj i nie prędko spływać przestaną! I zagradzają drogę na wzgórze
    miasta i do katedry tarnowskiej. Ale kto duszę spowiedzią w kościółku oczyści,
    rzekę Wątok przejdzie, stromym wzgórzem miasta się nie zrazi i do katedry
    ochotnie po nim się wspina, tego modlitwy rychło do Nieba dopłyną i wysłuchane
    zostaną. Pytacie, gdzie jest ono wejście pod Tarnowem do podziemnego tunelu
    Spytka? Przy Bramie Pilzneńskiej! Stanął nad nim i pokrył go pierwotny kościół
    Bernardynów.

    Być może coś ze skarbu Tarnowskich zostało w podziemnym korytarzu, bo w czasie
    prac archeologicznych na Górze św. Marcina, przeprowadzonych w latach 60-tych,
    znaleziono w ruinach zamku - wieży artyleryjskiej z czasów hetmana Jana
    Tarnowskiego skarb monet miedzianych i nielicznych srebrnych, datowanych od
    czasów Kazimierza Jagiellończyka do roku 1668. Obecnie znajdują się one w
    Muzeum Okręgowym w Tarnowie.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:18
    Zakonnica z Tarnowa

    Żartem jest dziewiętnastowieczny wierszyk opisujący "pośmiertne przygody"
    pewnej zakonnicy z Tarnowa. Przedstawia on zarazem opinię jaką "cieszyli się" w
    Tarnowie niemieccy urzędnicy w okresie zaborów.
    Kilkadziesiąt spędziwszy lat w całej osnowie
    Zuzanna zakonnica za furtą w Tarnowie,
    Gdy jej cesarski dekret już furtę otwiera,
    Z żalu, płaczu, lamentów, nieboga umiera.
    Cieszyła się jej dusza, jak zwyczajnie bywa,
    Po żywocie pobożnym nieba się spodziewa;
    Idzie więc chwaląc Boga przed niebieskie wrota,
    Pobożność przewodnikiem była jej i cnota.
    Więc przyszedłszy do furty kołacze i tłucze,
    Święty Piotr jej powiada : "U cesarza klucze!"
    Ta mu swoje zasługi liczy z wszelkiej miary,
    Wyjrzał przecież Piotr, wziąwszy na nos okulary,
    "Nie wnijdziesz tu do Nieba" znowu jej powtarza,
    "Ja cię puścić nie mogę, klucze u cesarza!"
    W płacz nieszczęsna, zaczyna biedzić się i smucić,
    nie wie sama na którą stronę ma się zwrócić,
    Żal i boleść ją szarpie, i rozpacz zaciekła:
    "Wziął klucz cesarz od nieba, więc pójdę do piekła!"
    Doszła też za dni kilka do piekielnej bramy ...
    Puka, krzyczy, kołace, z uprzykrzeniem woła;
    Nadaremnie, nikt z piekła nie wychodzi zgoła!
    Nareszcie dla spoczynku usiadła na ławie,
    Aż wyszedł przecie dyabeł w kulawej postawie;
    Więc go Zuzanna łaje, że późno przychodzi.
    Przepraszając ją dyabeł, axkuzę wywodzi:
    "Daruj! nie mam kolegów, wszędzie próżne ławy,
    "W całem piekle sam jeden ja dyabeł kulawy,
    "A jeżeliś ciekawa, gdzie są? czytaj z listów,
    "Już wszystkich cesarz wybrał na oficyalistów;
    "Ciężką ja tu mam pracę, przyjąć cię nie mogę,
    "Żegnam cię, idźże sobie, w którą-li chcesz drogę ..."

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:24
    Diable skały

    Bukowiec to wieś leżąca w zachodniej części Pogórza Ciężkowickiego. Największą
    atrakcją Bukowca jest rezerwat skalny "Diable skały". Znajduje się tam m. in.
    sławna "diabla dziura", druga co do wielkości jaskinia typu szczelinowego w
    polskich Karpatach. Według miejscowego podania w skałach rezerwatu ukrywali się
    Arianie, czyli "Bracia Polscy". Znajdujące się w sąsiedztwie rezerwatów
    źródełka: "Zdrowa Woda" i "Gośćcowa Woda", miały służyć prześladowanym Arianom
    za chrzcielnicę.
    We wschodniej części rezerwatu znajduje się kilkunastometrowej wysokości skała
    o nazwie "Diabeł". W jej dolnej części można się dopatrzyć podobieństwa do
    odcisków olbrzymich szponów. Według legendy, skałę tę niósł diabeł na swych
    barkach od Węgier. W chwili gdy kur zapiał, znajdował się nad Bukowcem i
    upuścił ją, sam zapadając się pod ziemię.
    Podania mówią, że skała ta za czasów pogańskich była ołtarzem całopalenia ku
    czci Światowida.
    Drugą z osobliwości rezerwatu jest skała "Kapa", pod którą, według podań
    ludowych, ma odbywać pokutę legendarna Maciaszkówna, porwana przez diabły pod
    ziemię, gdzie strzegąc skarbów, odbywa pokutę za przywłaszczenie sobie
    pieniędzy przeznaczonych na odprawienie mszy za duszę pokutującą. Otóż na
    polanie ukazał się bukowieckiej pasterce potwór, zamieszkujący pobliską
    jaskinię. Przyniósł jej pieniądze z prośbą, by zamówiła za nie mszę w jego
    intencji. Dziewczyna wahała się, ale sprzeniewierzywszy się prośbom,
    przywłaszczyła sobie pieniądze. Rozgniewany potwór porwał ją i zapadł się wraz
    z nią i pieniędzmi w głąb ziemi.


  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:51
    Ciężkowickie skałki

    Poszczególne skałki w Ciężkowicach mają własne legendy. "Skałka z Krzyżem"
    miała być kiedyś kościołem, który skamieniał za winy proboszcza . Miał on
    przegrać kościół w grze w kości z diabłem. Sam proboszcz powiększył grono
    diabłów.
    Inna legenda mówi, że na szczycie tej skały zwykł wieczorami siadywać diabeł,
    by wraz z wozami zrzucać w parów pijanych podróżnych, przejeżdżających drogą u
    podnóża wzgórza. Dopiero ustawienie na skale krzyża skończyć miało te niecne
    diabelskie praktyki.
    O skale "Piekło" (obecnie Grunwald) legenda głosi, że raz w roku otwiera się w
    pieczarze tej skały duża szczelina, wskazując wypełnione skarbami wnętrze.
    Jeżeli ktoś wejdzie w szczelinę aby zdobyć skarb, skała zamyka się i piekło
    pochłania ofiarę chciwości.
    "Czarownica" była więzieniem, w którym w chwili skamienienia miasta znajdowali
    się najwięksi złoczyńcy. Ich zagładą ucieszeni diabli zamienili szczyt
    więzienia w podobiznę czarownicy.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:52
    Złe moce na zamku

    Oprócz nieszkodliwych zjaw młodych kochanków na zamku w Dębnie od niepamiętnych
    czasów objawiały swą obecność również "złe moce". Wieść głosi, że lubił się tam
    pokazywać sam czart. Wystarczyło, że jakiś śmiałek nie bacząc na ostrzeżenia
    obszedł w nocy trzykrotnie zamek a pojawiała się postać diabła. Ryty wizerunek
    twarzy diabelskiej ze straszliwie wyszczerzonymi zębami odkryto przed kilku
    laty na jednym z kamiennych kroksztynów podpierający północną basztę zamku. Nie
    wiadomo kto i kiedy go wykonał. Wieści o pojawieniu się w Dębnie "złych mocy"
    miały odbicie również w prasie. Pojawiały się notatki o ukazaniu się diabła a
    innym razem szlachcica, który błąkał się w okolicy zamku.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:55
    Legenda o diabelskim transporcie

