• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Legyndy Dodaj do ulubionych

  • IP: *.dip.t-dialin.net 10.09.01, 16:48
    No ja a mozno kozdy jedna szkryknie .

    A wojoki od swiyntyj Hedwig jeszcze spiom .

    Zarozki kole Glywic tam kaj sie jedzie na Labyndy je taki blank stary las .
    Tam , gynau tam w tym lesie spiom rycerze od swiyntyj slonskyj Jadwigi . Po
    bitwie na Legnickim Polu (Wahlstatt) 9IV1241 roku prziszli oni sam z colkoma
    furami i pacholkoma i sie legli coby se odpoczonc i tak juz spiom w blank
    glymbokim snie juz poraset lot . Jak sie tam do tego lasa na grziby
    wybierecie , nojlepiyj we pazdzierniku , to sie siednijcie i suchejcie , a
    napewno jeszcze uslyszycie jak dychajom bez syn . Ja to som one , te wojoki od
    swiyntyj Hedwig . Ino same tam niy usnijcie bo obudzic sie mozecie dopiyro jak
    one stanom . Ouma mi godala ze jak sie Slonsk juzas bydzie musiol od
    bezboznikow uwolnic to sie snojdzie taki jedyn Pieron coby ich juzas obudzic .
    Jak oni stanom coby wrogow ze Slonska wyciepnonc to sie przekono niyjedyn
    bezboznik ze to niy ma ino legynda . Roz juz bolo slychac jak sie te wojoki
    zaczli budzic , bolo slychac twarde chopow sztimy , szczyrkanie szablow i
    piykne swiyconce zbroje szlo uwidziec . Ale tyn co ich chciol obudzic zapomniol
    jednego , ze do nich cza ino po Slonsku godac . Niy wiezycie to sie same
    przekonejcie . A swiynto Jadwiga pilnuje nos cobymy niy zapomnieli o Slonsku o
    niyj(co no dala) i o od niyj wojokach . Do niyj ludzie zykajom jeszcze dzisio .
    A Wy jak czynsto zescie do niy zykali ?

    Pyrsk !
    • 10.09.01, 18:09
      Nieborowicki dzwon

      "Gdy w czasie trzydziestoletniej wojny Szwedzi oblegali miasto Gliwice, wtedy
      przechodząc przez Nieborowice, splądrowali całą wieś, rozgromili ludność i
      domostwa ich spalili. W czasie pożaru Nieborowic, spłonął również tamtejszy
      kościółek. Z płonącej wieży oderwał się dzwon kościelny a spadając na dół
      utkwił głęboko w ziemi. Rumowiska pozostałe po pożarze pokryły miejsce, gdzie
      stał kościół, a co do dzwonu ludzie byli zdania, że się stopił w ogniu. Po
      pewnym czasie zupełnie zapomniano o miejscu, gdzie stał nieborowicki kościół." -
      dowiadujemy się z kroniki przetłumaczonej na język polski przez ks. Ernesta
      Kieslinga.

      Legenda głosi dalej, że po latach, córka ubogiego chłopa pasąc świnie wpadła do
      dziury, którą wygrzebały zwierzęta. Kopiąc rękoma dalej natrafiła na spory
      kawał metalu. Gdy wróciła do domu opowiedziała wszystko rodzicom i wtedy chłop
      przypomniał sobie jak dziadek wspominał, że w tamtym miejscu stał przed laty
      nieborowicki kościół. Nazajutrz z dziury wydobyto dzwon, a ponieważ mieszkańcy
      Nieborowic byli ubodzy, nie myśleli o budowie własnego kościoła, więc dzwon
      postanowili wywieźć do Gliwic. Zaprzęgli 6 koni, załadowali dzwon, ale konie
      nie chciały ruszyć z miejsca. Dopatrując się w tym widocznie jakiegoś znaku
      zmienili plan i chcieli przekazać dzwon wiosce Schönwald (dzisiejszy Bojków).
      Sytuacja się jednak powtórzyła. Konie co prawda ruszyły, ale utknęły w
      mokradłach. Za radą pewnej ubogiej kobiety dzwon miano w końcu przekazać
      oddalonej o 2 km Żernicy, gdzie akurat wybudowano nowy kościół. Podobno wówczas
      wóz bez problemu uciągnęły dwa osły.

      • 13.09.01, 10:08
        O CUDOWNYM DZWONIE FRYSZTACKIM

        Ognis Frysztat nie znajdowal sie w tym samym miejscu co dzis. Lezal nad Olza o
        jakie dwa kilometry na zachód od dzisiejszego miasta gdzie obecnie znajduje sie
        Stare
        Miasto. Juz sama ta nazwa swiadczy o tym, iz musialo tam byc kiedys stare
        miasto stary Frysztat
        Stary Frysztat miał domy drewniane. Jego mieszkańcy trudnili się rolnictwem i
        pasterstwem, Olza dawała im ryb pod dostatkiem, nic więc dawnym frysztaczanom
        nie brakowało do szczęścia. Pracować pracowali chętnie. Pola naokoło miasta
        obsiewali zbożami - (ziemiaków wtedy jeszcze nie znano) - gdzie tylko człowiek
        spojrzał rosło żyto, pszenica, jęczmień i owies. W starym Frysztacie ludzie
        nigdy nie znali głodu, chleba mieli dosyć. Jeszcze corocznie do Frysztatu
        przyjeżdżali kupcy i zakupywali przebytkowe zboże. Inni znowu kupcy ze starego
        Frysztatu pędzili całe stada bydła. Najwięcej krów i świń.
        Bogaci frysztaczanie rozbudowywali swe miasto. Mieli za co. Wznieśli nawet
        przestronny kościół. Kościoł był tak piękny, że daleko w okolicy nie było
        pigkniejszego. Fryszta z dalekiego swiata zprowadzili dzwon do swego
        modrzewiowego kościoła. Kosztował ogromne pleniądze, bo ludwisarz, mistrz co go
        odlewał, poprzysiągł, że jest to dzwon cudowny, że takiego nigdzie jeszcze na
        świecie nie mają.
        Cudowny dzwon codziennie rano, w południe i wieczorem dzwonił na całą okolicę.
        Rano budził ludzi, w południe wolał ich do obiadu, a wieczorem przypominał
        wszystkim, że już trzeba isc na spoczynek. A kiedy cudowny dzwon grał, ludzie
        przystawali na polu, na drodze, obok domów, usmiechali się i słuchali. Tak
        głośno i tak pięknie grał, jak żaden inny dzwon na świecie. Głos cudownego
        dzwonu tak jakoś dziwnie wzruszał każdego, że ani opowiedzieć tego nie można.
        Jeżeli dwaj gniewający się na siebie usłyszeli jego głos, to w tej samej chwili
        godzili się i o złosci zapominali na zawsze. Zdarzało się ponoć, że zbóje o
        twardych sercach kupca napadli, zabić o chcieli i obrabować ze wszystkiego. Już
        ktoś z nich wyciągał rękę żeby nożem cios śmiertelny zadać, gdy wtem głos
        cudownego dzwonu rozbiegł się po świecie. Zbój cofnął rękę. Pchnąć nie
        potrafił. Taką jakąś dziwną siłę dzwon frtacki posiadał, że złość w dobroć,
        smutek w radość obracał a twarde serca miękczył i wzruszał. Kupiec pojechał do
        domu spokojnie.
        Nie wiadomo, jak długo tak dzwonił cudowny dzwon w wieży modrzewiowego koscloła
        w starym Frysztacie. Przeminęły długie, dlugie lata, aż raz stało się coś
        strasznego. Pewnej nocy na miasto spadło nieszczęście. Pożar.
        - Gore! Gore! ! ! -

        Najpierw płonął jeden dom, ale że wiatr wiał tej nocy , więc wkrótce paliło się
        całe miasto. Wiatr rozniosł płomienie po całym Frysztacie. Ogień zaskoczył
        ludzi podczas snu. Niczego nie było można uratowac. Jeszcze całe szczęście, że
        gospodarze bydło zdołali wyprowadzic z płonących zabudowań w bezpieczne
        miejsce. Przynajmniej starzy ludzie coś uratowali ze swe o mienia. A wtedy
        ponoć - tak mowiono - cudowny dzwon grał na alarm. Grał tak jakoś strasznie
        smutno. Sam dzwonił, bo dzwonnik ratował z pożaru, co się dało. Cudowne
        dzwonienie leciało w ciemną noc, dzwon płakał nad nieszczęściem, jakie
        nawiedziło Frysztat, stare, bogate miasto na prawym brzegu Olzy. Dopiero nad
        samym ranem dzwon cudowny zamilkł, bo przepalone belki w wieży modrzewiowego
        kościoła nie utrzymały rozhuśtaaego spiżu. Jęknął ostatni raz, a potem nie
        odezwał się już więcej. Ze starego Frysztatu pozostały tylko dymiące zgliszcza
        i ogromna kupa szarego popiolu. Ludzie nie mieli dachu nad głową. Pożar
        wszystko strawił. Pogorzelcy rozpaczali:
        - Co robić ?
        Potem wszyscy wygrzebali z popiołu piły i cieślice, nabili je na nowe
        toporzyska i chwycili się pracy. Frysztaczanie poweseleli. Jeszcze mómy
        szczgści - mówili - że jest wiosna, stodoły były puste, zboże dziepro rośnie,
        szkody sóm małe. A do zimy zbudujymy sobie nowe miasto, pod szczyrym niebym
        zimować nie bydymy.
        Zaraz po pożarze, w miejscu, gdzie stał kościół, szukali dzwonu. Łopatami
        rozrzucali popiół, motykami rozkopywali na boki, rękami w nim grzebali, ale
        dzwonu jak nie było, tak nie było. Gdzieś się zapodział. Ktoś rzekł, że spiż
        stopił się w ogniu i dzwonu już nie ma. Wszyscy uznali, że tak rzeczywiście
        musiało się stać, i poszli do innej pracy.
        W okolicznych lasach od rana do nocy wrzała praca. Codziennie stukały cieślice,
        piły jednostajnie rzępoliły, na ziemię waliły sig pokotem stuletnie olbrzymy
        leśne. Lasy podobne były do ogromnucnych pokosów. Ociosane pnie odwożono wozami
        na miejsce budowy.
        Nowe miasto nie powstawało na pogorzelisku. Przed rozpoczęciem uradzili
        frysztaczanie, że wiele czasu musieliby stracić na uprzątnięcie zgliszcz.
        Lepiej od razu wyszukać nowe miejsce pod przyszłe osiedle i chwycić się pracy,
        żeby zdążyć przed zimą. I tak zrobili. A na zgliszczach po czasie urośnie
        pastwisko dla bydła, świń i koni. Jakie trzy tysiące kroków od spalonego miasta
        wznosił się niewysoki pagórek. Na nim frysztaczanie postanowili zbudować nowe
        miasto, nowy Frysztat. Od wiosny aż do zimy trwała praca. Z odległych stron
        przybyli mistrzowie ciesielscy i budowali. Na pagórku powstawały domy miesz-
        kalne i zabudowania gospodarcze. Zbudowano również kościół, jeszcze piękniejszy
        i przestronniejszy od tamtego poprzedniego. Tylko smutno było frysztaczanom, że
        w swym nowym kościele nie mają cudownego dzwonu.
        Zgliszcza starego miasta z biegiem czasu zarosły bujną i soczystą trawą.
        Pasterze wypędzali tam bydło, bo smaczniejszej trawy nigdzie indziej w okolicy
        nie było.
        Pewnego razu na pastwisku stało się coś dziwnego. Kiedy cała gromada świń
        ryjami niurała w ziemi, naraz jeden wieprz natknął ryjem na błyszczący
        przedmiot. Niurał, niurał, podrywał ziemię i odrzucał, ale twardy przedmiot tak
        mocno tkwił w uwięzi, że ani rusz nim poruszyć. W południe, kiedy pasterze
        mieli już gnać bydło do domów, jeden z wyrostków zobaczył ów dziwny przedmiot w
        dziurze wyrytej przez wieprza. Przyklęknął na ziemi i lepiej mu się
        przypatrzył.
        - Hej, kamraci, dzwon cudowny tu jest! -

        zawołał tak głośno, że zaraz zbiegła się ku niemu cała banda pastuchów.
        Pasterze z niedowierzaniem obmacywali spiżowy przedmiot, który częściowo
        wystawał z rozrytej ziemi. Było to ucho dzwonu.
        - Spróbujmy kopać! - zaproponował któryś.
        - Spróbujmy! - odpowiedzieli wszyscy.
        - Ale czym ? - odezwał się jakiś niezdecydowany głos.
        Próbowali gołymi rękami. Ale ziemia była twarda. Potem grubszymi końcami
        biczysk dłubali glinę, ale i tak niewiele zrobili. Trzeba było łopat, motyk i
        żelaznych drągów. Trzeba było dużo mocnych rąk, dużo siły.
        Pasterze rozpowiedzieli w mieście o znalezisku. Uradowali się frysztaczanie, że
        cudowny dzwon znowu zawiśnie w wieży nowego kościoła.
        Po południu, kto żywnie tylko miał trochę czasu, szedł z motyką, rydlem lub
        żelaznym drągiem, gdzie dzwon cudowny tkwił w twardej ziemi. Ktoś wóz zabrał i
        cztery pary koni. Nie dziwota, dzwon był wielki i ciężki! Ludzie kopali i
        kopali. Pot spływał z czoła każdemu, ale wszyscy pracowali chgtnie i z
        radością. Już zmrok nastał, kiedy frysztaczanie z trudem dzwon załadowali na
        wóz. I wio! do miasta.
        Kiedy wracali uradowani, księżyc już świecił i błyszcząły gwiazdy. W inne dni o
        takim czasie ludzie dawno już spali po domach. Ale dziś nikt o spaniu nie
        myślał. Cudowny dzwon przecież odzy- skali!. Znowu zawiśnie w wieży i swą.
        dziwną, cudowną siłą, złość w dobroć, smutek w radość będzie obracał, a twarde
        serca miękczył będzie i wzruszał. Tak jak to już kiedyś czynił, nim się stare
        miasto spaliło i nim zarył się głęboko w ziemię. Nazajutrz obok wieży kościoła
        zbudowano rusztowanie, powroźnik miejski skręcił z konopi powrozisko grube jak
        łydka dorosłego czło- wieka, sprowadzono ku kościołu kilkanaście koni. Dzwon
        wyciągnięto na wieżę.
        A w następnym dniu cudowny dzwon już grał. Ludzie ponoć sły- szeli w tym graniu
        wyraź
        • Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 13.09.01, 18:07
          brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga
          • 13.09.01, 19:49
            Gość portalu: mesco napisał(a):

            > brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga

            mesco, jak znosz takom legynde to niy mondruj iny jom sam wciepnij!
            Abo jom dziypiyro musisz wymys´lec´???
            • Gość: Mirek IP: *.*.*.* 14.09.01, 03:22
              Bardzo fajne! I wszystko rozumniem!!
              • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:35
                Gość portalu: mesco napisał(a):

                > brakuje tu opowiesci o zniszczeniu Slaska po przyjsciu holoty zza Buga

                mesco, sam mosz ta legynde o keros prosil:




                Ewald Stefan Pollok -
                Legendy, manipulacje, klamstwa
                prof. F.A.Marka
                w Tragedii Gornoslaskiej
                a prawda o Slasku i powojennej
                dyskryminacji jego mieszkanców.
                © Copyrright by Ewald S. Pollok Tel. 014830598
                Po podaniu zródla, przedruk fragmentów dozwolony
                ISBN 83-907364-1-1
                Wydanie I
                Wydawca "Wydawnictwo Zyrowa" Poreba Kup. 59 36-146 Przeborz
                Druck: Druckarnia Technet, Kraków, ul. Wielicka 28
                Drogi Czytelniku!
                Cieszylbym sie, gdyby ta ksiazka byla czyms, na co wiekszosc Slazaków i nie
                tylko Slazaków czekalo - prawda, prawda o której przez lata nie mozna bylo
                mówic. Ksiazke te napisalem z potrzeby serca, jako Slazak kochajacy swoja mala
                ojczyzne i jako taki, chcialbym o tym Slasku jak najwiecej czytac. Chcialbym
                czytac prawde choc nieraz i nieprzyjemna - a nie wymyslone "prawdy". Ale o
                calym Slasku, nie tylko o tej czesci "myslacej po polsku". Mamy jeszcze
                Slazaków myslacych tylko po slasku, ale równiez takich, którzy mysla po czesku
                i po niemiecku. Tak zawsze bylo. Wszyscy mieszkaja na jednym Slasku, który jest
                dla nich ta mala, bliska sercu ojczyzna.
                Zbieram materialy do nastepnej ksiazki. Bede sie cieszyc z kazdej informacji,
                która ewentualnie wykorzystam w nastepnej ksiazce. Interesuje mnie wszystko co
                zdarzylo sie przed, w czasie i po wojnie na Slasku, o czym nalezaloby napisac,
                co nalezaloby pokazac.
                Informacje te mozna przekazac na adres: Ewald Stefan Pollok
                Zyrowa 47-326 Jasiona sierpien 1998 r.





                Spis tresci

                TRAGEDIA GÓRNOSLASKA 5
                PLEBISCYT 10
                GÓRA SWIETEJ ANNY 18
                POWSTANIA SLASKIE 35
                NAZWISKA 52
                TEXAS 62
                POMNIK CZYNU POWSTANCZEGO 65
                POLAK? SLAZAK? NIEMIEC? 70
                HISTORIA SLASKA 94
                WERYFIKACJA 107
                MNIEJSZOSC NIEMIECKA 128
                CYTATY 132
                WYJASNIENIA 134
                ZAKONCZENIE 159

                WERYFIKACJA
                Wojna jeszcze trwala, a juz strona polska zaczela dzielic Slazaków na tych
                prawdziwych i tych niepotrzebnych - do odrzucenia. A p. Marek próbuje wmawiac,
                ze to p. Król (Kroll) i p. Urban dziela Slazaków na dwie obce sobie grupy. To
                zrobil juz Aleksander Zawadzki swoim zarzadzeniem z 29 stycznia 1945 roku w
                sprawie "likwidacji wszelkich sladów okupacji niemieckiej i dla
                zamanifestowania polskosci Slaska". Slazacy ci mieszkajacy, aby móc pozostac na
                swojej ojcowiznie musieli sie zadekowac, a jednoczesnie zadeklarowac.
                Wkraczajaca na Slask Armia Radziecka, traktowala mieszkanców Slaska Opolskiego
                jako Niemców i wobec tego miala prawo grabic, gwalcic itd. Rosjanie
                skoszarowali mezczyzn w wieku 16-60 lat - nie patrzac na przynaleznosc
                narodowa - w kilkunastu obozach, a wiekszosc skoszarowanych wywieziono na teren
                ówczesnego ZSRR, gdzie pracowali o glodzie, w nieludzkich warunkach, w
                kopalniach, hutach oraz przy odbudowie kraju.
                W lutym 1945 roku rozpoczely sie przygotowania do przejecia Slaska Opolskiego.
                Wladza radziecka przekazala w marcu 1945 roku prawobrzezna czesc ziemi lezacej
                nad Odra, a w maju lewobrzezna.
                Na wiecu, jaki odbyl sie 18 marca 1945 roku w Katowicach, rodowity Opolanin
                Antoni Klaka powiedzial: "Nasze Matki Polki, beda nareszcie rodzily zolnierzy
                dla Polski" (!!??).
                Na specjalnej odprawie w dniu 20 marca 1945 roku wojewoda A. Zawadzki przekazal
                starostom i prezydentom ustalenia dotyczace weryfikacji, a 22 marca 1945 roku
                oglosil zarzadzenie dotyczace wydawania tymczasowych zaswiadczen tozsamosci dla
                Polaków Slaska Opolskiego. WOJNA JESZCZE TRWALA. Nie rozstrzygnieta byla
                jeszcze sprawa polskiej granicy zachodniej. Na konferencji w Jalcie (luty 1945
                roku) powiedziano: "we wlasciwym czasie trzeba bedzie zasiegnac opinii nowego
                polskiego Rzadu Tymczasowego Jednosci Narodowej, co do wielkosci przyrostu
                terytorialnego na pólnocy i zachodzie". Wladze polskie zastosowaly polityke
                faktów dokonanych.
                21 marca 1945 roku gen. A. Zawadzki zostaje oficjalnie powolany na stanowisko
                Pelnomocnika Rzadu Tymczasowego na Slask Opolski.
                W dniu 18 czerwca 1945 roku zostalo ogloszone zarzadzenie A. Zawadzkiego, w
                którym polecal tworzyc dzielnice, gdzie tymczasowo zakwaterowana zostanie
                ludnosc niemiecka. Zabronil przewozenia koleja Niemców, chyba ze "jada na
                zachód".
                Po tym zarzadzeniu, niektóre lokalne wladze nakazywaly Niemcom noszenie
                widocznych oznak - we Wroclawiu bialych opasek, w Kluczborku Niemcy nosili na
                plecach czerwona litere N, w grodkowskim biale opaski, tak samo noszono opaski
                w Glogówku i Zabrzu.
                Od czerwca 1945 roku wladze polskie wysiedlaly Niemców, mimo ze nie bylo do
                tego zadnej podstawy prawnej - konferencja w Poczdamie zakonczyla sie dopiero 2
                sierpnia 1945 roku i dopiero wówczas wiadomym bylo, jak przebiegac beda granice
                Polski z Niemcami. Te akcje, trwajace 2-3 tygodnie, przebiegaly szczególnie
                brutalnie. Czeste byly napady szabrowników i pobicia ze strony milicji. Znane
                sa wypadki, gdy Niemców wysiedlano poza miasto, gdzie pozostawiano ich wlasnemu
                losowi, rekwirujac w tym czasie ich mieszkania i dobytek.
                "Wielu ludzi umieralo z glodu i wyczerpania. Reszte dopelnily choroby i
                epidemie dziesiatkujace wysiedlanych, wegetujacych w prymitywnych warunkach.
                Dopiero na interwencje wladz rosyjskich, które bynajmniej nie kierowaly sie
                wzgledami humanitarnymi, przerwana zostala faza «dzikich wysiedlen». Stalin
                obawial sie prawdopodobnie negatywnych reakcji aliantów zachodnich na wiesc o
                tych poczynaniach".1 [1. M. Podlasek, Wypedzenie Niemców, Wyd. Polsko-
                Niemieckie, Warszawa 1995, str. 141.]
                Mieszkaniec Czarnowas mówi tak o tamtych czasach: "Coraz straszliwiej szaleje
                milicja. Jezeli do tej pory pladrowali tylko Rosjanie, teraz robia to jeszcze
                Polacy. Nic nie jest bezpieczne przed nowa milicja. Tylko tyle, ze nie gwalca
                dziewczat. Milicja przejela role gestapo albo NKWD i grabi ludnosc..."
                A zamieszkujacy Szklarska Porebe wspomina: "Najbardziej boimy sie marszy ku
                pamieci Adolfa Hitlera, organizowanych po to, bysmy mieli czas zastanowic sie,
                dlaczego wybralismy Hitlera. Z domów wypedzaja cale wsie, a wiec przewaznie
                kobiety i dzieci - które przeciez Hitlera naprawde nie wybieraly - starych i
                chorych i prowadza ich potem przez okolo trzy tygodnie po okolicy. Z przodu
                Polacy na koniach, z tylu Polacy na koniach. Te pochody przypominaja przemarsz
                wiezniów obozu koncentracyjnego w zimie 1945 roku". 1 [1 M. Podlasek,
                Wypedzenie..., str. 133.]
                Inny swiadek z Górnego Slaska opowiada, co dzialo sie w czasie przesluchan
                zamknietych, czesto bez powodu Niemców: "Gdy otwieraly sie drzwi celi, trzeba
                bylo w wyprezonej postawie meldowac: «Cela nr 117 obsadzona niemieckimi
                swiniami». Znowu bicie, bo zdaniem zaledwie dwudziestoletniego straznika,
                meldunek nie byl wystarczajaco dokladny".
                "Innym nowym wynalazkiem byl pokój przesluchan. Urzadzono go w dawnej pralni.
                Jej obecne wyposazenie skladalo sie ze stolu, kilku krzesel i pnia do rabania
                drewna. Wielu nowych wiezniów, obojetnie czy mezczyzna, czy kobieta albo
                dziewczyna, musialo sie calkowicie rozbierac i w tym stanie ich przesluchiwano.
                Najciemniejsze sredniowiecze nie bylo tak okrutne i wynalazcze w meczeniu ludzi
                jak Polacy, na których pastwe bylismy wydani"? 2 [ 2. M. Podlasek, j.w., str.
                141]
                Swiadek z Kamienca Zabkowickiego powiedzial: "Wielu cierpi jeszcze dzis wskutek
                odniesionych tortur. Nieszczesne ofiary calkowicie rozbierano i przywiazywano
                za nogi do deski. Potem bito ich tak dlugo ciezkimi pejczami, dopóki nie lezeli
                juz bez przytomnosci we wlasnej krwi. Straszliwie rozbrzmiewaly noca po ulicach
                ich krzyki, chociaz nastawione na najwyzsza glosnosc radia mialy te krzyki
                zagluszyc. Te potwory nie wahaly sie nawet bic ofiary tak dlugo, dopóki nie
                wyzionela ducha". 3 [3. M. Podlasek, i.w., str. 142]
                Procedura wysiedlenia, która z zalozenia nie mogla byc humanitarna, kiedy jedni
                zostali ogr
                • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:44
                  ciag dalszy:

                  Procedura wysiedlenia, która z zalozenia nie mogla byc humanitarna, kiedy jedni
                  zostali ograbieni ze wszystkiego i wysiedleni, a drudzy, nalezacy do wladz
                  wysiedlajacych, bogacili sie na tym, zapewniali sobie egzystencje. "Sam akt
                  wysiedlenia - pozbawienie ludzi sila ich domostw, wyrzucenie z kraju, z którym
                  czuli sie zwiazani wiezami rodzinnymi, emocjonalnymi, historycznymi, jest aktem
                  brutalnym, który u poszkodowanych musi rodzic poczucie krzywdy. Gdy towarzysza
                  mu jeszcze szykany ze strony wysiedlajacych, jest on szczególnie bolesny". 4
                  [4. M. Podlasek, i.w., str. 152]
                  Te szykany doprowadzily równiez do tego, ze przy weryfikacji, niektórzy
                  szybciej siegali po pióro, by podpisac swoja polska przynaleznosc, aby tylko
                  nie wpasc w rece nieodpowiedzialnych ludzi.
                  Wysiedlani Niemcy musieli dla pozorów legalnosci, podpisywac oswiadczenie o
                  dobrowolnosci wyjazdów i zrzec sie wszelakiej wlasnosci na rzecz panstwa
                  polskiego. Mimo to, w czasie kontroli bagazy, które mogly wazyc od 10 do 20 kg,
                  w zaleznosci od tego, z jakiej miejscowosci byli wysiedlani, zabierano im
                  ostatnie wartosciowe rzeczy. 2 lipca 1945 roku A. Zawadzki wydal kolejne
                  zarzadzenie, w którym zakazal ludnosci niemieckiej zamieszkiwania na terenie
                  przedwojennego województwa Slaskiego, to samo dotyczylo Dolnego Slaska.
                  Opolszczyzna uniknela tego, gdyz tu musiala byc najpierw przeprowadzona
                  weryfikacja ludnosci. Zawadzki powiedzial wówczas "nie chcemy ani jednego
                  Niemca na naszych ziemiach, ale ani jednej duszy polskiej nie oddamy Niemcom".
                  Weryfikacja rozpoczela sie juz w marcu 1945 roku, trzeba bylo wypelnic prosty
                  formularz z danymi osobistymi i podpisac zdanie: "Jestem narodowosci polskiej i
                  prosze o wydanie mi zaswiadczenia o przynaleznosci do tej narodowosci". W
                  sierpniu 1945 r. wprowadzono nowy formularz, rozszerzony, w jego punkcie 14
                  wyjasniono, iz dla uzasadnienia wniosku mozna "powolac sie na uzywanie jezyka
                  polskiego w domu, w modlitwie, umiejetnosc czytania, pisania po polsku,
                  uczeszczanie na kursy wzglednie do szkól polskich, branie udzialu w wycieczkach
                  do Polski, posiadanie dokumentów, modlitewnika lub kalendarza polskiego.
                  "Jezyk równiez okazywal sie kryterium nieadekwatnym do rzeczywistosci. Z jednej
                  strony, bezsprzecznie polska z pochodzenia ludnosc, przewaznie w mlodszym
                  pokoleniu, nie mówila po polsku, albo mówila bardzo slabo, a z drugiej strony,
                  wlasnie niemieccy osadnicy, w pelni swiadomi swej narodowosci, wladali dobrze
                  obu jezykami".1 [ 1. J. Misztal, Weryfikacja narodowosciowa na Slasku Opolskim
                  1945-1950, Inst. Slaski, Opole 1984, str. 41.]
                  Co robili Slazacy? Uczyli swoje dzieci modlitwy polskiej. Rodzice lub
                  dziadkowie nie musieli umiec, ale jezeli dziecko umialo, to znaczy nauczylo sie
                  w domu, a jezeli w domu, to znowu znaczy, ze dom byl polski. Klamstwo od samego
                  poczatku. Jak swiat swiatem, ludzie zawsze próbowali sie ustawic, w tym
                  przypadku chodzilo o pozostanie na ojcowiznie. Nalezy pamietac, ze Slazacy nie
                  wywolali wojny, oni nie chcieli na nia isc, ani ci polscy ani niemieccy,
                  zmuszono ich do tego. Jezeli ktos powie, ze byli tacy, którzy chcieli wojny,
                  tez mu przyznam racje. Wsród spoleczenstwa zawsze znajda sie jednostki za, ale
                  nie mozna tego wszystkim zarzucac. Wyciaganie generalnych wniosków jest
                  krzywdzace.
                  Slazacy polscy takze musieli isc na wojne, na ten sam front niemiecki. Nie
                  pytano ich o zdanie. Slazak opcji niemieckiej czy tez polskiej, strzelal do
                  Polaka czy Rosjanina. Schizofrenia!? Ale takie sa fakty i tego nie da sie
                  odwrócic. Nie nalezy nagle mówic, "my Slazacy polscy jestesmy lepsi" (Tak samo
                  Niemcy z NRD, wedlug ich historycznych ksiazek, byli lepsi, nigdy nie brali
                  udzialu w wojnie, nie bylo tam faszystów). Prawda byla taka - obie grupy
                  musialy isc na wojne, inaczej kulka w leb. I teraz kiedy wojna zostala
                  zakonczona, zmuszano Slazaków opcji niemieckiej do opuszczenia swego miejsca
                  zamieszkania. Za jakie grzechy? Najpierw Hitler byl przeciw Slazakom polskim,
                  teraz "wolna" Polska uwaza Slazaków niemieckich za swoich wrogów. By móc
                  pozostac, uciekano sie do róznego rodzaju sztuczek.
                  "To wlasnie Polacy wprowadzili na Slasku Opolskim volksliste. O ile hitlerowska
                  dopuszczala wybór przynaleznosci narodowej i uwzgledniala kategorie posrednie
                  (czy grupy narodowosciowe), to przyjeta przez wladze polskie, opierala sie na
                  zasadzie klasyfikacji odgórnej, przymusowej i alternatywnej - wybieraj: jestes
                  albo Polakiem, albo Niemcem.
                  Chlop slaski, którego wypedzono z gospodarstwa, bo okazal sie zbyt hardy wobec
                  komisji weryfikacyjnej, albo po prostu dlatego, ze komus spodobala sie jego
                  chalupa, nie myslal o Oswiecimiu, krematoriach i Pawiaku. Najczesciej o tym
                  nawet nie slyszal. Wiedzial tylko, ze go wypedzono i zapamietal, kto go
                  wypedzil".1 [1. A. Bula, Obrona Slazaków, miesiecznik "Opole'' 1990, nr 1.]
                  Przytocze kilka mysli napisanych na temat weryfikacji przez Z. Kowalskiego w
                  swojej ksiazce "Powrót Slaska Opolskiego do Polski". Niedomagania w
                  dzialalnosci komisji weryfikacyjnych wynikaly m.in. z faktu, ze w ich sklad
                  wchodzili nieraz ludzie, nie znajacy specyficznych problemów narodowosciowych
                  Slaska Opolskiego, a takze osoby, które interes wlasny, swej rodziny i
                  znajomych, stawialy wyzej niz sprawiedliwe rozwiazanie problemu.
                  Starostwo opolskie napisalo: "Wobec ogromnej ilosci wniosków i krótkiego
                  terminu do zakonczenia weryfikacji, wnioski w przewazajacej wiekszosci zostaly
                  zalatwione bez protokolów i bez podawania jakichkolwiek motywów".
                  A. Zawadzki napisal: "Równiez strona formalna w toku weryfikacji pozostawia
                  wiele do zyczenia - akta weryfikacyjne oraz rejestry wydanych zaswiadczen
                  prowadzone sa niedbale - wnioski o weryfikacje rozpatrywane sa w dowolnej
                  kolejnosci. Zdarzalo sie, ze dwukrotnie weryfikowano te same osoby W samym
                  Opolu przypadków takich do grudnia 1945 roku bylo 156".
                  Przy innej okazji wojewoda A. Zawadzki napisal: "Mialy tez miejsce "parszywe
                  naduzycia, kiedy kanalia w polskiej powloce, wydawala Niemcom za lapówke
                  zaswiadczenia polskosci". A o funkcjonariuszach aparatu bezpieczenstwa
                  powiedzial: "Czasem bywaly wypadki, ze taki pan, który dostal do reki karabin i
                  w glowie mu sie z tego powodu przewrócilo, pozwalal sobie podrzec dokumenty
                  wladz panstwowych, decydujace o zyciu rodzin, dokumenty weryfikacyjne.
                  Dokumenty darlo sie, a ludzi skierowywalo do obozu. Jest to skandal i
                  zbrodnia". A jeszcze innego dnia powiedzial: "... do szeregu miejscowosci, do
                  szeregu urzedów dostali sie ludzie niesumienni, nie rozumiejacy tej polityki i
                  niezdolni zrozumiec, albo ludzie o wyraznie zlej woli, kierujacy sie tylko
                  wlasnymi korzysciami", a Komitet Wojewódzki PPR napisal, ze dochodzi do "prawa
                  piesci".
                  "Gazeta Robotnicza" z 12 czerwca 1945 roku pisala: "ludnosc polska mieszkajaca
                  na Slasku Opolskim (...) z szeregów której wyszedl niejeden z powstanców
                  slaskich, zaczyna sie obecnie odzegnywac od polskosci i przy wypelnianiu ankiet
                  prosi, aby podawac ich jako Niemców. Nie chca miec nic wspólnego z tymi
                  Polakami, którzy przynosza z soba najwieksza hanbe dla bohaterskiego imienia
                  Polaka - szaber".
                  Weryfikacja nie dazyla prosta droga. Wniosek poprzec mozna bylo odpowiednia
                  iloscia maki, szynki czy palonej okowity. Kto "smarowal" to i tymczasowe
                  obywatelstwo otrzymal. A to pózniejsze poszukiwanie wroga klasowego?! Nie wolno
                  bylo pisac do krewnych w RFN, bo grozilo to przykrymi konsekwencjami.
                  Korespondencja byla cenzurowana i nieopatrzne zdanie doprowadzalo do wiezienia.
                  Znana jest sprawa z Opola, kiedy to mieszkanka tego miasta napisala do siostry
                  w Niemczech i w liscie wspomniala, ze ma trudnosci z nabyciem zywnosci, bo
                  wszystko jest na kartki. Niedlugo pózniej tych trudnosci nie miala, bo osadzono
                  ja w wiezieniu "za szkalowanie Polski Ludowej".
                  Brak scisle okreslonych zasad i kryteriów weryfikacji, rodzil ogromna liczbe
                  sytuacji
                  • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:47
                    ciag dalszy:


                    Brak scisle okreslonych zasad i kryteriów weryfikacji, rodzil ogromna liczbe
                    sytuacji, w których czlonkowie komisji nie potrafili podjac wlasciwej decyzji.
                    Przykladowo starosta opolski skarzy sie: "Specjalny problem stanowia czlonkowie
                    partii hitlerowskiej, a zwlaszcza ich rodziny, czesto pochodzenia niewatpliwie
                    polskiego", a starosta raciborski dodaje: "Osobny problem stanowi weryfikacja
                    czlonków partii NSDAP, których na terenie powiatu jest dosc pokazna liczba. Sa
                    to w duzej mierze Polacy z pochodzenia". Arka Bozek, znany dzialacz slaski byl
                    zdania, ze zwyklych czlonków partii nalezy weryfikowac. Do konca III kwartalu
                    1946 roku wplynelo 2 447 takich wniosków.
                    Weryfikacja byla problemem, widac to po stwierdzeniu K. Malczewskiego - czlonka
                    miejskiej komisji weryfikacyjnej w Opolu: "nie weryfikowano tylko tych,
                    którzy «nie mieli pierwiastków polskich» i posiadali psychike niemiecka (!!?),
                    natomiast w wypadku, gdy «wartosci byly trudno uchwytne» (!!??) zaliczano
                    wnioskodawców do «grupy Polaków»" (znaki zapytania i wykrzykniki autora).
                    A jak bylo w praktyce?
                    Byly wypadki, kiedy przyznawano tymczasowe zaswiadczenia rodzicom, zas dzieciom
                    ich odmawiano, tak sie dzialo przykladowo w Niemodlinie. W tym samym powiecie,
                    wysiedlono cala wies, "gdzie mówiono po polsku", po to, by przyspieszyc na
                    innych terenach skladanie wniosków.
                    W powiecie prudnickim odrzucono 60-80% wniosków, a wówczas zaprotestowali
                    dzialacze Zwiazku Polskiego w Niemczech. Jeden z wójtów na wnioskach o
                    weryfikacje pisal Polakom, mówiacym dobrze po polsku: "rodowita Niemka - odnosi
                    sie wrogo do Polski".
                    W miejscowosci Kup "trzej starzy powstancy slascy, dali wyraz swemu oburzeniu
                    stwierdziwszy, ze zastali Niemców, udajacych Polaków, zweryfikowanych czynnych
                    hitlerowców". Istnieje zapis w dokumentach: "Doszlo do tego, ze Niemcy glosno
                    mówia, ze za 5 000 zl mozna zostac Polakiem". Na Górze Sw. Anny w ciagu jednego
                    dnia (19 czerwca 1945 roku) zweryfikowano 266 wniosków Komisja powiatowa
                    podawala w watpliwosc mozliwosc rozpatrzenia tylu wniosków w ciagu jednego dnia.
                    W Nowej Wsi, na 900 zakwestionowanych osób, które mialy byc prohitlerowskie,
                    komisja wojewódzka zweryfikowala 831 osób.
                    Do 21 grudnia 1945 roku zweryfikowano 358 961 osób, z czego tylko 79 698 osób
                    otrzymalo zaswiadczenia pozytywne. Wiekszosc ludnosci nie chciala weryfikacji,
                    i nie brala w niej udzialu. Ilosc powyzsza nie zadowalala odpowiedzialnych za
                    weryfikacje, wobec czego wojewoda A. Zawadzki stwierdzil w styczniu 1946
                    roku: "Gdy chodzi o sama weryfikacje, to musze powiedziec, ze chociaz jestesmy
                    na ukonczeniu formalnej strony tej akcji, jednak pozostanie ona przez pewien
                    czas jako problem do ponownego przejrzenia i uporzadkowania powaznej czesci juz
                    zalatwionych spraw".
                    Aby zlamac opór ludnosci do weryfikacji, podejmowano radykalne dzialania. We
                    wrzesniu 1945 roku wies Ligota Kuznicka zostala wysiedlona, a mieszkancy
                    osadzeni w obozie w Lambinowicach. Mialo to naklonic inne wsie do szybkiego
                    zglaszania sie do weryfikacji. We wsi Sztum 174 osoby, które glosowaly w
                    plebiscycie za Polska, odmawialy poddania sie weryfikacji. Argumentami kobiet
                    bylo "jak maz wróci, to bedzie wiedzial co robic".
                    W Tragödie Schlesiens napisano o 1949 roku: "Pieciu obywateli, którzy odmówili
                    podpisania deklaracji wiernosci Narodowi i Panstwu Polskiemu, umieszczono w
                    obozie pracy do czasu ich wysiedlenia".
                    Szerzono specjalnie pogloski o przesiedleniach tych, którzy nie dadza sie
                    zweryfikowac, a w niektórych miejscowosciach przeprowadzono weryfikacje pod
                    przymusem. W ten sposób sporo osób dalo sie zweryfikowac, gdyz obawy
                    wysiedlenia z ojcowizny byly duze. Nie wiedziano co grozi tym, którzy zostali
                    odtransportowani, a kazdy po tych ciezkich czasach wojny, chcial teraz zyc,
                    kiedy nareszcie pokój zajrzal do zagród.
                    W mojej wiosce Zyrowa, mówiono o zlym traktowaniu przez wladze polskie tych,
                    którzy oczekiwali w obozach na odtransportowanie. Niedaleko byl obóz pracy w
                    Blachowni, majacy zla reputacje u Slazaków z okolic Kozla i Strzelec.
                    Dochodzily stamtad zle wiadomosci, bano sie, by nie wywieziono ich do tego
                    obozu. Sporo Slazaków niemieckich próbowalo byc nagle Polakami.
                    Kilku gospodarzy z Zyrowej wywieziono do blotnickiego i strzeleckiego obozu dla
                    przesiedlenców, aby odtransportowac ich do którejs ze stref okupacyjnych. Co
                    ciekawsze, wybierano tych najlepszych gospodarzy, z ladnymi domami i duza
                    iloscia roli. Nie chodzilo tu o przynaleznosc narodowa, ale o gospodarstwa,
                    które mieli zasiedlic przybysze zza Buga. Ale o takim traktowaniu ludzi
                    wiedziano takze na górze, bo A. Zawadzki na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady
                    Narodowej w Katowicach w styczniu 1946 roku powiedzial: "Jeszcze powtarzaja sie
                    wypadki, ze Niemców szukaja nie tam, gdzie oni rzeczywiscie sa, lecz tam, gdzie
                    jest lepsza zagroda lub lepsze mieszkanie". W 1946 roku bylo 12 tys. spraw
                    spornych o gospodarstwa pomiedzy ludnoscia rodzima a naplywowa.
                    Pan Antoni Kulosa z Zyrowej, wówczas w wieku 82 lat, wywieziony zostal do
                    Blotnicy, skad jako jeden z niewielu zdazyl uciec. Pieszo poszedl w kierunku
                    Góry Sw. Anny i w miejscowosci Wysoka oslabiony polozyl sie w polu, gdzie
                    znalazl go mlynarz, który byl polskim Slazakiem. Pan Kulosa wiedzial z kim ma
                    do czynienia i powiedzial mu: "Teraz se mozesz na mnie zemscic! Jak mie oddolsz
                    policji to tyz chyba dostaniesz takol medalijol, jaka jol dostol od Gerharda
                    Hauptmanna po powstaniu". Ale mlynarz nie zdradzil p.Kulosy, wyslal swoja córke
                    noca do jego domu, do Zyrowej, gdzie zorganizowano pomoc. Slazacy mimo wszystko
                    stanowia jednosc i ten przyklad moze byc tego dowodem.
                    Nastepnego dnia poszukiwano go, a on tymczasem byl w Zdzieszowicach, a pózniej
                    w Kozlu. Ukrywal sie przez rok.
                    Inni gospodarze, którym udalo sie zbiec ze Strzelec, powrócili róznymi
                    sposobami do wsi, jedni zaraz, inni ukrywali sie u krewnych i znajomych,
                    mieszkajacych w róznych okolicznych miejscowosciach. Jeden z Zyrowian poczynal
                    sobie dosc oryginalnie. Na gospodarstwie byl juz repatriant, ale prawowity
                    wlasciciel zachodzil przed dwunasta w nocy do swego chlewu. Przez sobie wiadome
                    przejscia przedostawal sie nad czesc mieszkalna domu i tam zaczynal "koncert
                    lancuchów". Po pólnocy w sobie znowu wiadomy sposób znikal. To trwalo okolo
                    dwóch tygodni; nowi mieszkancy nie wytrzymali nerwowo i wyprowadzili sie.
                    Gospodarstwo przejeli znowu prawowici wlasciciele.
                    Przy weryfikacji musiano wniesc oplate 25 zl, dlatego tez czesc osób mówila o
                    obywatelstwie "za piecdwadziescia zlotych", tlumaczac sobie z Niemieckiego -
                    fuenfundzwanzig, na jezyk polski.
                    Rozpoczal sie drugi etap weryfikacji. Wysokie progi przynaleznosci do Polski
                    zostaly zlikwidowane. Wydano kolejne -15 stycznia i 6 kwietnia 1946 roku -
                    lzejsze kryteria weryfikacyjne, w mysl zasady "ani jedna kropla polskiej krwi
                    dla Niemiec". MZO (Ministerstwo Ziem Odzyskanych) wydalo 15 stycznia 1946 roku
                    poufny okólnik, w którym opowiedzialo sie stanowczo przeciwko prowadzeniu
                    przesiedlen ludnosci niemieckiej ze Slaska Opolskiego.
                    Powolano komisje do kontroli list zweryfikowanych, gdyz w niektórych
                    wypadkach "zbyt duzo zweryfikowano", a w innych "wielu Polaków jeszcze nie
                    zweryfikowano". Przy kontroli stwierdzono przykladowo w Gosciecinie, ze
                    zweryfikowano 60 rodzin niemieckich. Przypadki takie odkryto jeszcze w nyskiem -
                    300 osób, opolskiem - 220 osób, razem 1062 osoby zostaly niezgodnie
                    zweryfikowane. Potwierdzano, iz przez weryfikacje zdolalo sie "przesliznac
                    wielu Niemców", ale "wytworzyly sie takie skomplikowane sytuacje, ze nieraz
                    bylo trudno rozróznic, czy ktos jest Polakiem czy Niemcem".
                    Niejaki Harry Duda napisal w "Trybunie Opolskiej": "Zapewne ten i ów
                    autentyczny Niemiec, chcac pozostac na ziemi (takze) swoich przodków, w swej
                    najblizszej ojczyznie, w swoim Heimacie, mógl w 1945 roku zata
                    • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:49
                      Niejaki Harry Duda napisal w "Trybunie Opolskiej": "Zapewne ten i ów
                      autentyczny Niemiec, chcac pozostac na ziemi (takze) swoich przodków, w swej
                      najblizszej ojczyznie, w swoim Heimacie, mógl w 1945 roku zatajac swa
                      niemieckosc, gdy - zwyczajnie - zal mu bylo gospodarstwa, tradycji, wspomnien,
                      a takze szansy na poprawe sytuacji w «zwycieskim» (przynajmniej formalnie)
                      panstwie polskim. Wszak w zwyciezonej Rzeszy czekaly glód, nedza, wyrzeczenia,
                      upokorzenia. To normalna ludzka reakcja. Zrozumiale i to, ze nie kazdy przeciez
                      poczuwal sie do win wobec Polaków, nie kazdy byl winien, wielu bylo uczciwych i
                      wzorowych. A tu - odpowiedzialnosc zbiorowa, decyzje mocarstw. Wszystko to
                      mialo prawo budzic jednostkowe opory, nawet najglebszy wewnetrzny protest".
                      Czlonek bylej Komisji Weryfikacyjnej w Szczedrzyku p. Maksymilian Kosny, oburza
                      sie na lamach prasy, na wypowiedzi niektórych Slazaków, którzy twierdza, ze
                      róznie to z ta weryfikacja bywalo i twierdzi, ze byla przeprowadzona zgodnie z
                      prawem i nie bylo zadnych niedomówien, przekrecen, lapówek itp. Choc przyznaje
                      równiez, ze UB wysiedlilo kilku rolników z Chróscic, mimo ze byli zweryfikowani
                      jako Polacy "Równiez w okolicy mialy miejsca takie wypadki" - dodaje. Mysle, ze
                      po przeczytaniu tego rozdzialu, troche innym wzrokiem popatrzy na dzieje
                      weryfikacji i wysiedlen. Podalem fakty i tylko fakty, a te mówia za siebie.
                      Liczby osób zweryfikowanych na Slasku Opolskim mówia za siebie. Kiedy wezmiemy
                      pod uwage dane szacunkowe z 17 maja 1939 roku, co do ilosci zamieszkalych
                      Polaków na terenie Slaska Opolskiego, a od tego odejmiemy co najmniej 50 000
                      osób zaginionych w czasie wojny, to weryfikacja wskazala nagle, ze Polaków jest
                      109%, co znaczy 9% wiecej niz byc powinno. W niektórych powiatach cyfry te sa
                      oszalamiajace, np. w nyskim 83,5%, glubczyckim 15,4%, grodkowskim 47,3% wiecej
                      przyznaje sie do pochodzenia polskiego niz faktycznie byc moglo.
                      Byla takze odwrotna strona medalu. Duzo Polaków zweryfikowano jako Niemców.
                      Przykladowo w Boleslawcu znajdowalo sie w obozie 1700 osób oczekujacych
                      przesiedlenia, a wszyscy posiadali "warunki do pozytywnej weryfikacji
                      narodowosci, poniewaz byli pochodzenia polskiego". Wagony numer 33 i 36
                      transportu, jaki wyjechal 28 sierpnia 1946 roku zapelnione byly osobami
                      spiewajacymi piosenki w jezyku polskim, "polszczyzna niczym nie skazona i mialo
                      sie wrazenie, ze to nie przesiedlency wyjezdzaja do Niemiec, ale jakas
                      wycieczka mlodziezy polskiej wyrusza na podbój wrazen i swiata".1 [1. J.
                      Misztal, Weryfikacja, Inst. Slaski, Opole 1984, str. 109.]
                      "Interesujacym jest niewatpliwie fakt, iz szesciu powstanców slaskich gromady
                      Lowkowice «maltretowanych za udzial w powstaniach i akcji plebiscytowej, nie
                      stawilo wniosku weryfikacyjnego» na skutek doznanych krzywd i calego szeregu
                      wypaczen, jakie towarzyszyly akcji weryfikacyjnej w powiecie prudnickim". 2 [
                      2. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 108. 116 ]
                      W powiecie kluczborskim 3 tys. osób, które mówily po polsku nie wzielo udzialu
                      w weryfikacji. W Klisinie zweryfikowano pozytywnie Teodora Cichosa, a mimo to
                      usunieto go z jego gospodarstwa.
                      W powiecie opolskim starosta Pawel Janus przeprowadzil inspekcje obozów
                      przejsciowych dla ludnosci niemieckiej i stwierdzil, ze znajdowalo sie w nich
                      90% Polaków. 1[1. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 66.]
                      Dzialacze PZZ (Polskiego Zwiazku Zachodniego) szacowali, ze co najmniej 77 000
                      osób pochodzenia niemieckiego zostalo zweryfikowanych jako Polacy. W swoim
                      pismie z 28 stycznia 1947 roku pisali: "sprawa wlasciwego oddzielenia Polaków
                      od Niemców bedzie musiala byc prowadzona nadal, mozliwym, iz potrwa jeszcze
                      dlugo, nawet przez przeciag zycia jednego pokolenia".
                      Wedlug kurii opolskiej, w marcu 1946 roku bylo na Slasku Opolskim 192 200
                      Niemców i 21 088 osób, których prosbe o weryfikacje odrzucono. Pismo okólne
                      wojewody slaskiego z 17 kwietnia 1946 roku instruuje, ze w wypadku kiedy
                      Niemiec zlozy oficjalne oswiadczenie lojalnosci wobec panstwa polskiego, to
                      osobe ta nalezy pozostawic w Polsce. Jesienia 1946 roku "bardzo duzo osób"
                      zwracalo tymczasowe zaswiadczenia i zglaszalo chec wyjazdu do Niemiec.
                      Trybuna Robotnicza" z 25 stycznia 1946 roku pisala: "nalezy izolowac i
                      wysiedlac wszystkie «elementy niemieckie», które zdolaly przedostac sie
                      przez «sito weryfikacji»". A Zwiazek Polaków w Niemczech podkreslil: "...na
                      niektórych terenach poprzez akcje weryfikacyjna przemycil sie element
                      niemiecki".
                      Na lamach tygodnika Zwiazku Weteranów Powstan Slaskich "Ogniwo" z 1947 roku, na
                      pytanie, czy na Slasku sa jeszcze Niemcy, odpowiedziano: "Niestety, sa!"
                      A. Zawadzki w swoim sprawozdaniu z sierpnia 1946 roku powiedzial: "Jezeli
                      chcemy wyplenic wszelkie chwasty niemieckie ze Slaska, musimy pilnie baczyc na
                      te podejrzane elementy, które wsliznely sie i pracuja w naszych fabrykach,
                      kopalniach i innych zakladach. (...) Faktem jest, ze przez sito weryfikacyjne
                      przeslizgneli sie wrogowie narodu polskiego, gorliwi zolnierze armii
                      niemieckiej, SS czy czlonkowie hitlerowskich organizacji mlodziezowych".
                      Edward Ochab, pierwszy sekretarz KW w Katowicach, napisal w poufnym pismie z 2
                      sierpnia 1947 roku do powiatowych i miejskich komitetów PPR: "Musimy wychwycic
                      te osoby, które prywatnie lub publicznie posluguja sie jezykiem niemieckim i
                      musimy wyeliminowac je jako Niemców ze spoleczenstwa polskiego - to znaczy
                      wydalic z terytorium Rzeczpospolitej (...) nalezy takze zdemaskowac osoby,
                      które okazuja wspólczucie niemieckim jencom wojennym i zapewniaja im
                      schronienie oraz materialna pomoc. Nalezy zajac sie oznakami sympatii wobec
                      Niemców. Sympatia ta wyraza sie w uzywaniu jezyka niemieckiego, w czytaniu
                      niemieckich ksiazek w miejscach publicznych, w opiece nad grobami zolnierzy
                      niemieckich, w zachowaniu niemieckich napisów w mieszkaniach prywatnych."
                      Na odprawie starostów w dniu 19 czerwca 1947 roku wyjasniono: "nie nalezy
                      dopuszczac do wyjazdu kobiet chcacych polaczyc sie ze swymi mezami w Niemczech,
                      a jesli bedzie to mozliwe, to takie kobiety wraz z dziecmi wypuszczac
                      indywidualnie".
                      "Niemcy czesto uzyskiwali potwierdzenie swojej polskosci lub lacznosci z
                      narodem polskim dzieki swiadectwu sasiadów, szczególnie na wsi. Zdarzaly sie
                      dosc czesto wypadki nadawania obywatelstwa Niemcom - reklamowanym specjalistom -
                      stad pogloski wsród Niemców pojawiajace sie w roku 1946, ze dla otrzymania
                      polskiego obywatelstwa wystarczylo podpisac deklaracje... Aby uzyskac polska
                      przynaleznosc panstwowa falszowano dokumenty, zmieniano imiona i nazwiska.
                      Niemcy, którzy nie uciekli z wycofujacymi sie wojskami w 1945 roku chcieli
                      otrzymac polskie obywatelstwo przede wszystkim dlatego, ze byl to warunek
                      konieczny do pozostania w Polsce. Chec pozostania zas wyplywala z przyczyn
                      ekonomicznych i przywiazania do stron rodzinnych. Dla Niemców wyjazd nie byl
                      repatriacja, ale wysiedleniem - ich ojczyzna byla bowiem ziemia, która kazano
                      im opuscic".1 [ 1. "Sobótka" 1990, nr 1.]
                      Na ten temat pani Ursula Hoentsch wydala ksiazke, jeszcze w bylym NRD, pod
                      tytulem: My, dzieci przesiedlenców, w której miedzy innymi napisala: "Wtedy
                      jeszcze nie rozumialam, jak wielka tragedia dla mojego ojca bylo opuszczenie
                      jego malej ojczyzny. On z tej tesknoty w koncu umarl. (...) Wiedzial, ze
                      wypedzenie bylo skutkiem wojny i cena, jaka Niemcom przyszlo zaplacic za
                      hitleryzm. Ta swiadomosc jednak nie uchronila moich rodziców przed cierpieniem".
                      Osobnym rozdzialem byla sprawa negatywnego podchodzenia do weryfikacji przez
                      przybylych na Slask osadników z innej czesci Polski. Starosta kozielski skarzyl
                      sie w listopadzie 1946 roku, na wrogie nastawienie ludnosci naplywowej, a w
                      szczególnosci repatriantów widzacych w kazdym miejscowym Niemca, swego wroga. W
                      powiecie raciborskim czesc osadników podchodzila do akcji weryfikacyjnej
                      negatywnie. Nie chci
                      • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:54
                        ciag dalszy:

                        W powiecie raciborskim czesc osadników podchodzila do akcji weryfikacyjnej
                        negatywnie. Nie chciala uznac zweryfikowanych za pelnoprawnych obywateli i
                        Polaków W kluczborskim osadnicy uprawiali "wroga propagande, aby miejscowa
                        ludnosc nie skladala wniosków o weryfikacje, twierdzac, ze i tak beda uwazani
                        za Niemców i wysiedleni". W powiecie glubczyckim repatrianci nie wpuszczali do
                        domów prawowitych, zweryfikowanych wlascicieli. W powiecie oleskim stwierdzono,
                        ze repatrianci maja nie najlepsze nastawienie do miejscowych, "poniewaz zalezy
                        im wylacznie na majatku ludnosci miejscowej, a sprawy narodowosciowe, wzglednie
                        panstwowe pozostawiaja na boku". 1 [1. J. Misztal, Weryfikacja..., str. 51.]
                        W sprawozdaniu z kontroli weryfikacyjnej na okres 1-15 maja 1946 roku w
                        powiecie prudnickim czytamy: "Nierzadkie sa równiez wypadki, ze repatriant
                        grozi zabiciem miejscowego obywatela, jesli sie zweryfikuje. Takie fakty mialy
                        miejsce w Bialej".
                        Czasopismo "Po prostu" napisalo: "Z prawowitymi przedstawicielami wladz, którzy
                        objeli administracje zniszczonego wojna kraju, przybyla horda szabrowników,
                        oportunistów, spekulantów. Meble autochtonów byly rabowane, sciagano im z
                        palców obraczki, zajmowano domy i ogrody". A "Nowa Kultura" napisala na temat
                        tamtych czasów: "Epos szalenstwa i przestepstw".
                        Akcja weryfikacyjna zostala zakonczona w 1946 roku. Osoby, które nie zostaly
                        zweryfikowane mogly zlozyc rewizje, liczac na zmiane pierwszej decyzji. Mozna
                        bylo takze uzyskac obywatelstwo, jezeli mialo sie stale miejsce zamieszkania i
                        gwarantowalo lojalnosc wobec panstwa polskiego. 2 [2. "Demokratyczny Przeglad
                        Prawniczy" 1946, nr 5/6.]
                        Weryfikacje narodowa na Ziemiach Zachodnich zakonczono w polowie 1949 roku
                        automatycznym nadaniem polskiego obywatelstwa wszystkim, którzy nie wyjechali
                        do tego czasu do Niemiec. Brak checi wyjazdu potraktowano jako dowód polskosci,
                        bez wnikania w motywy dzialan zainteresowanych. 3 [3. M. Szmieja, Polacy,
                        Niemcy czy Slazacy. Rozwazania o zmiennosci identyfikacji narodowej Slazaków.]
                        Zastosowano taktyke faktów dokonanych.
                        Wiele kobiet narodowosci niemieckiej uzyskalo obywatelstwo polskie
                        automatycznie, wychodzac za maz za Polaków. Po zmianie ustawodawstwa w 1951
                        roku po smierci mezów, zony odrzucaly posiadane obywatelstwo polskie. Jeszcze w
                        1950 roku spora czesc Slazaków w powiecie strzeleckim odmawiala przyjecia
                        poswiadczenia obywatelstwa i zlozenia deklaracji wiernosci narodowi polskiemu.
                        Na podstawie ustawy z 8 stycznia 1951 roku o zbiorowym nadaniu obywatelstwa
                        polskiego, zniesione zostaly ograniczenia i wszystkie osoby posiadajace dawniej
                        niemiecka przynaleznosc panstwowa, obojetnie, czy byly pochodzenia polskiego
                        czy niemieckiego, mówily po polsku czy po niemiecku, mogly otrzymac polskie
                        dokumenty tozsamosci.
                        Na podstawie tych zarzadzen starano sie naklonic nie objeta dotychczas
                        wysiedleniem ludnosc rodzima do pozostania w kraju. Czesto posuwano sie przy
                        tym do rozwiazan silowych; presja, szantazem i biciem zmuszano ludzi do
                        podpisywania stosownych dokumentów.
                        Swiadek tamtych czasów napisala do krewnych do Niemiec: "Kilka razy brano mnie
                        na osobne przesluchania. Na ciagle te same pytania oswiadczalam: «Moje sumienie
                        nie pozwala mi na to, bylam Niemka, gdy bylo mi dobrze, i chce nia zostac takze
                        w niedoli, nawet gdy ma to kosztowac zycie». Za to zostalam spoliczkowana.
                        Weber zaczal mi grozic: «To jest rozkaz, musi pani podpisac jako Polka». Na to
                        ja: «Zadajecie mi pytanie, na które mam odpowiedziec tak lub nie. Nie moge na
                        nie odpowiedziec tak i chce wszystko znosic, co sie z tym wiaze». Znowu
                        zostalam spoliczkowana. Potem podsuneli mi ksiazeczke z piesniami: czy umiem
                        przeczytac. Zaprzeczylam, bo nie umiem czytac po polsku. Znowu bicie w twarz
                        slowami: «Tu jest Polska! Tu jest Polska!» Gdy i teraz nie optowalam, krzykneli
                        na mnie, ze mam zdjac plaszcz i wierzchnia odziez, podczas gdy «Pan» zamknal
                        drzwi. Potem musialam sie pochylic na krzesle i zaczeli mnie bic gumowymi
                        palkami; w przerwach pytali ciagle szyderczo, czy boli. Ale ja zacisnelam zeby
                        i nie wydalam z siebie glosu. W pokoju bylo jeszcze dwóch urzedników, wszyscy w
                        cywilu. Naprzeciw mnie siedzial jeden z nich i obserwowal cale zajscie z
                        szyderczym usmiechem".1 [1. M. Podlasek, Wypedzenie..., str. 167.]
                        Inny swiadek powiedzial: "Zaprowadzili mnie na trzecie pietro, zazadali zebym
                        sciagnal kozuch: wzbranialem sie. Bylo ich czterech. Ze wszystkich stron bili
                        mnie mocno w glowe, sciagneli kozuch i uderzali gumowymi palkami. Po chwili
                        rozebrali mnie do spodni i bili nagie cialo, szczególnie lewa strone od serca,
                        tak ze do dzisiaj mam bóle w okolicach zeber; potem stracilem przytomnosc. Gdy
                        przyszedlem do siebie, zapytali, czy podpisze. Potem bili mnie we dwóch w
                        stopy. Jeden zatkal mi usta chustka do nosa. Potem powiedzialem, niech lepiej
                        zabija, a tak nie mecza, wtedy przyniesli sznur, zawiazali wokól szyi i mialem
                        sie powiesic. Kuksancami posadzili mnie na krzesle i zmusili do podpisania,
                        wszystko strasznie bolalo".
                        Czasy byly dla Slazaków ciezkie i dlatego powiedzieli sobie - "teraz musimy byc
                        Polakami i nimi byli". I zrobili, co kazano, bo zyc trzeba. Dzieci trzeba bylo
                        wysylac do szkoly, nauczyc zawodu. Nie mozna bylo sie przeciw wladzy postawic,
                        bo to grozilo przykrymi konsekwencjami. A p. Marek pisze: "dlaczego nie
                        powolali do zycia mniejszosci w 1956 roku?". Takie pytanie moze zadac tylko
                        kompletny dyletant albo czlowiek, który chcialby, aby wystepujacych z takim
                        zadaniem wykonczono. Wystarczylo tylko mówic po niemiecku, a juz otrzymywalo
                        sie mandat, lanie palka lub rozprawe sadowa, o czym pisze w innym miejscu.
                        Komitety Wojewódzkie PZPR w Opolu i Katowicach wydaly 9 czerwca 1989 roku
                        oswiadczenie, w którym czytamy miedzy innymi: "...niewlasciwe czasami
                        odnoszenie sie wladz polskich i czesci ludnosci naplywowej do Slazaków i ich
                        niepelna integracja w spoleczenstwie polskim (...). Funkcjonujacy wsród czesci
                        spoleczenstwa polskiego negatywny stereotyp Slazaka - jako
                        niepelnowartosciowego Polaka, moralnie dwuznacznego (...). W calej powojennej
                        historii Slask wnosil znaczny wklad w rozwój gospodarczy kraju. Tylko niewielka
                        czesc wytworzonego przez przemysl slaski dochodu kierowana byla na
                        zabezpieczenie potrzeb zyciowych jego mieszkanców. Doprowadzilo to do sytuacji,
                        w której stopien zaspokojenia potrzeb zyciowych mieszkanców Slaska, w
                        porównaniu z reszta kraju, stal sie zdecydowanie nizszy we wszystkich
                        podstawowych dziedzinach zycia i pozostaje w prostej zaleznosci od pracowitosci
                        i gospodarnosci jego mieszkanców.
                        Mimo uplywu ponad czterdziestu lat od zakonczenia wojny integracja ludnosci
                        województwa katowickiego i opolskiego nadal stanowi istotny problem spoleczno-
                        polityczny. Spolecznosc Slazaków nie w pelni ma swiadomosc swej tozsamosci,
                        odczuwa w wiekszym stopniu niz inne grupy spoleczenstwa polskiego brak
                        mozliwosci efektywnego wplywu na zmiane swych dotychczasowych warunków zycia.
                        Nasuwa to koniecznosc ponownego przeanalizowania polityki naszego panstwa wobec
                        Slazaków po 1945 roku, zastanowienie sie nad tresciami ich odrebnosci
                        regionalnej i sposobem ich pielegnacji (...). Mówiac o tych zjawiskach mamy na
                        uwadze zrodzony w pierwszym dziesiecioleciu po wojnie kompleks autochtona jako
                        niepelnowartosciowego Polaka, podanego róznym szykanom i ograniczeniom tak w
                        sferze administracyjnej i moralnej. Nalezy ukazywac prawdziwy obraz Slaska w
                        kregach calej spolecznosci polskiej".
                        Tyle PZPR przed upadkiem. Troche pózno na samobiczowanie, ale sporo prawdy w
                        tym oswiadczeniu jest, szkoda tylko, ze prawdy takowej nie podano przed 40-tu
                        laty.
                        Dziennikarka "Trybuny Opolskiej" Nina Kracherowa, która pisala tylko to, co
                        partia sobie zyczyla, otrzymywala sporo listów od bardzo niezadowolonych
                        slaskich czytelników. Cze
                        • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 20:57
                          ciag dalszy:

                          Dziennikarka "Trybuny Opolskiej" Nina Kracherowa, która pisala tylko to, co
                          partia sobie zyczyla, otrzymywala sporo listów od bardzo niezadowolonych
                          slaskich czytelników. Czesto nazywano ja slugusem komuny, po upadku tejze w
                          jednym z artykulów napisala: "...pewien naczelnik z okolic Glogówka chwalil
                          sie, iz pozbywa sie «Szwabów» nie dajac im talonów na ciagniki. «Szwab»
                          wyjechal, willa zostala. Ale zostala tez ziemia. Poszlo w swiat, jak pozbywac
                          sie rodzimej ludnosci. Jak dostac wille. Za darmo''.1 [ 1. "Trybuna Opolska" z 3
                          II 1990. ]
                          Mieszkaniec Gogolina pan K. Kipka, po przeczytaniu w "Trybunie Opolskiej"
                          informacji, ze fabryke obuwia "Otmet" i koksownie w Zdzieszowicach wybudowano
                          po wojnie, napisal anonimowo do redakcji, ze to nieprawda, gdyz oba zaklady
                          pracowaly juz przed wojna. UB zadalo sobie tyle trudu, by go odnalezc za pomoca
                          grafologii pisma i skazac na 3 lata wiezienia.
                          Pani dr Danuta Berlinska socjolog z Zakladu Socjologii w wywiadzie dla "Trybuny
                          Opolskiej" 2 [2. "Trybuna Opolska" z 9 XII 1989. 122 ] powiedziala: "Zatem w
                          1945 roku mielismy taka sytuacje: polskosc Slazaków byla polskoscia obyczajowa
                          i nie wszyscy Slazacy byli przekonani o przynaleznosci do narodu polskiego.
                          Taki byl punkt startu.
                          Ale gdy na Slask Opolski przybyli ludzie z róznych stron, okazalo sie, ze ta
                          polskosc obyczajowa Slazaków nie jest dosc polska. Wzory zachowan przybyszów
                          znacznie róznily sie od wzorów, których nosicielami byli Slazacy. Jednak
                          poczatkowo, mimo wszystko, obie grupy odnosily sie do siebie ze zrozumieniem.
                          Na przyklad, pomimo konkurencyjnosci ekonomicznej nie bylo na Slasku powaznych
                          konfliktów miedzy Slazakami a repatriantami, natomiast z kontaktów z
                          zaglebiakami, którzy przychodzili tutaj jako przedstawiciele wladzy, Slazacy
                          wyniesli poczucie krzywdy. Dzialania wladzy w pierwszym okresie byly odbierane
                          przez nich negatywnie. Wystepowalo wiele przykladów szykanowania i
                          dyskryminacji, o których Slazacy pamietaja i przekazuja to nastepnym
                          pokoleniom. Natomiast samo ksztaltowanie sie swiadomosci narodowej, zwlaszcza
                          tu na pograniczu, jest bardzo skomplikowanym procesem. (...) Jeden z
                          respondentów powiedzial nam tak: «ja to jestem niemiecki Slazak, bo Polakiem to
                          bym nie chciol byc». Czyli jesli juz gdzies ma nalezec, to opowiada sie za
                          niemieckim Slazakiem. Wazniejsza jest jednak druga czesc tej wypowiedzi, ze nie
                          chcialby byc Polakiem, a to dlatego, ze polskosc kojarzy sie Slazakom po 45
                          latach z szeregiem negatywnych doswiadczen. Jednym z glównych jest to, ze nie
                          mogli oni i nie moga nadal realizowac wielu wlasnych wzorów kulturowych (...).
                          Poza tym mocno odczuwaja oni obnizenie jakosci zycia w porównaniu do czasów
                          niemieckich. Mieszkancy doskonale pamietaja, jak wygladala ich wies przed
                          wojna. Ze bylo w niej 10 warsztatów rzemieslniczych, 5 sklepów, 2 gospody i
                          jeszcze poczta, i telegraf, szkola i soltys, który zalatwial na miejscu
                          wiekszosc spraw, a obecnie jest jeden slabo zaopatrzony sklep GS i podupadly
                          warsztat stolarski. Dzisiaj nie tylko Slazacy - mlodzi i starzy, ale nawet
                          ludnosc naplywowa wiedza, jak kiedys zylo sie i pracowalo w takiej wsi.
                          Slazacy (...) przekonywali sie o tym, ze Polacy nie potrafia i nie chca
                          gospodarowac i ten negatywny stereotyp, lansowany przez niemiecka propagande,
                          po wojnie ciagle znajdowal nowe potwierdzenia. Byl to wiec, wedlug mnie, glówny
                          czynnik zniechecajacy ich do identyfikowania sie z polskoscia. Drugim
                          czynnikiem byla slabosc wiejskiej szkoly, z nauczycielami o nizszych
                          kwalifikacjach, niezorientowanych czesto w zawilosciach historycznych losów
                          Slazaków, którzy tepili gware, wysmiewali i szykanowali uczniów poslugujacych
                          sie nia. I to sa czynniki decydujace o tym, ze Slazacy nie mieli nawet szansy
                          zapoznac sie z polska kultura narodowa".
                          Gdyby propozycje powolania do zycia mniejszosci niemieckiej podal ktos spoza
                          Slaska, nie znajacy tutejszych realiów, spróbowalbym mu wyjasnic, jakie byly
                          czasy Ale kiedy mówi to czlowiek mianujacy sie Slazakiem, a do tego naukowiec,
                          który te wszystkie nieprawosci widzial, to moge tylko zapytac - po co ta farsa?
                          A moze ten czlowiek caly ten okres przespal i teraz nagle sie obudzil i
                          zdziwiony demokracja pyta, dlaczego nie jest tak jak dawniej.
                          Najlepsza odpowiedz na to pytanie dali naukowcy, którzy stwierdzili, (nie
                          pytajac o to p. Marka, choc on ma prawo "przemawiac w imieniu Górnoslazaków"),
                          ze na Górnym Slasku Niemcy sa. Pan Marek nalezy do zespolu
                          redakcyjnego "Kwartalnika Opolskiego", który juz kilka artykulów zawierajacych
                          prawde na temat czasów powojennych wydrukowal. Trudno jest mi to zrozumiec;
                          czyzby nie czytal tego, co idzie do druku? Czy chodzi tylko o pieniadze za
                          posiedzenia redakcyjne?
                          Teraz kiedy demokracja zawitala do Polski wiadomym jest, ze mieszkaja tu Niemcy
                          (250-300 tys.), Ukraincy (250-300 tys.), Bialorusini (400 tys.), Litwini (30
                          tys), Czesi i Slowacy (25-30 tys.), Lemkowie, ze sa mniejszosci. Jest takze
                          mala grupa Karaimów (200 osób) sprowadzonych z Krymu przez ksiecia litewskiego
                          w 1397 roku. 1 [1. Dane za GUS, Zespól Wyznan Religijnych i Narodowosci,
                          Warszawa 1993. ]
                          To co z poczatku bylo niezrozumiale i wywolywalo emocje, z biegiem czasu stalo
                          sie zupelnie normalne i codzienne.
                          Gdyby zaraz po wojnie zawitala do Polski demokracja, te wszystkie sprawy
                          narodowosciowe, polsko-niemieckie, juz dawno by sie zakonczyly Przez dziesiatki
                          lat wmawiano nam, uczniom "demokratycznej szkoly polskiej", ze naszym wrogiem
                          jest tylko Niemiec, co dalej próbuje robic p. Marek i "Kalendarz Opolski", w
                          mysl porzekadla - "jak swiat swiatem Niemiec Polakowi nigdy nie byl bratem".
                          Bzdura, kompletna. Polska i Niemcy sa krajami graniczacymi ze soba, a na
                          przestrzeni 1000-letnich dziejów zawsze cos sie zdarzyc moze, choc nie powinno.
                          Gdybysmy odjeli te najstraszniejsza ze strasznych, II wojne swiatowa, która
                          bezsprzecznie rozpetali Niemcy, i za która jeszcze przez stulecia nalezy sie
                          wstydzic, to jednak calkiem inaczej wygladalyby sprawy tych polsko-niemieckich
                          nieporozumien.
                          Przede wszystkim trzeba napisac: polsko-niemieckich i niemiecko-polskich.
                          Polska jako kraj takze w aureoli nie chodzila. Równiez ze strony Polski byly
                          grozby, napady, wojny. Nie tylko Niemcy zaczynali, ale Polacy takze (patrz
                          Boleslaw Chrobry; Pilsudski, który zamierzal w okresie pomiedzy I i II wojna
                          napasc na slabe Niemcy, tylko nie znalazl sprzymierzenców na te eskapade).
                          Wiadomym jest, ze za komuny jedynym wrogiem byly Niemcy. Mozna to zrozumiec,
                          gdyz po ostatnich wojennych, bardzo przykrych, nieludzkich zdarzeniach, mozna
                          miec pretensje, zal, nienawidzic, ale nie mozna tego robic w stosunku do
                          wszystkich. Nie wszyscy Niemcy byli opetani przez Goebbelsa i jego machine
                          propagandowa. Byli takze dobrzy Niemcy, ci, którzy próbowali bronic Zydów i
                          Polaków.
                          Tak, tacy równiez byli. Mimo ze grozila im smierc - pomagali Polakom. Na to sa
                          dowody. Byli Niemcy, którzy chcieli zabic Hitlera, tak zwane Kolo z Krzyzowej
                          (Kreisauer Kreis), o którym wiekszosc spoleczenstwa polskiego dowiedziala sie
                          dopiero podczas transmisji telewizyjnej mszy swietej z Krzyzowej 12 listopada
                          1989 roku, w czasie której Mazowiecki i Kohl padli sobie w objecia. Nagle
                          Polacy dowiedzieli sie, ze wypedzono, wysiedlono, wygnano ze wschodu 14
                          milionów Niemców i w czasie tego wysiedlenia setki tysiecy osób zginelo. Czesc
                          zamarzla w drodze, czesc umarla z glodu, a jeszcze inna czesc zostala
                          zastrzelona lub zgwalcona.
                          Miejsce na pojednanie nie zostalo wybrane przypadkowo. Hrabia Helmuth James
                          Moltke, wlasciciel zamku w Krzyzowej, byl duchowym przywódca opozycji w III
                          Rzeszy. Z kregu Kola z Krzyzowej wywodzila sie wiekszosc organizatorów zamachu
                          z 20 lipca 1944 roku na Hitlera. Graf Moltke po nieudanym zamachu na Hitlera
                          zostal stracony 23 stycznia 1945 roku w Berlinie
                          Wedlug prof.
                          • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 21:01
                            ciag dalszy:

                            Wedlug prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, co mozna wyczytac w jego ksiazce
                            Przesiedlenie Niemców po II wojnie swiatowej, Polska wysiedlila jeszcze przed
                            zakonczeniem konferencji poczdamskiej 400 tys. Niemców Skubiszewski piszac te
                            ksiazke byl zdania, ze Polska strona postapila slusznie, wypedzajac Niemców,
                            dopiero jesienia 1990 roku, juz jako minister spraw zagranicznych w nowym
                            polskim rzadzie T. Mazowieckiego, przyznal, ze bylo to "bezprawne wypedzenie".
                            Ciagle tlumaczenie, iz alianci zarzadzili przesiedlenie nie wytrzymuje krytyki,
                            bo Polacy sami tez decydowali (patrz Skubiszewski), w dodatku byli wykonawcami
                            tego, co inni w sierpniu 1945 roku zarzadzili, a wykonawstwo bylo czesto
                            nieludzkie.
                            "Bo polskie winy po zakonczeniu II wojny swiatowej wobec Niemców tez sa
                            konkretne. I nie mozna ich tlumaczyc tylko tym, ze «to nie my wywolalismy
                            wojne»", pisze p. Gerlich w "Dzienniku Zachodnim".
                            Wyszla wlasnie dwujezyczna ksiazka Jana Józefa Lipskiego Powiedziec sobie
                            wszystko... Wir mussen uns alles sagen..., w której miedzy innymi mozna
                            przeczytac na temat wypedzenia Niemców z Polski: "Zasada zbiorowej
                            odpowiedzialnosci historycznej musi byc odrzucona jako zasada moralno-karna.
                            Sadze, ze ludziom dotknietym nieszczesciem utraty domu rodzinnego nalezy sie
                            przynajmniej pewna satysfakcja moralna, a równiez wyrozumialosc, ze marza o
                            powrocie do Wroclawia i Szczecina, tak jak wielu Polaków marzy o powrocie do
                            Wilna i Lwowa. Stanowisko takie obce jest natomiast wiekszosci Polaków.
                            Tlumaczy sie to swiadomoscia bardzo jednak nierównego rachunku krzywd - i w
                            rezultacie latwym zapominaniem, ze wina znacznie mniejsza tez jest wina. W
                            zwiazku z tym Polacy nie zastanawiaja sie przewaznie, czemu Episkopat Polski
                            przed okolo dwudziestu laty powiedzial Niemcom: «Przebaczamy i prosimy o
                            przebaczenie»". A kilka lat temu ten sam Lipski napisal: "Zlo nam wyrzadzone,
                            nawet najwieksze, nie jest jednak i nie moze byc usprawiedliwieniem zla, które
                            sami wyrzadzilismy. Wysiedlenie ludzi z ich domów moze byc: w najlepszym razie
                            mniejszym zlem, nigdy - czynem dobrym".
                            Stanislaw Bieniasz napisal ("Slask" 1996, nr 6) na temat wypedzenia Niemców ze
                            Slaska: "Czesto dobrze utrzymane gospodarstwo, na które mial chrapke milicjant
                            lub ubek bylo powodem pozbywania sie wlascicieli pod pretekstem «przynaleznosci
                            do narodu niemieckiego». Byla to praktyka stosowana jeszcze w latach 70. -
                            szczególnie na Opolszczyznie (...). Czesc z nich byla przed wywiezieniem na
                            Zachód osadzana w obozach, m.in. w Lambinowicach, w których wystepowala wysoka
                            smiertelnosc z powodu niedostatecznych warunków sanitarnych, niewystarczajacych
                            norm zywnosciowych oraz braku opieki medycznej, nie mówiac o szykanach i
                            rekoczynach ze strony slzu_by obozowej.
                            Warunki i atmosfera, w jakich odbywala sie akcja przesuwania Polski na Zachód,
                            byly dalekie od poprawnosci. Zdarzalo sie, ze «wszyscy niemcy» (oryginalna
                            pisownia ówczesnych obwieszczen) mieli godzine lub dwie na spakowanie rzeczy
                            osobistych w ilosci nie przekraczajacej dwudziestu kilogramów na osobe, po czym
                            byli godzinami, a w niektórych przypadkach calymi dniami przetrzymywani na
                            placu zbiórki. Za oddalenie sie grozil sad dorazny. Podróze oczywiscie odbywaly
                            sie w uragajacych warunkach. (...) Z Zachodu wypedzalismy «szwabskich
                            hitlerowców», którzy z Hitlerem nie mieli nic wspólnego, a czasem niewiele
                            wspólnego mieli w ogóle z Niemcami.
                            Wypedzenie Niemców z Pomorza i Slaska bylo dla tych, których dotknelo, taka
                            sama tragedia, jaka dla wypedzonych Polaków byla «repatriacja» ze Lwowa lub
                            Wilenszczyzny. W jednym i drugim przypadku byla to tragedia ludzi, którzy nagle
                            bez osobistej winy stali sie ofiarami wielkiej polityki. To byli zrozpaczeni,
                            zdruzgotani materialnie i moralnie ludzie, którym zabrano wszelkie poczucie
                            bezpieczenstwa oraz budowane przez pokolenia podstawy egzystencji. Wypedzano
                            ich z wlasnych domów i zagród jako elementy obce i wrogie - ich tragedie mialy
                            wiec nie tylko wymiar materialny, lecz takze duchowy; wyrwano ich z korzeniami.
                            Robiono tak z nimi w imie rzekomego patriotyzmu i racji stanu.
                            Pisze o tym, poniewaz w publicystyce, a nawet historiografii dotyczacej
                            pierwszego okresu powojennego nadal mozna znalezc w przewazajacej mierze
                            omówienia, stosujace inna miare wobec tego, co nasi ojcowie zrobili Niemcom,
                            niz wobec tego, co inni zrobili naszym ojcom. Mozna oczywiscie zrozumiec
                            wielorakie motywacje odwetu, szczególnie zaraz po wojnie. Nalezy jednak zawsze
                            pamietac, iz zaden naród nie jest maly ani wielki przez to, co przodkowie
                            wspólczesnych zrobili w jego imieniu, lecz przez to, jakie nauki z tego
                            wyciagnal, a takze, jak potrafi je wykorzystac dla przyszlosci". Tyle z
                            dluzszego artykulu p. Bieniasza. I chwala, ze mamy juz takich publicystów,
                            którzy widza i potrafia wyciagac odpowiednie wnioski.
                            Nie rzucajmy kamieniem w drugiego. Popatrzmy na siebie, popatrzmy na polska
                            spolecznosc. W Polsce tez byli tacy, którzy zdradzali jak Judasz, byli tacy,
                            którzy ukrywali Zydów, ale takze tacy, którzy tych Zydów wydawali; byli takze
                            tacy jak w pogromie kieleckim (4 lipca 1946 roku), którzy 40 Zydów zamordowali,
                            a dalszych 40 ranili. Rok po zakonczonej wojnie! A terazniejsza antysemicka
                            histeria w Polsce, gdzie wszedzie widzi sie Zydów, a wg. Zródel zamieszkuje ich
                            w kraju tylko okolo 1500-2000. Nie jestesmy ani lepsi, ani gorsi, obie strony
                            maja dobrych i zlych ludzi. Slazacy czy to polscy, czy niemieccy, wojny nie
                            wywolali, byli tylko narzedziami w rekach innych. Chodzi o to, by szerokiej
                            masie spoleczenstwa powiedziec wreszcie prawde, chodzi o to, by nie uprawiac
                            demagogii, nie pisac czegos, czego nie bylo. Nie zmieniac faktów - tacy ludzie
                            sa najgorsi, bo próbuja podwazac stabilnosc.
                            Przy podpisywaniu ukladu PRL-RFN w dniu 18 listopada 1970 roku strona polska
                            przyznala, ze "w Polsce do dnia dzisiejszego z róznych przyczyn (np. silne
                            powiazanie z miejscem urodzenia), pozostala pewna liczba osób nalezacych
                            bezspornie do narodu niemieckiego i pewna liczba osób z rodzin mieszanych".
                            Niemcy sa polskimi sasiadami i czesto pomiedzy sasiadami dochodzi do sprzeczek.
                            Trudno, aby Polska miala nieporozumienia z Portugalia czy Malta. Ma sie je z
                            sasiadami. Portugalczycy przez setki lat nie potrafia dogadac sie z Hiszpanami,
                            Anglicy ze Szkotami, Grecy z Turkami. Szkoda, ze tak jest na tym swiecie, ale
                            dotychczas zawsze tak bylo. Miejmy nadzieje, ze spoleczenstwa zmadrzeja i
                            kiedys zapanuje spokój.
                            Jak widac z powyzszego, sporo bylo balaganu, nieprawidlowosci, handlu
                            tymczasowym obywatelstwem polskim, tym bardziej dziwi fakt, iz p. Marek
                            pisze: "Powojenna weryfikacja z róznych powodów miarodajnym zródlem byc nie
                            moze. Jedno jest pewne: zweryfikowani nie byli Niemcami". 1 [1. Tragedia, str.
                            18. ]
                            Jak to? Weryfikacja byla zla, ale w jednym punkcie byla dobra - Niemców nie
                            zweryfikowano, tylko wysiedlano?
                            A dalej czytam: "Moge sie zgodzic z twierdzeniem, ze niektórzy Slazacy
                            przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec..." 2 [2.
                            Tragedia, str. 22.]
                            Jak to jest, nie byli Niemcami, a musieli przyznawac sie do polskosci? Wobec
                            tego kim byli? Wlochami?
                            "Niegodziwoscia bylo przeprowadzenie weryfikacji ludnosci polskiej po
                            tragicznym w nastepstwa okresie hitlerowskim, kiedy z trzech ówczesnych pokolen
                            slaskich, najstarsze mówilo tylko po polsku, najmlodsze tylko po niemiecku " -
                            pisze p. Marek. Trudno jest wytlumaczyc profesorowi, ze na Slasku byli i zyli
                            takze Niemcy, (choc posrednio w poprzednim zdaniu sam przyznal, ze Niemcy byli,
                            bo "przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec"), kiedy on
                            tego nie chce wiedziec, nie chce przyjac do wiadomosci, mimo ze sporo
                            publikacji na ten temat mozna znalezc, w dodatku ma kilku sasiadów (o czym
                            pisze w Glosie) mieszkaj
                            • Gość: Ecik IP: 64.124.150.* 14.09.01, 21:04
                              ciag dalszy:

                              Trudno jest wytlumaczyc profesorowi, ze na Slasku byli i zyli takze Niemcy,
                              (choc posrednio w poprzednim zdaniu sam przyznal, ze Niemcy byli,
                              bo "przyznawali sie do polskosci, aby uniknac deportacji do Niemiec"), kiedy on
                              tego nie chce wiedziec, nie chce przyjac do wiadomosci, mimo ze sporo
                              publikacji na ten temat mozna znalezc, w dodatku ma kilku sasiadów (o czym
                              pisze w Glosie) mieszkajacych na tej samej ulicy - Niemców.
                              Zaiste dziwne to rozumowanie.

                              Ewald Stefan Pollok -
                              Legendy, manipulacje, klamstwa
                              prof. F.A.Marka w Tragedii Gornoslaskiej
                              a prawda o Slasku i powojennej dyskryminacji jego mieszkanców.
                              © Copyrright by Ewald S. Pollok Tel. 014830598
                              Po podaniu zródla, przedruk fragmentów dozwolony
                              ISBN 83-907364-1-1
                              Wydanie I
                              Wydawca "Wydawnictwo Zyrowa" Poreba Kup. 59 36-146 Przeborz
                              Druck: Druckarnia Technet, Kraków, ul. Wielicka 28
                              • Gość: Kajos IP: *.dip.t-dialin.net 15.09.01, 22:43
                                Zaroski bydzie dalyj
    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 20.09.01, 13:09
      A wiycie jak Slonzoki prziszli do swoich koloczow z posypkom ?

      Pod ziymiom na Slonsku niy miyszko ino Skarbnik , tam miyszkajom tysz take
      blank male ludziki kere poradzom Wos zakludzic do skarbow pod ziymiom . Ale te
      ludziki som tysz pieronym robotne i tak do przikladu poradzom fajnie robic za
      kowoli , abo stowiac domy i inksze take roztomaitosci , som tysz take kere
      warzom i piekom . Te ludziki wylazom ino tak kole grudnia i stycznia na wiyrch
      (od 24XII do 6I) . Nojwiyncyj ich miyszko kole rzeki Nysy pod takom srooogom
      gorom . Roz jedna tako blank gryfno frelka z podle Glywic prziszla na taki
      pomyslunek , coby ino isc do tych ludzikow i sie u nich co mondrego
      nauczyc .Prawie bol 24XII jak ta dziolszka prziszla pod ta gora i prawie sie ta
      gora otwarla i wylazowaly sniyj te ludziki . Dziolszka z kole Glywic ino na to
      czekala i zaro sie piyknie ukloniola tymu nojmynszymu snich .A on jak oboczol
      co mo do czyniynio ze tak gryfnom i dobrze wychowanom frelkom , to jom
      zaprosiol rajn do tyj gory i pokozol jyj tam roztomaite roznosci . Pokozol jyj
      tysz cosik czego juz nigdy niy poradziola zapomniec - bolo to pieczynie
      koloczow . Dziolszka fajnie podziynkowala tym ludzikom za to ze jyj pora
      tajymnicow zdradziyli i przizekla im ze bydzie je "pilnowac" , pedziala tysz ze
      bydzie pilnowac coby inaczyj tych koloczow niy piyc ino tak jak to jyj oni sam
      pokozali . Na drugi rok prawie na Wilijo pedziala se ze terozki ona upiecze
      take kolocze ze posypkom . Tak tysz zrobiola i porozdowala po konsku somsiodom
      i famili , a do tego kozdymu dala na kartce taki przepis . A te sie nadziwic
      niy poradzili ze tak dobre kolocze idzie piyc . Tak tysz dalyj aze do dzisiej
      kozdy na jaki fajer taki kolocz piecze i dowo skosztowac konsek inkszym a
      przepis przetrwol tysz az do dzisiej niy zmiyniony i jak niy wiezycie to
      pogodejcie ino ze jakoms kobiytom ze Slonska a ona wom abo do skosztowac taki
      kolocz abo jak zes cie som pozondne ludzie to i tyn przepis od niyj
      dostoniecie . Te kolocze ze posypkom i jeszcze pora inkszych tajymnicow to je
      to co tak samo jak naszo slonsko godka momy juz kopa lot i jeszcze druge tela
      miec bydymy , chyba ze przestonymy tego "pilnowac" . Pra ? No to by bolo na
      tela , paczcie tam jako i


      Pyrsk !
      • 21.09.01, 19:53
        KIEJSI NA SZACHCIE

        Jeszcze mi nie było szesnost roków, toch prziszeł do hawiyrnie jako synek
        forajtrować. Nakłodołech do karów ślepróm i cióngnół z upadu. Jak kiery synek
        słabo cióngnół, tak go śleprzi bili śwojimi szerkami.
        Forajtrować żech rok forajtrowoł. Potym robiłech za ślepra, a potym za wozacza.
        Od osiymnostego roku dostołech sie za anszlegra.
        Kiejsi nie były taki szachty, jako sóm terazy. Piyrwej były szachty budowane
        drzewym, a teraz sóm murowane. Jagech sie dosrtoł do roboty, to chłapcy nosili
        jasny chlyb na szychte, a joch nosił plafcek krupiczniok. Toch se go z tymi
        synkami wymiynił. Joch im doł krupiczniok, a óni mi dali bioły chlyb. Tyn chlyb
        żech doł mamie, bo mi ich było luto, że muszóm jeść czorny krupiczniok.
        Wtedy latym chodźili jeszcze hawiyrze do roboty boso. A chodzili ze szychty
        zmazani, bo na szachcie kómpieli nie było. Dziepro nieskorzi, za Cingra, sie
        hawiyrze dospómogali kómpieli. Potym już była wygoda, bo nie musieli chodzić du
        dómu czorni.
        Za Cingra też ludzie chcieli w dziedzinach założyć biblijoteki. Tuki w gminie
        był felwarter, niejaki Hibner, i jak ludzie odewrzyli gymby o biblijotece, to
        ón wrzeszczoł:
        - Nie snotwiejcie jyny z biblijotekami, bo jak hawiyrze bydóm oczytani i
        móndrzejszy, to bydóm chcieć krótszy robić!
        Tak sie panowie boli ksiónżki.
        Jak sie kiejsi robiło na dwanost godzin, to jak mioł hawiyrz szychte na dziyń,
        to w zimie cały tydziyń nie widzioł słóneczka, bo jak szeł rano na szychte, to
        jeszcze nie wyszło, a jak szeł ze szychty, to już było zóńdzóne. Joch roz w
        zimie robił cosi pół roku na noc w kónsku.

        • 22.09.01, 14:43
          O ONDRASZKOWYCH SKARBACH W RAJU

          Tuż koło Rajskiego Zamku znajduje się Ondraszkowa Dziura. Jest to wejście do
          podziemnego ganku, który stąd prowadzi a do samego Cieszyna. Ludzie opowiadają,
          e owym podziemnym gankiem chodził kiedyś Ondraszek ze swą druzyną. W
          podziemiach ukryli ponoć zbójnicy du o złota.
          W roku 1902 trzej bogaci rajanie wyprawili się po te Ondraszkowe skarby. Długo
          szli sklepionym gankiem, przyświecali sobie blaszanymi kagankami, a gdzieś pod
          Rajskim Kopcem natrafili na jakieś beczki. Było ich tam sporo. Na samym dole
          stały du e, pękate beczki, na nich mniejsze beczułki, a na samym wierzchu
          najmniejsze beczułeczki.

          Owi trzej chciwcy zatrzymali się i rozmyślali, co zrobić, kiedy naraz same
          beczki poczęły się staczać w dół. Ledwo zdołali odskoczyć. Na jednej z beczułek
          pękły obręcze, klepki rozleciały sig, a złoto znajdujące się wewnątrz z
          dźwiękiem posypało się na ganek. Kiedy wszyscy trzej rzucili sig na pieniądze,
          w ganku zerwał się straszliwy wicher. W tej chwili lunął ulewny deszcz, a
          brudna woda poczęła wypełniać ganek.

          Pełgające kaganki zgasły.

          Naraz w ciemnościach rozległ się donośny głos:

          - Wara wóm od moich skarbów! jyny biydocy mogóm se nabrać tela złota, wiela im
          potrzeba. A ka dego bogocza, kiery ręke na to złoto wyciągnie, spotko kara!

          Ci trzej hyłtusi porzucili pozbierane pieniądze i poczęli uciekać, ale
          nieprzenikniona ciemność i woda coraz bardzej wzbierająca w ganku uniemo liwiła
          im ucieczkę. Wszyscy trzej utonęli w podziemiu. W tym samym czasie przyszła z
          gór wielka powódź i Olza wystąpiła z brzegów. Rodziny tamtych trzech chciwców
          rozpowiedziały potem po okolicy, że oni widocznie znaleźli śmierć w wezbranych
          nurtach Olzy. Nikt nawet nie przypuszczał, że to zjawa Ondraszka ukarała ich za
          chciwość.

          • Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 29.09.01, 13:59
            na góre z watkiem

            LEGENDA O KRÓLEWNIE
            I TRZECH BRACIACH

            Przy kominku głową kiwa.
            Nos jak haczyk, okulary,
            Coś pierdoli babsztyl stary,
            Snuje bajdy niestworzone
            O królewnie ?Pizdolonie"
            O trzech braciach jak niewielu
            O matuli ich z burdelu.
            Opowiada stare dzieje
            A na dworze wicher wieje.
            Siądźcie społem panny, smyki,
            Mmłodojebce, stare pryki
            I nastawcie dobrze uszy.
            Choć na polu śnieżek pruszy
            W domu ciepło i wygodnie,
            Zostaw pan w spokoju spodnie,
            Bo się wnet zawołam mamy.
            Cyt, uwaga - zaczynamy:
            Za lasami, za górami,
            Za rzekami, za morzami
            Żył przed bardzo wielu laty
            Król potężny i bogaty,
            Dobrotliwy, szczobrotliwy,
            Lecz niezmiernie rozżalony
            Z racji córki Pizdolony,
            Która chociaż dobra, miła,
            Niepomiernie się kurwiła.
            A dawała bez wyboru
            I rycerzom, panom dworu
            I kucharzom i stolarzom,
            Czasem nawet i malarzom!
            W każdej chwili, w każdym czasie
            Wciąż myślała o kutasie.
            Próżno mówił jej król stary,
            Że we wszystkim trzeba miary,
            Nie wypada bowiem pannie
            Tak się dupcyć nieustannie.
            Na nic się to wszystko zdało
            Bo królewnie wszystko mało.
            Wszyscy byli wyjebani
            Nawet księża kapelani!
            Raz ją tak swędziała dupa,
            Że zgwałciła i biskupa.
            A, że ten ją zerżnął marnie
            Poszła dawać pod latarnię.
            Aż z burdelów wszystkich w mieście
            Do samego króla wreszcie
            Od kurewskiej całej nacji
            Przyszły kurwy w delegacji.
            Ta najbardziej rozjebana
            Padłszy przed nim na kolana
            Z trudem wielkim tłumiąc łkanie
            Rzecze: ?Królu nasz i Panie
            Ty panując od lat wielu
            Byłeś ojcem dla burdelu,
            Upadają obyczaje
            Twoja córka dupy daje
            Na ulicy bez pieniędzy,
            Przez co wpycha nas do nędzy.
            Nikt nas dziś już nie pierdoli
            Bo darmochę każdy woli!"
            Król na łzy kurewskie czuły
            Kazał dać ze swej szkatuły
            Każdej kurwie po dukacie,
            Po czym zamknął się w komnacie
            I tam siedział przez dzień cały
            Aż mu jaja posiwiały.
            Król choć płakał ze zmartwienia
            Zamknął córkę do więzienia
            By się więcej nie puszczała.
            Tam codziennie dostawała
            Prócz świetnego utrzymania
            Tysiąc świec do branzlowania,
            Wazeliny beczkę całą,
            Lecz jej tego było mało.
            Ciągle płacze, ciągle krzyczy:
            ?To za mało dla mej piczy!"
            W nocy zaś przywołał swego
            Astrologa nadwornego,
            By ten patrząc w gwiezdne szlaki
            Znalazł wreszcie sposób jaki
            By królewnę można było
            Dobrowolnie, czy też siłą
            Wrócić znów do cnoty granic,
            Lub, gdy to się nie zda na nic,
            Niech przynajmniej w swojej sferze
            Obłapników sobie bierze.
            Więc astrolog wziąwszy lupę
            Zajrzał raz królewnie w dupę,
            Wielkim cyrklem pizdę zmierzył,
            Po czym zamknął się na wieży
            Tak był w pracy pogrążony,
            Taki przy tym roztargniony,
            Że szukając gwiazd na niebie
            W roztargnieniu srał pod siebie.
            Kręcił, wiercił teleskopem
            Wreszcie wrócił z horoskopem
            I rzekł: ?Smutną mi niestety
            Objawiły wieść planety,
            Że królewny nic nie wstrzyma,
            Na jej szał lekarstwa nima.
            Chyba, że się znajdzie jaki
            Tęgi jebak nad jebaki,
            Który tak ją zerżnie pięknie,
            Że królewnie pizda pęknie,
            Na kawały się rozwali,
            Żywym ogniem się rozpali.
            Wówczas będzie Pizdolona
            Z czaru swego wyzwolona
            I stanie się znów prawiczką
            Z malusieńką, ciasną piczką."
            Wszystkim było ogłoszone,
            Że kto zbawi Pizdolonę
            Ten otrzyma za podziękę
            Pół królestwa i jej rękę.
            Więc zjeżdżają się jebacze,
            Czarodzieje, zaklinacze,
            Rycerze i królewicze,
            By królewnie zerżnąć piczę.
            Każdy sił swoich próbuje
            I choć tęgie mieli chuje
            Na nic się to wszystko zdało,
            Bo jej ciągle było mało.
            A tymczasem heroldowie
            W całym kraju w piśmie, w mowie
            Wieści dziwne rozgłaszali
            Coraz dalej, dalej, dalej,
            Aż dotarły hen daleko,
            Gdzie za siódmą górą , rzeką
            Stała sobie mała chatka
            W niej mieszkała stara matka
            Ze synami swymi trzema,
            Którym równych w świecie nie ma.
            Każdy dzielny, tęgi zwinny,
            Ale każdy z nich był inny.
            I w tym nie ma nic dziwnego
            Każdy z ojca był innego,
            Bo w młodości swojej czasie
            Matka strasznie puszczała się.
            Syn najstarszy - miał chuj długi
            I gruby na kształt maczugi
            A po bokach jego były
            Jak postronki grube żyły,
            Jakieś węzły, jakieś guzy,
            Jaja miał jak dwa arbuzy
            A że ciągle mu bez mała
            ta ogromna pyta stała
            ?Chujogromem" go nazwano.
            ?Pizdoliza" nosił miano
            Syn następny, bo lizanie
            Stawiał wyżej nad jebanie
            I nie było mistrza w świecie
            By prześcignął go w minecie.
            Cieszą matkę takie dzieci
            Lecz niestety smuci trzeci,
            Który rodu był zakałą
            Bo miał kuśkę całkiem małą,
            Cienką krótką, na kształt glizdy
            I nie palił się do pizdy.
            Dobrze że z matczynej woli
            Raz na miesiąc popierdoli.
            A że mało tak obłapia
            Bracia mieli go za gapia,
            No i matka nawet z czasem
            Nazywała go ?Głuptasem"
            Tak im słodko życie idzie
            Ani w zbytku, ani w bidzie.
            W strzebowym dwa chłopaki
            Zarabiały w sposób taki,
            Że cnotliwe starsze panie
            Brały ich na utrzymanie,
            A i matka, chociaż stara
            Dała dupy za talara
            Na stojaka, gdzieś w klozecie
            Lecz najmłodszy, głupek przecie
            Choć podobał się niewiastom
            Dawał dupy pederastom
            I ku matki wielkiej złości
            Nie brał nic od swoich gości.
            Aż dotarła i w ich strony
            Wieść o losie Pizdolony.
            Na pieniądze wnet, łakoma,
            Woła matka Chujogroma
            I tak rzecze: ?Ty mój synu
            Idź dokonaj tego czynu."
            Olbrzym wnet posłuchał matki,
            Zaraz włożył czyste gatki,
            Wymył chuja i bez zwłoki
            Raźno ruszył w świat szeroki.
            A gdy przybył do stolicy
            Zaraz poszedł do piwnicy,
            Gdzie się świecą, rozkraczona
            Branzlowała Pizdolona.
            Pyta dawno mu stanęła,
            Więc się ostro wziął do dzieła
            I za pierwszym sztosem leci
            Błyskawicznie drugi, trzeci,
            Czwarty, piąty, aż nareszcie
            Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście
            I utracił siłę całą.
            A królewnie wciąż za mało!
            Tak był przy tym osłabiony,
            Że zleźć nie mógł z Pizdolony
            I musiały dworskie ciury
            Ściągnąć go za dupę z dziury.
            I zanieśli omdlałego
            Do szpitala zamkowego.
            A królewna ciągle krzyczy:
            ?To za mało dla mej piczy!"
            Prędko, prędko baśń się baje
            Nie tak prędko kutas staje,
            Baśń się baje, czas ucieka
            Chujogroma matka czeka
            I już martwić się zaczyna:
            ?Coś nie widać skurwysyna".
            Aż ją doszły smutne wieści,
            Powstrzymując łzy boleści,
            Pizdoliza matka wzywa
            I w te słowa się odzywa:
            ?Bratu, rzecz to nie do wiary
            Nie udały się zamiary
            Kutas zmarniał mu, niestety
            Idź więc ty, spróbuj minety."
            I Pizdoliz wnet, bez zwłoki
            Ruszył prędko w świat szeroki
            W końcu zaszedł do stolicy,
            Tam się udał do piwnicy,
            Gdzie się świeczką, rozkraczona
            Branzlowała Pizdolona.
            Zaraz ją za dupę łapie
            I minetę tęgo chlapie.
            Język jego na kształt węża
            To się spręża, to rozpręża,
            To się wije jak sprężyna,
            W pizdę wwiercać się zaczyna,
            Kręci na kształt kołowrotka,
            To od zewnątrz, to od środka.
            Doba wciąż za dobą mija
            On jęzorem wciąż wywija,
            Aż utracił siłę całą
            A królewnie wciąż za mało.
            Tak był przy tym osłabiony,
            Że zleźć nie mógł z Pizdolony,
            Więc i jego dworskie ciury
            Ściągnęły za dupę z dziury
            I wyniosły omdlałego
            Do szpitala zamkowego.
            A królewna ciągle krzyczy:
            ?To za mało dla mej piczy!"
            Prędko, prędko baśń się baje,
            Nie tak prędko kutas staje.
            Baśń się baje czas ucieka
            Pizdoliza matka czeka
            I już martwić się zaczyna
            Bo nie widać skurwysyna.
            Ze złości zaciska zęby,
            Że dwóch synów niby dęby
            Losy wzięły jej zdradziecko
            ?Jedno mi zostało dziecko
            I do tego całkiem głupie!"
            Głuptak miał to wszystko w dupie.
            Raz w ogrodzie, po jedzeniu
            Chciał pochrapać sobie w cieniu.
            Coś mu jednak spać nie daje,
            Coś go ciągle gryzie w jaje.
            Patrzy - a tu mała menda
            Co po jajach mu się szwenda.
            Głuptak już rozpinał gacie
            By ją otruć w sublimacie,
            Gdy wtem menda nieszczęśliwa
            Ludzkim głosem się odzywa:
            ?Czemu pragniesz mojej zguby?
            Nie zabijaj chłopcze luby.
            Menda też stworzenie Boże,
            Że inaczej żyć nie może
            I że czasem w jajo utnie,
            Nie gubże jej tak okrutnie
            • Gość: mesco IP: *.dip.t-dialin.net 29.09.01, 14:09
              na góre z watkiem

              Głuptak myśli: ?Cóż to złego,
              Przecie nie zje mnie całego.
              Nie potrzebna mi twa zguba,
              Idź więc z Bogiem, mendo luba!"
              A tu nagle menda znika
              I zmienia się w czarownika!
              Czarownika, czarodzieja
              I do swego dobrodzieja,
              Co się w strachu z miejsca zrywa
              W takie słowa się odzywa:
              ?Że litości miałeś względy
              Dla bezbronnej, słabej mendy,
              I żeś jej darował życie
              Wynagrodzę cię sowicie.
              Dam ja ci wskazówki pewne
              Jak spierdolić masz królewnę.
              Sił twych mało tu potrzeba,
              Dam ?Kondona Samojeba",
              Który ma tę dziwną siłę,
              Że gdy włożysz na swą żyłę
              I rozkażesz, on za ciebie,
              Sztos za sztosem ciągle jebie
              Czarodziejską mocą cudną,
              Ale zdobyć go jest trudno!
              Dupa strzeże go zaklęta
              Na przechodniów wciąż wypięta,
              Z której mocą złego ducha
              Ustawicznie ogień bucha
              I czy z bliska, czy z daleka,
              Żarem swoim wszystko spieka
              I w tym wielkim, mocnym żarze
              Dupa się całować każe.
              Lecz gdy powiesz do niej słowa:
              ?Niech się ogień w dupie schowa,
              Sama się pocałuj właśnie!"
              Wtedy ogień w dupie zgaśnie
              I powoli z dobrej woli
              Kondon zabrać ci pozwoli.
              Za twą dobroć ja ci mogę
              Do tej dupy wskazać drogę.
              Weź ten kłębek z sobą razem,
              On ci będzie drogowskazem,
              Rzuć na ziemię i idź wszędzie,
              Gdzie się kłębek toczyć będzie,
              Lecz pamiętaj zawsze święcie
              Czarodziejskie to zaklęcie!"
              Tu - czarownik niby mara zniknął,
              Rozwiał się jak para.
              Głuptak wstaje ucieszony,
              Bierze kłębek, rozbawiony
              I nie mówiąc nic nikomu
              Po kryjomu znika z domu.
              Prędko, prędko baśń się baje,
              Nie tak pręko kutas staje.
              Głuptak idzie, nie ustaje
              Coraz nowe mija kraje.
              Gdy stu granic minął słupy,
              Zaszedł wreszcie aż do dupy,
              Z której ogień wieczny tryska.
              A podszedwszy do niej z bliska,
              Rozżarzonej nad pojęcie
              Czarodziejskie swe zaklęcie
              Głuptak z całej siły wrzaśnie:
              ?Sama się pocałuj właśnie!"
              Wtedy dupa zawstydzona
              Puściła go do kondona,
              Więc z kondonem ucieszony
              Pędzi wnet do pizdolony.
              A gdy przybył do stolicy
              Zaraz poszedł do ciemnicy,
              Gdzie się świecą, rozkraczona
              Branzlowała Pizdolona.
              Wkłada kondon, niecierpliwy,
              A tu patrzcie - czary, dziwy,
              Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
              Na sto chujów się rozrasta,.
              Każdy gruby jak ta bela,
              Każdy piczę jej rozdziera,
              Każdy twardy jak ze stali,
              Każdy długi na sto cali,
              Wszystkie chuje z całej siły
              Na królewnę uderzyły!
              Każdy jej się w pizdę wwierca,
              Każdy końcem sięga serca,
              Każdy jej się w piczy grzebie,
              Każdy jebie, jebie, jebie!
              Aż królewna Pizdolona
              Rozjebana, spierdolona,
              Od jebania ledwie żywa
              Krzyczy: ?Cipaaa się rozrywa!"
              Takie przy tym tarcie było,
              Że się w dupie zapaliło.
              By ugasić pożar ciała
              Straż zamkowa przyjechała
              Z toporami, bosakami,
              Sikawkami i kubłami
              Słowem z całym inwentarzem
              Używanym przy pożarze
              I po długiej, ciężkiej pracy
              Ugasili ją strażacy.
              Tak została Pizdolona
              Z czaru swego wybawiona
              I znów stała się prawiczką
              Z malusieńką ciasną piczką.
              Głuptas dostał zaś w podzięce
              Pół królestwa i jej ręce.
              Król był taki ucieszony
              Ze zbawienia Pizdolony,
              Że pomimo swej starości
              Kapucyna ciął z radości
              Bez ustanku tydzień cały,
              Aż mu jaja odsiwiały
              Mimo, że już nie był młody.
              Potem zaraz sprawił gody
              Głuptakowi z Pizdoloną.
              Mnie na gody zaproszono.
              Więc jak mówię, też tam byłem
              Jadłem, piłem, pierdoliłem,
              Bawiłem się z nimi społem,
              Aż zasnąłem gdzieś pod stołem.
              Oto co sprawiła menda!
              Na tym kończy się legenda!
              • 15.10.01, 07:06
                Legynda o wsi Przerycie

                Przerycie to pszysiouek Raciborskich Rurd (Groß Rauden). Miyszkou tam kedys´
                jedyn chop, kery spszedou swoja dusza djobuowi. Ale kedy zachorowou i sumiynie
                kere go szpetnie mynczyuo, ukozauo mu co go czeko we piekle. Skwuli tego
                wszystkego pieronsko sie z´lynknou, a ze zauowou tego gyszeftu to chciou
                pszijonc´ sakramynt chorych. Od niego baba znaua te djobelske konszachty chopa
                i wartko poleciaua do klasztoru w Rdach z pros´bom coby kery mnich go psziszou
                wyspowiadac´. Mnich psziszou i jak dowiedziou sie o tym pieronstwie to prynko
                poleciou do kaplicy klasztorny po Najs´wiyntszy Sakramynt. Jednak droga
                zastawiou mu djobou i pedziou ze dusza nalezy do niego bo za niom zapuaciou. Na
                to mnich odpedziou ze on mo obowionzek walczyc´ o kozdo dusza kero pragnie
                christusa.
                Djobou jednak dugo niyustympowou, az mnich zaproponowou mu ukuad: "Jo ida do
                klasztoru po Najs´wiyntszy Sakramynt, aty w tym czasie poryj dookoua te pole.
                Jak skon´czysz do mojego powrotu dusza je twoja jak niy zdonzysz to moja."
                Djobou se pomys´lou takigo grzesznika wyspowiadac´, to bydzie trwauo napewno
                cauy tydziyn´ i zabrou sie twardo do rycio, a mnich gipko poleciou do
                klasztoru, djobou zapiepszou corous to pryndzyj, pot sie lou s´niego, slypia mu
                wylazuy ze wysiuku i wypatrywanio na minicha. Jak jusz miou niywiela do
                zrobiynio, rozmazyu sie i wyobrazou se jak to tasko dusza chorego do piekua
                W tym momyncie zjawiou sie woz konny i stanou wele dz´wiyrzy chorego.Wyskoczou
                s´niego mnich, wejzou na djobua,kery jeszcze roboty niyskon´czyu. djobou
                widzonc ze pszegrou, ze zuosci ciepnou uopatom o ziymia i uciyk do piekua.
                Dusza byua uratowano. Od tego czasu ta mauo osada nazywo sie Przerycie. Na te
                poryte do dzisiej godajom "przerytniok". Tyn pieron tak to fajnie poryu ze bez
                zima bajtle majom uciechy czi miechy ze tych gorkow na szjerach abo sonkach
                sjyrzdzac´.
                • 15.10.01, 17:56
                  NA KSIÓNŻYNCEJ "GABRYJELI"

                  Już dobrze nie pamiyntóm, w kierym roku to było, alech był jeszcze chłapcym,
                  możne mi było z patnost roków. Na Gabryjele przijechoł arcyksiónże Frydrych,
                  właściciel tych werków.
                  Delegat Komar mioł skarge na porzóndki na szachcie. Tak klynknół i podoł tymu
                  arcyksiyńciu pismo. Ón sie obrócił i podoł to pismo dyrechtorowi z Ostrawy, bo
                  z arcyksiyńciym tam była cało zgraja z dyrechcyje. Na drugi dziyń tyn Komar i
                  jeszcze drugi delegat, Brachaczek, ni mógli dostać roboty.
                  Tego Brachaczka przijón potym za pachołka masorz Herc z Dómbrowej. Mój ojciec
                  zaszoł roz do Dómbrowej do Brachaczka i zaniós mu dwa ryński. Tak kiejsi jedyn
                  drugigo spómogoł; choć mioł biyde, ale jedyn na drugigo pamiyntali.

                  Jak śleper nie wywióz tela, wiela mu naporynczył wywiyźć hajer albo sztajgier,
                  to po szychcie za to dostol porzóndnóm wypłate flekym, albo za uszy. A czasym i
                  hajerzi bili śleprów, że mało zrobili. Kiery był odważniejszy a trufoł sie na
                  siłach, to i wrócił z interesym.
                  Mój ujec, Francek Koch, robił na Gabryjeli. Rcz po robocie prziszoł troche
                  rychli pod szachte, a był tam sztajgier Pieter S. Tyn mu mówi:
                  - Kajś sie już tu wzión?
                  - Na tóż, prziszołech, dyć je czas na wyrch jechać! Sztajgier rznół go kilofym.
                  Leżała tam kańsi spinka, co sie wozy spinajóm, taki kónsek lańcucha. Tak
                  Francek porwoł te spinke i wymazoł nióm sztajgra porzóndnie po plecach. Za to
                  zaroz dostoł ksiónżke. Kiejsi za taki rzeczy chcieli robotników wieszać.
                  Panowie mógli robotnika bić i znyncać sie nad nim, ale ónym sie nie śmiało nic
                  stać. To była sprawiedliwość !