    Przed laty, jak głosi legenda, powstała myśl wybudowania zamku w Melsztynie.
    Głowiono się skąd wziąć kamienie na fundamenty. Odpowiednie do tego celu
    znaleziono w Górach Świętokrzyskich. Jak je przetransportować? Zwrócono się do
    czarownic na Łysej Górze, aby pomogły zrealizować ten zamiar. Gdy omówiono
    wszystkie warunki, spisano umowę na bawole skórze tej treści:
    "My łysogórskie czarownice zobowiązujemy się do przeniesienia kamieni
    kwarcowych w rejon budowy zamku melsztyńskiego angażując do tego naszych
    pobratymców diabłów z ich hersztem Borutą na czele. W zamian za dostarczony
    kamień my czarownice mamy otrzymać w wieczne władanie kępy naddunajeckie i
    wolnie z nich czerpać wiklinę na miotły potrzebne do naszych lotów. Gdyby choć
    jeden kamień nie dotarł na miejsce budowy, zrzekamy się jakiegokolwiek
    wynagrodzenia za wcześniej dostarczone. Termin wykonania w ciągu roku od daty
    podpisania umowy". Umowę podpisano w jesieni i opieczętowano. Przystąpiono do
    realizacji.
    Ta ciężka praca odbywała się tylko nocą i to w czasie nowiu. Mimo to rosła góra
    melsztyńska jak na drożdżach. Właściciel Melsztyna codziennie liczył
    przyniesione kamienie, które wcześniej opatrzył swoimi znakami, aby żaden z
    nich nie zginął. Transport szedł droga powietrzną, z diabelską siłą, w linii
    prostej z Gór Świętokrzyskich do Melsztyna. Trasa przebiegała 2 km na zachód od
    wojnickiego rynku. Strach nawet pomyśleć co działo się w powietrzu? Jaki
    okropny szum, jakby huragan, ale na dworze ani trawka nie zadrżała. A jaki
    wielki smród siarki i smoły? Mieszkańcy Wojnicza i okolicy nie wychodzili ze
    swoich domów ze strachu i nieprzyjemnej woni.
    W połowie września następnego roku po bardzo upalnych dniach czuć był
    zbliżającą się burzę. Ogromna błyskawica rozdarła wschodnią połać nieba. Do
    rzadkości należy takie zjawisko, aby burza nadciągała ze wschodu. Zerwał się
    huraganowy wiatr. Tej nocy nikt nie spał w Wojniczu. Burza połączona z
    wyładowaniami elektrycznymi napędzała strachu mieszkańcom, jednak wszyscy
    cieszyli się, że oddychają świeżym powietrzem. Około północy dał się słyszeć
    straszny huk, bez błyskawicy. I nagle zrobiła się cisza. Pokazały się gwiazdy.
    Kupcy i rzemieślnicy wojniccy zaraz wyruszyli za swoimi towarami na jarmark do
    Krakowa. Bramy grodu otworzono, spuszczono mosty zwodzone, a po odjechaniu
    ostatniej furmanki zamknięto miasto. Droga była wyboista, kałuże po deszczu
    były dość duże, błota jednak było mało, gdyż ziemia była wyschnięta i nadmiar
    wody szybko wchłonęła. Burza była straszna ale stosunkowo mało spadło deszczy.
    Konie parskały a woźnice i pasażerowie pojazdów konnych wesoło śpiewali. Tak
    przejechali Piaski, Wolice, Podlesie i Śniadki zbliżając się do Biadolin. W
    ciszy minęli kapliczkę św. Piotra i Pawła po prawej stronie, stojącą w pewnej
    odległości od drogi. Zbliżano się do mostku na rzece Piotrówce, która swój
    początek bierze ze źródełka ocembrowanego przy kaplicy świętych. Konie stanęły
    jak wryte i ani po dobroci, ani po złości nie chciały ruszyć dalej. Usłyszano
    postękiwanie i okropny dał się odczuć smród. Włosy na głowie stanęły dęba
    wszystkim podróżnym. Nie było innej rady jak zawrócić do Wojnicza i powiadomić
    o tym wójta. W tym czasie wójtem był człowiek niepospolitej sił i odwagi.
    Nadzwyczaj ludzki, spieszący z pomocą wszystkim którzy tej pomocy potrzebowali.
    Od dłuższego czasu Wojniczanie już wiedzieli o budowie melsztyńskiego zamku i o
    transporcie kamieni przez diabły na jego budowę. Zaraz też podejrzewano, że w
    czasie transportu tych kamieni, w związku z tą huraganową burzą, musiał się
    zdarzyć jakiś diabelski wypadek.
    Gdy zbudzono wójta, zaraz się ubrał, od kowala zabrał silne łańcuchy i wyruszył
    ze śmielszymi parobczakami na wskazane miejsce. Zachowując wszelkie środki
    ostrożności, stwierdzono, że burza zniosła diablików z ładunkiem kamieni nad
    kapliczkę św. Piotra i Pawła i św. Stanisława. Tu zachwiała się moc czartowska
    i transportujący upuścili kamienie. Jeden kamień największy spadł niedaleko
    kapliczki św. Stanisława. Zarył się w ziemię bardzo głęboko, tylko mu czubek
    widać. Dwa dalsze spadły na wzgórzu za rzeczką Piotrówką, przywalając swoim
    ciężarem diabła, który je transportował, a za wszelką cenę chciał je utrzymać.
    Był to dość dobry diablik. Niejedną rzecz zrobił nie po diabelsku, więc miano
    na niego oko w piekle. Chciał się czymś wykazać. Nie udało się. Leży zemdlony
    pod kamieniami. Myśli sobie wójt wojnicki: "skoro diabły mają taką siłę, to
    zakuję go w łańcuchy i będę miał pomoc nie lada" Oszołomiony uderzeniem diabeł
    ani wiedział co go czeka. A wójt zamiar swój zrealizował. Zakuto diabła w
    łańcuchy, wsadzono na wóz i przywieziono do Wojnicza. Wójt zamknął diabła w
    swojej sieni i poszedł spać. Po jakimś czasie diabeł przyszedł do siebie.
    Omdlenie minęło, zerwał łańcuchy i uciekł. W ciągu dnia przychodzą ciekawscy
    wojniczanie do wójta, aby oglądnąć zdobycz diabelską, a tu nic, tylko same
    łańcuchy oblane smołą.
    Śmiano się z wójta. Jakiś domorosły "poeta" ułożył wierszyk, a kompozytor
    dorobił melodię i cały Wojnicz śpiewał:

    Ej, u wójtostwa w sieni,
    Ej, diabła uwiązali,
    Ej, ale się im urwał,
    Ej, bo mu jeść nie dali,
    Ej, bo mu jeść nie dali,
    Ej, do pracy gonić chcieli,
    Ej, urwał się im urwał,
    Ej, i tak go diabli wzięli.

    Później słowa "wójtostwa" zamieniono na "burmistrza".
    Te trzy zagubione kamienie na polach biadolińskich były ostatnimi na ukończenie
    zamku melsztyńskiego. Pan na Melsztynie bardzo się denerwował, że nie może
    ukończyć fundamentów z powodu brakujących kamieni. Jest przecież czas nowiu,
    dlaczego transport kamieni nie przychodzi. Mijały dni a tu nic. Musiało się coś
    stać. Brakujące trzy kamienie stanowiły wyrwę w fundamentach, ale można temu
    zaradzić. W sercu czuł nawet radość, że umowa z czarownicami została zerwana.
    Kępy naddunajeckie nie przejdą we władanie czarownic łysogórskich.
    Diabeł uciekinier z wojnickiego wójtostwa błąkał się po okolicy. Bał się wrócić
    do piekła. Działy się więc dziwne rzeczy i to dobre. To komuś drzewa narąbał,
    to trawy ukosił a zawsze temu co był słaby i chory. Czarownice zawzięcie
    szukały tego diablika i właśnie przy dobrych uczynkach go złapały. Skazały go
    na karę straszenia na biadolińskim wzgórzu za rzeczką Piotrówką. Ale jaki to
    był strach? Chodził w okolicy tego wzgórza w różnych postaciach. Widziano go
    jako dziada, to znowu szlachcica., wilka a nawet czarnego kota. Nikomu nic
    złego nie zrobił, jak widział ludzi to przed nimi uciekał, lecz nigdy nie
    wiadomo co w tym lichu siedzi. Było to przy krakowskim trakcie, bardzo
    ruchliwym, postanowiono szybko skończyć z tymi strachami. Wystawiono na wzgórzu
    figurkę kamienną Matki Boskiej z Dzieciątkiem na kamiennym słupie. Na tym
    słupie umieszczono płaskorzeźby z postaciami : na froncie św. Wojciecha i św.
    Stanisława, od wschodu św. Małgorzaty, od zachodu św. Józefa a od północy św.
    Tekli. Posadzono lipy. Pozostawiono te dwa zgubione kamienie na wschodniej i
    zachodniej stronie figury, które nie dotarły na zamek melsztyński. Do dnia
    dzisiejszego można je zobaczyć.
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 14:57
    Nadgrobek kasztelana

    Dawnemi czasy, jak dziadowie ojcom, a ojcowie nam powiadali żył pan Mikołaj
    Ligęza (kasztelan wiślicki, starosta biecki, a pamiętając na śmierć swoją
    wystawił nadgrobek dla siebie w kościele farnym w Bieczu na chwałę Bogu a
    potomkom na pamiątkę. A był to wielki pan, miał obszerne włości, własnych na
    dworze utrzymywał żołnierzy i stawiał ich w pole w każdej potrzebie ojczyzny.
    Mieszkał często w Bieczu, czasem w Gorlicach a najrzadziej w Zawadzie, bo mu
    się mieszkanie w tej swojej majętności nie podobało. A więc wystawił nowy zamek
    z wielkim kosztem i okazałością, i chętnie z okien spoglądał na rozległe
    obszary chlebodajne, otaczające pańskie pomieszkanie. Tymczasem diabeł co nigdy
    nie śpi i nie spoczywa, a nie cierpi ludzi poczciwych i porządnych przyszedł
    jednej nocy do pana Ligęzy, i nuż go łajać zelżywymi słowy, że sobie nadgrobek
    w Bieczu a nie w tym zamku wystawił. Pan kasztelan poznał diabła, nie uląkł się
    go, jeno się przeżegnał, a kusego diabła ta tęgo wodą święconą skropił, że
    zmyty szatan umknął przez dziurkę od klucza. A że drugiej nocy diabeł powtórzył
    natarczką pokusę i swe nieznośne szlacheckiemu uchu obelgi, pan Ligęza
    rozgniewany zdjął pilno kropielnicę ze ściany która mu nad głową wisiała, a tak
    rzęsiście zachlusnął diabłu oczy i pysk, że ledwie zdołał trafić do klamki. A
    że diabeł taki mściwy jak człowiek, a zawziętszy jeszcze od Mazura, więc innych
    szatańskich imał się sztuczek, i raz w czasie burzy wśród grzmotów i łyskawic,
    gdy mu się nie udało spalić dom kasztelana, bo dom był poświęcony, a kasztelan
    prawowierny chrześcijanin, wysypał dwie ogromne mogiły poprzed zamkowemi
    oknami. A gdy burza ustała i wokoło zajaśniało słońce, w zamku było ciemno, bo
    mogiły szatańskie zasłaniały. Zasmucony kasztelan na próżno sprowadzał biegłych
    ludzi i różnych wróżów; mogiły których się nie imały ani ryskal ani zaklęcia,
    zostały mogiłami, aż póki nie umarł pan Ligęza. Zdaje się jednakże że ze zmianą
    czasów i władza szatańska się zmieniła, bo dzisiaj ani śladu nie ma owych
    mogił, a z okien zamkowych wzrok wrony buja po trawnikach i gajach ogrodowych.