    • Gość: Mirek IP: *.sympatico.ca 25.06.02, 02:48
      Macie cos jeszcze? Toz ten temat to prawdziwy "rodzynek"!
    • 06.07.02, 09:08
      Do dnia dzisiejszego można oglądać na krańcach Gniezna, stare szańce zbudowane
      w celu obrony miasta. O tym miejscu, w minionym wieku krążyły podania że mieści
      się w nim rozpadlina, w której od dawien dawna gnieździ się bies. Podobno to
      miejsce nazywano Gnieżnikiem.
      Wokół Gnieżnika rosła zawsze bujna i piękna trawa. Nie należy się dziwić, że
      tam właśnie najczęściej pastuszkowie przypędzali swoje krowy, gdyż prędko
      najadały się do syta soczystej trawy i później leżały spokojnie przeżuwając
      pokarm. Oni wtedy mogli spokojnie zabawiać się na łące.
      Któregoś dnia, gdy bydło spokojnie polegiwało, rozbawieni pastuszkowie, zaczęli
      rzucać dla zabawy swoimi nakryciami głowy. Przyglądał się tej beztroskiej
      zabawie i swawoli z ukrycia bies, który pilnował skarbów w czeluściach
      rozpadliny. Podobała mu się ta zabawa i napewno by się w nią włączył , gdyby
      nie był kadukiem. Rozmyślał przeto co by tu zrobić, jaki wymyśleć psikus, żeby
      choć na chwile zmącić zabawę. Okazja niebawem się nadarzyła. Jeden z chłopców
      tak wysoko rzucił swój kaszkiet, że ten poszybował prosto w stronę ukrytego
      psikuśnika, spadając mu prosto pod kopytko. Bies nie namyślał się długo.
      Podniósł natychmiast kaszkiet z ziemi i uradowany, że zrobi chłopcom figiel,
      natychmiast schował się z pięknym nowym kaszkietem w czeluściach zapadliny.
      Na próżno wszyscy szukali zagubionego kaszkietu. Nigdzie go nie było. Wyglądało
      na to, że zapadł się pod ziemię. Kiedy doszli do zapadliny jeden z pastuszków
      zawyrokował :
      - Nic tylko kaszkiet wpadł do dziury i teraz kusiciel ma go w swojej mocy !
      Pastuszek, który postradał kaszkiet, zląkł się, że może go nie odzyskać, zaczął
      więc głośno płakać. Usłyszał ten dziecięcy płacz , siedzący w głębi bies
      Gniżnika. Podsunął się bardzo blisko wyjścia i nadsłuchiwał, co też
      pastuszkowie o jego psocie mówią. To co usłyszał natychmiast zmiększyło nawet
      jego diabelskie serce. Współczujący swojemu koledze pastuszkowie, martwili się
      o Janka, że jak pójdzie do domu dostanie lanie, bo zgubił nowy kaszkiet. A
      najgorsze to jest to, że idzie zima i w czym on będzie chodził skoro mu ojciec
      nowego kaszkietu nie kupi. Niedawno przecież pochowali matkę, a z małego
      gospodarstwa nie ma za dużo zysków. Nie od święta im bieda do garnków zagląda.
      Będzie musiał biedny Janek z gołą głową chodzić.
      Gdy bies to wszystko usłyszał, żal mu się zrobiło małego chłopca , któremu
      spłatał tak brzydki figiel. Postanowił, natychmiast nie tylko zwrócić nakrycie
      głowy , ale kaszkiet wypełnić złotymi dukatami. Jak pomyślał tak też i zrobił.
      Wyrzucił do góry na powierzchnię ziemi kaszkiet ze złotem. Chłopiec uradowany
      tym znaleziskiem, pokazał pastuszkom złote monety i odzyskany kaszkiet.
      Po powrocie do domów pastuszkowie opowiedzieli o przygodzie jaka na Gnieżniku
      przy rozpadlinie się wydarzyła. Jakie najpierw nieszczęście, a potem szczęście
      Janka spotkało. Zachłanni rodzice na drugi dzień ubrali w odświętne kaszkiety
      chłopców i przykazali, by i w tym dniu zabawę powtórzyli i swoje kaszkiety do
      dziury biesa powrzucali. Gdy tylko chłopcy znaleźli się na łące, nie bacząc na
      bydło, które przygnali zaczęli zabawę kaszkietami. Rzucali je do góry i coraz
      bardziej zbliżali się do zapadliny. Kiedy już byli od niej na parę kroków,
      powrzucali wszystkie kaszkiety do dziury biesa. Usiedli wokół niej i czekali,
      kiedy psikusnik zacznie je spowrotem wyrzucać. Zaczynało się już zmierzchać i
      słońce za las zachodzić, a kaszkietów jak nie było tak nie ma. Zauważyli, że i
      bydło gdzieś się porozchodziło i nie było go na łące. Zaczęli strasznie
      pomstować i kląć na biesa. Tego pokuśnik zdzierżyć już nie mógł. Zakręcił
      wiatrem i z dziury powytlatywały wszystkie kaszkiety napełnione łajnem krowim.
      Kiedy pastuszkowie chcieli je podnieść z ziemi wyleciał z rozpadliny grat
      małych kamyczków i zeschniętych liści. Bies zemścił się na tych co przeciwko
      niemu brzydkich słów używali.
      Do rana z rodzicami chłopcy szukali zgubionych krów, które bies złośliwie po
      lesie rozpędził.
      W Gnieźnie i okolicy dość długo ludzie mówili o tej niezwykłej przygodzie,
      która pastuszków na Gnieżniku spotkała. Jak ich bies za chytrość i używanie
      brzydkich słów ukarał. Dla tego też do dnia dzisiejszego brzydkich słów i
      wyrażeń na ulicy Gniezna nie usłyszysz. A jeżeli ktoś usłyszy, to może być
      pewien, ze jest to mieszkaniec z innego miasta. Tubylec nie chciałby mieć do
      czynienia z Gnieżnikiem, który za takie słowa łajnem krowim natychmiast
      obrzuci !
      • 06.07.02, 17:53
        Przed laty niedaleko Kościana na Ziemi Wschowskiej we wsi Brońsko, mieszkała
        bardzo uczciwa i pobożna wdowa Ślebodzina. Żaden diabeł nie mógł do niczego
        złego jej nakłonić. Na próżno różne diabły z " piekła rodem " starały się
        znanymi sobie sposobami nakłonić ją do grzechu. Żadne - nawet te
        najzmyślniejsze , co " sztuczki diable " potrafiły wymyślać, nie potrafiły tego
        dokonać. Wdowa, mimo, że kusiciele na każdym kroku starali utrudniać jej życie,
        nie ulegała żadnej pokusie. Skarżyły się rogalce w piekle Lucyferowi, że nie
        mogą sobie z babą dać rady, chociaż u wdowy bieda " aż piszczy ". Zatraciciele
        nie przestawali kusić i używali wszelkich sposobów by wdowa chociaż jedno słowo
        wyrzekła niemiłe Bogu. Ale im nic nie wychodziło. Wdowa nadal trwała przy
        swoich zasadach.
        Nie mogąc sobie dać rady kusiciele z " upartą " babą, zebrali się u Lucyfera w
        piekle na naradzie. Wśród nich był bardzo złośliwy i nieprzyjemny zatruciciel -
        KUŚTYGA. Otrzymał on to imię w piekle, gdyż od " urodzenia " kulał na jedną
        nogę. Uważnie i zaciekawieniem przysłuchiwał się Kuśtyga narzekaniom współ-
        czortów. Dziwiło go bardzo, że żaden z kusicieli nie potrafił użyć takiego
        sprytnego podstępu, by nakłonić wdowę, żeby chociaż raz zaklęła ! Postanowił
        sam zabrać się do tej sprawy. Z początku i jemu żadne " diabelskie sztuczki ",
        do skuszenia wdowy nie były przydatne. Wdowa nie poddawała się
        żadnym "matactwom diabelskim". Postanowił przeto złośliwy kusiciel ludzkie
        sztuczki zastosować. Nadarzyła się ku temu okazja.
        Było to akurat na przednówku. Bieda zaczęła zaglądać do wszystkich chat na wsi.
        Nawet i bogatym gospodarzom, zaczynało być ciężko. U wdowy coraz gorzej
        zaczynało się dziać. W dniu kiedy wyjechała wołami orać w pole, zabrała z sobą
        tylko małe zawiniątko, w którym była, ostatnia kromka suchego chleba. Gdy
        zajechała na miejsce orki, zawiniątko położyła na miedzy, z myślą, że skorzysta
        z niego w południe, kiedy słońce będzie w zenicie. Praca pochłonęła ją bez
        reszty. Nic w koło nie widziała, tylko pracujące z nią woły. Nie zauważyła, że
        ktoś przygląda się jej orce i zbliża się do miedzy, gdzie leżało zawiniątko z
        suchą kromką chleba. Był to KUŚTYGA ! Gdy ujrzał posiłek wdowy "szatańska myśl"
        przebiegła przez jego głowę. Rozwiązał szybko zawiniątko i wyjął chleb, by
        pochwili łapczywie zjeść. Gdy skończył jedzenie skrył się w pobliskich krzakach
        i czekał na wdowę i jej reakcję, gdy przyjdzie i nie będzie miała swojej kromki
        suchego chleba. Napewo siarczyście zaklnie - pomyślał ?
        W samo południe, gdy dzwon z pobliskiego kościoła zaczął dzwonić na "Anioł
        Pański ", wdowa wyprzęgła woły, które same ruszyły do wodopoju, a sama
        zmówiwszy modlitwę, skierowała się w stronę swojego pożywienia. Zdziwiła się
        niezmiernie, gdy ujrzała rozwinięty węzełek i brak kromki suchego chleba.
        Obejrzała dokładnie miejsce wokół zawiniątka, ale - suchej kromki chleba
        nigdzie nie było. Usiadła na miedzy zmartwiona i zmęczona. Jednak żadnych
        złorzeczeń z jej strony nie było.
        - Niech mu będzie na zdrowie - powiedziała, temu co tą kromeczkę suchego chleba
        mi zabrał. Skoro odważył się na kradzież takiego chleba, musiał być bardzo
        głodny - zakończyła.
        Gdy ostatnie zdanie wypowiedziała, zatraciciel słuchający w ukryciu tych słów -
        zapadł się pod ziemię. Znalazł się w piekle przed samym tronem Lucyfera, który
        już wiedział jaka przygoda na ziemi spotkała KUŚTYGĘ. Nawet Lucyper nie mógł
        znieść tego wyczynu Kuśtygi i kazał mu wracać tam skąd przybył. Posłuszny bies
        wrócił na miedzę, gdzie jeszcze leżały okruchy przez niego zjedzonej kromki
        suchego chleba.
        Gdy o całej sprawie dowiedział się BORUTA - wojewoda diabelski nad wszystkimi
        czortami w Polsce natychmiast kazał zwołać " TRYBUNAŁ DIABELSKI " i osądzić
        KUŚTYGĘ !
        Diabli pachołkowie znaleźli Kuśtygę ukrywającego się w borze Włoszakowskim i
        przywlekli go na Zamek Łęczycki. Po trzynastu dniach rozprawy " TRYBUNAŁ
        DIABELSKI " pod przewodnictwem Pana na łęczyckich błotach Imć BORUTY, wojewody
        diabłów polskich - skazał :
        " ... za popełniony CZYN NIEGODNY NAWET DIABŁA - skazuje się obwinionego
        zatraciciela KUŚTYGĘ z piekła rodem , na służenie u wdowy Ślebodziny we wsi
        Brońsko Kasztelanii Wschowskiej , do końca życia w/w wdowy w jej gospodarstwie
        za parobka, wykonującego najcięższe prace i przynoszące jej wszelkie dobra do
        domu i gospodarstwa i dlatego od dziś będziesz pracował dla tej kobiety na
        chleb. Nakazuje się też w/w zatracicielowi dla niepoznaki przybrać imię ludzkie
        jak i od dnia dzisiejszego ubierać się wyłącznie w strój w jakim chodzą
        wieśniacy na Ziemi Wschowskiej. Po skończonej rozprawie w/w uda się do
        gospodarstwa wdowy w ubraniu ludzkim, trzeźwy i wymyty, żeby od niego nie było
        czuć diabłem i co rychlej zabierze się do pracy.
        Wyrok jest ostateczny i ze względu na haniebny czyn oskarżonego, który przynosi
        piekłu hańbę - nie podlega zaskarżeniu do wyższego "Trybunału Diabelskiego ",
        jak i nie przysługuje w/w złożenie prośby o łaskę do Księcia Lucypera. "
        Ze spuszczonym ogonem opuścił Zamek Łęczycki Kuśtyga, kierując się Traktem
        Poznańskim na Ziemię Wschowską. Gdy znalazł się w Brońsku w zagrodzie wdowy,
        prosił ją by go na służbę przyjąć raczyła. Wdowa z początku się wzbraniała
        twierdząc, że z gospodarki zaledwie dzieci swoje wyżywi, więc jemu nie będzie
        miała czym zapłacić. Mimo wszystko Kuśtyga nalegał i prosił o tą pracę.
        Wreszcie wdowę przekonał, gdy powiedział, że ani jednego inkluza od niej nie
        weźmie, tylko za marne jedzenie będzie służył. Samo dobro będzie jej
        przysparzał i nawet w niedziele będzie pracował. Wdowa po tych naleganiach
        ustąpiła i zapewniła Kuśtygę, że u niej dom jest wierzący i w niedziele się nie
        pracuje, tylko chodzi do kościoła. Kuśtyga na te ostatnie słowa wdowy się
        wzdrygnął i zaczerwienił, ale pracę przyjął, bo nie miał innego wyjścia. Wdowa
        jeszcze zapytała jak na niego wołają ?
        - Kuś... , nie - Matyjasek - wykrzyknął diabeł! - Ma-ty-ja-sek, jąkał po raz
        drugi pomny przykazaniu sądowemu.
        Wdowa i jej dzieci, dzięki wyrokowi "Trybunału Diabelskiego " do końca życia
        nie zaznały głodu.
        KUŚTYGA - MATYJASEK do dnia dzisiejszego pałęta się gdzieś tam po Ziemi
        Wschowskiej. A, że mu się poplątało w głowie, jak go ktoś spotka i zapyta jak
        na niego wołają to raz odpowiada - że Kuśtyga innym razem Matyjasek. Wie tylko
        o jednym dobrze i to zapamiętał na całe diabelskie życie , że :
        " NAWET DIABŁU NIE PRZYSTOI , CZYNU NIEGODNEGO POPEŁNIAĆ ".
        • 07.07.02, 10:58
          Miał chłop bardzo starą chałupę. Nie miał pieniędzy żeby postawić nową, a stara
          zaczęła się już walić. Medytował i rozmyślał, jakby to zrobić, żeby na nową
          chałupę pieniądze się znalazły. Stojąc na moście rozmyślał o swoim kłopocie.
          Patrząc w wodę przypomniał sobie co to ludzie mówią o mieszkającym tu pod
          mostem diable Kieczce. Może by tak od niego pieniądze pożyczyć ? Jak tylko
          pomyślał, już obok niego pojawił się jakiś człowiek, który zagadnął do niego.
          - Wiesz chłopie, znam Twoje zmartwienie. Mógłbym coś na nie zaradzić w
          potrzebie pieniądze by się znalazły.
          Chłopu w tym momencie ciarki przeleciały przez plecy, bo zorjętował się z kim
          ma do czynienia. Już miał się przeżegnać, by odgonić z ł e od siebie, ale
          zachłaność chłopska zwyciężyła. Zdjął czapkę i grzecznie zapytał:
          - A czego diable byś ode mnie za tą fatygę żądał ?
          - Podpiszesz mały cyrografik krwią z serdecznego swojego palca i będzie
          rychtyk !
          - O, tego za nic na świecie nie zrobię, choćbym miał swojej chałupy o której
          marzę nie wybudować !
          - To daj mi któreś swoje dziecko, masz przecież w chałupie ich aż siedmioro -
          zaczyna kusić diabeł.
          - O nie, tego się nigdy ode mnie nie doczekasz ! Za nic w świecie, żebym miał
          dziecko za chałupę do ognia piekielnego sprzedać ! - I już miał się żegnać żeby
          Kieczkę od siebie odpędzić, gdy sprytny diabeł zagadnął :
          - To zawrzyj ze mną układ na mocy którego ... - kusi dalej diabeł, gdy
          wybudujesz chałupę, to kto pierwszy wyjży przez okno, będzie mój !
          - Tak to nawet może być, przystaje na chytrą diabelską propozycję chłop. Zaraz
          ci to mogę podpisać, tylko dawaj te pieniądze, bo mi się bardzo spieszy chałupę
          stawiać.
          Kieczka wskoczył pod most i nie minęło trzy pacierze, jak się z mieszkiem
          złotych dukatów zjawił. Chłop nawet nie liczył tylko za pazuchę pieniądze
          schował i nie żegnając się z diabłem do domu szybkim krokiem pomaszerował. W
          chałupie ze starą zaczęli liczyć diabelskie pieniądze i stwierdzili, że za taką
          sumę to jeszcze ładne chlewy i stajnię wybudują. Na drugi dzień, chłop udał się
          do cieśli , zadatkował budowę, dał pieniądze z góry na drzewo, by chałupę
          natychmiast mu budowano. Nie minęły trzy miesiące jak piękne nowe gospodarstwo
          na wsi się zjawiło. Wszyscy mieszkańcy nie mogli się nadziwić jaka to ładna i
          przestronna z dużymi oknami chałupa we wsi powstała. Tylko dociekliwe kumoszki,
          po kontach zaczęły plotkować, że musi to być jakaś nieczysta sprawa, skoro nie
          tylko chałupa tak prędko powstała, ale i reszta gospodarstwa napewno nie mało
          pieniędzy kosztowała. We wsi zaczęto mówić, że chyba jakieś "z ł e" do tej
          chałupy rękę przykładało. Bo skąd naraz oni tyle pieniędzy na zbudowanie
          takiego gospodarstwa mieli. Nic tylko Kieczka spod mostu im pieniądze za ich
          duszę dał. Po cichu baby zaczęły mówić na ten dom - "diabla chałupa".
          Zaczym się chłop do nowej chałupy wprowadził, zebrał cała swoją rodzinę przed
          gankiem i wydał stanowcze polecenie, że pod żadnym pozorem nie wolno wyglądać
          na zewnątrz przez żadne okno. Nie wolno także zbliżać się do okna i go
          otwierać. Gdy spytały dzieci dlaczego, zbył je jakimś pretekstem i wysłał w
          pole do roboty. Tylko swojej babie zwierzył się z tajemnicy za co im diabeł dał
          pieniądze na zbudowanie chałupy. Sprytna baba najpierw poswarzyła na chłopa, a
          później powiedziała, że jakoś w tej sprawie trzeba zaradzić, bo kiedyś trzeba
          będzie w chałupie okna otworzyć.
          Tymczasem diabeł Kieczka usadowił się blisko chałupy w krzakach i czekał kiedy
          któreś dziecisko do okna podejdzie. Minął rok, zaczynał się drugi, a tu jak
          nikt nie podchodził tak nie podchodził. Nawet na wiosnę okien nikt nie
          otwierał. Stale tylko drzwi były otwarte i bez przerwy w ten sposób chałupa się
          wietrzyła. Denerwowało to strasznie babę, że ma drzwi jak wrota w stajni stale
          otwarte. Nie mniej irytowało to Kieczkę. Miał już dosyć tego czekania kiedy
          kogoś wreszcie złapie i do piekała zaciągnie.
          Wreszcie w chałupie postanowiono, że trzeba Kieczkę przechytrzyć i z krzaków
          przepędzić. Myślał nad tym chłop, myślała i baba. Cztery niedziele minęły, a
          diabeł jak w krzakach na swoją ofiarę czekał tak czeka. Wreszcie na piątą
          niedzielę baba wpadła na pomysł. Natychmiast go zrealizowano. Wybrano z
          chlewika najładniejszą świnkę, ubrano ją w najładniejszą sukienkę córki,
          założono na łeb piękną chustkę gospodyni i posadzono na oknie. Nie trzeba było
          czekać długo. Gdy diabeł Kieczka zobaczył, że ktoś przez okno wygląda nie
          zastanawiając się wyrwał z krzaków, podleciał do okna, szybę wybił i łaps
          prosiaka za łeb i na podwórzec wyciągnął. Myślał, że to któreś z dzieciaków
          wreszcie do okna podeszło, więc nie tylko duszę, ale i grzeszne ciało
          Lucyperowi zaniesie. Baba z chłopem widząc, że diabeł już prosiaka na podwórcu
          za łeb trzyma, chcąc diabła jak najszybciej wypłoszyć wyskoczyła z chałupy i
          dalej go kropidłem ze święconą wodą kropić. Biedny Kieczka bojąc się "jak to
          diabeł święconej wody", trzymając prosiaka pod pachą zaczął całym pędem ku
          lasowi biec, by jak najmniej palących kropel na swoje ciało przyjąć. Pod lasem
          świnia zaczęła kwiczeć i wyrywać się spod pachy diabła. Widząc, to Kieczka, że
          jest w bezpiecznej odległości od chałupy chłopa, stanął i obejrzał dokładnie
          kogo to porwał. Zorjętował się jaką pomyłkę zrobił i jak został haniebnie
          oszukany. Chciał zawrócić i chłopu świnie oddać i o właściwe zrealizowanie
          cyrografu się upomnieć. Ale się bał, że baba znów go kropidłem wyświęci.
          Odwrócił się w stronę chałupy i z całej siły w jej stronę prosiakiem rzucił.
          Rzut był tak silny, że prosiak przeleciał przez chałupę, a swoim ciężarem
          wielki dół wyrył, który natychmiast zapełnił się wodą.
          Do dnia dzisejszego na Ziemi Radomskiej w pobliżu starych chat wieśniaczych
          można takie dołki spotkać w których jest brudna i mętna woda. Takie stawiki w
          tych okolicach ludzie nazywają " świńskimi dołkami ", bo to nawet najgorsze
          ryby nie chcą tam przebywać a woda nie nadaje się do niczego innego tylko, żeby
          świnie jak wyjdą z chlewika tam się wytarzały. Starzy ludzie co to jeszcze
          pierwszą wojnę pamiętają mówią, że tą wodę diabeł Kieczka mąci za to że mądry
          chłop tak go oszukał.
          • 07.07.02, 12:45
            Nie mogła baba znaleźć chłopa. Lata przemijały, a ona w panieńskim stanie
            przebywała. Wszędzie bywała, gdzie były chłopy. Na odpustach, targach,
            jarmarkach, zabawach. I nic. Żaden na nią nawet nie spojrzał. A majętna była.
            Baba się starzała. Ktoregoś wieczora powiedziała :
            - Niechże już by diabeł, byle tylko chłop!
            Jak na zawołanie stanął przed nią elegancki młodzieniec i rzekł do zdziwionej
            baby :
            - Jakiego mnie chciałaś, takiego mnie masz. Korzystaj z wszystkiego, czego
            pragniesz.
            - A wszystko masz to, co chłop mieć powinien ? - zapytała baba.
            - A to sobie sprawdź. Ale przed tym musisz podpisać tylko ten mały papierek
            krwią serdecznego palca - zaśmiał się diabeł.
            - Kota w worku kupować nie bedę - oburzyła się baba.
            I w tym momencie stała się rzecz niebywała. Coś zaświtało, zarechotało i nim
            baba się spostrzegła diabeł stał przed nią tak, jakgo piekło stworzyło, a co
            najważniejsze nic mu nie brakowało. Baba szybko podpisała dokument, jaki diabeł
            żądał, i dawaj brać go z miejsca w obroty. Jeszcze diabeł dobrze cyrografu nie
            obejrzał, a już go baba miała w łóżku. Taka była napalona na to kochanie.
            Kochali się do północy. Pierwszy kur zaczął piać i diabłowi przeszła ochota do
            kochania. Baba była namolna i stale go szturchała i nie dawała minuty do
            wytchnienia. Co diabeł zamykał oczy, by choć chwilę się przespać, baba zaraz w
            krzyk :
            - Podpis to wziąłeś, a do roboty to się lenisz. To co przyrzekłeś - wykonuj !!!
            Już drugi raz kur piał a babie nie przeszły figle-migle. Kiedy diabeł wykonał
            diabelski tuzin " kochania ", baba zasnęła. Diabeł był tak bardzo zmęczony, że
            już zasnąć nawet nie potrafił. Na drzwi spoglądał i o ucieczce myślał.
            Niechybnie baba mnie tymi swoimi pieszczotami zamorduje. Postanowił uciekać.
            Przeszedł przez babę i ku drzwiom się po cichu skradał. Już za klamkę chwytał,
            gdy wtem ogon jego długi, który był jeszcze na łóżku, babie po twarzy
            przejechał. Baba się obudziła i zobaczyła uciekającego diabła. Złapała go za
            chwost. Biedny diabeł nie mógl uciekać i pozostał u baby. Od tej chwili baba
            jak idzie spać zawsze diabła przez całą noc za o g o n trzyma !
            • 07.07.02, 14:02
              Lucyper wygnał Kozłka z piekła. Mógł wrócić dopiero, kiedy choć jedną duszę
              będzie miał zapisaną na cyrografie. Wędrował Kozłek przez Polskę. Doszedł do
              wsi Głowiec i spotkał tam podobnego do siebie diabła. Był to Boruta, który
              dzierżawił na tej wsi gospodarstwo. Znany był jako lekkoduch i zawadiaka. Czas
              swój trwonił na hulanki w karczmie, a nie pilnował gospodarstwa. W czasie
              spotkania Boruta zgodził się na zaprzedanie duszy Kozłkowi, jeżeli ten będzie
              od niego przebieglejszy. Boruta postawił Kozłkowi warunki na które ten
              przystał :
              - Na mojej ziemi posadzimy rośliny trzy razy z rzędu, zbierzemy swoje plony i
              wtedy zobaczymy, kto się okaże przebieglejszy ?
              Boruta pierwszego roku postanowił zasiać żyto. Kozłek wszystkie prace robił
              sam, bo spieszno mu było powrócić do piekła. Boruta hulał. Kiedy żyto
              zazieleniło się wiosną, przywołał Kozłka i pyta :
              - Co wybierasz diable ? To, co jest na powierzchni czy pod spodem ?
              Kozłek myśląc, że pod spodem rośnie coś lepszego niż na wierzchu wybrał pod
              ziemią. W żniwa Boruta skosił żyto, a Kozłek narwał rżyska. Boruta sprzedał
              ziarno i miał za co hulać, a Kozłek cały rok głodował. Na drugi rok Kozłek od
              razu wybrał z powierzchni pola. Boruta zasadził wiosną ziemniaki. Cieszył się
              Kozłek widząc tyle zielonego na polu myśląc, że tym razem wygra z Borutą.
              Jesienią Boruta zebrał bulwy, a biedny Kozłek do niczego nie nadające się
              łęciny. Zmartwionemu diabłu postanowił Boruta dać jeszcze jedna szansę.
              Zasadzili sad jabłkowy. Kozłek wszystkie drzewa sam sadził i doglądał. Czekał
              kilka lat, aby drzewa urosły. Którejś wiosny wybrali się do sadu i Boruta
              zapytał :
              - Wybierasz Kozłku czerwone, czy zielone ?
              Kozłek wybrał zielone, bo czerwonego nigdzie nie widział. W jesieni na drzewach
              pojawiły się dorodne jabłka, czerwone, aż łuna biła. Boruta pozrywał je, a
              biednemu Kozłkowi pozostawił szare liście. Kozłek ze zmartwienia uciekł od
              Boruty, mimo, że ten namawiał go do jeszcze jednego zakładu.



              • 07.07.02, 14:08
                ewnego dnia Borucie znudziło się ziemskie życie i postanowił odwiedzić
                Twardowskiego na Księżycu. Zbudował sobie ogromną machinę latającą, aby nią
                dotrzeć na księżyc. Jednak machina Boruty okazała się niedostatecznie
                zaprogramowana, bo Boruta wcale na Księżycu nie wylądował. Poleciał obok
                Księżyca i Twardowski życzył mu szerokiej przestrzeni i łagodnego wiatru w
                podniebnych lotach.
                Machina Boruty zatrzymała się w innym świecie, którego Boruta dotąd nigdy nie
                widział. Była to Biała Planeta. Wszystko, co na niej się znajdowało, było
                białe. Zrozumiał wtedy, że to jego jest koniec. Władca Białej Planety i rada
                starszych postanowiły osądzić Borutę. Ustawili ogromną wagę, złe uczynki kładli
                na jedną, a dobre na drugą szalę wagi. Zaś cielsko Boruty powiązano złotymi
                łańcuchami, bo tylko takich łańcuchów nie mógł rozerwać. Szala wagi ze złymi
                uczynkami mocno przeważała nad dobrymi. Cielsko Boruty stawało się z każdym
                dniem coraz bielsze. Po latach trzynastu i trzech cielsko Boruty zrobiło się
                całkowicie białe , a po ogonie nie było śladu.
                Po całkowitym oczyszczeniu władcy Białej Planety wsadzili Borutę do jego
                machiny i wysłali ją na Ziemię. Boruta przez pewien czas ukazywał się jako
                Biała Dama. Nie zapomniał jednak kim był przed oczyszczeniem i zapragnął znów
                prowadzić takie życie, które dawało mu swobodę działania. Płatał różne figle
                ludziom i wymyślał różne hulanki i swawolę. Z upływem lat Boruta nie zauważył
                nawet kiedy jego cielsko stało się znów czarne, rogi czerwone i ogon odrósł
                bardzo długiiiiiii.



                • 07.07.02, 14:11
                  pijotlik, niywidziouech co s ciebie taki djobou!
    • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:18
      Pyrsk !

      Widza co sam wszyske za umrzykow robiom. OK, tak tysz niych sie kulo - a sam
      cosik o bliskim mi temacie asterion.w.interia.pl/martwiaki.htm
      • 07.07.02, 14:19
        Rozgadał się wójt z Mrukowej. O tej Mrukowej, albo Mrokowej powiada słownik
        geograficzny, że zaczątkiem osady było grodzisko na skalistej górze. Za czasów
        Długosza miało na sobie już ślady starożytnego grodu.
        "Tacyście mądrzy - powiada wójt, a czy wiecie dlaczego jemioła rośnie na
        jedli ?"
        Oczywiście żeśmy nie wiedzieli.
        Przypatrzcie się jedli. Od spodu ze wszystkich stron suche resztki gałęzi.
        Jakby kto kołków nawbijał, a u góry na samym szczycie z gałązki krzyżyk
        uczyniony. Otóż drzewiej / Mrukowa jest wsią polską/, na jedli nie było cetyny,
        lecz rosły same krzaczki jemiołowe. Diabeł, który jedline stworzył na miejsce
        cisiny i wszędzie ją rozprowadzał i z drzewa jemiołowego chciał jedline zrobić.
        Drapał się więc na pień, a że nie miał się czego trzymać , bo krzaczki
        jemiołowe były drobne, przeto wbijał kołki w pień i po nich szedł. Te kołki
        jeszcze dzisiaj na każdej jedlinie sterczą. Szedł w górę i listki
        jemioły "strzygł" na wąskie paski centyny. Aż gdy już niedaleko był wierzchu -
        nagle zobaczył krzyżyk. Przeraził się, spadł - i dla tego na jedli jest cetyna
        a tu i ówdzie liście jemioły.