  • zarchiwizowany
    14.07.02, 15:00
    Diabeł Boruta

    Pisząc o Łęczycy, trudno pominąć milczeniem legendową postać diabła, który,
    choć znany w innych stronach Polski, jako to: na Podlasiu, w Lubelskiem i
    Olkuskiem, tu, w gruzach łęczyckiego zamku, ulubioną obrał sobie siedzibę.
    Skąd i kiedy przybył, któż odgadnie? Ludzie uczeni suszą sobie tym głowę,
    nazwiska jego, jako ducha wód stojących, wyprowadzając od owych bagnisk rudych,
    którymi otoczona była przed wiekami Łęczyca, a które do dziś dnia utrudniają na
    wiosnę do niej przystęp. W tych torfowiskach, zwanych przez lud borem lub
    burem, siedzieć miał duch złośliwy Boruty, którego uciechę stanowiło, gdy
    podróżnego, szczególniej chłopa lub Żyda, wpakował wraz z końmi i wozem w
    grząskie topiele. Diabeł to iście szlachecki, bo najchętniej przywdziewa się w
    kontusz, a nigdy nie szkodzi "panom braciom" tylko motłochowi, więcej przy tym
    dla zabawki, niż dla sprowadzenia szkody.. Posłuchajmy, co o nim prawi znany
    zbieracz podań ludowych Kazimierz Władysław Wójcicki.
    Boruta, jest to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod gruzami łęczyckiego
    zamku. Żyje długo, bo już niemal cztery wieki przeżył; teraz przecież musiał
    się zestarzeć, gdyż wiele się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię
    to było głośnym szeroko i długo; a niejeden piskorz szlachecki, chcąc dogryźć
    sąsiadowi, przeklinał:
    - Żeby go Boruta zdusił, albo i łeb ukręcił!
    A diabeł chętny złorzeczeniu, dopełniał nieraz życzenia.
    W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu,
    rosły i silny. Nikt z nim nie mógł się mierzyć na szable, bo za pierwszym
    złożeniem przeciwnikowi silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Jak się raz
    plecami o zrąb domu oparł, całe sąsiedztwo nie dało mu rady.
    Stąd szlachcic dostał przydomek Boruty, bo mówiono powszechnie, że musiał mu
    diabeł Boruta pomagać, kiedy wszyscy nie podołali jego sile i mocy; a że nosił
    siwą kapotę dla różnicy od prawdziwego diabła, dostał przydomek Siwy, tak więc
    zwał się Siwy Boruta.
    Od onej chwili nikt go nie zaczepiał, każdy pomijał lub ustępował mu z drogi;
    nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy porwała się do broni, na sam głos
    Siwego Boruty wychodziła do sieni, albo na podwórze, i tam karbowała sobie
    dymiące łysiny.
    To uszanowanie, a raczej bojaźń sąsiadów, co znali moc żylastej prawicy, wbiły
    go w dumę. Uniesiony nią, nieraz się w zuchwałej przechwałce odgrażał, że jak
    złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nakręci, a skarby, których pilnuje,
    zabierze. Uważano także, że wtedy słyszeć się dawał w piecu lub za piecem
    śmiech szyderski.
    Siwy Boruta, kiedy pił - a pił nie lada, bo najtężsi bracia piskorze nie mogli
    go przepić - zawsze pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła Boruty, a
    słyszano odgłos zaraz gruby, przeciągły:
    - Dziękuję!
    Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale wkrótce w hulance roztrwonił; postanowił
    przeto dostać się do skarbów i wziąć parę mieszków złota od swego miłego brata,
    jak nazywał diabła Borutę.
    O samej północy, zapaliwszy latarnię, zuchwały szlachcic ufając swojej sile i
    szabli, poszedł do lochów. Wyostrzoną demeszkę trzymał wydobytą z pochew pod
    pachą, a latarnią rozświecał ciemnotę dookoła panującą. Ze dwie godziny chodził
    po zakrętach, nareszcie wybiwszy drzwi jedne, ukryte w murze, ujrzał skarby, a
    w kącie, na bryle złota siedział sam Boruta, w postaci sowy z iskrzącymi
    oczami. Zbladł i zadrżał na ten widok zuchwały szlachcic, spocił się potężnie
    ze strachu, po chwili przyszedłszy do siebie, wyrzekł z cicha z ukłonem i
    pokorą:
    - Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!
    Sowa kiwnęła głową, co rozweseliło nieco Swego Borutę. Ukłoniwszy się raz
    jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, które przyniósł,
    srebrem i złotem. Tak je obładował, że zaledwie mógł obrócić.
    Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota; w
    ostatku nie mając go gdzie włożyć, począł w gębę sypać, a że miał niemałą,
    nasypał dosyć i znowu ukłoniwszy się stróżowi, wyszedł z lochu. Zaledwie stanął
    na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i ucięły mu całą piętę.
    Kulejąc a krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając
    ostatki siły, tak dawniej głośnej, ledwo doszedł do domostwa.
    Upuścił na drogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i
    słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całe
    życie i gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym
    palcem obalał Siwy Boruta, pokonał bogacza i zabił.
    Domostwo jego pustkami zostało; nikt zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł
    Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła, odwiedzał
    izbę i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku łęczyckiego.

    II

    W ciemnym lochu łęczyckiego zamku, przy rozpalonej drzazdze smolnej. Siedział
    jakiś wąsaty szlachcic i pił z beczki. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas
    złotolity, na rzemyku szabla; czapka rogatywka z siwym barankiem nie przylegała
    mu należycie, jakby coś zawadzało; jakoż, kiedy chciał się poskrobać po głowie,
    ujrzałeś przy ręku pięć ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki - małe czarne
    rogi. Był to sławny diabeł pan Boruta, co pilnował skarbów zamkowych, pozostał
    w ukryciu od udzielnych jeszcze książąt Mazowieckich. Twarz miał wielką,
    rumianą, wąs potężny, obwisły spadał mu wraz z brodą na piersi, wzrostu
    wielkiego, szeroki w plecach, oczu iskrzących. Zachmurzony siedział na pustym
    antale po małmazji, ale kiedy miał się uśmiechać, wtedy wąsy podkręcał w górę i
    aż za duże uszy sterczące zakładał.
    - Już dosyć wysiedziałem się w tym lochu ciemnym i wilgotnym, nie ma i co pić
    dalej, ostatnią beczkę węgrzyna za chwilę dopiję! - tak mówił do siebie
    Boruta. - Myślę, że nikt się nie poważy zajrzeć do tych skarbów, a jakoś tu i
    tęskno i nudno. Sto lat tak siedzieć na jednym miejscu ponuro, a tam na świecie
    słonko świeci, ptaki i ludzie wesoło śpiewają, kapele brzmią ucztują radzi.
    Trudno wytrzymać dłużej; hulaj dusza bez kontusza! Zamknę loch i przejdę się po
    świecie; trzeba jeno ubioru nieco poprawić, aby dobrze przyjęto gościa.
    U szlachcica Kaliny o milę od zamku łęczyckiego brzmi kapela, wydaje córkę
    najstarszą za mąż.
    Ćma krewniaków napełniła całe domostwo, beczki z miodem, piwem i wódką stały w
    sieni, dziedzic całej pół wioski dobył woru z zapleśniałymi talarami, nie
    żałując wydatku na tak wielką dla siebie uroczystość. Już było po ślubie i
    oczepinach, zaczęła kapela brzmieć chmiela, kiedy we drzwiach ukazał się nowy
    gość niespodziewany. Ubrany był w karmazynowy żupan, pas złotolity, czapka na
    głowie rogatywka z siwym barankiem, na rzemyku szabla, rękawice czarne, buty z
    wywijaną cholewą i ogromnymi ostrogami. Jak stanął w drzwiach, całe zawalił,
    kiwnął głową nie zdejmując czapki, i szedł dalej, i na ławie usiadł.
    Kapela grać przestała, pieśń chmielowa ochotnikom na ustach skonała, niewiasty
    przerażone tuliły się do kąta. Gospodarz ujrzał na wszystkich twarzach
    pomieszanie, zbliżył się do nieznajomego i rzekł:
    - Panie bracie, zawsze możecie jeść chleb u mnie z solą, byle z dobrą wolą, ale
    na teraz nie prosiłem waszeci, więc proszę! - I w skazał drzwi.
    Nieznajomy pokręcił głową na znak, że nie wyjdzie i wybąknął od niechcenia: -
    Pić.
    Pan Kalina kazał podać gąsior z miodem i czarę, ale nieznajomy czarę rzucił na
    ziemię, przytknął gąsior i wypił do kropli. Szlachta łęczycka klaszcze z
    radości, wołając:
    - To nasz brat, nasz brat!
    Nieznajomy uśmiechnął się wesoło, pokręcił wąsy w górę i aż za uszy założył, a
    beczkę miodu widząc, porwał, postawił ją na stole, czop wyrzucił, rozdziawiwszy
    paszczę, łykając strumień napoju z szumem tryskający małym otworem.
    Wszyscy z podziwem otoczyli nieznajomego wieńcem, niewiasty i panny postawały
    na stole i ławkach, patrząc na pijaka; nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem,
    wkrótce uniósł beczkę, potem dobrze przechylił,
  • zarchiwizowany
    14.07.02, 15:03
    Wszyscy z podziwem otoczyli nieznajomego wieńcem, niewiasty i panny postawały
    na stole i ławkach, patrząc na pijaka; nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem,
    wkrótce uniósł beczkę, potem dobrze przechylił, aż w końcu nie ma miodu,
    wszystko wytrąbił gracko! Wtedy połową wąsa otarłszy z piany usta i brodę,
    krzyknął: Kapela! Chmiela! - I porwał za rękę pannę młodą.
    Wrzasła przestraszoną, a gdy ją ciągnie nieznajomy nie zważając na jej
    przestrach, staje w obronie pan młody i wyzywa zuchwalca na szable.
    Nieznajomy ociągał się powoli, ale gdy mu nowożeniec wyciął silny policzek, że
    zaledwie przytrzymał czapki, a od drugich na karku poczuł silne razy, zawołał: -
    Po jednemu; po jednemu! - I wyszedł na podwórze.
    Zawyły psy, jakby wilka poczuły, szlachta wybiegła za nim, żeby nie uciekł;
    zapalono łuczywa, wyniesiono świece, zajaśniał podwórzec jak w dnia południe.
    Nieznajomy dobył szabli, spojrzał iskrzącym wzrokiem, gdy pan młody krzyż na
    ziemi swoim kordem zaznaczył. Aż się skry sypnęły za złożeniem szabli,
    nieznajomy dobrze się bronił, ale pan młody zręczniej; widząc, że mu nie
    podoła, przerzucił z prawej kord na lewą rękę, czy odurzony przeciwnik nie
    spostrzegł cięcia i oberwał porządnie po ręku. Obciął mu dwa palce, spadła
    rękawica, nieznajomy wypuścił z zakrwawionej dłoni szablę, aż tu kur zapieje.
    Stęknął ranny, podskoczył i znikła z koła otaczającej go szlachty, zostawiając
    na ziemi pas złotolity, rękawicę zbroczoną i szablę. Gdzie stał, zakipiało
    trochę smoły, a gryzący zapach siarki uderzył we wszystkich nosy. Pan Kalina
    podnosi pas, porywa rękawicę, trząsa: wypadają dwa wielkie pazury z kawałkiem
    palców. Pan młody patrzy na szablę; to pogańska, nie masz na niej znaku krzyża,
    tylko księżyc turecki!
    I wołają wszyscy:
    - Boruta, Boruta!

    W ciemnym lochu łęczyckiego zamku przy rozpalonej drzazdze smolnej siedzi
    wąsaty szlachcic w karmazynowym żupanie, bez pasa i szabli, czapka rogatywka,
    ale z pociętym suknem, siwy, poszarpany baranek. Leżał na dwóch próżnych
    beczkach, lizał okaleczoną rękę z trzema potężnymi pazurami, bo dwóch brakło, i
    tak prawił do siebie:
    - Nie wyjdę więcej na świat; rano dobrze było, kiedym się wygrzewał na słońcu,
    ale wieczór cóż zyskałem z tą przeklętą szlachtą, co klaskałem, jakem pił, a
    potem wyzywa na rękę? Myślałem, że im przecież podołam, aleć oni lepiej szablą
    robią jak diabeł. Zgubiłem pas i szablę, dwa pazury, pocięli mi czapkę,
    skaleczyli rękę, a co gorsza poznali, że Borutę obcięli.
    I kręcił ze złości wąsy, darł brodę a lizał rękę zranioną. Odtąd już więcej z
    lochu nie wyszedł łęczycki diabeł.


    Tymi słowy kończy ciekawą opowieść swoją Wójcicki. Że jednak Boruta dotąd czuwa
    nad powierzonymi pieczy jego skarbami, wypadek zaszły w roku 1882 przekonał
    niedowiarków.
    Niejaki Jasiński, ogrodnik z Łęczycy, znalazł podobno butelkę w gruzach
    zamczyska, a w niej na skrawku na wpół zbutwiałego papieru wskazówkę, że kopiąc
    w narożnej wieży, odnajdzie owe bajeczne skarby, o których ludziom ciągle się
    majaczy. Nie mogąc sam podołać pracy, sprowadził brata z Warszawy i wspólnie
    przystąpili do dzieła. Jedyne dotąd widoczne wejście do wieży zakrywał w owe
    czasy chlewik, co pozwalało poszukiwaczom skarbów niepostrzeżenie dzień i noc
    pracować, a wtajemniczona służąca miała gdzie wysypywać dobywaną koszami
    ziemię. Robota szła raźno, a otwór sięgał już kilkanaście sążni w głąb, gdy - o
    radości! - motyka jednego z kopaczy uderzyła o żelazne wrota. Raz musiał być
    silny, gdyż zbudził śpiącego na złocie Borutę; gniewny na śmiałków, którzy mu
    przyszli przerwać błogi spokój, zatrząsł zamczyskiem, a zawalająca się ziemia
    przytłoczyła zuchwalców. Na krzyk i wołanie służącej pospieszyli ludzie, lecz
    zanim zdołali odkopać zasypanych, martwe z nich pozostały ciała. Ze zgrozą
    oglądali je wszyscy, wystawione na widok publiczny w izbie dawnego mieszkania
    starostów, nim wspólna mogiła na cmentarzu parafialnym nie pokryła ich
    pogruchotanych kości. Tak więc wiara w istnienie Boruty nowym wypadkiem
    stwierdzoną została i nikt z pospólstwa nie chce słuchać tłumaczeń sceptyków,
    którzy w nieszczęsnej katastrofie widzą prosty, a łatwo przewidzieć się mogący
    wypadek. Obok bowiem dołu, który nieszczęśliwi na zgubę swoją kopali, leżał
    porzucony przez wojsko olbrzymi kocioł kuchenny; ten ciężarem swoim osunął
    ziemię, gniotąc chciwych złota ludzi. Odtąd coraz częściej można słyszeć o
    figlach rozbudzonego Boruty: to Żydom wóz pełen pasażerów, dążących na pociąg
    kolei żelaznej do Kutna, na równej drodze wywrócił; to pijanych chłopów,
    powracających z jarmarku do domu, z topolskiej grobli sprowadził na bagna. I
    odżyły na nowo gawędy o tym, jak to przed wielu, wielu laty diabeł
    niezadowolony z sąsiedztwa tumskiej świątyni chciał ją obalić, lecz granitowe
    mury oparły się potężnej łapie; pięć tylko zagłębień od pazurów na jednym z
    węgłów kościoła świadczy o usiłowaniu szatana. Nie zrażony zawodem, postanowił
    użyć innego sposobu. Zbiera więc kamienie i z nimi spieszy, aby pokruszyć
    twarde mury. Zapóźnił się jednak wędrówce, kur zapiał, a diabeł, tracą siłę
    czarów, cały swój ładunek wysypał na Sławoszew, Miroszewice i Zagróbki, nad
    którymi wówczas przelatywał. Odtąd grunta wsi tych pokryły głazy, dopóki
    skrzętna ręka rolnika nie oczyściła urodzajnej gleby.