        • 07.07.02, 14:21
          Zebrał Bies Czady swoje i myk z piekła na ziemię. A miejsce wybrał, gdzie
          ziemia była równa, gładka i dobra. Pszenicę rzucisz - jest pszenica jak las.
          Człowieka w niej nie zobaczysz. Jęczmień - to jęczmień, owies - to owies. Coś
          byś nie siał - łan, że tylko patrzeć. Pracować trzeba było dużo. Ziemia tylko
          za pot majno swoje daje. Innego nic nie weźmie. Tutaj naród był roboczy,
          czesny, trud lubił i robić umiał.
          Popatrzył się Bies dookoła, złote góry, dobroci rzeki, tyko mu podpisz że z nim
          pójdziesz na służbę ! Człowiek do pracy zwyczajny ziemię swą kochający za Boga
          na takie nie poleci, chyba jakiś hołodraniec - to co innego. Dusza już w takim
          podła. Chodził Bies, łaził i nic nie wyłaził. Durny on nie był. Widzi ziemia
          dobra, zakromy pełne - to ludzie stąd nie pójdą. Zebrał Czady i mówi :
          - Przewracajcie mi tu wszystko do góry nogami, żeby ludzie się nawet tu nie
          poznali, gdzie co było.
          Porozłaziły się diabełkowie jak wszy po kożuchu. Wyszli rano ludzie, a tu
          wszystko do góry nogami ! Wczoraj od chałupy do chałupy parę kroków było, a
          teraz jeden na górze pod chmurami siedzi, a drugi ho ! ho ! - gdzieś w dole się
          znalazł. Ludzie w krzyk ! Pole proste wczoraj nieczysta siła myk - już sztorcem
          stoi. Kamieni takich nawyrzucali, że pole niby równe, a zaczniesz orać raz wraz
          lemiesz połamiesz. Siedzą rogate przekleństwa i tylko czekają aż do domu
          pójdziesz. Zaraz nowych kamieni zasieją. Lasy tak urządzili, drzewa prosto z
          niego nie zbierzesz. Konie zmordujesz, a i tak nic z tego nie będzie.
          - No - powiada Bies - teraz łatwiej pójdzie.
          Zwołał Czady i rozkazuje :
          - Robota Wasza dobrze zrobiona. Idźcie teraz i duszyczki kupujcie !
          Ale i teraz nic nie uzyskali. Naród tu twardy i ziemię swą kocha. Lepsza,
          gorsza, ale swoja. Na co mu zawracanie głowy. A diabły spokoju nie dają,
          obiecują, podśpiewują, ale ani jednej duszyczki do piekła nie zapędzili.
          Zebrał Bies Czady swoje i jak niepyszny do piekła powrócił. A na pamiątkę tego
          zdarzenia ziemia to po dzień dzisiejszy zwie się BIESZCZADAMI !!!
          • 07.07.02, 14:23
            Każdego razu, kto tylko przechodził mimo góry Dżuga, postrzegał tam Niemczyka w
            kusym fraczku przeskakującego z drzewa na drzewo. Wszyscy tę górę omijali ze
            strachem; bo kto tylko do niej się zbliżył, wnet go duch nieczysty w rozmaite
            wyzywał zakłady, a po przegraniu porywał i dusił.
            Jeden więc odważny wieśniak imieniem Uburtis przyszedł do bagna leżącego tuż
            przy górze i począł pleść łapcie dla siebie z łyka łoziny rosnącej w tamtym
            miejscu. Po kilku chwilach przychodzi diabeł.
            - Co tu robisz człowiecze ?
            - Łapcie plotę.
            - Któż ci to pozwolił ?
            - Kiedy co robię, nikogo o pzwolenie nie pytam.
            Jak śmiesz na mojej ziemi i z moich drzew zdzierać łyko ! Ja jestem panem tych
            okolic, jeżeli więc nie wygrasz zakładów, jakie ci przełożę, natychmiast
            zginiesz.
            - Zgoda. A gdy wygram, co mi dasz ?
            - Kapelusz pieniędzy.
            - Jakiż więc będzie pierwszy zakład ?
            - Spróbujmy się kto silniejszy.
            - Dobrze.
            - No ! Mocujemy się.
            - Dałbyś sobie pokój, co tobie ze mną się porywać, kiedy ty nawet mojego stu
            letniego dziada, który oto o kilka kroków śpi, nie zmożesz.
            To mówiąc Uburtis wskazał na leżącego niedźwiedzia. Diabeł podskoczył ku niemu
            i chwycił oburącz za szyję. Niedźwiedź rozjątrzony rzucił Niemczyka na ziemię i
            począł chłostać swą łapą. Zmordowany, zbity, ledwie się wydobył biedny diabeł z
            uścisków niedźwiedzia.
            - No, jeden zakład wygrałeś. Teraz drugi: rzucajmy kto dalej rzuci - to mówiąc,
            porwał leżący blisko kamień i cisnął nim w powietrze, kamień spadł za trzy
            godziny.
            Uburtis zaś miał w ręku skowronka i puścił. Głupi diabeł rozumiał, że to
            kamyczek. Czekają godzinę, czekają drugą, trzecią, czwartą, piątą i jeszcze
            dłużej - nie spada.
            - Wygrałeś, człecze, drugi zakład - teraz trzeci: kto z nas prędszy, ty
            uciekaj, ja będę gonił.
            - Co tobie diable ze mną się porywać, ty nawet mego dziecięcia urodzonego
            wczoraj nie dopędzisz. Jeśli chcesz, spróbuj się z nim.
            To mówiąc postraszył w łomie leżącego zająca. Zając skoczył i począł zmykać. -
            Łapaj ! Łapaj ! - Diabeł popędził za zającem i nic nie wskórawszy powrócił.
            Twoja prawda, człecze, wygrałeś. No jeszcze ostatni zakład i pieniądze będą
            twoje. Oto widzisz tę kulę, waży ona funtów sto tysięcy - kto z nas wyżej
            wyrzuci ?
            - Ty najpierw próbuj, diable.
            Diabeł chwycił kulę jedną ręką i wyrzucił tak wysoko, iż z oczu zniknęła, a gdy
            spadła, połowa zaryła się w ziemi.
            - Teraz na ciebie kolej, człecze.
            Człowiek przyłożył rękę do kuli i począł przypatrywać się obłokom, które po
            niebie się przesuwały.
            - Czegóż się tak przypatrujesz ? - rzekł diabeł.
            - Czekam, aby ta ogromna chmura nadeszła. Mój brat jest w niebie kowalem i
            teraz bardzo potrzebuje żelaza ; on siedzi za tymi obłokami i czeka, abym mu
            kulę podał.
            - Ach ! Zmiłuj się, dobry człecze, nie rzucaj, ona mi jest bardzo potrzebną.
            Wiem, że jesteś silny. Wygrałeś wszystkie zakłady, a więc daj mi swój kapelusz
            dla napełnienia go złotem.
            - Dobrze, chodź ze mną w głąb lasu, a tam mi oddasz należytą kwotę.
            Człowiek miał już od dawna wykopaną ogromną jamę, nad którą postawił swój
            dziurawy kapelusz, zakrywszy darnią wszystkie naokoło otwory, aby diabeł jego
            sztuki nie poznał.
            Diabeł wsypał jeden wór złota, w kapeluszu ani znaku, przyniósł drugi - ani
            znaku, wsypał trzeci, czwarty, dziesiąty, setny. A gdy napełniło się już
            miejsce w jamie, napełnił wreszcie i kapelusz.
            Od tego czasu nigdy diabeł nie pokazywał się na górze Dżuga. Uburtis zas stał
            się bogatym, zbudował sobie nowy dom, nakupił miodu, wódki i co dzień pił
            krupnik. I ja u niego byłem, jadłem i piłem, przez brodę ciekło, a w zęby się
            nie dostało.
    • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:32
      • 07.07.02, 14:36
        Razu pewnego szoroko znany Pan Twardowski, mistrz wiedzy tajemnej co zaprzedał
        duszę diabłu, musiał się z Krakowa do Nakła nad Notecią udać. Użył mocy swoich
        by diabły mu powóz i konie załatwiły. Gdy powóz przyjechał zaprzężony w cztery
        kare konie z woźnicą na koźle Twardowski zaraz zobaczył, że zarówno woźnica jak
        i konie to diabły. Zapakował manatki do powozu i ruszyli z szatańskim pędem, by
        rano być na miejscu. diabły zaprzęgnięte do powozu momentalnie na Śląsku się
        znalazły a i droga dzięki tej szybkości zdawała się znacznie krótsza. Sam
        mistrz Twardowski nim się spostrzegł już minęlim Leszno, Węgrowiec. Droga
        prowadziła przez Szamocin, bo w owym czasie jedynie ta grobla przez Bagna
        Noteckie istniała. Przed północą czarci pojazd zwolniwszy nieco wpadł do wsi
        Atanazyn. Pan Twardowski nie pomny na to, że diabły karocę ciągną a i ona sama
        diabelskiego pochodzenia, widząc kaplicę na brzegu wsi przeżegnał się i wymówił
        boskie imię. Wówczas straszne rzeczy zaczęły się dziać: jęki się rozległy,
        zahuczało, błysnęło i zamiast miękkiego siedziska w karocy, Twardowski poczuł,
        że siedzi na twardym kamieniu. Diabły przestały być końmi a wóz w kamień
        wielkisię zamienił. Twardowski tylko poczuł zapach siarki i ujrzał jak czarcie
        ogony błyski po bagnach rozsiewały, by przed północą zniknąć w Noteckich
        Błotach i samego Twardowskiego w polu zostawić. Na pamiątkę tego zdarzenia
        ludność miejscowa nazywa ów wielki kamień "Diabelskim Wozem".
        • 07.07.02, 14:38
          Diabelskim sposobem diabeł Smętek dowiedział się o tym iż w Bisztynku pobożny
          lud polski postanowił zbudować świątynię. By temu zapobiec poleciał w te pędy
          hen daleko do Afryki po wielkie głazisko, którym to miał w zamyśle zburzyć
          kościół i pogrzebać w jego ruinach proboszcza. Lecz droga do Afryki daleka a i
          z powrotem karczm wiele toteż w Bisztynku kościół zbudowali i poświęcili.
          Widział Smętek już kościół i strach go ogarnął, bo ksiądz podnosił monstrację i
          nagle usłyszał donośny głos księdza błogosławiący mieszkańców Bisztynka i
          okolicy, naten czas diablisko ze wszystkich sił opadło, głaz mu się z łap
          wysunął i niedaleko dworca kolejowego spadł. Wbił się w ziemię i leży do dziś,
          dając świadectwo boskiej potęgi.
          • 07.07.02, 14:39
            Głęboko w trzewiach ziemi diabły gromadzą skarby wszelkiego rodzaju oraz worki
            pełne złotych monet. Cały rok zajmują się ich pilnowaniem by kto im przez
            diablą dziurę nie wykradł. Jedyny dzień w roku kiedy diabelce na krótko skarbów
            nie pilnują to palmowa niedziela, bo wtedy diabły idą pod kościół słuchać co to
            ksiądz o nich mówi. Nawet najstarsi ludzie niepamiętają by jakiś śmiertelnik
            chcący diabłom skarby ukraść, powrócił żywy z diabelskich skałek. Podobno by
            czarnych okpić i skarby przywłaszczyć trzeba się bardzo spieszyć i nie brać za
            wiele bo wtedy biec nie można i wspinaczka po skałach nie idzie. Trzeba uważać
            by chciwość umysłu nie zaćmiła. Gdy diabły kogoś na kradzieży przyłapią łeb mu
            urwą i do diablej dziury spowrotem wrzucą. Wychodząc spod ziemia razem ze
            skarbami za nic oglądać się nie wolno bo wszystko stracone, ale mimo tych rad
            jeszcze nikomu się nie udało.
            • 07.07.02, 14:40
              Niegdyś czarownica z diabłem nad brzegiem rzeki Raby w głębokim lesie niedaleko
              wsi Brzozowa mieszkała. Pewnego dnia drogą przez las przechodził muzykant
              wracający z wesela, niosąc instrument na grzbiecie. Napotkał go diabeł a gdy
              basy zobaczył kazał sobie grać do tańca. Zaczął hulać i kręcić się, zaś
              muzykantowi za każdą piosenkę wrzucał dukata do basów. Cały dzień i noc
              tańcował a gdy pierwszy kur rano zapiał przykazał diabeł muzykantowi dukaty
              wydać na tylko na siebie i na swoją rodzinę. Przez wiele lat basista wraz z
              żoną dukaty na siebie tylko wydawali aż w końcu zlitowali się nad zakonnikami,
              którzy budowali klasztor. Kupowali różnegorodzaju towary potrzebne do budowy i
              składali u siebie na podwórzu, a kiedy przychodzili zakonnicy po prośbie dawali
              im wozy pełne materiału na budowę. Z darowizn basisty i jego żony powstał
              piękny, wielki klasztor. Na wieść jak to klasztor powstał czarownica zaraz
              diabłu doniosła jaki to basista sposób wymyślił by wspomóc budowę klasztoru
              diabelskim grosiwem. Diabeł już leciał basiście urwać łepetynę ale przecież on
              dukatów nie dawał, więc umowa nie została złamana. Postanowił więc czart
              klasztor rozwalić. Pomiędzy chmurami poleciał w góry Karpaty i wybrał
              największe głazisko jakie tylko mógł udźwignąć. Pędząc z powrotem prawie
              lądując przy klasztorze usłyszał kościelny dzwon. Dźwięk kościelnego dzwonu
              wypalił mu czartowskie uszy, wstrząsnął ciałem paskudnika i diablisko straciło
              całą swoją siłę. Głaz spadł na ziemię akurat tam gdzie przed laty cały dzień i
              całą noc czart przy weselnym grajku tańcował. Bezsilny diabeł spadając z
              wysokości na głaz wrył się kopytami głęboko. Gdy zlazł na ziemię, chciał rzucić
              nim w kościół ale tylko pazury wbijały się w twardą skałę. Nie miał mocy by go
              podnieść. Z rozpaczą przytulił się twarzą do kamienia i pozostawił jej odcisk.
              Kamień z trzema znamionami diabła (kopytami, pazurami, twarzą) można oglądać do
              dziś.
              • 07.07.02, 14:40
                Przekazy rodzinne głoszą iż głaz ten na swym grzbiecie ze Szwecji Purtik
                przyniósł. A było to tak. Na terenie gdzie Purtik mieszka stoi kościół
                parafialny w Mechowej. Pobożni Kaszubi chodzą do niego co niedzielę i po mszach
                nie ma w nich zawiści ani złości przez pierwsze trzy dni tygodnia. Są dobrzy i
                uprzejmi i do grzechu nieskorzy. Oberwało się za to Purtikowi od władcy piekieł
                nie raz. Zawziął się więc i postanowił świątynię zniszczyć. Dumał długo jak to
                zrobić, chciał ją zburzyć ale nie miał czym. Będąc kiedyś hen w Szwecji
                dalekiej zobaczył ogromne głazy, które mu się zdały właściwe do zburzenia
                kościoła. Wziął jeden ogromny trochę dla niego ciężkawy i poniósł na plecach z
                powrotem do kraju. Droga była długa i daleka więc zmęczył się mocno a na
                dodatek rozbolała go noga. Gdy był już blisko Mechowej położył głaz na ziemi.
                Zdjął buta a gdy zobaczył, że jest zepsuty zaczął go reperować. Ponieważ było
                to dla diabła ciężkie zajęcie praca trwała dość długo. Nim się Purtik
                zoriętował północ minęła. Brał już głaz z powrotem w łapy gdy kur zapiał
                dźwięcznym głosem. Słysząc to zrozumiał, że to koniec już jego bytności na
                ziemi i z wściekłością zaczął drapać głaz bo moc diabelska ustąpiła i nie mógł
                go podnieść. Ale tylko rysy i szczeliny z pazurów powstały kopnął więc go
                jeszcze kopytem i uciekł do piekła.
                • 07.07.02, 14:42
                  Nigdyś gdy puszcze i lasy były jeszcze trudno dostępne a o pociągach i
                  samochodach nikomu się jeszcze nie śniło w głębi Borów Tucholskich diabelski
                  wojewoda Boruta dzikie łowy i orgie prowadził. Ludność okoliczna cierpiała z
                  tegoż powodu bo z boru żyła a przez Borutę lasy pustoszały. Nie dość, że
                  zwierza straszne ilości polował to jeszcze towarzystwo jego przez tydzień a i
                  dłużej spokoju całej okolicy nie dawali. Wszystkim zalazł taki gospodarz za
                  skórę ale wiedzieli, że to diabeł i ze strachu bali się zrobić cokolwiek.
                  Pewnego roku pod koniec lata do kościoła w Dulsku przybył nowy Wikary. Gdy
                  utyskiwań się nasłuchał o tym co się w borze dzieje procesje do lasu
                  poprowadził. Wyświęcił las cały i dzięki temu zło do lasu wstępu nie miało.
                  Skończyły się Borucie polowania i inne swawole. Rozwścieczony Boruta popędził
                  jak wicher między chmurami do Szwecji po ogromny kamień. Przywlókł go z tamtąd
                  by rzucić go w koryto rzeki, by zrobić wielką powódź i wszystkich potopić.
                  Ludzi kogut uratował. Zapiał z rana i czarta mocy piekielnych pozbawił. Boruta
                  klnąc i groźby rzucając kamień upuścił i musiał z zamiaru zrezygnować by się do
                  piekła udać. Kamień upadł szczęśliwie w środek lasu i nikomu krzywdy nie
                  zrobił. Leży tam po dziś dzień.
                  • 07.07.02, 14:44
                    Dwa wieki temu albo i lepiej żył w Jakunówce chłop bogaty co dobrze mu się
                    działo. Nawet gdy w całej wsi bieda gościła u niego nigdy niczego nie brakowało
                    i grosiwo zawsze było. Nieraz chłopi podpytywali go skąd pieniądze bierze, że w
                    dostatku żyje. On tylko wzruszał ramionami pod wąsem się uśmiechał i
                    odpowiadał, że diabli mu dali. Słysząc taką odpowiedź każdy kto pytał uśmiechał
                    się z niedowierzaniem i zawiedzony a czasem i zły wracał do swojej roboty. W
                    końcu Spryciarz, bo tak zwał się ów chłop zmęczony ludzkimi nagabywaniami
                    postanowił całą sprawę jasno wszystkim przedstawić. Sprosił wszystkich mężczyzn
                    ze wsi a i dzieciaków parę poszło na leśną polanę obok wielkiego kamienia.
                    Nakazał widowni schować się za drzewami i patrzeć skąd pieniądze bierze. Gdy
                    wszyscy się pochowali podszedł do kamienia ozdobne karty z kieszeni wyjął i
                    zaczął je tasować. Zamiast zwykłego szelestu karty dziwnie głośno i
                    niesamowicie trzeszczeć zaczęły, aż wszystkie ptaki w okolicy do lotu się
                    zerwały i gdzieś odfrunęły. Ludziskom włos na głowie się zjeżył a po chwili
                    niewiadomo jak i skąd dziwna osoba podeszła do Spryciarza. Ten nic nie mówiąc
                    rozdał karty a kreatura szybko je zebrała i zaczęła się gra. Z drobnych znaków
                    i niesamowitości chłopi domyślili się, że Spryciarz z samym diabłem gra w
                    karcięta. Trudno z resztą było nie zobaczyć małych rogów wystających z
                    rozczochranej czupryny, kawałka ogona wystającego spod kapoty i wielkich
                    pazurów w łapach trzymających karty. Rozgrywka bystro się toczyła co rusz to
                    diabeł złote dukaty z kieszeni wyciąga i na kamieniu kładzie. A gdy był ich już
                    spory stosik Spryciarz końcową rozgrywkę zarządza. Diabeł mu przytaknął i karty
                    na kamień rzucili. Zatrzęsło się od wielkiego huku i niejeden z obserwujących z
                    ukrycia chłopów pobladł mocno. Aż tu naraz diablisko rzuciło kartami o ziemię i
                    jak z całej siły nie przywali z całej siły łapą w kamień, aż się iskry posypały
                    i wszystkie drzewa w lesie zatrzęsły. Spryciarz nic se z tego nie robił, tylko
                    zebrał dukaty z kamienia i tyle. Gdzieś z daleka, pewnie z Kut echo przyniosło
                    dźwięk dzwonu na ten czas diabelska postać się rozpłynęła. Przerażeni chłopi
                    weszli na polanę i głaz oglądali, a tu w głazie twardym przeokropnie diabla
                    łapa z pazurami odciśnięta. Nie przeszło im jednak podglądanie na sucho bo
                    wielu było takich co w ciągu godziny podglądania posiwieli ze strachu pewnie.
                    Nikt już nigdy Spryciarza o źródło pieniędzy nie pytał, wszyscy wiedzieli że
                    potrafi on nawet czarnego w karty ograć, tylko nie wiadomo jak on to robi.
      • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:40
        • 07.07.02, 14:47
          Za czasów Bolesława Krzywoustego na Pomorzu Zachodnim szerzono wiarę
          chrześcijańską i wprowadzano nowe porządki. Szło to opornie bo lud miał swoje
          wierzenia i stare tradycje. W nawracaniu na nową wiarę pomagał biskup Otton,
          dawny kapelan ojca Bolesława Krzywoustego. Postanowił w okolicy obecnej
          miejscowości Kamień katedrę postawić. Zebrawszy garstkę ludzi począł budować.
          Gdy diabeł to zobaczył, aż trząść się ze złości zaczął, jak to możliwe by u
          niego coś takiego stawiali. Skoczył do Szwecji i przytachał głazisko
          przeogromne by zniszczyć osadę. Ludzie w niej mieszkający byli jednak prości,
          uczciwi i dobrzy, nie szukali zwady i zło odrzucali. Za to dobre duchy w które
          ich ojcowie wierzyli zlitowały się nad nimi i ciemność sprowadziły, że diabeł
          nie mógł wypatrzeć. Zniechęcony cisnął kamień w wodę niedaleko wyspy
          Chrzączewskiej. Ciskał i mniejszymi kamieniami ale ani razu nie trafił a
          kamienie leżą w zdłuż brzegów Dźwiny i dają świadecto temu zdarzeniu. Pobliska
          osada Kamień została nazwana od największego z głazów.
          • 07.07.02, 14:48
            Pewnego dnia diabeł do Pana Boga w niebie zawitał i stawia mu zarzut, że jest
            silniejszy. Rozbawiony Pan Bóg zażartował, że nie jest diabłu w stanie siłą
            sprostać. Na to diabeł w swej głupocie Panu Bogu zakład proponuje aby
            kamieniami co leżą na ziemi w dal rzucać. Ze wzgórza koło Kożuchowa potężnymi
            kamieniami rzucać mieli. Diabeł jako rzekomo silniejszy rzucał pierwszy. Kamień
            jego zachaczył o wieżę kościoła i spadł, widząc to diabeł kopnął go i głaz
            potoczył się trochę jeszcze. Nic to jednak diabłu nie pomogło, bo któż może się
            równać z boską siłą? O przegranej diabła świadczy tylko ślad kopyta odciśnięty
            w granicie.
            • 07.07.02, 14:49
              Na Kaszubach przy jeziorze Kamiennym leży piękna wioska. Kiedyś w wiosce tej
              mieszkał bogaty gbur wraz z żoną i dzieciakami. Mimo bogactwa jakie posiadał
              był chciwcem i leniem co niemiara. Pole jego znajdowało się po drugiej stronie
              jeziora i stanowiło dla niego wielki problem gdyż musiał wcześnie wstawać by
              rano się na nim znaleźć. Ciągle myślał o zbudowaniu mostu prowadzącego na drugą
              stronę jeziora. Szkoda mu jednak było grosiwa na jego budowę. Którejś nocy
              wymyślił, że diabeł by pieniędzy za budowę mostu nie wziął. Tylkom o tym
              pomyślał a tu zatrzeszczało, siarką zaśmierdziało i do okna diabeł zapukał.
              Przestraszył się gbur okropnie lecz drżącą ręką okno otworzył. Diabeł wskoczył
              i powiada:
              - To ja Purtik most ci zbuduję, tylko mały podpis krwią z serdecznego palca
              złuż na cyrografie.
              Gdy przerażony gbur się wahał diabeł zaczął zachwalać:
              - Ten most będzie najlepszy na świecie, z wielkich kamieni i dębowych pali,
              deski z buczyny i ozdobne balustrady. Nie tylko będziesz szybciej na polu ale i
              sąsiedzi za przejazd będą płacić
              Podpisał gbur cyrograf na pergaminie. Całemu zajściu przypatrywała się przez
              dziurkę od klucza żona gbura. Przeżegnała się trzy razy i zaczęła zachodzić w
              głowę jak tu męża duszę od piekielnego ognia uchronić. Przypomniała sobie jak
              jej babka mówiła, że umowa z diabłem nieważna gdy diabeł roboty nie skończy do
              piania koguta. Poczekała aż Purtik z chaty wyszedł i poszedł do roboty, głaz
              łańcuchem zaczepił i zaczął ciągnąć. Wpadła do kurnika, koguta wyrzuciła za
              ogon na dwór aż wrzasku narobił. Mimo iż ciemno jeszcze było, kogut zaczął piać
              a inne za nim. Piekielnik to usłyszał i ostatkiem sił kamień na wioskę cisnął
              ze złości, że mu dusza umknęła. Kamień upadła na brzegu jeziora i do dziś można
              zobaczyć szczelinę w której łańcuch był zaczepiony.
    • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 14:47
      • 07.07.02, 14:51
        Gość portalu: Niymrawa napisał(a):

        > <a href="http://cichanoc.w.interia.pl/duszyczka.htm"target="_blank">cichanoc.w.
        > interia.pl/duszyczka.htm</a>

        Pewnego razu była sobie mała duszyczka...wiedziała ona że jest
        światłem...w krainie z której przybyła każda dusza
        świeciła...świeciła wspaniałą...tajemniczą...przejmującą
        jasnością jakiegoś wewnętrznego światła, który dawał
        spokój...przy którym czuło się poczucie bezpieczeństwa w każdej
        chwili....mała duszyczka była jak gdyby świeczką wobec
        słońca...lecz coraz częściej zaczęła pragnąć nowych
        rzeczy....chciała doświadczyć czegoś nowego....czegoś
        innego....innego niż światło, którym była na codzień...chciała
        doświadczyć czegoś tajemniczego...pewnego razu zniecierpliwiona
        przywołała do siebie doświadczenie ciemności....jednak po pewnym
        czasie...duszyczka stwierdziła iż ciemność jest dla niej
        obca...obca na tyle iż zaczyna ją przerażać...straciła ona
        kontakt ze swym właściwym żywiołem...z bezpieczeństwem...ze
        swoimi dawnymi przyjaciółmi o których w ostatnim czasie
        zapomniała....zapragnęła wrócić do dawnych czasów....zapragnęła
        wrócić do światła....bo to był żywioł bliski jej sercu....znów
        mogła być sobą...być światłem dla innych...dawać im poczucie
        bezpieczeństwa i nadziei.....

        • 07.07.02, 14:55
          Niedaleko Gorlic jest wieś Mrukowa. Stał tam kiedyś zamek, któy należał do
          króla Mruka i jego żony Magury. Król Mruk prowadził wojny z sąsiadami i w
          jednej z tych wojen w czasie ucieczki został zabity w Rokitach. Po śmierci męża
          na zamku rządziła jego żona. Co ona wyprawiała tego nie wiadomo. Jednak dziwnym
          trafem, którejś nocy gdy diabły nad chmurami olbrzymi kamień taszczyły by
          zburzyć kościół w Samoklęskach, kamień ten spadł na Mrukowski zamek i go
          zniszczył. Podobno to kur zapiał jak diabły nad zamkiem przelatywały i moc się
          im skończyła by kamień dalej przenosić. Ale jak to było tego nie wie nikt za to
          kamień leży na zamczysku do dziś.
          • 07.07.02, 14:56
            Butny i zarozumiały diabelec co pysznił się swą siłą raz się założył że nim
            trzeci kur zapieje głaz leżący w szczerym polu siostrom zakonnym z klasztoru w
            Żarnowcu na dziedziniec rzuci. Niczym mistrz sportowy jednym ruchem podniósł go
            w górę i szczycząc się swą siłą na najmniejszym szponie swej łapy zaczął się
            nim bawić. Kręcąc hołubce i inne figury z nonszalancją wielką nie śpiesząc się
            wcale, podążał w przestworzach w stronę Żarnowca. Był tak zapatrzony w siebie i
            w swoje wyczyny, że kur zdążył zapiać nim dotarła na miejsce. Zgodnie z
            zakładem mimo wściekłości chcąc nie chcąc musiał głazisko odnieść na poprzednie
            miejsce, gdzie można go oglądac po dziś dzień.
            • 07.07.02, 14:57
              Na Owśnickim głazie umieszczony jest krzyż żelazny, do płoszenia czarownic,
              które tam dawniej odbywały sabaty, czyli spotkania z diabłem Purtikiem. Jedni
              twierdzą, że krzyż został umieszczony tam po to, by płoszyć czarownice, by nie
              zbierały się tam na sabaty. Drudzy twierdzą, by unieszkodliwić diabła, który
              zrobił sobie tam legowisko i nie wypuścić go tym samym z tego kamienia.
              Pewien złośliwy Purtik miał lecieć z tym głazem dźwigniętym w Lipuskich lasach,
              do Gdańska, by zawalić nim wejście do miasta przez Bramę Wyżynną, spieszącym na
              odpust Św.Dominika. Źle jednak wyliczył sobie czas i z nastaniem świtu musiał
              lądować właśnie koło Owsinic, bo tam zastało go pianie kogutów. Nie miał gdzie
              się skryć przed idącymi ludźmi na odpust, którzy śpiewali godzinki i wszedł w
              kamień . Ale jak to każdy diabeł jest pechowcem, tak i tego zobaczył gbur z
              pobliskich pustek. Zobaczył Purtika kręcącego się przy wielkim głazie i
              pomyślał, ze to na pewno jakaś nieczysta sprawa. Gdy podszedł do głazu Purtika
              już tam nie było. Pełen podejrzeń spróbował głaz rozłupać. Kiedy okazało się,
              że to jest niemożliwe, natychmiast poznał, że to sprawa diabła. Wiedział z kim
              ma do czynienia i jak należy postąpić. Szybko więc na kamieniu, jeszcze tego
              samego dnia postawił żelazny krzyż i tym samy unieszkodliwił Purtika. I tak to
              już na wiek wieków pozostało.
            • 07.07.02, 14:57
              Nie spodobało się diabelcowi co pomiędzy Nogatem i Leniwką w miejscowości
              Piekło miał swoje legowisko, że nieopodal jego legowiska w Pelplinie cystersi
              zaczęli budować kościół wraz z klasztorem. Myślał stale jakby im w tym
              przedsięwzięciu przeszkodzić. Co by tu zrobić by świątynia Boża nigdy nie
              powstała. W czasie budowy jak mol to przeszkadzał. To wiatrem dmuchnął, że
              rusztowania wszystkie się połamały, to deszcze, to znów śnieg sprowadził, żeby
              utrudnić budowniczym wznoszenie świątyni. Jednak to nic nie pomagało i
              świątynia coraz bardziej w gorę rosła. Czym było bliżej do ukończenia kościoła
              tym diabelec miał do niej mniejsze dojście. Aż wreszcie świątynie wybudowano i
              do nowego klasztoru sprowadziło się więcej księży cystersów i ich pomocników
              braciszków. Diabelec postanowił kościół i klasztor zniszczyć. Zaczął szukać
              wielkiego kamienia, żeby nim przybytek Boży rozwalić. Nigdzie na Pomorzu tak
              wielkiego nie mógł znaleźć co by sprostał diabelca zadaniu. Postanowił do
              niedalekiej Szwecji się udać, gdzie różnej wielkości głazów leżało co niemiara.
              Wybrał tam odpowiedni kamień i dźwigał chmurami do Polski. Kiedy już był w
              pobliżu Pelplina usłyszał nagle donośny dźwięk dzwonów, który wzywał wiernych
              na uroczystość wyświęcenia świątyni. Diabelec tym dźwiękiem tak się
              przestraszył, że porzucił głaz niedaleko kościoła i uciekł do swojego Piekła.
              Kamień upadł blisko rzeki Wierzycy na wzgórek i stoczył się w jej koryto, w
              którym spoczywa do dzisiaj. I w taki to sposób dzwony kościoła cystersów
              uratowały świątynie i wypłoszyły diabelca z miasta po wsze czasy.
            • 07.07.02, 14:57
              Raz kiedyś Boruta zakochał się w pewnej pannie. Naopowiadała mu ona jakoby
              karczmę w Tumie mieli stawiać. Boruta chcąc się pannie przypodobać zaczął nosić
              kamienie na budowę owej karczmy. Nie wiedział on jednak, że kościół mieli
              budować a panna go okłamała. Gdy krzyż na budowli zobaczył wściekł się okropnie
              i chciał łeb jej urwać ale ona w kościele się skryła. Nazbierał więc ogromną
              ilość kamieni chcąc kościół zasypać a że zbierał długo nastał ranek. Kogut
              zapiał gdy leciał nad Sławoszewem i Boruta stracił swą czarcią moc. Gdy
              kamienie spadły na ziemię, powstała z nich duża góra na której mieszkańcy
              zbudowali kościół.
            • 07.07.02, 14:58
              Pewnego lata dziedzic Tychowski wezwał do siebie murarza i nakazał rychłą
              budowę kościoła, zaś zapłacić miał po skończonej robocie. Biedny murarz nie
              miał wyjścia i musiał się zgodzić. Przygnębiony rozważał, że życia mu zabraknie
              do wybudowania by samemu kościół wybudować a i że rodzina z głodu by cierpiała.
              Nagle pojawił się przed nim potężnie zbudowany młodzian twierdząc iż zna
              murarkę jak mało kto i kościół rychło we dwóch wybudują. Bidny murarz widział
              kopyto ukrywane przez młodzieńca a i żądanie zapłaty w postaci podpisu krwią
              złożonego wyjaśniło mu iż to diabeł Smętek przed nim stoi. Z jednej strony
              bieda gniecie z drugiej stracę duszę, co tu robić ? - myślał. Cóż było robić,
              cyrograf podpisał ale zastrzegł sobie, że kościół do następnego ranka nim
              pierwszy kur zapieje ma być skończony. Dwoił się Smętek i troił by duszyczkę
              wedle umowy pozyskać, nawet kuzynów zwołał żeby robota szybciej szła. Mury
              szybko rosły i budowa była by skończona ale biedny murarz okpił diabelca. Wziął
              nocną latarnię i poszedł po północy do chlewika gdzie kogut spał. Narobił
              hałasu a kogut zobaczywszy jasne światło zaczął piać. Słysząc kura Smętek
              zrozumiał, że został okpiony, zezłościł się bardzo i wzbił się w niebo i
              poleciał do Szwecji za morze bo tam wiele ogromnych kamieni. Wybrał największy
              i podczas drogi powrotnej myślał jak by tu kościół głazem zburzyć ale diablisko
              przeliczyło swe siły. Po całonocnej murarce łapska mu drżeć zaczęły i w kościół
              nie trafił, głaz wylądował tam gdzie teraz leży i tylko odcisk diabelskiej łapy
              w nim odciśnięty świadczy, że ta opowieść jest prawdziwa.
    • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 15:15
      • 07.07.02, 16:00
        Dawno dawno temu (tak się zawsze zaczyna legenda czy bajka), w podziemiach
        kamienicy przy ul. Krzywe Koło żył straszliwy potwór zwany Bazyliszkiem. Był to
        smok (wprawdzie niewielki, bo piwnica też była mała), z głową koguta i ogonem
        jak kolczasty wąż. Pilnował ogromnych skarbów i nikt nie mógł uszczknąć z nich
        chocby dukata, ponieważ Bazyliszek potrafił zabijać wzrokiem - na kogo
        spojrzał, tego zamieniał w kamień.
        Pewnego razu jednak dzielny szewczyk, biedny jak mysz kościelna, bo właśnie
        niedawno majster wyrzucił go z warsztatu, postanowił zdobyć skarb strzeżony
        przez Bazyliszka. Zabrał się jednak do tego mądrzej, niż jego poprzednicy,
        którzy teraz stali w piwnicach Bazyliszka w charakterze galerii rzeźby
        średniowiecznej. A co zrobił? Zabrał ze sobą duże lustro i osłaniając się nim
        zszedł do piwnic. Kiedy zza zakrętu korytarza dobiegł ryk Bazyliszka
        wściekłego, że znowu ktoś mu się naprzykrza, szewczyk wysunął zza węgła lustro
        tak, aby smok mógł się w nim przejrzeć. Bazyliszek rzeczywiście spojrzał w
        lustro i skamieniał, ponieważ jego wzrok odbił się w szklanej tafli. W ten
        sposób szewczyk zdobył wielkie skarby.

        Nie wiadomo, w której kamienicy na Krzywym Kole mieszkał Bazyliszek; wiadomo
        natomiast, że jego całkiem wierną (chyba) podobiznę możecie zobaczyć nad
        wejściem do restauracji "Bazyliszek" na Rynku Starego Miasta. Podobno tam też
        kiedyś ludzie zamieniali się w kamień, kiedy przyszło do płacenia rachunku...
        Obrazki pokazujące te historie są także wysoko na fasadzie kamienicy na Rynku
        Starego Miasta - spróbujcie je odnaleźć podczas niedzielnego spaceru na Stare
        Miasto.
        Ciekawe, że podobne legendy o smokach pilnujących skarbów istnieją również w
        innych europejskich miastach mających średniowieczne korzenie (np. Wiedeń).
        Daleka rodzinka krakowskiego smoka wawelskiego?

        • 07.07.02, 16:01
          Dawno dawno temu nad Wisłą stała maleńka chatka, a w niej mieszkali Wars i
          Sawa. Wars był rybakiem (wtedy można było jeszcze jeść ryby z Wisły) a jego
          żona Sawa codziennie czekała na męża przygotowując mu ciepłą strawę. Perwnego
          razu w okolicy tej odbywało się wielkie polowanie księcia Ziemiomysła - pana
          okolicznych ziem. W gorączce pościgu za zwierzyną książę odłączył się od
          orszaku i zgubił się w kniei. Wieczór już się zbliżał, a książę w żaden sposób
          nie mógł znaleźć powrotnej drogi. W końcu, głodny i zmęczony, dotarł do brzegu
          Wisły i zobaczył chatkę Warsa i Sawy.
          Ponieważ w nocy niebezpiecznie było samemu chodzić po puszczy, książę zapukał
          do chatki i poprosił o nocleg. Wars i Sawa przyjęli nieznajomego bardzo
          gościnnie. Nakarmili go i zaofiarowali mu nocleg, a książę przyjął to z
          wdzięcznością, chociaż chatce daleko było do wygód komnat dworskich.
          Rankiem książę serdecznie podziękował ubogim rybakom za pomoc; powiadano, że
          rzekł im wtedy tak: "Nie zawahaliście się przyjąć pod swój dach nieznajomego i
          uratowaliście go od głodu, chłodu, a może i dzikich zwierząt. Dlatego ziemie te
          na zawsze Warszowe zostaną, aby wasza dobroć nie została zapomniana".

          Tyle legenda. A naprawdę nazwa naszego miasta wzięła się od imienia Warsza z
          rodu Rawiczów, do którego w XIII w. należały te ziemie - mówiono wtedy, że to
          Warszowa ziemia, czyli będąca własnością Warsza. Z czasem nazwa Warszowa
          zmieniła się na Warszawa.

          • 07.07.02, 16:02
            Dawno dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry - syreny;
            piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz. Jedna z nich
            upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ją zobaczyć
            siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze. Druga dopłynęła aż do
            wielkiego nadmorskiego portu Gdańsk a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu.
            Podobno właśnie u podnóża dzisiejszego Starego Miasta wyszła z wody na
            piaszczysty brzeg, aby odpocząć, a że miejsce spodobało się jej, postanowiła tu
            zostać.
            Rychło rybacy zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze
            sieci i wypuszcza ryby z więcierzy. Ponieważ jednak syrena oczarowywała ich
            swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili.
            Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył syrenę i usłyszał jej piękny śpiew. Szybko
            przeliczył, ile zarobi, jeżeli uwięzi syrenę i będzie ją pokazywać na
            jarmarkach. Podstępem ujął syrenę i uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu
            do wody. Skargi syreny usłyszał młody parobek, syn rybaka, i z pomocą
            przyjaciół w nocy uwolnił ją. Syrena z wdzięczności za to, że mieszkańcy
            stanęli w jej obronie obiecała im, że w razie potrzeby oni też mogą liczyć na
            jej pomoc. I dlatego warszawska syrena jest uzbrojona - ma miecz i tarczę dla
            obrony naszego miasta.

            Tyle legenda. Nie wiadomo skąd syrena wzięła się w herbie Warszawy, w każdym
            razie była w nim już w II poł. XVI w. Tylko że wtedy syrena to był stwór z
            tułowiem ptaka, rękami, ogonem ryby i nogami ptasimi zakończonymi pazurami;
            prawdopodobnie średniowieczni mieszkańcy miasta nasłuchali się opowieści o
            dziwnych stworach żyjących w zamorskich krainach, a opowieść o syrenach
            szczególnie im się spodobała.

            • 07.07.02, 16:03
              Dawno, dawno temu w podziemiach pałacu zwanego Zamkiem Ostrogskich, stojącego
              na skarpie warszawskiej, znajdowało się małe jeziorko. Pływała po nim kaczka o
              złotych piórach - podobno zaczarowana księżniczka, władczyni ogromnych skarbów.
              O tych skarbach krążyły legendy wśród warszawskiej gawiedzi i pewnego razu
              młody szewczyk postanowił je zdobyć. W tym celu zszedł nocą do podziemi i
              rzeczywiście napotkał złotą kaczkę. Ona zaproponowała mu próbę - jeśli ją
              przejdzie pomyślnie, dostanie skarby. Powiedziała mu: "Masz tu sto złotych
              dukatów. Musisz je wydać przez jeden dzień, od wschodu do zachodu słońca, ale
              pod warunkiem, że wydasz je tylko na siebie. Nie wolno ci się dzielić z nikim
              tymi pieniędzmi. Jeśli tego dokonasz, wróć tutaj, a otrzymasz cały skarb.
              Jeżeli złamiesz ten warunek, wszystko to, co uzyskałeś dzięki tym pieniądzom,
              zniknie, a ty nigdy więcej tu nie trafisz".
              Szewczyk przyjął sakiewkę z dukatami i o wschodzie słońca ruszył "w miasto".
              Sprawił sobie najwytworniejsze ubranie, piękną karetę i zatrudnił służących.
              Przez cały dzień jadł, pił i bawił się w najdroższych oberżach, poszedł też do
              cyrku i teatru, gdzie kupował najdroższe bilety. Przez cały dzień zdołał wydać
              99 dukatów.
              Kiedy wieczorem wracał do pałacu, tuż przed nim spotkał biednego żołnierza -
              weterana, który z nędzy musiał żebrać na kawałek chleba. Szewczyk zlitował się
              i wrzucił ostatniego dukata do czapki kaleki. W tym momencie błysnęło,
              zagrzmiało i rozległ się głos złotej kaczki: "Nie dotrzymałeś warunków umowy,
              więc stracisz wszystko, co dziś kupiłeś, i nigdy już nie trafisz do mnie". I
              rzeczywiście - szewczyk znowy był ubrany w podartą odzież, nie miał złotych
              pierścieni, karety i służby.
              Ale żołnierz - kaleka również usłyszał głos i powiedział szewczykowi: "Nie
              martw się, to, co zdobędziesz uczciwą pracą, na pewno pozostanie przy tobie na
              zawsze, razem z wdzięcznością ludzką". (Nie było jeszcze wtedy PIT-ów).

              Zamek z legendy to w rzeczywistości pałac wzniesiony oprzez Ostrogskich w XVII
              w na skarpie przy ul. Tamka. Ponieważ był budowany z dala od miasta,
              zaopatrzono go w potężne mury obronne z otworami strzelniczymi, ale dużo
              później dobudowano na górze barokową część pałacu. To, co teraz można tam
              zobaczyć to właściwie oficyna budowli, która miała tam powstać. Obecnie w
              pałacu jest Towarzystwo im. F. Chopina, a z drugiej strony - fontanna z małym
              pomnikiem Złotej Kaczki

              • 07.07.02, 16:04
                Dawno, dawno temu książę mazowiecki polował na terenach dzisiejszej Warszawy. W
                pogoni za zwierzyną oddalił się od swych towarzyszy i już miał zrezygnować z
                włóczenia się po puszczy i wrócić do swoich, kiedy zobaczył nagle między
                drzewami pięknego jelenia o złotych rogach. Książę najpierw nie mógł uwierzyć
                własnym oczom, a potem ruszył w pogoń za jelonkiem. Ten długo zwodził go po
                lesie, a kiedy wreszcie stanął nieruchomo, książę natychmiast napiął łuk i
                wycelował strzałę. Ale jeleń nagle przemówił ludzkim głosem: "Daruj mi życie,
                książę,a ja odwdzięczę ci się wyprowadzając cię z leśnych ostępów na drogę,
                gdzie spotkasz swoich towarzyszy".
                Zaskoczony książę rozejrzał się i stwierdził, że rzeczywiście nie ma bladego
                pojęcia gdzie się teraz właściwie znajduje. Stwierdził też, że bardzo chce mu
                się pić po całym dniu polowania. Przystał więc na propozycję czarodziejskiego
                jelonka i zapytał go czy mógłby zaprowadzić go do jakiegoś strumienia. Jelonek
                powiedział "Oczywiście, zaprowadzę cię do źródełka, z którego sam piję czystą i
                świeżą wodę". I tak się stało. Książę ugasił pragnienie a potem, prowadzony
                przez jelonka, dotarł do drogi z Czerska do Zakroczymia, gdzie czekali już jego
                dworzanie.Tam nakazał surowo, aby nikt nie ważył się polować w tych lasach, bo
                mógłby przypadkiem zabić jelenia ze złotymi rogami.

                Tę legendę usłyszał prawdopodobnie także król Stanisław August Poniatowski i na
                pamiątkę kazał wystawić budowlę w kształcie baszty nad źródełkiem - obecnie w
                okolicach Mostu Gdańskiego i ul. Zakroczymskiej. Dawna droga do Zakroczymia
                prowadziła dzisiejszymi ulicami Nowomiejszką, Freta i Zakroczymską

                Goście spoza Warszawy - uważajcie! Zakaz księcia już dawno nie obowiązuje - w
                tym mieście ciągle poluje się na jeleni...

                • 07.07.02, 16:04
                  Dawno, dawno temu na Mazowszu panował książę, którego imienia nikt nie
                  pamiętał, bo wszyscy poddani nazywali go Księciem Niedźwiedziem, był bowiem
                  olbrzymi i silny jak niedźwiedź. Niestety był również bardzo brzydki, i chyba
                  dlatego ciągle nie miał żony, choć był dobry i szlachetny a podani kochali go.
                  Pewnego razu książę zakochał się w pięknej damie; ale nigdy nie odważył się
                  wyznać jej swej miłości bo bał się, że ona wyśmieje go z powodu jego brzydoty.
                  Cierpiał więc w milczeniu. Którejś niedzieli książę przyjechał, jak zwykle, na
                  mszę do kościoła i zobaczył jak dama wychodzi z niego w sukni ślubnej a u jej
                  boku idzie mąż - piękny młodzieniec. Gdy książę ujrzał tę scenę, serce zamarło
                  w nim z rozpaczy i skamieniał z bólu i żałości - zamienił się w kamiennego
                  niedźwiedzia.
                  Teraz kamienny niedźwiedź stoi pod kościołem oo. jezuitów na Starym Mieście i
                  czeka cierpliwie, bo legenda mówi, że jeżeli jakaś panna pokocha go tak, jak on
                  kochał ową damę, to niedźwiedź odzyska swoją dawną postać.

                  Tyle legenda. Rzeźba pod kościołem oo. jezuitów wyszła spod dłuta Chrystiana P.
                  Aignera w końcu XVIII w.
                  Ale jak będziecie koło niej przechodzić, na wszelki wypadek pogłaszczcie
                  niedźwiedzia po pysku - może to osłodzi mu trochę gorycz czekania?

    • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:15
      • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:30
        Ondraszek (1680-1715) widok strony
        znajdź podobne
        pokaż powiązane


        Ondraszek, Ondrasz Szebesta (1680-1715), najsławniejszy zbójnik śląski, syn
        wójta wsi Janowice (dziś czeskie Zaolzie). Działał w Beskidzie Śląskim, w
        okolicach Frydka i Cieszyna. Wykreowany w folklorze literackim na dobroczyńcę i
        obrońcę ubogich. Zginął z rąk towarzysza rozboju, Juraszka z Malenic na
        Słowacji, znęconego wysoką nagrodą pieniężną.

        • Gość: Niymrawa IP: *.dip.t-dialin.net 07.07.02, 16:47
          Spotkanie z rozbojnikiem Pistulka

          Historia, ktora teraz opowiemy, wydarzyla sie ponad sto lat temu niedaleko
          Bytomia. Rosnie tam las - niegdys bardzo gesty i rozlegly. Dzis nikt juz sie
          nie boi zanurzyc w zielona gestwine, ale jeszcze nie tak dawno temu budzila ona
          prawdziwa groze. Tam bowiem mial jedna ze swoich kryjowek slynny na calym
          Slasku rozbojnik Pistulka. Ludzie cuda opowiadali o jego odwadze i sprycie, bo
          tez zboj to byl nie lada. Niejeden podrozny po spotkaniu z nim w jakims lesnym
          ustroniu wracal do domu bez grosza przy duszy, a jego ciezkie, wypchane zlotem
          sakiewki ladowaly w skarbcu Pistulki ukrytym gleboko w lesie. Zwlaszcza bogacze
          mieli szczescie do takich przygod, ci co to majatku maja az nadto, a dzielic
          sie nim bardzo, ale to bardzo nie lubia. Oni tez na Pistulke szczegolnie byli
          zawzieci. Raz nawet udalo im sie rozbojnika zlapac i wsadzic do aresztu, ale po
          dwoch dniach juz go tan nie bylo.


          Jak to sie stalo? Dokladnie nie wiadomo. Byli tacy, ktorzy widzieli, jak maly
          ptaszek przyniosl Pistulce w dziobie zdzblo zbojeckiej trawy, tak ostrej, ze
          potrafila przeciac najgrubsze kraty. Czy to prawda, czy zwykle ludzkie bajanie?
          Trudno powiedziec. Wazne, ze Pistulka znow byl na wolnosci, znowu wedrowal po
          calym Slasku i lupil ile sie dalo.
          Ale, ale... Czas wrocic do bytomskiego lasu - tam, gdzie rozpoczela sie nasza
          opowiesc. Gdy rozeszla sie wiesc, iz slynny zbojnik grasuje w okolicy, lesne
          sciezki nagle opustoszaly. Malo kto odwazal sie na nie zapuszczac, bojac sie
          spotkania z Pistulka. A tu akurat przydarzylo sie nieszczescie. Wdowie
          Millerowej, ktora mieszkala w chacie na skraju lasu, zachorowala corka, mala
          Ula. Dziewczynka lezala w goraczce i widac bylo, ze bardzo cierpi. Coz bylo
          robic? Matka, niewiele myslac, otulila ja cieplo, zamknela chate i z mala na
          rekach ruszyla na przelaj przez las. Byle szybko do domu doktora! Nie uszla
          daleko, gdy nagle zza drzew wylonila sie jakas postac. Droge zastapil jej
          nieznajomy mezczyzna. Wdowa najpierw bardzo sie przestraszyla i chciala go jak
          najszybciej wyminac, ale zauwazyla, ze nieznajomy usmiechnal sie do niej spod
          wielkich wasow, a jego czarne jak dwa wegle oczy przypatrywaly sie jej
          zyczliwie.

          - Czego sie tak boicie, kobieto? - zapytal.
          - Spiesze z corka do doktora, a droga, jak widzicie, ciemna i niebezpieczna.
          Ponoc Pistulka tu gdzies siedzi, ten, ktory ludzi napada i rabuje.
          - Pistulki sie boicie? Hmm... Pomoge sie wam przez las przeprawic i jakby co
          przed zbojem obronie - rzekl, usmiechajac sie tajemniczo. Nieznajomy wzial
          chora Ule na rece i ruszyli przed siebie. Gdy las sie konczyl i dalej droga
          wiodla juz wsrod pol i zabudowan, mezczyzna stanal.
          - Poczekam tu na was i pomoge w powrotnej drodze.
          Kiedy wracali, wdowa opowiadziala mu o siebie.
          Niedawno zmarl jej maz - kowal, a ona zostala sama z Ula. Ciezko im jest, bieda
          daje sie we znaki, a tu na domiar zlego jeszcze dziewczynka choruje.


          - Bede musiala znowu isc przez las po nowe leki do doktora. Oby tylko na tego
          zboja Pistulke sie nie natknac! - konczyla swoja opowiesc, bo juz zblizali sie
          do jej chaty.
          Mezczyzna slyszac te slowa usmiechna sie po raz kolejny. Potem siegnal do
          kieszeni i wyciagnal z niej garsc zlotych talarow.
          - To dla was wdowo, zeby Ula szybko wyzdrowiala i miala wszystko, co trzeba.
          Dar od rozbojnika Pistulki. I powiedzcie ludziom, zeby sie nie bali chodzic do
          lasu, bo Pistulka biednych nie krzywdzi, a tylko bogaczom sakiewki oproznia.
          Badzcie zdrowi!
          Powiedziawszy to, zniknal wsrod drzew. Wyobrazcie sobie zdumienie wdowy, gdy
          okazalo sie, kim byl jej tajemniczy opiekun. Opowiedziala o wszystkim sasiadom.
          Na poczatku nikt nie chcial jej wierzyc, ale blyszczace zlote talary byly
          dowodem tej niezwyklej przygody. Wielu potem wedrowalo po lesie, wypatrujac,
          czy rozbojnik gdzies sie nie pojawi. Ale nikomu nie udalo sie juz go spotkac
    • Gość: Flyjtuch IP: *.dip.t-dialin.net 14.07.02, 11:24
      JAK RADLIŃSCY CHŁOPI TATARÓW W BAGNA WPĘDZILI
      Podczas gdy większa siła Tatarów, rabiąc, łupiąc i mordując, prosto ruszyła pod
      Wrocław i Lignicę (Legnicę), gdzie dnia 9 kwietnia 1241r. przyszło do walnej
      bitwy, (...) tu mniejsze oddziały tatarskie napadły na szerszą okolicę,
      wszedzie roznosząc śmierć i spustoszenie (...).
      Z południowo-wschodniej strony, od Jastrzebiej(Jastrzebia) i Moszczenicy,
      oddział tatarski ruszył na Wodzisław i trafił naprzód na warowny zamek
      Grodzisko, wznoszący się na pagórku w lesie (...).
      Między zamkiem i obozującymi w lesie miejskim Tatarami rozciągało się długie i
      podówczas głębokie bano (...) i Tatarzy na tęgich ogierach wahali sie
      niebezpieczne oparzelsko przejechać.
      Wtem pod zamkiem ustawili się w szyku bojowym radlinianie, załodze rycerskiej
      na pomoc przywołani i jadący przeważnie na klaczach.
      Wiatr z ich strony wiał za bagno do Tatarów i naraz wśród ogierów tatarskich
      rozległo się okropne rżenie i parskanie; ogiery poczuły klacze i chcąc na drugą
      stronę, przejść wraz z przelęknionymi Tatarami wkroczyły w grząską otchłań i
      potopiły się.
      • 14.07.02, 13:15
        Diabeł Wenecki mieszkał nie w dalekich Włoszech, a w Polsce. Wenecja zaś nigdy
        nie była - i nie jest - "miastem na wodzie", a jedynie niewielką wsią, leżącą
        między jeziorami Weneckim i Biskupińskim. Skąd więc wzięła się nazwa Wenecja?
        Dokładnie nie wiadomo. Jedni mówią, że ze względu na bliskość obu jezior, inni
        zaś tłumaczą to bardziej romantycznie. Otóż jeden z tutejszych właścicieli
        pojął za żonę pannę, której zamarzyło się zamieszkać właśnie w Wenecji.
        Właściciel ów, który ani myślał opuszczać rodzinnych stron i włości, przywiózł
        nowo poślubioną małżonkę do swego zamku i pokazawszy jej dobra,
        powiedział: "Oto twoja Wenecja!". I w ten sposób skromna polska wieś przyjęła
        nazwę sławnego włoskiego miasta.
        Kilkaset lat temu panem Wenecji został Mikołaj Chwałowic, herbu Nałęcz, i jego
        to właśnie nazwano Diabłem Weneckim. A zasłużył sobie na to miano w pełni. Dla
        poddanych był okrutny i prócz daniny zapewne zdzierałby z nich skórę, gdyby to
        tylko było możliwe. Wobec opornych nie znał litości. Dla nich przeznaczone były
        zamkowe lochy i stojące na podwórzu szubienice. Mówiono w okolicy, że duszę
        diabłu zapisał, żeby w ten sposób sobie czartowską moc zapewnić. Opowiadano
        również, że na nocnych ucztach, często na zamku urządzanych, nie tylko ludzie,
        ale i wysłannicy piekieł bywali. Gdy pianie kogutów obwieszczało zbliżanie się
        świtu, diabły jako czarne kruki zamczysko opuszczały.
        Pysznił się więc wenecki pan, a zarazem sędzia poznański i kaliski, rosły
        skarby w podziemiach. Równocześnie rósł strach wśród poddanych.
        Aż nadszedł dzień, w którym hardy właściciel zamku musiał podzielić los tych,
        których dotąd bez umiaru prześladował. Oto do Wenecji zjechał król Władysław
        Jagiełło, by roki królewskie, czyli coroczne sądy odbyć. Przed obliczem
        królewskim ludzie nabrali odwagi i posypały się skargi na okrutnego pana.
        - Miłościwy Panie! - mówili pokrzywdzeni, którzy przeszli przez wenecki lochy. -
        To diabeł nie człowiek. Dajemy wszystko, co należy, a on chce coraz więcej.
        Oszukuje. Grabi. Choć sam sędzią, prawa nie szanuje. Lochy ciągle pełne, a i
        szubienice często używane. Ratuj nas, Najjaśniejszy Panie!
        Słuchał król tych skarg, oblicze mu coraz bardziej posępniało, a gdy wreszcie
        lament i skargi ustały, w te słowa zwrócił się do właściciela Wenecji:
        - I cóż, mości grabio, kłamią twoi ludzie czy prawdę mówią?
        Nadął się grabia i odparł butnie:
        - Czy to nie wszystko jedno? Ja tu rządy sprawuję i prawdą jest to co ja za
        prawdę uważam.
        Głęboka zmarszczka przecięła królewskie czoło, rozważał coś przez chwilę, a
        potem rzekł dobitnym, choć spokojnym głosem:
        - Prawda jest zawsze jedna, a kłamstw może być nawet i sto. Ale masz rację. Ja
        też w tym kraju rządzę i prawdą będzie to, co za prawdę uznam. A uznaję za nią
        to, co twoi poddani mówili. Tym, którzy byli trzymani w lochach, zwracam
        wolność. Wszystkie krzywdy naprawić każę. A ciebie, grabio, rozkazuję zakuć w
        łańcuchy i do lochu wtrącić. Nie może sprawiedliwie rządzić ten, kto bezprawie
        stawia ponad prawem.
        I poszedł Diabeł Wenecki do lochu pokutować za swoje okrucieństwo.
        W jakiś czas po wizycie króla straszna burza rozpętała się nad zamkiem. Pioruny
        biły weń jeden po drugim. Wybuchł gwałtowny pożar. Zamczysko spłonęło, grzebiąc
        w swych ruinach nieprzebrane skarby i właściciela. Jednak nadal o północy
        pojawiały się w zamkowych ruinach stada czarnych kruków, a rumowisko
        rozbrzmiewało gwarem czarciej zabawy.
        Złe duchy pilnują też w lochach weneckich skarbów, toteż niewielu było
        śmiałków, którzy odważyli się zejść do podziemi.Wracali stamtąd zawsze z
        pustymi rękami i niesłychanym przerażeniem w oczach.
        A że skarby się tam znajdują, przekonał się o tym pewien chłopiec pasący kozy w
        pobliżu ruin. W pewnej chwii wiatr zerwał mu z głowy czapkę i wrzucił przez
        otwór do lochu. Nie zdążył jeszcze pastuszek pożałować straty, gdy czapka
        wyfrunęła z powrotem pełna złotych dukatów. Niestety, inne wrzucane do podziemi
        czapki nie wracały do swoich właścicieli...
        • 14.07.02, 13:18
          W XIV w. miejscowość "Wanacja" stanowiła część Chomiąży koło Żnina i Gąsawy.
          Dziwna nazwa przyciągała uwagę i pobudzała wyobraźnię, a sprzyjało temu
          położenie topograficzne pomiędzy trzema jeziorami. Motyw okrutnego pana, który
          zawarł pakt z czartem, ale został sprawiedliwie ukarany często pojawia się w
          podaniach ludowych. Atrybuty towarzyszące - ukryte skarby, zaklęte kruki,
          diabelskie uczty - uznać można za dość typowe dla tego rodzaju opowieści.
          U podstaw tradycji o "diable weneckim" leżą wydarzenia z końca XIV w. (zatarg
          arcybiskupa Bodzęty z Mikołajem z Chomiąży, sędzią kaliskim i zacięte walki
          podczas bezkrólewia po śmierci Ludwika Węgierskiego) splątane zresztą z innymi
          (wyczyny Jana Nałęcza z Czarnkowa, sędziego poznańskiego) przez Jana Długosza.
          W roli obrońcy uciśnionych wystąpił tutaj Władysław Jagiełło (zapewne w 1400
          r.), co łączy się zapewne ze zbieraniem materiałów o życiu i świętobliwych
          poczynaniach królowej Jadwigi przez kler krakowski, z myślą o jej kanonizacji.
          • 14.07.02, 13:22
            Sabat czarownic

            Rzadko udaje się zwykłemu śmiertelnikowi dojść na Łysą Górę podczas sabatu
            czarownic. Strzegą jej złe moce i czary nie do pokonania. Zdarza się jednakże,
            że czasem i ludzkie oczy mogą się diabelskim harcom przyglądać.
            Zdarzyło się coś takiego pewnemu parobkowi, którego gospodyni była czarownicą.
            Parobek wiedział o tym i pilnie podpatrywał przygotowania do odlotu na sabat.
            Widział jak czarodziejską maścią ciało smaruje, jak miotły dosiada i kominem na
            diabelską zabawę odlatuje. Pomyślał i zdecydował się nasladować swoją
            gospodynię.
            Podpatrzył to raz, podpatrzył drugi i w końcu sam postanowił na własnej skórze
            czarodziejskiej maści wypróbować i za gospodynią na Łysą Górę polecieć.
            Jak postanowił, tak też uczynił. Tylko że zamiast na miotle, bo tylko jedna w
            domu była, poszybował na łopacie. Poniosła go łopata na Łysą Górę i tu oczom
            jego ukazał się sabat w całej okazałości. Czarownic było tu tyle, że zliczyć
            nie sposób, a biesów chyba jeszcze więcej. Bawiono się w najlepsze nie bacząc
            wokół, jako że "sabatnicy" pewni byli złych mocy, które pilną pieczę nad nimi
            sprawować miały. Blade widma na piszczelach do tańca przygrywały, ze złotych
            kielichów wino się lało, czarownice z diabłami hułubce wywijały. A śpiewano
            przy tym, pokrzykiwano, diabelskim śmiechem co chwilę wybuchano.
            Szeroko otwierał parobek oczy, do swego miejsca strachem i zdumieniem przykuty.
            A przy tym zupełnie o ostrożności zapomniał i ani się spostrzegł, jak go
            wiedźma gospodyni wypatrzyła.
            Nie mogła mu darować zuchwałości takiej. Czary nad nim przeto odprawiła, w sen
            głęboki wprawiła i tak uśpionego do Gdańska przeniosła. W Gdańsku zaś złożyła w
            piwnicy, z której tejże nocy złodzieje baryłki wina wynieśli.
            Rankiem, zamiast wina, znaleziono w piwnicy zaspanego parobka, o udział w
            kradzieży go posądzono i na szubienicę skazano. Na nic zdały się przysięgi i
            zapewnienia, że nigdy cudzej własności nie ruszał, że nie wie, jak się w
            piwnicy znalazł. Sąd był nieubłagalny.
            Zdawało się że już ostatnie chwile parobek na tym świecie przeżywa, stryczek
            już mu szyję łaskotał, kiedy nagle przypomniał sobie, że reszta czarodziejskiej
            maści przy nim została. Nie zwlekając, maścią ową ciało posmarował i nagle
            wicher jakowyś spod szubienicy go porwał, stryczek z szyi strącił i do domu
            poniósł.
            Poprzysiągł sobie tego dnia cudem ocalony parobek, że stokroć lepiej
            gospodarstwem się zająć niż czarownice na Łysej Górze podglądać. Żył po tym
            zdarzeniu długo i szczęśliwie. Pracując ciężko, dorobił się własnego
            gospodarstwa, poślubił śliczną dziewczynę. Z czasem doczekali się dzieci, a
            potem i gromadki wnucząt płowowłosych. I przysięgi dotrzymał, a o tym, co
            przeżył ku przestrodzze innym opowiedział. Swoje opowieści chętnie zwłaszcza
            snuł w zimowe wieczory, kiedy za oknem śnieg i mróz panowały, a w kominie
            wesoło trzaskał ogień.

            W wierzeniach ludowych, zwłaszcza z czasów renesansu (XV-XVI w.), obok przygód
            i utrapień z diabłem dużo miejsca zajmować zaczęła czarownica, zła i przewrotna
            kobieta znająca magiczne sposoby opanowania przyrody i szkodzenai
            ludziom. "Wyprawa na sabat" od późnego średniowiecza był popularnym
            opowiadaniem na terenie całego kraju (szczególnie Pomorze, Wielkopolska,
            Małopolska, Śląsk Opolski). Jego literacka geneza sięga jeszcze antycznej
            powieści Apulejusza Metamorfozy czyli złoty osioł (II w. n.e.). Sabaty i loty
            czarownic rysował m.in. wybitny artysta niemieckiego renesansu Albrecht Dürer
            (1471-1528).
            Wątek bajkowy bywał jakże często urozmaicany. Tutaj przedstawiono wersję
            zapisaną przez Lucjana Siemieńskiego (1845 r.). Z ciekawszych elementów akcji
            zwrócić trzeba uwagę na czarodziejskie akcesoria: miotły, skóry pokryte
            sierścią, maści i wywary z ziół. Wywary przyrządzane przez znachorki i kobiety
            uprawiające magię, powodowały miejscowe znieczulenie i halucynacje, co wiadomo
            z zachowanych zeznań sądowych XVII-XVIII w. Były to rośliny do dziś znane i
            stosowane w lecznictwie ludowym, takie jak lulek czarny, bieluń i jaskółcze
            ziele. Sabat przewidywał ucztę, tance i orgie.
            Łysymi Górami lud nazywał nie tylko góry, ale i mniejsze pagórki, leżące
            szczególnie na pustkowiach, wzniesienia morenowe, a nawet wyższe wydmy. Gdańsk,
            jako punkt docelowy dalekiej podróży datuje opowiadanie ogólnie na XVI-XVIII
            stulecie.
            • 14.07.02, 13:27
              Diabeł w trybunale

              Krzywda wielka spotkała pewną wdowę. Oto kniaź wołyński włości jej najechał,
              dwór spalił i dobytek zagrabił. Nie mogąc sama sprawiedliwości wymierzyć,
              zwróciła się do trybunału w Lublinie, by ten sprawę rozsądził i nakazał
              kniaziowi krzywdy naprawić. Odradzano jej tego kroku, przed nowymi kłopotami
              przestrzegano.
              - Biedny z bogatym nie wygra - mówiono. - Pieniądz ważniejszy od prawa.
              Wdowa trwała jednak przy swoim.
              Ale od pieniądza ważniejsze sumienie - odpowiadała i sprawa przed lubelskim
              trybunałem stanęła.
              Zjechali się do Lublina sędziowie, ze sprawami się zapoznali, ale do ich
              sądzenia nie było im pilno. Zabawić się należało, niejeden antałek wina
              opróżnić, po lubelskich knajpach pohulać...
              Wreszcie pozew dla kniazia przygotowano i przez trybunalskiego woźnego
              przekazano. Kniaź przejął się pozwem jak zeszłorocznym śniegiem na wołyńskich
              polach, pozew podarł, jego kawałki kazał woźnemu na oczach rozbawionej kompanii
              połknąć i oznajmić trybunałowi, że nie po to ma język w gębie, by go z jakimiś
              wdowami przed sądem strzępić. Zaraz też wystarał się o fałszywych świadków,
              którzy za kilka kwart wina podjęli się o jego niewinności świadczyć.
              Zebrał się w końcu trybunał, skargi wdowy wysłuchał, udzielił głosu świadkom
              kniazia, którzy pod niebiosy zalety wołyńskiego pana wynosili i solennie o jego
              niewinności zapewniali. Następnie udali się sędziowie na naradę i ogłosili
              wyrok: kniaź jest niewinny, skarga wdowy zostaje oddalona, a ona sama - jako że
              fałszywie oskarżenie wniosła - poniesie koszty procesu.
              Wyczerpała się cierpliwość bezradnej wdowy, która się łudziła, że
              sprawiedliwości dojdzie. Gorycz i oburzenie zabrzmiały w jej głosie.
              - A więc taka jest wasza sprawiedliwość! - rzucała twarde słowa w twarz
              sędziom. - Sumienia nie macie! Własna korzyść dla was ważniejsza niż moja
              krzywda! Nawet gdyby diabeł za tym sędziowskim stołem siedział, sprawiedliwiej
              by sprawę rozsądził!
              Ledwo wypowiedziała te słowa, gdy jakiś gwizd - świst przeleciał nad salą,
              zapach siarki w nozdrza uderzył i w trybunale pojawił się najprawdziwszy czart.
              - Jestem - powiedział w stronę wdowy. - Takiej niesprawiedliwości nawet diabeł
              znieść nie może. Rozpatrzmy sprawę jeszcze raz. Zacznijcie, panowie sędziowie,
              od początku, a poczynajcie sprawiedliwie i pamiętajcie, że w moim królestwie na
              niesprawiedliwych i przekupnych sędziów długie czekają stoły. A i dla
              fałszywych świadków miejsca tam pod dostatkiem.
              Zrzędły miny sędziom, marszałek trybunału zmalał pod stołem, a świadkowie
              skradali się ku drzwiom, które okazały się na trzy spusty zamknięte.
              I odbył się proces drugi, jakże od pierwszego inny. Sędziowie cierpliwiej
              wdowiej skargi wysłuchali, świadkowie zapomnieli o zasługach i cnotach swego
              fundatora, a diabelskie pytania tak ich pognębiły, że całą prawdę o swojej
              obecności w sądzie wyznali.
              I wyrok był od pierwszego inny.
              Kniaź winien wszystkie krzywdy wdowie wynagrodzić - ogłosił w imieniu trybunału
              diabeł. - Sam zaś swoje bezeceństwa w wieży odpokutować. Fałszywych świadków
              publicznie wychłostać należy, by więcej przeciw prawdzie nie świadczyli.
              Pod wyrokiem marszałek trybunalską pieczęć położył, a diabeł przypieczętował go
              własną łapą. A zrobił to z taką pasją, że ślad czarciej łapy odcisnął się na
              sędziowskim stole i nadal jest widocznym świadectwem tego niezwykłego procesu.
              Stół ów bowiem do dziś oglądać można w lubelskim muzem.
              Gdy kniaź dowiedział się o tym niekorzystnym dla siebie wyroku, wpadł we
              wściekłość i warknął:
              - A niech to diabli!
              I szybko ugryzł się w język.

              Od 1578 r. trybunał był najwyższym sądem apelacyjnym, od wyroków sądów
              ziemskich, grodzkich i podkomorskich, a więc wyłącznie dla spraw spornych
              toczacych się pomiędzy szlachtą. Sprawy z ziem Wielkopolski rozpatrywał
              Trybunał w Piotrkowie, dla Małopolski w Lublinie, a dla Litwy w Wilnie.
              Podanie o diabelskim sądzie, przed zespołem sędziowskim złożonym z diabłów,
              naprawiającym niesprawiedliwy wyrok utrwalił Henryk Rzewuski w Pamiętnikach
              Soplicy (1839 r.). Dotyczyło ono przede wszystkim cudownego krucyfiksu, który
              wisiał w sądzie. Krzywda wdowy i diabelski proces miały spowodować odwrócenie
              twarzy Chrystusa na krucyfiksie. Spisano wówczas protokół wydarzenia (9 maja
              1727 r.) i przeniesiono krzyż do lubelskiej kolegiaty św. Michała, gdzie dotąd
              się znajduje. Chociaż władze kościelne nie uznały tego cudu tradycja ludowa
              nadal o nim głosi. Henryk Rzewuski wydarzenie to połączył z procesem Glinkowej
              przeciw gen. Kajetanowi Kurdwanowskiemu, uczestnikowi konfederacji targowickiej
              i stronnikowi hetmana Franciszka Ksawerego Branickiego. Krzywdzicielem byłby
              więc nie kniaź kresowy a magnat małopolski.

              • 14.07.02, 13:30
                Diabeł z workiem piasku
                jak doszło do powstania Pustyni Błędowskiej
                Nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się piekło, ale zapewne jakieś diabelskie
                siedlisko znajdowało się w okolicach Olkusza. Było to przed wiekami, wówczas,
                gdy w tych stronach powstawały pierwsze kopalnie ołowiu i srebra. Właśnie te
                kopalnie stały się powodem wielkiej, czarciej narady, która gdzieś tam głęboko
                pod ziemią się odbyła.
                - To zuchwałość ze strony ludzi, że ośmielają się nas niepokoić - wykrzykiwał
                najznaczniejszy z diabłów, szarpiąc nerwowo kozią bródkę. - Nawet zdrzemnąć się
                po obiedzie nie można, bo ciągle jakieś hałasy, jakieś stuki-puki, turkoty...
                Ciągle kopią, czegoś szukają, jak im w tym nie przeszkodzimy, to do samego
                piekła dotrą!
                - Nie daj, Boże! - wyrwało się najmłodszemu z czartów, ale na szczęście to
                pobożne życzenie zginęło w ogólnym rozgardiaszu i nikt nie zwrócił na nie
                uwagi. Inaczej nie uszłoby mu to na sucho, a raczej na zimno.
                - Trzeba ich stamtąd przepędzić i pouczyć, że co ziemskie to ziemskie, a co
                piekielne to piekielne - rzekł odkrywczo diabeł, mający minę mędrca i mocno
                wyliniały ogon.
                - Ale jak to zrobić? - zastanawiali się zafrasowani czarci.
                - Mam pomysł - odezwał się wreszcie najsprytniejszy z diabłów. - Trzeba po
                prostu zasypać dziury, które ci zuchwalcy wykopali, zniszczyć ich pracę i
                będziemy mieli wieczny spokój.
                - Zasypać! - wzruszyły ramionami diabły. - Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.
                Diabeł może wiele, ale nie wszystko. Który z nas się tego podejmie?
                - Ja! - rzekł jeden z młodszych podwładnych Belzebuba.
                Stare, doświadczone diabły spojrzały na niego z politowaniem. "My łamiemy sobie
                nad tym rogi - zdawały się mówić ich spojrzenia - a ty wiesz, jak to uczynić?"
                - Ja to zrobię! - powtórzył młodszy diabeł z uporem i wyjaśnił, jak zamierza
                tego dokonać. - Daleko stąd - mówił - nad morzem nieprzebrane piaski leżą.
                Wystarczy tam polecieć z ogromnym workiem, piaskiem go napełnić i tym piaskiem
                dziury zasypać.
                Stare, doświadczone czarty nie kryły uznania.
                - A więc leć, kamracie, nad to morze - rzekły a worek weź olbrzymi, byś za
                jednym razem parę dziur zasypał.
                - Już się robi! - zapalił się diabeł, w worek piekielnie wielki się zaopatrzył
                i nad morze wyruszył.
                Zjawił się na nadmorskiej plaży o północy, gdy tylko plusk fal ciszę zakłócał,
                a księżyc nieśmiało ciemności rozjaśniał i począł worek sypkim piaskiem
                napełniać. Gdy już był pełen, zarzucił go sobie na plecy i odbiwszy się
                czartowską mocą od ziemi, z powrotem do Olkusza poszybował.
                Nie dotarł jednak do celu. Może na skutek nieostrożności, a może z powodu
                zadziałania innych mocy, diabeł o wieżę kościoła pod Olkuszem zahaczył i piasek
                niesiony w worku wysypał się na okoliczne pola.
                I tak właśnie powstała Pustynia Błędowska do dziś świadcząca o diabelskiej
                wyprawie nad Bałtyk. Z kopalni olkuskich zaś przez długie jeszcze lata
                wydobywano ołów i srebro, czemu wcale nie przeszkadzało wściekłe zgrzytanie
                czartowskich zębów.

                Podanie nawiązuje do starszego i powszechniejszego typu opowiadań o olbrzymim
                głazie upuszczonym przez diabła. Dla zniszczenia osady, kościoła czy budynku
                diabeł przenosi olbrzymi głaz ale gubi go w momencie gdy o świcie pieje
                pierwszy kogut. Kogut odgrywa w wierzeniach ludowych - podobnie jak w
                pogańskich - szczególną rolę, wykazując związek z kultem solarnym. W
                podniebnych lotach czarownic, diabłów i zaczarowanych ludzi wieża kościelna
                stanowi miejsce obezwładniające złe moce.
                Tłumaczenie, jak mogła powstać Pustynia Błędowska należy do folkloru ludowego
                nie zaś górniczego, chociaż sprawa pozornie dotyczy kopalni. Kopalnie ołowiu i
                srebra w Olkuszu działały od ok. 1257 r. (dokument Bolesława Wstydliwego),
                głównie zaś w XIV-XVII w. W starym kościele parafialnym wzniesionym w czasach
                panowania Władysława Łokietka, znajduje się wiele pamiątek i zabytków sztuki
                fundowanych przez gwarków (górników).

                • 14.07.02, 14:02
                  Smoluch diabli kamrat

                  Pewien żołnierz zwolniony ze służby nie miał z czego żyć i przyszła taka
                  chwila, że nie widział już dla siebie żadnego ratunku. Udał się więc do lasu,
                  gdy przebył kawałek drogi, spotkał małego człowieczka, a był to diabeł we
                  własnej osobie. Człowieczek rzekł do żolnierza:
                  - Co ci to, chudzino, dolega? Bo minę masz okrutnie markotną.
                  Żołnierz mu na to:
                  - Głodny jestem, a moja kieska pusta.
                  Diabeł zaś powiedział:
                  - Jeśli przystaniesz do mnie na służbę i zgodzisz się na parobka, do końca
                  swoich dni biedy nie zaznasz; popracujesz u mnie siedem lat, a potem pójdziesz
                  sobie, dokąd zechcesz. Stawiam ci tylko jeden warunek: nie wolno ci przez cały
                  czas myć się, czesać, strzyc brody, obcinać włosów ani paznokci, a także oczu
                  przecierać.
                  Żołnierz mu odrzekł:
                  - No, to zgoda, skoro inaczej nie można.
                  I ruszył za małym człowieczkiem, który powiódł go prosto do piekła; zaraz go
                  tam pouczył, co ma robić: rozniecać ogień pod kotłami, w których duszą się
                  piekielne pieczenie, zamiatać podłogi, wynosić za drzwi śmiecie i pilnować
                  porządku; biada mu jednak, jeśli choć raz zajrzy do któregoś z kotłów! Żołnierz
                  na to:
                  - Dobra, dobra, już ty się o mnie nie martw.
                  Stary diabeł powędrował w świat, żołnierz zaś przystąpił do pełnienia swojej
                  służby, dorzucił drew do ognia, wymiótł z kątów śmiecie i wyniósł je za drzwi,
                  spełniając tym sposobem wszystkie diabelskie polecenia. Kiedy stary diabeł
                  wrócił, rozejrzał się, czy wszystko zostało zrobione jak należy, po czym
                  zadowolony wyruszył w świat po raz wtóry. Żołnierz potoczył okiem dokoła, a
                  wszędzie stało mnóstwo kotłów, pod nimi buzował się ogień, a w środku bulgotało
                  coś i perkotało. Zajrzałby do nich z największą ochotą, gdyby nie to, że diabeł
                  tak surowo mu tego zakazał; w końcu jednak nie wytrzymał, uniósł troszkę
                  pokrywę pierwszego z brzegu kotła i zerknął do wnętrza. Zobaczył tam swego
                  dawnego kaprala.
                  - A tuś mi, ptaszku - rzekł do niego - dobrze, żem cię wreszcie przydybał!
                  Kiedyś ty mnie miałeś w garści, a teraz ja mam ciebie!
                  Czym prędzej spuścił pokrywę z powrotem i podsycił ogień, dorzucając świeżych
                  szczap. Podszedł potem do drugiego kotła, uchylił nieco pokrywę i ujrzał swego
                  chorążego.
                  - A tuś mi, ptaszku! Dobrze, żem cię wreszcie przydybał! Kiedyś ty mnie miałeś
                  w garści, a teraz ja mam ciebie!
                  Zatrzasnął pokrywę i przyciągnął do ognia sporą kłodę, żeby tamtego porządnie
                  przypiekło. Teraz był jeszcze ciekaw, kto też siedzi w trzecim kotle. Zagląda,
                  a to jego własny generał.
                  - A tuś mi, ptaszku - rzekł do niego - dobrze, żem cię wreszcie przydybał!
                  Kiedyś ty mnie miałeś w garści, a teraz ja mam ciebie!
                  Przyniósł miech i rozdmuchał piekielny ogień pod generałem aż miło. I tak
                  pełnił służbę w piekle przez siedem lat, nie mył się, nie czesał, nie strzygł,
                  ani paznokci nie obcinał i łez z oczu nie ocierał; a te siedem lat minęło mu
                  tak prędko, jakby to było pół roku. Kiedy nadszedł umówiony termin, zjawił się
                  diabeł i powiada:
                  - No i co, Jasiu, jakeś się tu sprawował?
                  - Rozniecałem ogień pod kotłami, zamiatałem i śmiecie za drzwi wynosiłem.
                  - A także do kotłów zaglądałeś; twoje szczęście, żeś potem jeszcze drewek
                  dorzucał, bo inaczej byłbyś zgubiony; teraz twoja służba się skończyła, czy
                  chcesz wracać do domu?
                  - Pewnie - odparł żołnierz - skoczyłbym teraz do domu, ojca odwiedził.
                  - Należy ci się za twoją pracę uczciwa zapłata - rzekł diabeł. - Idź, naładuj
                  śmieci do tornistra, ile wlezie, i zabierz je ze sobą do domu. A pójdziesz
                  nieumyty, nieuczesany, z długimi włosami i zarośniętą gębą, z nieobciętymi
                  paznokciami i kaprawym okiem, a jeśli cię zapytają, kim jesteś,
                  odpowiadaj: "jam smoluch, diabli kamrat i sam sobie pan".
                  Żołnierz nic nie mówiąc zrobił, co mu diabeł kazał, ale nie był wcale ze swej
                  zapłaty zadowolony.
                  Ledwie znalazł się w lesie, zdjął z ramion tornister, żeby śmiecie wysypać; ale
                  kiedy go otworzył, ujrzał samo złoto zamiast śmieci.
                  - Tegom się zgoła nie spodziewał - rzekł, po czym ruszył raźno w stronę miasta.
                  Przed karczmą stał karczmarz, który widząc nadchodzącego Jasia przeraził się,
                  bo wyglądał on okropnie, gorzej niż strach na wróble. Karczmarz zawołał go i
                  spytał:
                  - Skąd to idziesz?
                  - Z piekła.
                  - A ktoś ty?
                  - Jam smoluch, diabli kamrat i sam sobie pan!
                  Karczmarz nie chciał Jasia wpuścić, ale na widok złota sam drzwi przed nim
                  otworzył. Jaś kazał się podjąć obfitym poczęstunkiem, najadł się i napił do
                  syta, po czym nie myjąc się, nie czesząc, wedle diabelskiego rozkazu, poszedł
                  spać. Karczmarzowi zaś obraz tornistra pełnego złota nie dawał spokoju, aż
                  wreszcie zaczaił sie nocą i ukradł go.
                  Kiedy Jaś wstał nazajutrz i przed wyruszeniem w dalszą drogę chciał zapłacić
                  karczmarzowi, tornistra już nie było. Biedak pomyślał tylko: - Nie zasłużyłeś
                  na ten zły los - po czym zawrócił i udał się wprost do piekła. Poskarżył się
                  diabłu na swą dolę, prosząc go o pomoc. Diabeł rzekł:
                  - Siadaj, umyję cię, uczeszę, przystrzygę brodę, obetnę ci włosy i paznokcie i
                  przetrę oczy - a uczyniwszy to dał mu znów tornister pełen śmieci, mówiąc: -
                  Idź teraz i powiedz karczmarzowi, żeby ci oddał twoje złoto, bo inaczej zabiorę
                  go do piekła i będzie musiał, tak jak ty, ogień pod kotłami podsycać.
                  Jaś wrócił do karczmy i rzekł:
                  - Ukradłeś moje złoto, jeśli mi go nie oddasz, to pójdziesz do piekła na moje
                  miejsce i będziesz wyglądał tak ohydnie, jak ja wyglądałem.
                  Karczmarz oddał mu więc złoto i jeszcze trochę swojego dołożył, błagając, żeby
                  tylko nic nikomu nie mówił; tym sposobem Jaś osiągnął wielkie bogactwo.
                  Wyruszył w drogę do rodzicielskiego domu, kupił sobie nędzną lnianą świtkę i
                  wędrował muzykując, bo tego się u diabła w piekle nauczył. Krajem rządził w
                  owym czasie stary król, przed którym Jaś musiał zagrać i który tak się jego
                  muzyką zachwycił, że obiecał grajkowi swoją starszą córkę za żonę. Kiedy
                  królewna usłyszała, że ma poślubić jakiegoś łapserdaka w białej świtce,
                  oświadczyła:
                  - Wolę się w głębokiej wodzie utopić, niż mieć takiego męża!
                  Król dał więc Jasiowi młodszą córkę, a ta z miłości do ojca nie chciała się
                  jego woli sprzeciwiać; smoluch diabli kamrat ożenił się tedy z królewną, a po
                  śmierci starego króla odziedziczył całe królestwo.