  • zarchiwizowany
    Gość: Maszkytnik IP: *.dip.t-dialin.net 21.07.02, 11:51
    Toujour - Zur

    Um den Namen ranken sich allerhand Geschichten wie diese, da? sich der Name vom
    französischen tojour ableitet, weil ein Besatzungssoldat, vielleicht einer der
    1807 zu Jerome Bonaparte gehörte und beim Genuß der fremdartigen Speise
    begeistert ausgerufen hat: toujour, toujour! Immer. Es ist vorstellbar, daß
    jener Soldat in ein schönes oberschlesisches Mädschen verlieb war, und in
    diesem Falle sehr oft mit dem beliebten Nationalgericht rechnen durfte."
  • zarchiwizowany
    Gość: Maszkytnik IP: *.dip.t-dialin.net 23.07.02, 01:54
    Kiedy Święty uciekał z Kijowa przed Tatarami, zabrał ze sobą Najświętszy
    Sakrament, by nie narazić go na zniewagi. Wychodząc z kościoła usłyszał głos
    idący od figury: "Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę". Kiedy Święty
    Jacek dał do zrozumienia, że kamiennej figury nie udźwignie, Matka Boska
    zapewniła go, że nie będzie taka ciężka. W kościele dominikanów pokazują dużą
    kamienną, statułę jako "Matkę Bożą Jackową"

  • zarchiwizowany
    Gość: Slimok IP: *.dip.t-dialin.net 20.08.02, 22:45
  • zarchiwizowany
    21.08.02, 08:49
    Widzam, ze sie Ci Malczyk podobou, wiysz kto mi dou tyn typ, jedyn informatyk z
    Breslau, uon mnie sie pytou, czy to jest nasz slonski.


    KUMEDYJA Z GYŃSIAMI
    (Józef Ondrusz - ŚLĄSKIE OPOWIEŚCI LUDOWE)
    Sztajgier S. ogrómnie rod od hawiyrzi pobiyroł podarónki. A gdo mu podarónków
    nie nosił, tyn robił w nejgorszych robotach. Potym tego S. posłali na zachodni
    pole, a obersztajgra Kanie dali na wschodni pole.

    Niejacy W. z Łąk nosili tymu S. podarónki i myśleli se, że Kania też bydzie od
    nich podarónki odbiyroł.

    Jednego razu zaniyśli gyńsi obersztajgrowi Kaniowi. U tego Kanie słóżyła moja
    ciotka, jeszcze swobodno. Tóż ci W. prziszli, prziniyśli ty gyńsi i pytali sie,
    kaj je obersztajgier. Ciotka im prawiła, że nie wiy, kaj poszoł. Ci W. ty gyńsi
    niechali.tam na stowku i poszli.

    Jak obersztajgier Kania prziszeł, tak mu dziywka mówi, że jacysi dwa prziniyśli
    gyńsi i że niechali jakómsi kartke. Kania to przeczytoł i dowiedzioł sie z tej
    kartki, że to byli ci W.

    Na drugi dziyń, jak obersztajgier Kania prziszoł cechować do cechownie, wołoł
    hawiyrzi jednego po drugim. Jak prziszoł na nich, tak woło:
    - W. Jozef i Janek, wy pieróny, wy se myślicie, że wóm bydym gyńsi pos? Aż
    se,po szychcie przidziecie po ty wasze gyńsi! Jo żodnych podarónków od was nie
    chcym!

    Jak obersztajgier na drugóm szychte wołoł tych W., tak wszyscy hawiyrze, co
    byli w cechowni, zaczli wołać:
    - Liwa, liwa, liwa!

    A ci W. ni mógli sie potym obstoć przed hawiyrzami. Wiecznie im ty gyńsi
    przipóminali


    Opowiedzial Antoni Hilla z Darkowa.

    A jak czymu nierozumisz tak tu je słownik:

    www.isibrno.cz/~malczyk/slownik.htm

    --
    Pyrsk
    Ballest
  • zarchiwizowany
    04.08.03, 01:43
    czy napewno wszystkie sa na www.glywice.de.tf/ ?
  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 20.09.03, 16:42
    urodzenie zawdzięczał specjalnym zabiegom ojca, który zdesperowany brakiem
    skuteczności modłów, zwrócił się z prośba o potomka do mocy piekielnych.
    Urodzeniu zbójnika, które nastąpiło w piątek trzynastego towarzyszył potem
    straszliwy huk i kula ognista spadająca na janowickie fojtowstwo. Chłopak już
    od najmłodszych lat był wyjątkowo silny i odważny. W wieku trzech lat
    poturbował w pobliżu rodzinnego obejścia żyda -domokrążcę, że ten musiał
    salwować się ucieczką. Był też bardzo zdolny. Łatwo uczył się w szkołach w
    Przyborze, ale został z nich wypędzony, bo także tam poturbował jakiegoś
    kolegę - Izraelitę. Jeszcze wiele razy musiał potem z woli swoich piewców,
    antysemitów, gnębić wyznawców wyznania mojżeszowego. Dużo naopowiadano o
    olśniewającej urodzie Ondraszka, którą czarował liczne dziewczyny i panie na
    czele z hrabiną, Prażmową. To właśnie amory zaprowadziły go na zbójecką drogę.
    Według większości twórców jego legendy, został bowiem ciężko poturbowany przez
    siepaczy hrabiego, podjudzonego przez rozwścieczoną hrabinę, kiedy Ondraszek
    odrzucił jej propozycje miłosne. Z samym rozpoczęciem zbójnikowania wiąże się
    także wiele legend. Najbardziej rozpowszechniona jest opowieść o czarownicy
    Lucy, alias Hacie, która cudownymi ziołami wyleczyła Ondraszka z ran, zadanych
    mu przez ludzi hrabiego, a następnie



    wyposażyła w cudowną ciupagę, której posiadanie czyniło go nieśmiertelnym, w
    dwa pistolety, zabijające każdego, na kogo zostały skierowane oraz wiele
    innych pożytecznych dla zbójnika rzeczy. Między innymi otrzymał nadprzyrodzoną
    moc kładzenia pokotem wszystkich przeciwników jeśli tylko przewrócił dnem
    pierwszą lepszą szklankę. Wszystkie te dary piekielnej baby Lucy nie były
    bezinteresowne. W zamian musiał się Ondraszek zobowiązać, że nigdy nie będzie
    się modlił, żegnał, myślał o Bogu ani oczywiście chodził do kościoła.
    Ondraszek jednak przekpił piekielnicę. Zobowiązania dotrzymał - inaczej
    musiałby umrzeć - ale równocześnie zaczął czynić dobro, używając cudownego
    obszuka (ciupagi) i innych cudownych akcesoriów do czynienia dobra i karania
    zła. Brał bogatym, dawał biednym, karał ciemiężców, pomagał nieszczęśliwym,
    zaskarbiając sobie większość ludu. Choć sam nie śmiał się modlić, to modliły
    się za niego tysiące biedaków ku ogromnemu niezadowoleniu czarownicy spod
    Lysej Góry (tej beskidzkiej Lysej Góry, na której późniejszy zbójnik bacował).
    Owo przypisanie zbójnikowi nadprzyrodzonych mocy wynikało po części z
    przekonania, że normalny człowiek nic nie wskóra w walce z feudalną
    zwierzchnością , a po części z niewątpliwych osiągnięć Ondraszka. Nalezalo do
    nich skupienie na dlugi okres licznej, kilkudziesieciosobowej drużyny, z która
    udało mu się nawet zdobyć warowny zamek w Lanckoronie. Niewątpliwym
    osiągnięciem Ondraszka był także długi okres jego zbójnikowania. Co najmniej 5
    lat. Rozpoczął przed sierpniem 1709 roku i "zabijał" aż do śmierci 1 kwietnia
    1715. Inni sławni zbójnicy - Janosik, Klimczokowie - "wojowali" nie dłużej niż
    rok. Wróćmy jednak do Ondraszka. Także jego śmierć weszła do legendy jako po
    części wydarzenie nadprzyrodzone, ale panuje na ten temat całkowita zgodność
    wszystkich biografów Ondraszka. Zbójnik uszczęśliwiony z powrotu do zdrowia
    niejakiego Reznicka z Starzycza, którego był niechcący postrzelił podczas
    polowania, zaprosił przyjaciół na gościnę do gospody. Tam został podczas
    zabawy podstepnie zabity swoim cudownym obuszkiem przez Juraszka, który
    złakomił się na nagrodę rozpisaną na glowę Ondraszka przez Cesarza. Żeby
    zakończyć rzecz pogodniej, przytoczę jedną z zabawnych przygód naszego
    rozbójnika: Ondraszek przechadzając się po cieszyńskim rynku, zauważył jak
    jakaś zła przekupka ruga biednego staruszka, który ośmielił się poprosić ją o
    jedno nadtłuczone jajko. Podszedł do straganu, zakupił od przekupki 3 jajka i
    rozbił je do garnka staruszka, wpuszczając niepostrzeżenie z zawartością
    każdego jajka na dno naczynia złotą monetę. Potem zaintrygowany co to dzwoni w
    tym garnku stwierdził, że w każdym jajku był złoty dukat i gwałtownie zażądał
    odsprzedania wszystkich jajek. Kobieta energicznie odmówiła i zaczęła sama
    rozbijać swój towar. Wkrótce otoczył ją tłum gapiów, przyglądających się z
    jaką narastającą furią przekupka niszczy ogromne kosze jajek, przemieniając
    stragan w bajoro lepkiej mazi.

    Fragmenty tekstu Jana Rusnoka "Ondraszek i inni zbojnicy" Kalendarz Beskidzki
    1980.

  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 24.09.03, 16:20
  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.03, 11:47
    "Legendy miejscowości

    Z każdą miejscowością wiążą się liczne legendy i opowiadania
    które są częścią historii danej miejscowości. Historia Wieszowy
    również ubarwiona jest licznymi legendami które są mniej lub
    bardziej prawdziwe. Zawsze jednak świadczą o kulturze i przeszłości
    danej miejscowości. Na stronie znajdują się tylko nieliczne legendy które
    zaczerpnąłem z książki "Zarys dziejów Wieszowy" pana Zygmunta Pierszalik.

    Źródło św Sarkandra.(SarkanderQuelle)
    Historia tego źródła ma swój rodowód na początku XVII w. i jest
    związana z jego leczniczymi a nawet cudotwórczymi własnościami. Jak wieść
    gminna podaje, w latach głodu w czasie szerzącej się epidemii tyfusu głodowego
    w 1847 roku, ludzie którzy modlili się przy krzyżu stojącym obok źródła
    zostali uratowani, przeżyli. Źródło to było czczone przez długie dziesiątki
    lat, obecnie prawie zapomniane. Znajduje się w wieszowskim lesie, około 100 m
    od drogi wiodącej do Tarnowskich Gór, po jej lewej stronie.
    Nazwa tego źródła pochodzi od mnicha Sarkandra o imieniu Johann.
    Urodził się on w Skoczowie koło Cieszyna 20.XII 1576 roku, a zmarł tragicznie
    17.III.1620 r. Wykształcenie zdobywał u jezuitów w Ołomuńcu, a następnie w
    Pradze. W 1603 r. ukończył wydział filozofii oraz otrzymał święcenia
    kapłańskie. W kilka lat później odbył pielgrzymkę do Częstochowy.
    Trasa jego wędrówki wiodła między innymi przez las we wschodniej
    części Wieszowy. Miał już za sobą bardzo długą drogę i był bardzo wyczerpany.
    Chcąc ugasić pragnienie szukał po lesie wody. Bezskutecznie. Nigdzie jej nie
    znalazł. Zrezygnowany, wyczerpany do ostateczności pogodził się z myślą ,że
    nadszedł kres jego wędrówki. Konając z pragnienia i wyczerpania położył się na
    trawie twarzą ku niebu. Modlił się, czekając na wolę Nieba. Nagle usłyszał
    koło siebie szum wody. Resztkami sił odwrócił się w tę stronę. Oszołomiony
    zobaczył, że koło niego wytrysnęło źródło. Źródło czystej świętej wody. Gdy
    się napił wróciły mu siły i wkrótce poszedł dalej ze swoją misją.

    Nim jednak odszedł, to życiodajne źródło poświęcił i poinformował o
    nim najbliższych napotkanych ludzi. Ludzie chętnie korzystali z tego źródła,
    zwłaszcza idący do pracy do okolicznych kopalń galmanu. Wkrótce zauważono, że
    woda z tego źródła nie jest zwykłą wodą. Woda ta miała własności lecznicze. Ze
    wszystkich stron zaczęli tam przybywać chorzy. Zdarzały się przypadki
    uzdrowień. Pewna dziewczynka której powieki przetarto tę wodę odzyskała wzrok
    po kilku latach ślepoty.


    Ludzie czcili i odwiedzali to źródło nazywając je źródłem świętego
    Sarkandra. Rokrocznie przybywała tu z wieszowskiego kościoła pielgrzymka
    wiernych z proboszczem na czele. Zatrzymywała się tu też każda pielgrzymka
    idąca do Częstochowy. Postawiono tu ogromny drewniany krzyż, który z daleka
    wskazywał ludziom to miejsce, a samo źródło zostało obmurowane. Kiedyś były tu
    jeszcze ławki i stoliki.


    Historia tego miejsca ma swój znacznie wcześniejszy rodowód.
    Niektóre dane wskazuję na XIII, a niektóre na XVI wiek, a związane są z
    zakonem cystersów i zapadniętą wsią zwaną Jędrychówkę. W miejscu w którym
    wytrysnęło opisywane źródło, miała stać chrzcielnica Jędrychowskiego kościoła.
    Tylko niektórym w jego toni dane było zobaczyć jego wieżę i usłyszeć głos
    dzwonów. Ale to już inna historia.


    W ostatnich czasach znaczenie tego źródła znacznie zmalało. Ludzie
    mówili, że woda straciła swą moc. A miało się to stać od czasu jak żyd o
    nazwisku Goldstein napoił w tym źródle swojego chorego konia. Od tego czasu
    woda ta pomagała już tylko w rzadkich przypadkach. W okresie powojennym
    komunistyczny reżim spowodował, że o źródle zapomniano prawie całkowicie.
    Ustały pielgrzymki wieszowskiego kościoła, a nawet pielgrzymki zdążające do
    Częstochowy rzadko się tu zatrzymywały. Mówi się, co wielokrotnie już się
    sprawdziło, że "wiara czyni cuda". Może więc nie moc wody się zmniejszyła, a
    moc wiary w ludziach uległa osłabieniu ?.

    Dnia 28.05.1995r. po przeszło 50-letniej przerwie znów do źródła
    św. Sarkandra wyruszyła pielgrzymka wiernych z wieszowskiego kościoła.
    Szczególnego znaczenia tej pielgrzymce nadawał fakt beatyfikowania tydzień
    wcześniej w Skoczowie błogosławionego Johanna Sarkandra przez papieża Jana
    Pawła II. Pielgrzymka miała bardzo uroczysty charakter. Na czele maszerowały
    pierwszokomunijne dzieci. ministranci, orkiestra dęta. Rzeszę wiernych
    prowadził obecny ksiądz proboszcz Rudolf Halemba.
    Ustalono, że będzie zwyczajem pielgrzymowanie do źródła św. Sarkandra każdego
    roku w ostatnią niedzielę maja.