                  • 14.07.02, 14:06
                    Diabeł i jego babka

                    Był to czas wielkiej wojny; król miał wielu żołnierzy, ale płacił im tak niski
                    żołd, że żadną miarą nie mogli z niego wyżyć. Pewnego razu zmówili się trzej
                    żołnierze, że razem uciekną. Jeden z nich rzekł:
                    - Jeśli nas złapią, zawiśniemy na szubienicy; co tu począć?
                    - Drugi na to:
                    - Widzicie ten wielki łan żyta, gdy się tam schowamy, nikt nas nie znajdzie;
                    wojsku nie wolno zboża tratować, a jutro i tak stąd wyruszy.
                    Zaszyli się więc w życie, ale wojsko nie ruszyło się z miejsca i dalej
                    biwakowało wokół łanu. Biedacy siedzieli w życie dwa dni i dwie noce, a z
                    okrutnego głodu bliscy już byli śmierci; gdyby jednak stamtąd wyleźli, stracono
                    by ich niechybnie.
                    Rzekł jeden do drugiego:
                    - I na co się zdała nasza ucieczka, skoro będziemy tu musieli marnie zdechnąć?
                    Nagle nadleciał z góry ognisty smok, który spuścił się ku nim pytając, czemu
                    się tu ukryli.
                    - Wszyscy trzej jesteśmy żołnierzami - odpowiedzieli - i zdezerterowaliśmy,
                    ponieważ płacono nam zbyt niski żołd, teraz zaś grozi nam śmierć głodowa, jeśli
                    tu zostaniemy, albo śmierć na stryczku, jeśli naszą kryjówkę opuścimy.
                    - Jak zgodzicie się służyć mi przez siedem lat - rzekł smok to przeprowadzę was
                    przez sam środek obozowiska i nikt was nie dostrzeże.
                    - Nie mamy wyboru i zgadzamy się - odpowiedzieli.
                    Smok chwycił ich więc w swoje szpony, przeniósł w powietrzu ponad całą armią i
                    postawił na ziemi daleko od obozowiska; a smokiem nie był nikt inny, tylko sam
                    diabeł. Ofiarował żołnierzom mały bacik i rzekł:
                    - Ilekroć strzelicie sobie z tego bata, znajdziecie wokół tyle pieniędzy, ile
                    dusza zapragnie i będziecie mogli żyć jak wielcy panowie, trzymać konie i
                    jeździć powozami, ale po siedmiu latach staniecie się moją własnością. - I
                    podsunął im księgę, w której wszyscy trzej mieli się podpisać. - Na zakończenie
                    zadam wam jeszcze pewną zagadkę, a jeśli ją rozwiążecie, będziecie wolni i ja
                    stracę wszelką moc nad wami.
                    Po czym smok odleciał w dal, oni zaś ruszyli w podróż ze swym bacikiem,
                    pieniędzy mieli w bród, kazali sobie uszyć piękne stroje i wędrowali beztrosko
                    po świecie. Gdziekolwiek się zatrzymali, wiedli życie wesołe i bogate, jeździli
                    końmi i powozami, jedli i pili, nie czyniąc jednak nic złego. Czas mijał im
                    szybko, a kiedy siedem lat dobiegało już końca, dwóch z nich zaczęło ogarniać
                    coraz większe przerażenie, trzeci zaś niczym się nie przejmował i jeszcze
                    towarzyszy pocieszał:
                    - Bracia, niczego się nie bójcie, już ja mam głowę na karku i na pewno zagadkę
                    rozwiążę.
                    Wyszli sobie raz na pole, przysiedli, dwaj z bardzo zafrasowanymi minami. Nagle
                    podeszła do nich stara kobieta i spytała, czemu się tak smucą.
                    - Ach, co wam z tego przyjdzie, i tak nie możecie nam pomóc.
                    - Kto wie - odrzekła staruszka - powierzcie mi wasze zmartwienie. Opowiedzieli
                    jej więc, że przez siedem prawie lat byli w służbie u diabła, który dawał im
                    pieniędzy, ile chcący, ale po siedmiu latach popadną w jego moc, jeśli nie
                    rozwiążą pewnej zagadki. Staruszka rzekła:
                    - Skoro potrzebujecie pomocy, to jeden z was musi udać się do lasu, gdzie
                    natrafi na zwaloną skalną ścianę podobną do małego domku, tam niechaj wejdzie,
                    a znajdzie potrzebną pomoc.
                    Dwaj smutni pomyśleli: "To nas przecież i tak nie uratuje", i dalej siedzieli
                    bezczynnie, ale trzeci, wesoły, wyruszył w drogę i szedł przez las, aż znalazł
                    skalną chatkę. W środku siedziała stara jak świat babuleńka, a była to babka
                    diabła, i zapytała żołnierza, skąd przybywa i czego tu szuka. Opowiedział jej
                    wszystko, co się wydarzyło, a że jej się spodobał, ulitowała się nad nim i
                    obiecała pomóc. Uniosła wielki kamień zakrywający wejście do piwnicy i rzekła:
                    - Schowaj się tam, a będziesz mógł wszystko słyszeć, o czym będziemy mówili,
                    tylko siedź cicho i nie ruszaj się; kiedy smok przyjdzie, zapytam go o zagadkę,
                    mnie on wszystko mówi; a ty pilnie słuchaj.
                    O dwunastej w nocy nadleciał smok i zażądał czegoś do zjedzenia. Babka nakryła
                    do stołu, wniosła jadło i napitek; smok był zadowolony, razem sobie jedli i
                    pili. Podczas rozmowy babka zapytała, jak mu dzień przeszedł, czy dużo dusz
                    złowił.
                    - Nie miałem dziś zbytniego szczęścia - odrzekł - ale mam w odwodzie trzech
                    żołnierzy, tych jestem pewien.
                    - Trzech żołnierzy - powtórzyła babka - to są chytre sztuki, gotowi ci się
                    wymknąć.
                    Diabeł odparł drwiąco:
                    - Ci już mi nie ujdą, mam dla nich zagadkę, której nigdy nie rozwiążą.
                    - A cóż to za zagadka? - spytała.
                    - Tobie ją zdradzę; otóż na dnie wielkiego północnego morza, leży martwy
                    koczkodan, dostaną z niego pieczeń; z żebra wieloryba będzie ich srebrna łyżka,
                    a ze starego końskiego kopyta kielich do wina.
                    Kiedy diabeł położył się spać, starowinka uniosła kamień i wypuściła żołnierza
                    z piwnicy.
                    - Czyś wszystko dokładnie zapamiętał?
                    - O, tak. Wiem już dość i teraz na pewno sobie poradzę.
                    Musiał teraz chyłkiem i w wielkim pośpiechu wydostać się przez okno i biec do
                    swych towarzyszy. Opowiedział im, jak diabeł został przechytrzony i w jaki
                    sposób zdradził swoją zagadkę. Obaj ucieszyli się bardzo i odzyskali dobry
                    humor, po czym zaczęło się trzaskanie z bicza i zaroiło się od wyczarowanych
                    pieniędzy. Kiedy siedem lat minęło, zjawił się diabeł z księgą, pokazał im ich
                    własne podpisy i rzekł:
                    - Zabiorę was teraz ze sobą do piekła na ucztę. Jeśli zgadniecie, jakie będzie
                    pieczyste, puszczę was wolno i pozwolę zatrzymać bacik.
                    Na co pierwszy żołnierz:
                    Na dnie wielkiego północnego morza leży martwy koczkodan, z niego będzie pewnie
                    pieczyste.
                    Diabeł rozzłościł się, zamruczał: - Hm, hm, hm! - i spytał drugiego: - A z
                    czego będziecie mieli łyżkę?
                    Nasza srebrna łyżka będzie z żebra wieloryba.
                    Diabeł wykrzywił się z wściekłością, mruknął: - Hm, hm, hm! - i zwrócił się do
                    trzeciego: - A wiecie, z czego będzie kielich do wina?
                    - Stare końskie kopyto posłuży nam za kielich.
                    Wtedy diabeł odleciał z głośnym wrzaskiem i stracił nad nimi wszelką moc; a
                    trzej żołnierze zachowali swój bacik i mieli dzięki niemu tyle pieniędzy, ile
                    tylko chcieli, żyli więc sobie beztrosko aż do śmierci.

                    • 14.07.02, 14:08
                      Zwierzęta Pana i diabła

                      Pan Bóg stworzył wszystkie zwierzęta i wybrał sobie wilki, żeby mu służyły za
                      psy; tylko o kozie zapomniał. Diabeł wziął się także do dzieła, chciał i on coś
                      stworzyć, porobił więc kozy z pięknymi, długimi ogonami. Po drodze na pastwisko
                      zaczepiały zwykle ogonami o ciernie, a diabeł musiał włazić między kłujące
                      krzaki i wyplątywać je stamtąd z największym trudem. Rozzłościł się w końcu i
                      poodgryzał wszystkim kozom ogony, co zręsztą do dziś widać po ich krótkich
                      kikutach.
                      Zostawiał je też same na pastwisku, ale zdarzyło się pewnego razu, że Pan Bóg
                      zauważył, jak obgryzały drzewa owocowe, to znów niszczyły szlachetną winorośl
                      czy inne delikatne rośliny. Żal go wielki ogranął i w swej łaskawości i dobroci
                      poszczuł kozy wilkami, które je rozszarpywały, kiedy te wlazły w szkodę. Na
                      wieść o tym diabeł stanął przed Bożym obliczem i rzekł:
                      - Twoje stworzenie rozszarpało mi moje.
                      Pan Bóg mu na to odpowiedział:
                      - To po coś je stworzył na cudzą szkodę?
                      A diabeł znowu:
                      - Nie mogłem inaczej: sam przecież dybię na krzywdę innych, więc to, co
                      stworzyłem, musiało mieć podobną do mojej naturę. Drogo mi za to zapłacisz.
                      - Dobrze, zapłacę ci, przyjdź, kiedy dęby liście stracą, wtedy pieniądze będą
                      już na ciebie czekały.
                      Skoro tylko liście z dębów obleciały, diabeł zjawił się i zażądał swej
                      należności. Pan Bóg zaś rzekł:
                      - W kościele w Konstantynopolu rośnie dąb, z którego liście jeszcze nie
                      obleciały.
                      Wśród wycia i przekleństw diabeł ruszył na poszukiwanie owego dębu, przez pół
                      roku błądził po rozmaitych pustaciach, nim go odnalazł, a kiedy wrócił przed
                      tron Boga, wszystkie inne dęby pokryły się już świeżymi listkami. Musiał się
                      więc pożegnać z nadzieją odzyskania długu i ze złości wszystkim pozostałym przy
                      życiu kozom powykłuwał oczy i wprawił im własne.
                      Dlatego też kozy mają diabelskie oczy i obgryzione ogony, a sam diabeł chętnie
                      przybiera ich postać.

                      • 14.07.02, 14:11
                        Chłop i diabeł

                        Był sobie raz mądry i przebiegły chłopek, o którego figlach wiele by można
                        opowiedzieć. Ale najpiękniejszą z tych historyjek jest historia o tym, jak to
                        chłopek okpił diabła i wystrychnął go na dudka.
                        Pewnego dnia zaorał chłopek swe pole i gotował się już do powrotu, gdy zapadł
                        zmierzch. Wtem ujrzał pośrodku pola kupę żarzących się węgli, a gdy zdumiony
                        podszedł na to miejsce, spostrzegł małego, czarnego diabła, który siedział na
                        węglach.
                        - Siedzisz pewnie na skarbie? - zapytał chłopek.
                        - Tak - odparł diabeł - na skarbie, który zawiera więcej złota i srebra, niż ty
                        widziałeś w swoim życiu.
                        - Skarb ten znajduje się na moim polu, należy więc do mnie - rzekł chłopek.
                        - Będzie twój - odparł diabeł - jeśli przez dwa lata oddawać mi będziesz połowę
                        tego co wyrośnie na twoim polu. Pieniędzy mam dość, ale chcę zakosztować płodów
                        ziemi.
                        Chłop zgodził się na te warunki.
                        - Aby jednak przy podziale nie nastąpił spór - rzekł - ty dostaniesz to, co
                        będzie nad ziemią, ja zaś to, co pod ziemią.
                        Diabeł przystał na to, ale sprytny chłopek zasiał rzepę. Gdy nadszedł czas
                        żniw, diabeł zjawił się po swoją część, ale dostał tylko żółte, zwiędłe liście,
                        chłopek zaś zadowolony, wykopał sobie smaczne rzepy.- Tym razem okpiłeś mnie -
                        rzekł diabeł - ale więcej ci się to nie uda. Teraz ty dostaniesz to, co będzie
                        nad ziemią, a ja to, co pod ziemią.
                        - Niech i tak będzie - odparł chłopek i zasiał pszenicę.
                        Gdy nadeszła pora żniw, chłop skosił pszenicę, a dla diabła zostało tylko
                        rżysko. Zaklął więc on i uciekł do swej piekielnej jaskini.
                        - Tak trzeba postępować z chytrymi lisami! - rzekł chłopek, poszedł na pole i
                        zabrał zdobyty skarb.

                        • 14.07.02, 14:13
                          Diabelski skarb w lochach

                          Wierzono, że w lochach zamkowych zakopane są ogromne skarby: złote dukaty,
                          puchary, kielichy i szlachetne kamienie. Nikt ich do tej pory nie odnalazł.
                          Może dlatego, że już ich tam nie ma?
                          Według podania żył kiedyś w Tarnowskiem człowiek, który mógł odpowiedzieć na to
                          pytanie. Był to chłop Mateusz Sikora, gospodarz z Zawady. Pewnej nocy
                          czerwcowej gdy odpoczywał po pracowitym dniu, przyszło do niego trzech dziwnie
                          ubranych mężczyzn. Wszyscy mieli ciemne, porośnięte włosami twarze, czarne
                          włosy i utykali na jedna nogę. Poprosili Sikorę, aby ich podwiózł do miasta, za
                          co obiecali sowitą zapłatę. Chłop, sparaliżowany jakąś dziwną siłą, nie
                          potrafił odmówić. Gdy przejeżdżali obok zamku Tarnowskich, dziwni pasażerowie
                          kazali zatrzymać konie. W świetle księżyca chłop zobaczył, że ma do czynienia z
                          diabłami, gdyż wyraźnie zaznaczały się im rogi na głowach, a z oczu sypały się
                          iskry. Wraz z nimi zszedł do lochów zamkowych. Tam jeden z diabłów miał
                          powiedzieć: "Potrzebujemy twojej pomocy. Musimy coś wywieźć z tego zamku do
                          Lanckorony. Ale pamiętaj, żebyś nikomu nigdy nie pisnął ani słowa, bo zginiesz
                          nagłą śmiercią. Jeżeli zaś będziesz posłuszny, nie pożałujesz tego".
                          Schodzili coraz głębiej w lochy zamku. Nie było żadnych rumowisk, lochy jakby
                          się poszerzały i przepuszczały ich coraz dalej i dalej. Wreszcie dotarli do
                          jakiejś komnaty pełnej skarbów. Były tam szlachetne kamienie: diamenty,
                          brylanty, perły, złote i srebrne ozdoby i wiele pełnych złotych dukatów skrzyń
                          i kufrów. Mateusz Sikora pomógł diabłom załadować te skarby na wóz. Gdy wóz był
                          wypełniony, ruszyli. Powoził jeden z diabłów. Wóz pędził galopem, nie po ziemi,
                          ale przez przestworz. W ciągu godziny pokonali tą powietrzną drogą odległość
                          dzielącą Tarnów od Lanckorony. Wóz opadł lekko na ziemię przy ruinach zamku
                          lanckorońskiego. Tam znowu pomagał Sikora diabłom w ukryciu skarbów w jednym z
                          lochów zamkowych. wyładowawszy wszystkie skrzynie ze skarbami wsiedli na wóz i
                          wrócili droga powietrzną do Tarnowa. W ciągu owej nocy trzykrotnie powtórzyli
                          cały ten precedens. Gdy szarzało diabły podziękowały Sikorze nakazując surowo
                          milczenie, a w ramach zapłaty pozwoliły mu wytrząsnąć półkoszki wozu. Gdy
                          wrócił do domu znalazł w nich pół worka złotych dukatów. Wtedy pojął, że diabły
                          przy jego pomocy przewiozły skarby z lochów tarnowskiego zamku do Lanckorony.
                          Sikora nie mówił nikomu, dlaczego nagle stał się bardzo bogaty; dokupił wiele
                          ziemi, zbudował nowy dom i zatrudnił kilku parobków, a sam przestał pracować na
                          roli. Nie cieszył się jednak długo ze swego bogactwa. Po śmierci ukochanej żony
                          zaczął pić, prawie nie wychodził z karczmy. Raz po pijanemu wygadał całą
                          tajemnicę i wieść o skarbach rozeszła się po całej okolicy. Kiedy pił w
                          karczmie, złodziej zakradli się do jego domu i zabrali prawie wszystko. Resztę
                          przepił, nawet własne gospodarstwo. Pewnego dnia znaleziono go nieżywego, z
                          wykręconą do tyłu głową, w lochu prowadzącym do podziemi zamkowych. Mówiono, że
                          pewnie po pijanemu poszedł szukać złota w lochach zamku i diabły skręciły mu
                          kark, za to, że nie dotrzymał tajemnicy. A złoto z tarnowskiego zamku spoczywa
                          zapewne w przepastnych podziemiach zamku w Lanckoronie, gdzie go już oko
                          ludzkie nie odkryje.

                          Legenda o lochach pod Tarnowem powstała prawdopodobnie w XVIII wieku. Jest
                          rzeczą charakterystyczną, że kroniki bernardyńskie począwszy od najstarszej
                          Komorowskiego, poprzez kronikę klasztoru tarnowskiego, aż do dzieła historyka
                          zakonnego Vaddinga z XVIII wieku nic o nich nie wspominają. Ten ostatni pisze
                          jedynie o podziemiach znajdujących się pod klasztorem, wybudowanych dla
                          bezpieczeństwa od zbójców grasujących w Karpatach (!?). Dopiero XX-wieczny
                          historyk bernardyński Bogdalski wspomina o lochach łączących zamek z klasztorem
                          bernardyńskim, zaznaczając, że do tej sprawy jeszcze powróci, czego jednak nie
                          uczynił.

                          • 14.07.02, 14:13
                            Chłop, diabeł i skarby

                            Inna wersja legendy o skarbach ukrytych w zamku Tarnowskich opowiada, że pewien
                            chłop z Zawady, gdy wracał wozem konnym z targu do domu spotkał po drodze
                            diabła, który poprosił go o podwiezienie na Górę św. Marcina. Kiedy dotarli do
                            ruin zamku diabeł zaproponował mu tyle złota, ile udźwignie, pod zwykłymi
                            warunkami, czyli w zamian za duszę. Chłop był jednak sprytniejszy od diabła i
                            pozornie zgodził się na wyprawę do podziemi, gdzie zaczerpnął niezłą porcję
                            złota, ale jednocześnie wezwał pomocy Anioła Stróża. Anioł wyprowadził chłopa z
                            podziemi, a diabeł zemścił się w ten sposób, że przeniósł chłopa z wozem aż za
                            Wisłę. Naturalnie bez złota.
                            • 14.07.02, 14:15
                              Diabeł Iskrzycki

                              Pewien pan z okolic Tarnowa potrzebował ekonoma. Kiedy się tym kłopoce,
                              przychodzi człowiek nieznajomy, powiada, że zowie się Iskrzycki i że szuka
                              miejsca. Właśnie takiego było potrzeba; staje więc umowa bez trudu, a nawet
                              podpisuje się kontrakt. Już go pan wręcza Iskrzyckiemu, kiedy postrzega, że
                              jego przyszły ekonom ma pazury wcale nie ludzkie. Zmieszany zrazu, wahający się
                              przez chwilę co począć, zbiera w końcu siły i zrywa całą umowę. Ale Iskrzycki
                              ani chce słuchać, obstaje przy umowie, przysięga, że kontrakt raz podpisawszy,
                              musi pełnić, do czego się zobowiązał, póki nie wysłuży czasu umówionego, po
                              czym wychodzi i znika z oczu. Ale obiera sobie mieszkanie w jednym z pieców
                              domu i stamtąd pełni swoją służbę jak najgorliwiej na każde zawołanie, tylko,
                              że go nikt nie widzi. Państwo z początku bali się, powoli tak przywykli do
                              Iskrzyckiego, tak się przekonali o jego przychylności, że wyjeżdżając z domu
                              oddawali mu dzieci swoje w dozór. Ale sąsiedzi oburzali się na to posługiwanie
                              się diabłem i głośno szemrali; zaniepokoiły te mowy najbardziej samą panią,
                              zaczęła ona ze swej strony kłopotać męża, po długim wreszcie nastawieniu
                              wymogła na nim, ażeby na jakiś czas opuścić to mieszkanie. W skutku tego
                              postanowienia wzięto dzierżawę gdzieś za Wisłą i wyruszono ku niej. Otóż są już
                              w podróży, radzi, że diabła sztuką podeszli. Nieszczęściem wypadło przebywać
                              drogę tak złą w jednym miejscu, że powóz przechylił, a pani w przestrachu
                              krzyknęła - aż tu odzywa się za powozem "Nie bój się, pani Iskrzycki z wami".
                              Państwo zdumieli się a razem poznali, że nie było sposobu uwolnić się od sługi
                              tyle wiernego; zawrócili więc do domu i żyli z nim w dawnej zgodzie, dopóki nie
                              nadszedł termin oznaczony kontraktem. Po tym czasie Iskrzycki opuścił dom na
                              zawsze.

                              Jest to legenda o lokalnym diable tarnowskim, zresztą należącym do grupy
                              tzw. "dobrych diabłów". Podanie o diable Iskrzyckim spisali Oskar Kolberg i
                              Stanisław Goszczyński:

                              • 14.07.02, 14:16
                                Legenda o dobrym SpytkuPrzed I wojną światową, pod kościółkiem Matki Bożej
                                Szkaplerznej, przy Starym Cmentarzu w Tarnowie, siadywał stary żebrak, który
                                opowiadał piękną legendę związaną z zamkiem Tarnowskich. Legenda ta wyjaśnia
                                również dlaczego nikt jeszcze nie odkrył wejścia do lochów pod Tarnowem:

                                ... Lucyfera to sprawa, że Tarnów dziś leży na wzgórzu i do ratusza na rynek i
                                do katedry wysoko wspinać się potrzeba. I nad tym też płacze nieszczęśliwy
                                Spytko, który żył przed wiekami a po dziś dzień mętne łzy jego płyną naszym
                                Wątokiem. Spytko to ukochany jedynak hrabiów Tarnowskich, który z ojcowskiego
                                zamku przy Górze św. Marcina wyjechał raz na koniku a choć strojnie odziany,
                                łzy miał w oczach i bolesnym spojrzeniem ogarniał okolice Tarnowa. Miasto i
                                wsie pobliskie spalone przez dzikich Tatarów, ludność, która zdążyła uchronić
                                się w zamku i w lasach, wróciła grzebać pomordowanych i oglądać zniszczenia.
                                Spytko wie dobrze, że na otarcie łez wdów i sierot, na chleb dla głodnych i
                                odbudowę spalonych domów, cały skarbiec ojcowski w podziemiu zamkowym ukryty
                                nie byłby za wielki. ale chciwy ojciec, pan Tarnowa, strzeże swych skarbów
                                wyłącznie dla syna, więc skąpe jego jałmużny nawet w małej części nie pokrywają
                                morza nędzy. Wprawdzie kapelan zamkowy pocieszał Spytka perswazją, że kara
                                Boża, jaka za grzechy spadła na ludzi musi być odcierpiana i nie ma na to rady,
                                ale Spytko niepocieszony jedzie właśnie leśną ścieżką wiodącą tuż pod Tarnów i
                                opłakując niedolę ludu rozmyśla nad radą: bo złote, miodowe miał serce ów
                                Spytko. I oto nim z lasu wyjechał przed zgliszcza Tarnowa, zastąpił mu drogę
                                czarny jeździec, w którym Spytko zaraz domyślił się diabła. Łatwo odgadnąć, że
                                wnet stanęła między nimi umowa. Diabeł obiecał Spytkowi rychłą odbudowę
                                spalonego miasta i wsi a za to, po upływie równego roku miał prawo porwać
                                Spytka z duszą i z ciałem do piekła! I podpisał Spytko cyrograf gęsim piórem,
                                we krwi własnej serdecznego palca umaczanym, a diabeł natychmiast legł na ziemi
                                wśród gęstych drzew i strasznym tchnieniem wypuścił z gęby czarny płomień; bo
                                wiadomo, że od ognia piekielnego odjęta jest światłość! Tym czarnym płomieniem
                                w jednej chwili wypalił diabeł tunel spod miasta aż pod zamek przy Górze św.
                                Marcina. Tym tunelem dostał się Spytko do ojcowskiego skarbca. Wybierał stamtąd
                                złote i srebrne monety, kosztowne ozdoby i klejnoty, które rozdawał
                                wynędzniałej ludności. A oto z różnych stron nadjechali czarno odziani
                                rzemieślnicy, którzy nie godząc się z nikim i nie pytając nikogo o zapłatę,
                                zaczęli wycinać okoliczne podmiejskie lasy, budowali nowe domy w Tarnowie i
                                chaty na wsiach, zjawili się czarni kupcy, rozkładając na rynku wszelaką
                                żywność, odzież, narzędzia, broń, sprzęty, które każdy łatwo mógł nabyć za
                                jałmużny rozdawane przez Spytka. Ten ani się spostrzegł, jak rok równy upłynął
                                i właśnie gdy zdążał tunelem do ojcowskiego skarbca po nowe dla ludu monety
                                objęły go nagle czarne płomienie i paląc przeraźliwym ogniem pociągnęły w głąb
                                ziemi! Wpadł do otchłani czyśćcowej, wielkie zamieszanie wśród dusz cierpiących
                                tam czyniąc a czarne płomienie ciągnęły go głębiej, w czeluść piekielną! Ale o
                                dziwo! Gdy Spytko leżał już na wznak na dnie czyśćca, zanużyły się nogi jego i
                                głowa w najboleśniejsze płomienie piekła, ale tułów Spytka pozostał na dnie
                                czyśćcowym. Pochwycili go z furią straszni szatani, w przedziwnej swej postaci
                                olbrzymich smoków i gadów, tak przeraźliwie potwornych, że żywy człowiek
                                umarłby zaraz na widok jednego z nich od lęku okrutnego. Potwory diabelskie
                                wyjąc przeraźliwie, ciągły i pchały i wtłaczały Spytka w piekielną czeluść, ale
                                nadaremnie. Od furii trzęsła się ziemia, chwiał się zamek, waliły się drzewa,
                                chaty i domy w Tarnowie! Aż wyszedł z czeluści sam Lucyfer, potwornością swoja
                                przerażając wszystkich diabłów! Wsparł się potężnie na piersiach Spytka,
                                pchając go w głąb i wygiął nad nim swój potworny grzbiet z taką mocą, że
                                wysadził powierzchnię ziemi tuż pod Tarnowem tak, że całe miasto leżące dotąd w
                                dolinie, znalazło się nagle na wzgórzu a rynek i katedra na samym szczycie! I
                                wtedy pękło dobre serce Spytka i trysnął z niego jasny płomień miłosiernej
                                miłości! Na widok tego jasnego płomienia przerażony Lucyfer a z nim wszyscy
                                szatani zapadli się nagle w sam środek ziemi, w czarnym piekielnym ogniem
                                wypełnione przepaście! A Spytko pozostał w czarnych płomieniach czyśćcowych i
                                będzie w nich płonął aż do końca świata - a potem otworzy mu się niebo za ten
                                serdeczny jego płomień miłosierdzia dla bliźnich. Tymczasem w serdecznym żalu
                                opłakuje swą zdradę Boga i własnoręczny swój podpis przynależności do diabła.
                                Bolesne łzy Spytka wypływają na powierzchnię ziemi i won-toczą się tworząc
                                rzekę Wątok, do której spływają też męty grzechów, wszystkich mieszkańców
                                Tarnowa. Oj i nie prędko spływać przestaną! I zagradzają drogę na wzgórze
                                miasta i do katedry tarnowskiej. Ale kto duszę spowiedzią w kościółku oczyści,
                                rzekę Wątok przejdzie, stromym wzgórzem miasta się nie zrazi i do katedry
                                ochotnie po nim się wspina, tego modlitwy rychło do Nieba dopłyną i wysłuchane
                                zostaną. Pytacie, gdzie jest ono wejście pod Tarnowem do podziemnego tunelu
                                Spytka? Przy Bramie Pilzneńskiej! Stanął nad nim i pokrył go pierwotny kościół
                                Bernardynów.

                                Być może coś ze skarbu Tarnowskich zostało w podziemnym korytarzu, bo w czasie
                                prac archeologicznych na Górze św. Marcina, przeprowadzonych w latach 60-tych,
                                znaleziono w ruinach zamku - wieży artyleryjskiej z czasów hetmana Jana
                                Tarnowskiego skarb monet miedzianych i nielicznych srebrnych, datowanych od
                                czasów Kazimierza Jagiellończyka do roku 1668. Obecnie znajdują się one w
                                Muzeum Okręgowym w Tarnowie.

                                • 14.07.02, 14:18
                                  Zakonnica z Tarnowa

                                  Żartem jest dziewiętnastowieczny wierszyk opisujący "pośmiertne przygody"
                                  pewnej zakonnicy z Tarnowa. Przedstawia on zarazem opinię jaką "cieszyli się" w
                                  Tarnowie niemieccy urzędnicy w okresie zaborów.
                                  Kilkadziesiąt spędziwszy lat w całej osnowie
                                  Zuzanna zakonnica za furtą w Tarnowie,
                                  Gdy jej cesarski dekret już furtę otwiera,
                                  Z żalu, płaczu, lamentów, nieboga umiera.
                                  Cieszyła się jej dusza, jak zwyczajnie bywa,
                                  Po żywocie pobożnym nieba się spodziewa;
                                  Idzie więc chwaląc Boga przed niebieskie wrota,
                                  Pobożność przewodnikiem była jej i cnota.
                                  Więc przyszedłszy do furty kołacze i tłucze,
                                  Święty Piotr jej powiada : "U cesarza klucze!"
                                  Ta mu swoje zasługi liczy z wszelkiej miary,
                                  Wyjrzał przecież Piotr, wziąwszy na nos okulary,
                                  "Nie wnijdziesz tu do Nieba" znowu jej powtarza,
                                  "Ja cię puścić nie mogę, klucze u cesarza!"
                                  W płacz nieszczęsna, zaczyna biedzić się i smucić,
                                  nie wie sama na którą stronę ma się zwrócić,
                                  Żal i boleść ją szarpie, i rozpacz zaciekła:
                                  "Wziął klucz cesarz od nieba, więc pójdę do piekła!"
                                  Doszła też za dni kilka do piekielnej bramy ...
                                  Puka, krzyczy, kołace, z uprzykrzeniem woła;
                                  Nadaremnie, nikt z piekła nie wychodzi zgoła!
                                  Nareszcie dla spoczynku usiadła na ławie,
                                  Aż wyszedł przecie dyabeł w kulawej postawie;
                                  Więc go Zuzanna łaje, że późno przychodzi.
                                  Przepraszając ją dyabeł, axkuzę wywodzi:
                                  "Daruj! nie mam kolegów, wszędzie próżne ławy,
                                  "W całem piekle sam jeden ja dyabeł kulawy,
                                  "A jeżeliś ciekawa, gdzie są? czytaj z listów,
                                  "Już wszystkich cesarz wybrał na oficyalistów;
                                  "Ciężką ja tu mam pracę, przyjąć cię nie mogę,
                                  "Żegnam cię, idźże sobie, w którą-li chcesz drogę ..."

                                  • 14.07.02, 14:24
                                    Diable skały

                                    Bukowiec to wieś leżąca w zachodniej części Pogórza Ciężkowickiego. Największą
                                    atrakcją Bukowca jest rezerwat skalny "Diable skały". Znajduje się tam m. in.
                                    sławna "diabla dziura", druga co do wielkości jaskinia typu szczelinowego w
                                    polskich Karpatach. Według miejscowego podania w skałach rezerwatu ukrywali się
                                    Arianie, czyli "Bracia Polscy". Znajdujące się w sąsiedztwie rezerwatów
                                    źródełka: "Zdrowa Woda" i "Gośćcowa Woda", miały służyć prześladowanym Arianom
                                    za chrzcielnicę.
                                    We wschodniej części rezerwatu znajduje się kilkunastometrowej wysokości skała
                                    o nazwie "Diabeł". W jej dolnej części można się dopatrzyć podobieństwa do
                                    odcisków olbrzymich szponów. Według legendy, skałę tę niósł diabeł na swych
                                    barkach od Węgier. W chwili gdy kur zapiał, znajdował się nad Bukowcem i
                                    upuścił ją, sam zapadając się pod ziemię.
                                    Podania mówią, że skała ta za czasów pogańskich była ołtarzem całopalenia ku
                                    czci Światowida.
                                    Drugą z osobliwości rezerwatu jest skała "Kapa", pod którą, według podań
                                    ludowych, ma odbywać pokutę legendarna Maciaszkówna, porwana przez diabły pod
                                    ziemię, gdzie strzegąc skarbów, odbywa pokutę za przywłaszczenie sobie
                                    pieniędzy przeznaczonych na odprawienie mszy za duszę pokutującą. Otóż na
                                    polanie ukazał się bukowieckiej pasterce potwór, zamieszkujący pobliską
                                    jaskinię. Przyniósł jej pieniądze z prośbą, by zamówiła za nie mszę w jego
                                    intencji. Dziewczyna wahała się, ale sprzeniewierzywszy się prośbom,
                                    przywłaszczyła sobie pieniądze. Rozgniewany potwór porwał ją i zapadł się wraz
                                    z nią i pieniędzmi w głąb ziemi.


                                    • 14.07.02, 14:51
                                      Ciężkowickie skałki

                                      Poszczególne skałki w Ciężkowicach mają własne legendy. "Skałka z Krzyżem"
                                      miała być kiedyś kościołem, który skamieniał za winy proboszcza . Miał on
                                      przegrać kościół w grze w kości z diabłem. Sam proboszcz powiększył grono
                                      diabłów.
                                      Inna legenda mówi, że na szczycie tej skały zwykł wieczorami siadywać diabeł,
                                      by wraz z wozami zrzucać w parów pijanych podróżnych, przejeżdżających drogą u
                                      podnóża wzgórza. Dopiero ustawienie na skale krzyża skończyć miało te niecne
                                      diabelskie praktyki.
                                      O skale "Piekło" (obecnie Grunwald) legenda głosi, że raz w roku otwiera się w
                                      pieczarze tej skały duża szczelina, wskazując wypełnione skarbami wnętrze.
                                      Jeżeli ktoś wejdzie w szczelinę aby zdobyć skarb, skała zamyka się i piekło
                                      pochłania ofiarę chciwości.
                                      "Czarownica" była więzieniem, w którym w chwili skamienienia miasta znajdowali
                                      się najwięksi złoczyńcy. Ich zagładą ucieszeni diabli zamienili szczyt
                                      więzienia w podobiznę czarownicy.

                                      • 14.07.02, 14:52
                                        Złe moce na zamku

                                        Oprócz nieszkodliwych zjaw młodych kochanków na zamku w Dębnie od niepamiętnych
                                        czasów objawiały swą obecność również "złe moce". Wieść głosi, że lubił się tam
                                        pokazywać sam czart. Wystarczyło, że jakiś śmiałek nie bacząc na ostrzeżenia
                                        obszedł w nocy trzykrotnie zamek a pojawiała się postać diabła. Ryty wizerunek
                                        twarzy diabelskiej ze straszliwie wyszczerzonymi zębami odkryto przed kilku
                                        laty na jednym z kamiennych kroksztynów podpierający północną basztę zamku. Nie
                                        wiadomo kto i kiedy go wykonał. Wieści o pojawieniu się w Dębnie "złych mocy"
                                        miały odbicie również w prasie. Pojawiały się notatki o ukazaniu się diabła a
                                        innym razem szlachcica, który błąkał się w okolicy zamku.

                                        • 14.07.02, 14:55
                                          Legenda o diabelskim transporcie

                                          Przed laty, jak głosi legenda, powstała myśl wybudowania zamku w Melsztynie.
                                          Głowiono się skąd wziąć kamienie na fundamenty. Odpowiednie do tego celu
                                          znaleziono w Górach Świętokrzyskich. Jak je przetransportować? Zwrócono się do
                                          czarownic na Łysej Górze, aby pomogły zrealizować ten zamiar. Gdy omówiono
                                          wszystkie warunki, spisano umowę na bawole skórze tej treści:
                                          "My łysogórskie czarownice zobowiązujemy się do przeniesienia kamieni
                                          kwarcowych w rejon budowy zamku melsztyńskiego angażując do tego naszych
                                          pobratymców diabłów z ich hersztem Borutą na czele. W zamian za dostarczony
                                          kamień my czarownice mamy otrzymać w wieczne władanie kępy naddunajeckie i
                                          wolnie z nich czerpać wiklinę na miotły potrzebne do naszych lotów. Gdyby choć
                                          jeden kamień nie dotarł na miejsce budowy, zrzekamy się jakiegokolwiek
                                          wynagrodzenia za wcześniej dostarczone. Termin wykonania w ciągu roku od daty
                                          podpisania umowy". Umowę podpisano w jesieni i opieczętowano. Przystąpiono do
                                          realizacji.
                                          Ta ciężka praca odbywała się tylko nocą i to w czasie nowiu. Mimo to rosła góra
                                          melsztyńska jak na drożdżach. Właściciel Melsztyna codziennie liczył
                                          przyniesione kamienie, które wcześniej opatrzył swoimi znakami, aby żaden z
                                          nich nie zginął. Transport szedł droga powietrzną, z diabelską siłą, w linii
                                          prostej z Gór Świętokrzyskich do Melsztyna. Trasa przebiegała 2 km na zachód od
                                          wojnickiego rynku. Strach nawet pomyśleć co działo się w powietrzu? Jaki
                                          okropny szum, jakby huragan, ale na dworze ani trawka nie zadrżała. A jaki
                                          wielki smród siarki i smoły? Mieszkańcy Wojnicza i okolicy nie wychodzili ze
                                          swoich domów ze strachu i nieprzyjemnej woni.
                                          W połowie września następnego roku po bardzo upalnych dniach czuć był
                                          zbliżającą się burzę. Ogromna błyskawica rozdarła wschodnią połać nieba. Do
                                          rzadkości należy takie zjawisko, aby burza nadciągała ze wschodu. Zerwał się
                                          huraganowy wiatr. Tej nocy nikt nie spał w Wojniczu. Burza połączona z
                                          wyładowaniami elektrycznymi napędzała strachu mieszkańcom, jednak wszyscy
                                          cieszyli się, że oddychają świeżym powietrzem. Około północy dał się słyszeć
                                          straszny huk, bez błyskawicy. I nagle zrobiła się cisza. Pokazały się gwiazdy.
                                          Kupcy i rzemieślnicy wojniccy zaraz wyruszyli za swoimi towarami na jarmark do
                                          Krakowa. Bramy grodu otworzono, spuszczono mosty zwodzone, a po odjechaniu
                                          ostatniej furmanki zamknięto miasto. Droga była wyboista, kałuże po deszczu
                                          były dość duże, błota jednak było mało, gdyż ziemia była wyschnięta i nadmiar
                                          wody szybko wchłonęła. Burza była straszna ale stosunkowo mało spadło deszczy.
                                          Konie parskały a woźnice i pasażerowie pojazdów konnych wesoło śpiewali. Tak
                                          przejechali Piaski, Wolice, Podlesie i Śniadki zbliżając się do Biadolin. W
                                          ciszy minęli kapliczkę św. Piotra i Pawła po prawej stronie, stojącą w pewnej
                                          odległości od drogi. Zbliżano się do mostku na rzece Piotrówce, która swój
                                          początek bierze ze źródełka ocembrowanego przy kaplicy świętych. Konie stanęły
                                          jak wryte i ani po dobroci, ani po złości nie chciały ruszyć dalej. Usłyszano
                                          postękiwanie i okropny dał się odczuć smród. Włosy na głowie stanęły dęba
                                          wszystkim podróżnym. Nie było innej rady jak zawrócić do Wojnicza i powiadomić
                                          o tym wójta. W tym czasie wójtem był człowiek niepospolitej sił i odwagi.
                                          Nadzwyczaj ludzki, spieszący z pomocą wszystkim którzy tej pomocy potrzebowali.
                                          Od dłuższego czasu Wojniczanie już wiedzieli o budowie melsztyńskiego zamku i o
                                          transporcie kamieni przez diabły na jego budowę. Zaraz też podejrzewano, że w
                                          czasie transportu tych kamieni, w związku z tą huraganową burzą, musiał się
                                          zdarzyć jakiś diabelski wypadek.
                                          Gdy zbudzono wójta, zaraz się ubrał, od kowala zabrał silne łańcuchy i wyruszył
                                          ze śmielszymi parobczakami na wskazane miejsce. Zachowując wszelkie środki
                                          ostrożności, stwierdzono, że burza zniosła diablików z ładunkiem kamieni nad
                                          kapliczkę św. Piotra i Pawła i św. Stanisława. Tu zachwiała się moc czartowska
                                          i transportujący upuścili kamienie. Jeden kamień największy spadł niedaleko
                                          kapliczki św. Stanisława. Zarył się w ziemię bardzo głęboko, tylko mu czubek
                                          widać. Dwa dalsze spadły na wzgórzu za rzeczką Piotrówką, przywalając swoim
                                          ciężarem diabła, który je transportował, a za wszelką cenę chciał je utrzymać.
                                          Był to dość dobry diablik. Niejedną rzecz zrobił nie po diabelsku, więc miano
                                          na niego oko w piekle. Chciał się czymś wykazać. Nie udało się. Leży zemdlony
                                          pod kamieniami. Myśli sobie wójt wojnicki: "skoro diabły mają taką siłę, to
                                          zakuję go w łańcuchy i będę miał pomoc nie lada" Oszołomiony uderzeniem diabeł
                                          ani wiedział co go czeka. A wójt zamiar swój zrealizował. Zakuto diabła w
                                          łańcuchy, wsadzono na wóz i przywieziono do Wojnicza. Wójt zamknął diabła w
                                          swojej sieni i poszedł spać. Po jakimś czasie diabeł przyszedł do siebie.
                                          Omdlenie minęło, zerwał łańcuchy i uciekł. W ciągu dnia przychodzą ciekawscy
                                          wojniczanie do wójta, aby oglądnąć zdobycz diabelską, a tu nic, tylko same
                                          łańcuchy oblane smołą.
                                          Śmiano się z wójta. Jakiś domorosły "poeta" ułożył wierszyk, a kompozytor
                                          dorobił melodię i cały Wojnicz śpiewał:

                                          Ej, u wójtostwa w sieni,
                                          Ej, diabła uwiązali,
                                          Ej, ale się im urwał,
                                          Ej, bo mu jeść nie dali,
                                          Ej, bo mu jeść nie dali,
                                          Ej, do pracy gonić chcieli,
                                          Ej, urwał się im urwał,
                                          Ej, i tak go diabli wzięli.