    Zamek zbójów

    Zwiedzając wieszowski PGR nietrudno zauważyć duży budynek
    którego kształty wyraźnie odróżniają go od pozostałych. Jest to budynek
    dyrekcji, przed wojną siedziba Dworu. Z czasów dawnej świetności pozostało
    niewiele. Wielki majątek na wskutek złego gospodarowania popada w ruinę.
    Budynek Dworu w opłakanym stanie, tonie w rozjeżdżonym błocie gnoju. Zbudowany
    został pod koniec XVII w. staraniem Grotowskich. Przebudowywany w czasach
    późniejszych zatracił swoje cechy stylowe. Frontem jest zwrócony na południe.
    Murowany z cegły, obtynkowany. Piętrowy o piwnicach sklepionych kolebkowo.
    Postawiony na planie wydłużonego prostokąta z czworobocznymi kamiennymi
    wieżami przy tylnych narożnikach. Na parterze od frontu, sień nakryta
    sklepieniem klasztornym z lunetami, w narożnikach podwójnymi. W
    pomieszczeniach sklepienia klasztorne z lunetami, kolebkowe z lunetami i
    kolebkowe.
    Fasada dziewięcioosiowa podzielona pilastrami i gzymsami.
    Wejście w latach 60-tych obecnego wieku było ujęte w portal kamienny zamknięty
    łukiem półkolistym, powyżej trójkątny przyczółek: drzwi klepkowe XIX w.
    Obecnie wejście to zostało zmienione. Pozostał tylko trójkątny przyczółek.
    Drzwi są nowe, prostokątne, boki gładko obtynkowane.
    Okna prostokątne z gzymsami, w skrajnych przęsłach na parterze
    parzyste zwieńczone gzymsem w formie kotary. Po bokach elewacji północnej
    niskie kamienne wieże z murami o grubości ok.1,5 m. Wieża północno-zachodnia
    jest dołem oszkarpowana. Dach dwuspadowy kryty papy, nowszy.
    Z piwnic były wejścia do podziemnych korytarzy. Dokąd miały
    prowadzi te tunele dokładnie nikt nie wie. Wykonane zostały prawdopodobnie na
    przełomie XVII i XVIII wieku. Służyć miały jako droga ucieczki w razie
    zagrożenia. Mówi się, że jeden z nich miał prowadzić aż do Starych Tarnowic.
    Ze względu na rzekome skarby w nich ukryte, próbowano je spenetrować. W obawie
    przed złymi mocami, namówiono pewnego razu do współuczestnictwa nawet księdza.
    Jak poprzednio tak i tym razem juk po paru krokach gasło im światło. Jeden z
    odważnych postanowił po omacku iść dalej. Po kilkunastu krokach w ciemności
    otrzymał jak później zeznał od kogoś po twarzy tak że mu dalsza ochota minęła.
    Obecnie trudno powiedzieć czy ktoś te tunele zwiedził. Wejście
    do nich było otwarte jeszcze długo po II Wojnie, ale ze względów
    bezpieczeństwa zostało zasypane. Cóż takiego miałyby kryć podziemia zamku. Co
    mówi legenda?
    Zamek ten kiedyś należał do rycerzy-zbójców, którzy napadali na
    przejeżdżających kupców. Jak każdy zamek miał swoje podziemne lochy z salą
    tortur włącznie. Ten który tam raz został wrzucony na ogół kończył tam życie
    chyba, że zdołał się wykupić. Ludzie miejscowi omijali ten zamek z daleka.
    Legenda głosi, że zbóje nagromadzili takie skarby, że do końca swego życia ich
    nie spożyli.
    Mówi się, że w podziemiach za żelaznymi drzwiami znajduje się
    komnata wypełniona kosztownościami. Jeśli komuś uda się tam dotrzeć, może
    nabrać tyle kosztowności ile tylko udźwignie. Zastrzeżeniem jednak jest, aby
    nie brać złotej kaczki z jej czterema złotymi jajami. Gdy ktoś ją weźmie, nie
    dane b
  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.03, 11:49
    Mówi się, że w podziemiach za żelaznymi drzwiami znajduje się komnata
    wypełniona kosztownościami. Jeśli komuś uda się tam dotrzeć, może nabrać tyle
    kosztowności ile tylko udźwignie. Zastrzeżeniem jednak jest, aby nie brać
    złotej kaczki z jej czterema złotymi jajami. Gdy ktoś ją weźmie, nie dane
    będzie mu wyjść z labiryntu korytarzy. Wątek tej legendy został zapewne oparty
    na legendzie dotyczącej zamku w Toszku.
    I nna legenda mówi, że w głębokiej piwnicy stoi na środku stół a
    przy nim siedzi czterech zbójów. Zbóje ci ubrani w myśliwskie stroje grają w
    karty popijając wino. Wino nabierają dużym kuflem każdy ze swojej beczułki,
    którą trzyma między nogami. To co było ich zbójecką rozrywką za życia, teraz
    stało się dla nich pokutą. Beczułki mimo ciągłego nabierania z nich wina stale
    są pełne.
    Inna wersja tej legendy mówi nie o czterech a o sześciu zbójach. A
    miejscem ich pokuty nie jest piwnica pod zamkiem a podziemna grota w jego
    pobliżu na zewnątrz. Tam wśród zrabowanych skarbów ciągle muszą grać w karty i
    pić wino z beczek w których nie widać dna.
    Świadectwem, że wieszowskim zamkiem władali kiedyś zbóje miała
    być przekazywana opowieść pewnego starego człowieka, który w czasach swej
    młodości miał z nimi do czynienia. Jako młody chłopak przechodził kiedyś przez
    Wieszowę. Nie wiedział o ponurej famie wieszowskiego zamku. Toteż nieświadom
    niebezpieczeństwa zbliżył się do niego zbyt bliska. Jeden ze zbójów pochwycił
    go i zawlókł do zamku. Pokazali mu narzędzia tortur i oznajmili, że jeżeli
    będzie wzbraniał się od wykonywania pracy którą mu zlecą, zostanie ścięty
    katowskim toporem. Musiał utrzymywać ogień w kominku, napełniać kielichy winem
    sprzątać ze stołu, przyrządzać jedzenie. Również pod karą śmierci nie wolno mu
    było spożywać ich wykwintnych potraw. Tak przeszła mu noc aż nastał świt.
    Zbóje stwierdzili, że wywiązał się z obowiązków więc pozwolili mu rano odejść.
    Zadowolony, odszedł tak szybko jak tylko mu nogi pozwoliły. Później po latach
    kiedy już zbójów nie było, wrócił. Chciał zobaczyć szkielety ludzi w lochach,
    salę tortur, miejsce gdzie usługiwał. Ale jak sam stwierdził, część tych
    podziemnych piwnic była juk zawalona."


  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 17.10.03, 10:07
  • zarchiwizowany
    Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 24.10.03, 07:05
  • zarchiwizowany
    24.05.04, 16:15
    ten wątek był już trzeci od końca - więc żeby go nie "wcięło"
  • zarchiwizowany
    24.05.04, 22:17
    Szwager - mógłbyś napisać (albo mnie skierować do gotowego) coś na temat
    pasujący do pozostałych tras ?
  • zarchiwizowany
    29.05.04, 15:25
    prawie we poczcie mosz cos w tym stylu - wczesniyj niy widziouech tego wpisu
przejdź do: 1-100 101-120
(101-120)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.