                                          Później słowa "wójtostwa" zamieniono na "burmistrza".
                                          Te trzy zagubione kamienie na polach biadolińskich były ostatnimi na ukończenie
                                          zamku melsztyńskiego. Pan na Melsztynie bardzo się denerwował, że nie może
                                          ukończyć fundamentów z powodu brakujących kamieni. Jest przecież czas nowiu,
                                          dlaczego transport kamieni nie przychodzi. Mijały dni a tu nic. Musiało się coś
                                          stać. Brakujące trzy kamienie stanowiły wyrwę w fundamentach, ale można temu
                                          zaradzić. W sercu czuł nawet radość, że umowa z czarownicami została zerwana.
                                          Kępy naddunajeckie nie przejdą we władanie czarownic łysogórskich.
                                          Diabeł uciekinier z wojnickiego wójtostwa błąkał się po okolicy. Bał się wrócić
                                          do piekła. Działy się więc dziwne rzeczy i to dobre. To komuś drzewa narąbał,
                                          to trawy ukosił a zawsze temu co był słaby i chory. Czarownice zawzięcie
                                          szukały tego diablika i właśnie przy dobrych uczynkach go złapały. Skazały go
                                          na karę straszenia na biadolińskim wzgórzu za rzeczką Piotrówką. Ale jaki to
                                          był strach? Chodził w okolicy tego wzgórza w różnych postaciach. Widziano go
                                          jako dziada, to znowu szlachcica., wilka a nawet czarnego kota. Nikomu nic
                                          złego nie zrobił, jak widział ludzi to przed nimi uciekał, lecz nigdy nie
                                          wiadomo co w tym lichu siedzi. Było to przy krakowskim trakcie, bardzo
                                          ruchliwym, postanowiono szybko skończyć z tymi strachami. Wystawiono na wzgórzu
                                          figurkę kamienną Matki Boskiej z Dzieciątkiem na kamiennym słupie. Na tym
                                          słupie umieszczono płaskorzeźby z postaciami : na froncie św. Wojciecha i św.
                                          Stanisława, od wschodu św. Małgorzaty, od zachodu św. Józefa a od północy św.
                                          Tekli. Posadzono lipy. Pozostawiono te dwa zgubione kamienie na wschodniej i
                                          zachodniej stronie figury, które nie dotarły na zamek melsztyński. Do dnia
                                          dzisiejszego można je zobaczyć.
                                          • 14.07.02, 14:57
                                            Nadgrobek kasztelana

                                            Dawnemi czasy, jak dziadowie ojcom, a ojcowie nam powiadali żył pan Mikołaj
                                            Ligęza (kasztelan wiślicki, starosta biecki, a pamiętając na śmierć swoją
                                            wystawił nadgrobek dla siebie w kościele farnym w Bieczu na chwałę Bogu a
                                            potomkom na pamiątkę. A był to wielki pan, miał obszerne włości, własnych na
                                            dworze utrzymywał żołnierzy i stawiał ich w pole w każdej potrzebie ojczyzny.
                                            Mieszkał często w Bieczu, czasem w Gorlicach a najrzadziej w Zawadzie, bo mu
                                            się mieszkanie w tej swojej majętności nie podobało. A więc wystawił nowy zamek
                                            z wielkim kosztem i okazałością, i chętnie z okien spoglądał na rozległe
                                            obszary chlebodajne, otaczające pańskie pomieszkanie. Tymczasem diabeł co nigdy
                                            nie śpi i nie spoczywa, a nie cierpi ludzi poczciwych i porządnych przyszedł
                                            jednej nocy do pana Ligęzy, i nuż go łajać zelżywymi słowy, że sobie nadgrobek
                                            w Bieczu a nie w tym zamku wystawił. Pan kasztelan poznał diabła, nie uląkł się
                                            go, jeno się przeżegnał, a kusego diabła ta tęgo wodą święconą skropił, że
                                            zmyty szatan umknął przez dziurkę od klucza. A że drugiej nocy diabeł powtórzył
                                            natarczką pokusę i swe nieznośne szlacheckiemu uchu obelgi, pan Ligęza
                                            rozgniewany zdjął pilno kropielnicę ze ściany która mu nad głową wisiała, a tak
                                            rzęsiście zachlusnął diabłu oczy i pysk, że ledwie zdołał trafić do klamki. A
                                            że diabeł taki mściwy jak człowiek, a zawziętszy jeszcze od Mazura, więc innych
                                            szatańskich imał się sztuczek, i raz w czasie burzy wśród grzmotów i łyskawic,
                                            gdy mu się nie udało spalić dom kasztelana, bo dom był poświęcony, a kasztelan
                                            prawowierny chrześcijanin, wysypał dwie ogromne mogiły poprzed zamkowemi
                                            oknami. A gdy burza ustała i wokoło zajaśniało słońce, w zamku było ciemno, bo
                                            mogiły szatańskie zasłaniały. Zasmucony kasztelan na próżno sprowadzał biegłych
                                            ludzi i różnych wróżów; mogiły których się nie imały ani ryskal ani zaklęcia,
                                            zostały mogiłami, aż póki nie umarł pan Ligęza. Zdaje się jednakże że ze zmianą
                                            czasów i władza szatańska się zmieniła, bo dzisiaj ani śladu nie ma owych
                                            mogił, a z okien zamkowych wzrok wrony buja po trawnikach i gajach ogrodowych.

                                            • 14.07.02, 15:00
                                              Diabeł Boruta

                                              Pisząc o Łęczycy, trudno pominąć milczeniem legendową postać diabła, który,
                                              choć znany w innych stronach Polski, jako to: na Podlasiu, w Lubelskiem i
                                              Olkuskiem, tu, w gruzach łęczyckiego zamku, ulubioną obrał sobie siedzibę.
                                              Skąd i kiedy przybył, któż odgadnie? Ludzie uczeni suszą sobie tym głowę,
                                              nazwiska jego, jako ducha wód stojących, wyprowadzając od owych bagnisk rudych,
                                              którymi otoczona była przed wiekami Łęczyca, a które do dziś dnia utrudniają na
                                              wiosnę do niej przystęp. W tych torfowiskach, zwanych przez lud borem lub
                                              burem, siedzieć miał duch złośliwy Boruty, którego uciechę stanowiło, gdy
                                              podróżnego, szczególniej chłopa lub Żyda, wpakował wraz z końmi i wozem w
                                              grząskie topiele. Diabeł to iście szlachecki, bo najchętniej przywdziewa się w
                                              kontusz, a nigdy nie szkodzi "panom braciom" tylko motłochowi, więcej przy tym
                                              dla zabawki, niż dla sprowadzenia szkody.. Posłuchajmy, co o nim prawi znany
                                              zbieracz podań ludowych Kazimierz Władysław Wójcicki.
                                              Boruta, jest to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod gruzami łęczyckiego
                                              zamku. Żyje długo, bo już niemal cztery wieki przeżył; teraz przecież musiał
                                              się zestarzeć, gdyż wiele się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię
                                              to było głośnym szeroko i długo; a niejeden piskorz szlachecki, chcąc dogryźć
                                              sąsiadowi, przeklinał:
                                              - Żeby go Boruta zdusił, albo i łeb ukręcił!
                                              A diabeł chętny złorzeczeniu, dopełniał nieraz życzenia.
                                              W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu,
                                              rosły i silny. Nikt z nim nie mógł się mierzyć na szable, bo za pierwszym
                                              złożeniem przeciwnikowi silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Jak się raz
                                              plecami o zrąb domu oparł, całe sąsiedztwo nie dało mu rady.
                                              Stąd szlachcic dostał przydomek Boruty, bo mówiono powszechnie, że musiał mu
                                              diabeł Boruta pomagać, kiedy wszyscy nie podołali jego sile i mocy; a że nosił
                                              siwą kapotę dla różnicy od prawdziwego diabła, dostał przydomek Siwy, tak więc
                                              zwał się Siwy Boruta.
                                              Od onej chwili nikt go nie zaczepiał, każdy pomijał lub ustępował mu z drogi;
                                              nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy porwała się do broni, na sam głos
                                              Siwego Boruty wychodziła do sieni, albo na podwórze, i tam karbowała sobie
                                              dymiące łysiny.
                                              To uszanowanie, a raczej bojaźń sąsiadów, co znali moc żylastej prawicy, wbiły
                                              go w dumę. Uniesiony nią, nieraz się w zuchwałej przechwałce odgrażał, że jak
                                              złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nakręci, a skarby, których pilnuje,
                                              zabierze. Uważano także, że wtedy słyszeć się dawał w piecu lub za piecem
                                              śmiech szyderski.
                                              Siwy Boruta, kiedy pił - a pił nie lada, bo najtężsi bracia piskorze nie mogli
                                              go przepić - zawsze pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła Boruty, a
                                              słyszano odgłos zaraz gruby, przeciągły:
                                              - Dziękuję!
                                              Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale wkrótce w hulance roztrwonił; postanowił
                                              przeto dostać się do skarbów i wziąć parę mieszków złota od swego miłego brata,
                                              jak nazywał diabła Borutę.
                                              O samej północy, zapaliwszy latarnię, zuchwały szlachcic ufając swojej sile i
                                              szabli, poszedł do lochów. Wyostrzoną demeszkę trzymał wydobytą z pochew pod
                                              pachą, a latarnią rozświecał ciemnotę dookoła panującą. Ze dwie godziny chodził
                                              po zakrętach, nareszcie wybiwszy drzwi jedne, ukryte w murze, ujrzał skarby, a
                                              w kącie, na bryle złota siedział sam Boruta, w postaci sowy z iskrzącymi
                                              oczami. Zbladł i zadrżał na ten widok zuchwały szlachcic, spocił się potężnie
                                              ze strachu, po chwili przyszedłszy do siebie, wyrzekł z cicha z ukłonem i
                                              pokorą:
                                              - Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!
                                              Sowa kiwnęła głową, co rozweseliło nieco Swego Borutę. Ukłoniwszy się raz
                                              jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, które przyniósł,
                                              srebrem i złotem. Tak je obładował, że zaledwie mógł obrócić.
                                              Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota; w
                                              ostatku nie mając go gdzie włożyć, począł w gębę sypać, a że miał niemałą,
                                              nasypał dosyć i znowu ukłoniwszy się stróżowi, wyszedł z lochu. Zaledwie stanął
                                              na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i ucięły mu całą piętę.
                                              Kulejąc a krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając
                                              ostatki siły, tak dawniej głośnej, ledwo doszedł do domostwa.
                                              Upuścił na drogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i
                                              słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całe
                                              życie i gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym
                                              palcem obalał Siwy Boruta, pokonał bogacza i zabił.
                                              Domostwo jego pustkami zostało; nikt zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł
                                              Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła, odwiedzał
                                              izbę i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku łęczyckiego.

                                              II

                                              W ciemnym lochu łęczyckiego zamku, przy rozpalonej drzazdze smolnej. Siedział
                                              jakiś wąsaty szlachcic i pił z beczki. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas
                                              złotolity, na rzemyku szabla; czapka rogatywka z siwym barankiem nie przylegała
                                              mu należycie, jakby coś zawadzało; jakoż, kiedy chciał się poskrobać po głowie,
                                              ujrzałeś przy ręku pięć ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki - małe czarne
                                              rogi. Był to sławny diabeł pan Boruta, co pilnował skarbów zamkowych, pozostał
                                              w ukryciu od udzielnych jeszcze książąt Mazowieckich. Twarz miał wielką,
                                              rumianą, wąs potężny, obwisły spadał mu wraz z brodą na piersi, wzrostu
                                              wielkiego, szeroki w plecach, oczu iskrzących. Zachmurzony siedział na pustym
                                              antale po małmazji, ale kiedy miał się uśmiechać, wtedy wąsy podkręcał w górę i
                                              aż za duże uszy sterczące zakładał.
                                              - Już dosyć wysiedziałem się w tym lochu ciemnym i wilgotnym, nie ma i co pić
                                              dalej, ostatnią beczkę węgrzyna za chwilę dopiję! - tak mówił do siebie
                                              Boruta. - Myślę, że nikt się nie poważy zajrzeć do tych skarbów, a jakoś tu i
                                              tęskno i nudno. Sto lat tak siedzieć na jednym miejscu ponuro, a tam na świecie
                                              słonko świeci, ptaki i ludzie wesoło śpiewają, kapele brzmią ucztują radzi.
                                              Trudno wytrzymać dłużej; hulaj dusza bez kontusza! Zamknę loch i przejdę się po
                                              świecie; trzeba jeno ubioru nieco poprawić, aby dobrze przyjęto gościa.
                                              U szlachcica Kaliny o milę od zamku łęczyckiego brzmi kapela, wydaje córkę
                                              najstarszą za mąż.
                                              Ćma krewniaków napełniła całe domostwo, beczki z miodem, piwem i wódką stały w
                                              sieni, dziedzic całej pół wioski dobył woru z zapleśniałymi talarami, nie
                                              żałując wydatku na tak wielką dla siebie uroczystość. Już było po ślubie i
                                              oczepinach, zaczęła kapela brzmieć chmiela, kiedy we drzwiach ukazał się nowy
                                              gość niespodziewany. Ubrany był w karmazynowy żupan, pas złotolity, czapka na
                                              głowie rogatywka z siwym barankiem, na rzemyku szabla, rękawice czarne, buty z
                                              wywijaną cholewą i ogromnymi ostrogami. Jak stanął w drzwiach, całe zawalił,
                                              kiwnął głową nie zdejmując czapki, i szedł dalej, i na ławie usiadł.
                                              Kapela grać przestała, pieśń chmielowa ochotnikom na ustach skonała, niewiasty
                                              przerażone tuliły się do kąta. Gospodarz ujrzał na wszystkich twarzach
                                              pomieszanie, zbliżył się do nieznajomego i rzekł:
                                              - Panie bracie, zawsze możecie jeść chleb u mnie z solą, byle z dobrą wolą, ale
                                              na teraz nie prosiłem waszeci, więc proszę! - I w skazał drzwi.
                                              Nieznajomy pokręcił głową na znak, że nie wyjdzie i wybąknął od niechcenia: -
                                              Pić.
                                              Pan Kalina kazał podać gąsior z miodem i czarę, ale nieznajomy czarę rzucił na
                                              ziemię, przytknął gąsior i wypił do kropli. Szlachta łęczycka klaszcze z
                                              radości, wołając:
                                              - To nasz brat, nasz brat!
                                              Nieznajomy uśmiechnął się wesoło, pokręcił wąsy w górę i aż za uszy założył, a
                                              beczkę miodu widząc, porwał, postawił ją na stole, czop wyrzucił, rozdziawiwszy
                                              paszczę, łykając strumień napoju z szumem tryskający małym otworem.
                                              Wszyscy z podziwem otoczyli nieznajomego wieńcem, niewiasty i panny postawały
                                              na stole i ławkach, patrząc na pijaka; nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem,
                                              wkrótce uniósł beczkę, potem dobrze przechylił,
                                              • 14.07.02, 15:03
                                                Wszyscy z podziwem otoczyli nieznajomego wieńcem, niewiasty i panny postawały
                                                na stole i ławkach, patrząc na pijaka; nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem,
                                                wkrótce uniósł beczkę, potem dobrze przechylił, aż w końcu nie ma miodu,
                                                wszystko wytrąbił gracko! Wtedy połową wąsa otarłszy z piany usta i brodę,
                                                krzyknął: Kapela! Chmiela! - I porwał za rękę pannę młodą.
                                                Wrzasła przestraszoną, a gdy ją ciągnie nieznajomy nie zważając na jej
                                                przestrach, staje w obronie pan młody i wyzywa zuchwalca na szable.
                                                Nieznajomy ociągał się powoli, ale gdy mu nowożeniec wyciął silny policzek, że
                                                zaledwie przytrzymał czapki, a od drugich na karku poczuł silne razy, zawołał: -
                                                Po jednemu; po jednemu! - I wyszedł na podwórze.
                                                Zawyły psy, jakby wilka poczuły, szlachta wybiegła za nim, żeby nie uciekł;
                                                zapalono łuczywa, wyniesiono świece, zajaśniał podwórzec jak w dnia południe.
                                                Nieznajomy dobył szabli, spojrzał iskrzącym wzrokiem, gdy pan młody krzyż na
                                                ziemi swoim kordem zaznaczył. Aż się skry sypnęły za złożeniem szabli,
                                                nieznajomy dobrze się bronił, ale pan młody zręczniej; widząc, że mu nie
                                                podoła, przerzucił z prawej kord na lewą rękę, czy odurzony przeciwnik nie
                                                spostrzegł cięcia i oberwał porządnie po ręku. Obciął mu dwa palce, spadła
                                                rękawica, nieznajomy wypuścił z zakrwawionej dłoni szablę, aż tu kur zapieje.
                                                Stęknął ranny, podskoczył i znikła z koła otaczającej go szlachty, zostawiając
                                                na ziemi pas złotolity, rękawicę zbroczoną i szablę. Gdzie stał, zakipiało
                                                trochę smoły, a gryzący zapach siarki uderzył we wszystkich nosy. Pan Kalina
                                                podnosi pas, porywa rękawicę, trząsa: wypadają dwa wielkie pazury z kawałkiem
                                                palców. Pan młody patrzy na szablę; to pogańska, nie masz na niej znaku krzyża,
                                                tylko księżyc turecki!
                                                I wołają wszyscy:
                                                - Boruta, Boruta!

                                                W ciemnym lochu łęczyckiego zamku przy rozpalonej drzazdze smolnej siedzi
                                                wąsaty szlachcic w karmazynowym żupanie, bez pasa i szabli, czapka rogatywka,
                                                ale z pociętym suknem, siwy, poszarpany baranek. Leżał na dwóch próżnych
                                                beczkach, lizał okaleczoną rękę z trzema potężnymi pazurami, bo dwóch brakło, i
                                                tak prawił do siebie:
                                                - Nie wyjdę więcej na świat; rano dobrze było, kiedym się wygrzewał na słońcu,
                                                ale wieczór cóż zyskałem z tą przeklętą szlachtą, co klaskałem, jakem pił, a
                                                potem wyzywa na rękę? Myślałem, że im przecież podołam, aleć oni lepiej szablą
                                                robią jak diabeł. Zgubiłem pas i szablę, dwa pazury, pocięli mi czapkę,
                                                skaleczyli rękę, a co gorsza poznali, że Borutę obcięli.
                                                I kręcił ze złości wąsy, darł brodę a lizał rękę zranioną. Odtąd już więcej z
                                                lochu nie wyszedł łęczycki diabeł.


                                                Tymi słowy kończy ciekawą opowieść swoją Wójcicki. Że jednak Boruta dotąd czuwa
                                                nad powierzonymi pieczy jego skarbami, wypadek zaszły w roku 1882 przekonał
                                                niedowiarków.
                                                Niejaki Jasiński, ogrodnik z Łęczycy, znalazł podobno butelkę w gruzach
                                                zamczyska, a w niej na skrawku na wpół zbutwiałego papieru wskazówkę, że kopiąc
                                                w narożnej wieży, odnajdzie owe bajeczne skarby, o których ludziom ciągle się
                                                majaczy. Nie mogąc sam podołać pracy, sprowadził brata z Warszawy i wspólnie
                                                przystąpili do dzieła. Jedyne dotąd widoczne wejście do wieży zakrywał w owe
                                                czasy chlewik, co pozwalało poszukiwaczom skarbów niepostrzeżenie dzień i noc
                                                pracować, a wtajemniczona służąca miała gdzie wysypywać dobywaną koszami
                                                ziemię. Robota szła raźno, a otwór sięgał już kilkanaście sążni w głąb, gdy - o
                                                radości! - motyka jednego z kopaczy uderzyła o żelazne wrota. Raz musiał być
                                                silny, gdyż zbudził śpiącego na złocie Borutę; gniewny na śmiałków, którzy mu
                                                przyszli przerwać błogi spokój, zatrząsł zamczyskiem, a zawalająca się ziemia
                                                przytłoczyła zuchwalców. Na krzyk i wołanie służącej pospieszyli ludzie, lecz
                                                zanim zdołali odkopać zasypanych, martwe z nich pozostały ciała. Ze zgrozą
                                                oglądali je wszyscy, wystawione na widok publiczny w izbie dawnego mieszkania
                                                starostów, nim wspólna mogiła na cmentarzu parafialnym nie pokryła ich
                                                pogruchotanych kości. Tak więc wiara w istnienie Boruty nowym wypadkiem
                                                stwierdzoną została i nikt z pospólstwa nie chce słuchać tłumaczeń sceptyków,
                                                którzy w nieszczęsnej katastrofie widzą prosty, a łatwo przewidzieć się mogący
                                                wypadek. Obok bowiem dołu, który nieszczęśliwi na zgubę swoją kopali, leżał
                                                porzucony przez wojsko olbrzymi kocioł kuchenny; ten ciężarem swoim osunął
                                                ziemię, gniotąc chciwych złota ludzi. Odtąd coraz częściej można słyszeć o
                                                figlach rozbudzonego Boruty: to Żydom wóz pełen pasażerów, dążących na pociąg
                                                kolei żelaznej do Kutna, na równej drodze wywrócił; to pijanych chłopów,
                                                powracających z jarmarku do domu, z topolskiej grobli sprowadził na bagna. I
                                                odżyły na nowo gawędy o tym, jak to przed wielu, wielu laty diabeł
                                                niezadowolony z sąsiedztwa tumskiej świątyni chciał ją obalić, lecz granitowe
                                                mury oparły się potężnej łapie; pięć tylko zagłębień od pazurów na jednym z
                                                węgłów kościoła świadczy o usiłowaniu szatana. Nie zrażony zawodem, postanowił
                                                użyć innego sposobu. Zbiera więc kamienie i z nimi spieszy, aby pokruszyć
                                                twarde mury. Zapóźnił się jednak wędrówce, kur zapiał, a diabeł, tracą siłę
                                                czarów, cały swój ładunek wysypał na Sławoszew, Miroszewice i Zagróbki, nad
                                                którymi wówczas przelatywał. Odtąd grunta wsi tych pokryły głazy, dopóki
                                                skrzętna ręka rolnika nie oczyściła urodzajnej gleby.


    • Gość: Maszkytnik IP: *.dip.t-dialin.net 21.07.02, 11:51
      Toujour - Zur

      Um den Namen ranken sich allerhand Geschichten wie diese, da? sich der Name vom
      französischen tojour ableitet, weil ein Besatzungssoldat, vielleicht einer der
      1807 zu Jerome Bonaparte gehörte und beim Genuß der fremdartigen Speise
      begeistert ausgerufen hat: toujour, toujour! Immer. Es ist vorstellbar, daß
      jener Soldat in ein schönes oberschlesisches Mädschen verlieb war, und in
      diesem Falle sehr oft mit dem beliebten Nationalgericht rechnen durfte."
    • Gość: Maszkytnik IP: *.dip.t-dialin.net 23.07.02, 01:54
      Kiedy Święty uciekał z Kijowa przed Tatarami, zabrał ze sobą Najświętszy
      Sakrament, by nie narazić go na zniewagi. Wychodząc z kościoła usłyszał głos
      idący od figury: "Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę". Kiedy Święty
      Jacek dał do zrozumienia, że kamiennej figury nie udźwignie, Matka Boska
      zapewniła go, że nie będzie taka ciężka. W kościele dominikanów pokazują dużą
      kamienną, statułę jako "Matkę Bożą Jackową"

      • 04.08.03, 01:43
        czy napewno wszystkie sa na www.glywice.de.tf/ ?
    • Gość: Slimok IP: *.dip.t-dialin.net 20.08.02, 22:45
      • 21.08.02, 08:49
        Widzam, ze sie Ci Malczyk podobou, wiysz kto mi dou tyn typ, jedyn informatyk z
        Breslau, uon mnie sie pytou, czy to jest nasz slonski.


        KUMEDYJA Z GYŃSIAMI
        (Józef Ondrusz - ŚLĄSKIE OPOWIEŚCI LUDOWE)
        Sztajgier S. ogrómnie rod od hawiyrzi pobiyroł podarónki. A gdo mu podarónków
        nie nosił, tyn robił w nejgorszych robotach. Potym tego S. posłali na zachodni
        pole, a obersztajgra Kanie dali na wschodni pole.

        Niejacy W. z Łąk nosili tymu S. podarónki i myśleli se, że Kania też bydzie od
        nich podarónki odbiyroł.

        Jednego razu zaniyśli gyńsi obersztajgrowi Kaniowi. U tego Kanie słóżyła moja
        ciotka, jeszcze swobodno. Tóż ci W. prziszli, prziniyśli ty gyńsi i pytali sie,
        kaj je obersztajgier. Ciotka im prawiła, że nie wiy, kaj poszoł. Ci W. ty gyńsi
        niechali.tam na stowku i poszli.

        Jak obersztajgier Kania prziszeł, tak mu dziywka mówi, że jacysi dwa prziniyśli
        gyńsi i że niechali jakómsi kartke. Kania to przeczytoł i dowiedzioł sie z tej
        kartki, że to byli ci W.

        Na drugi dziyń, jak obersztajgier Kania prziszoł cechować do cechownie, wołoł
        hawiyrzi jednego po drugim. Jak prziszoł na nich, tak woło:
        - W. Jozef i Janek, wy pieróny, wy se myślicie, że wóm bydym gyńsi pos? Aż
        se,po szychcie przidziecie po ty wasze gyńsi! Jo żodnych podarónków od was nie
        chcym!

        Jak obersztajgier na drugóm szychte wołoł tych W., tak wszyscy hawiyrze, co
        byli w cechowni, zaczli wołać:
        - Liwa, liwa, liwa!

        A ci W. ni mógli sie potym obstoć przed hawiyrzami. Wiecznie im ty gyńsi
        przipóminali


        Opowiedzial Antoni Hilla z Darkowa.

        A jak czymu nierozumisz tak tu je słownik:

        www.isibrno.cz/~malczyk/slownik.htm

        --
        Pyrsk
        Ballest
    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 20.09.03, 16:42
      urodzenie zawdzięczał specjalnym zabiegom ojca, który zdesperowany brakiem
      skuteczności modłów, zwrócił się z prośba o potomka do mocy piekielnych.
      Urodzeniu zbójnika, które nastąpiło w piątek trzynastego towarzyszył potem
      straszliwy huk i kula ognista spadająca na janowickie fojtowstwo. Chłopak już
      od najmłodszych lat był wyjątkowo silny i odważny. W wieku trzech lat
      poturbował w pobliżu rodzinnego obejścia żyda -domokrążcę, że ten musiał
      salwować się ucieczką. Był też bardzo zdolny. Łatwo uczył się w szkołach w
      Przyborze, ale został z nich wypędzony, bo także tam poturbował jakiegoś
      kolegę - Izraelitę. Jeszcze wiele razy musiał potem z woli swoich piewców,
      antysemitów, gnębić wyznawców wyznania mojżeszowego. Dużo naopowiadano o
      olśniewającej urodzie Ondraszka, którą czarował liczne dziewczyny i panie na
      czele z hrabiną, Prażmową. To właśnie amory zaprowadziły go na zbójecką drogę.
      Według większości twórców jego legendy, został bowiem ciężko poturbowany przez
      siepaczy hrabiego, podjudzonego przez rozwścieczoną hrabinę, kiedy Ondraszek
      odrzucił jej propozycje miłosne. Z samym rozpoczęciem zbójnikowania wiąże się
      także wiele legend. Najbardziej rozpowszechniona jest opowieść o czarownicy
      Lucy, alias Hacie, która cudownymi ziołami wyleczyła Ondraszka z ran, zadanych
      mu przez ludzi hrabiego, a następnie



      wyposażyła w cudowną ciupagę, której posiadanie czyniło go nieśmiertelnym, w
      dwa pistolety, zabijające każdego, na kogo zostały skierowane oraz wiele
      innych pożytecznych dla zbójnika rzeczy. Między innymi otrzymał nadprzyrodzoną
      moc kładzenia pokotem wszystkich przeciwników jeśli tylko przewrócił dnem
      pierwszą lepszą szklankę. Wszystkie te dary piekielnej baby Lucy nie były
      bezinteresowne. W zamian musiał się Ondraszek zobowiązać, że nigdy nie będzie
      się modlił, żegnał, myślał o Bogu ani oczywiście chodził do kościoła.
      Ondraszek jednak przekpił piekielnicę. Zobowiązania dotrzymał - inaczej
      musiałby umrzeć - ale równocześnie zaczął czynić dobro, używając cudownego
      obszuka (ciupagi) i innych cudownych akcesoriów do czynienia dobra i karania
      zła. Brał bogatym, dawał biednym, karał ciemiężców, pomagał nieszczęśliwym,
      zaskarbiając sobie większość ludu. Choć sam nie śmiał się modlić, to modliły
      się za niego tysiące biedaków ku ogromnemu niezadowoleniu czarownicy spod
      Lysej Góry (tej beskidzkiej Lysej Góry, na której późniejszy zbójnik bacował).
      Owo przypisanie zbójnikowi nadprzyrodzonych mocy wynikało po części z
      przekonania, że normalny człowiek nic nie wskóra w walce z feudalną
      zwierzchnością , a po części z niewątpliwych osiągnięć Ondraszka. Nalezalo do
      nich skupienie na dlugi okres licznej, kilkudziesieciosobowej drużyny, z która
      udało mu się nawet zdobyć warowny zamek w Lanckoronie. Niewątpliwym
      osiągnięciem Ondraszka był także długi okres jego zbójnikowania. Co najmniej 5
      lat. Rozpoczął przed sierpniem 1709 roku i "zabijał" aż do śmierci 1 kwietnia
      1715. Inni sławni zbójnicy - Janosik, Klimczokowie - "wojowali" nie dłużej niż
      rok. Wróćmy jednak do Ondraszka. Także jego śmierć weszła do legendy jako po
      części wydarzenie nadprzyrodzone, ale panuje na ten temat całkowita zgodność
      wszystkich biografów Ondraszka. Zbójnik uszczęśliwiony z powrotu do zdrowia
      niejakiego Reznicka z Starzycza, którego był niechcący postrzelił podczas
      polowania, zaprosił przyjaciół na gościnę do gospody. Tam został podczas
      zabawy podstepnie zabity swoim cudownym obuszkiem przez Juraszka, który
      złakomił się na nagrodę rozpisaną na glowę Ondraszka przez Cesarza. Żeby
      zakończyć rzecz pogodniej, przytoczę jedną z zabawnych przygód naszego
      rozbójnika: Ondraszek przechadzając się po cieszyńskim rynku, zauważył jak
      jakaś zła przekupka ruga biednego staruszka, który ośmielił się poprosić ją o
      jedno nadtłuczone jajko. Podszedł do straganu, zakupił od przekupki 3 jajka i
      rozbił je do garnka staruszka, wpuszczając niepostrzeżenie z zawartością
      każdego jajka na dno naczynia złotą monetę. Potem zaintrygowany co to dzwoni w
      tym garnku stwierdził, że w każdym jajku był złoty dukat i gwałtownie zażądał
      odsprzedania wszystkich jajek. Kobieta energicznie odmówiła i zaczęła sama
      rozbijać swój towar. Wkrótce otoczył ją tłum gapiów, przyglądających się z
      jaką narastającą furią przekupka niszczy ogromne kosze jajek, przemieniając
      stragan w bajoro lepkiej mazi.

      Fragmenty tekstu Jana Rusnoka "Ondraszek i inni zbojnicy" Kalendarz Beskidzki
      1980.

    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 24.09.03, 16:20
    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.03, 11:47
      "Legendy miejscowości

      Z każdą miejscowością wiążą się liczne legendy i opowiadania
      które są częścią historii danej miejscowości. Historia Wieszowy
      również ubarwiona jest licznymi legendami które są mniej lub
      bardziej prawdziwe. Zawsze jednak świadczą o kulturze i przeszłości
      danej miejscowości. Na stronie znajdują się tylko nieliczne legendy które
      zaczerpnąłem z książki "Zarys dziejów Wieszowy" pana Zygmunta Pierszalik.

      Źródło św Sarkandra.(SarkanderQuelle)
      Historia tego źródła ma swój rodowód na początku XVII w. i jest
      związana z jego leczniczymi a nawet cudotwórczymi własnościami. Jak wieść
      gminna podaje, w latach głodu w czasie szerzącej się epidemii tyfusu głodowego
      w 1847 roku, ludzie którzy modlili się przy krzyżu stojącym obok źródła
      zostali uratowani, przeżyli. Źródło to było czczone przez długie dziesiątki
      lat, obecnie prawie zapomniane. Znajduje się w wieszowskim lesie, około 100 m
      od drogi wiodącej do Tarnowskich Gór, po jej lewej stronie.
      Nazwa tego źródła pochodzi od mnicha Sarkandra o imieniu Johann.
      Urodził się on w Skoczowie koło Cieszyna 20.XII 1576 roku, a zmarł tragicznie
      17.III.1620 r. Wykształcenie zdobywał u jezuitów w Ołomuńcu, a następnie w
      Pradze. W 1603 r. ukończył wydział filozofii oraz otrzymał święcenia
      kapłańskie. W kilka lat później odbył pielgrzymkę do Częstochowy.
      Trasa jego wędrówki wiodła między innymi przez las we wschodniej
      części Wieszowy. Miał już za sobą bardzo długą drogę i był bardzo wyczerpany.
      Chcąc ugasić pragnienie szukał po lesie wody. Bezskutecznie. Nigdzie jej nie
      znalazł. Zrezygnowany, wyczerpany do ostateczności pogodził się z myślą ,że
      nadszedł kres jego wędrówki. Konając z pragnienia i wyczerpania położył się na
      trawie twarzą ku niebu. Modlił się, czekając na wolę Nieba. Nagle usłyszał
      koło siebie szum wody. Resztkami sił odwrócił się w tę stronę. Oszołomiony
      zobaczył, że koło niego wytrysnęło źródło. Źródło czystej świętej wody. Gdy
      się napił wróciły mu siły i wkrótce poszedł dalej ze swoją misją.

      Nim jednak odszedł, to życiodajne źródło poświęcił i poinformował o
      nim najbliższych napotkanych ludzi. Ludzie chętnie korzystali z tego źródła,
      zwłaszcza idący do pracy do okolicznych kopalń galmanu. Wkrótce zauważono, że
      woda z tego źródła nie jest zwykłą wodą. Woda ta miała własności lecznicze. Ze
      wszystkich stron zaczęli tam przybywać chorzy. Zdarzały się przypadki
      uzdrowień. Pewna dziewczynka której powieki przetarto tę wodę odzyskała wzrok
      po kilku latach ślepoty.


      Ludzie czcili i odwiedzali to źródło nazywając je źródłem świętego
      Sarkandra. Rokrocznie przybywała tu z wieszowskiego kościoła pielgrzymka
      wiernych z proboszczem na czele. Zatrzymywała się tu też każda pielgrzymka
      idąca do Częstochowy. Postawiono tu ogromny drewniany krzyż, który z daleka
      wskazywał ludziom to miejsce, a samo źródło zostało obmurowane. Kiedyś były tu
      jeszcze ławki i stoliki.


      Historia tego miejsca ma swój znacznie wcześniejszy rodowód.
      Niektóre dane wskazuję na XIII, a niektóre na XVI wiek, a związane są z
      zakonem cystersów i zapadniętą wsią zwaną Jędrychówkę. W miejscu w którym
      wytrysnęło opisywane źródło, miała stać chrzcielnica Jędrychowskiego kościoła.
      Tylko niektórym w jego toni dane było zobaczyć jego wieżę i usłyszeć głos
      dzwonów. Ale to już inna historia.


      W ostatnich czasach znaczenie tego źródła znacznie zmalało. Ludzie
      mówili, że woda straciła swą moc. A miało się to stać od czasu jak żyd o
      nazwisku Goldstein napoił w tym źródle swojego chorego konia. Od tego czasu
      woda ta pomagała już tylko w rzadkich przypadkach. W okresie powojennym
      komunistyczny reżim spowodował, że o źródle zapomniano prawie całkowicie.
      Ustały pielgrzymki wieszowskiego kościoła, a nawet pielgrzymki zdążające do
      Częstochowy rzadko się tu zatrzymywały. Mówi się, co wielokrotnie już się
      sprawdziło, że "wiara czyni cuda". Może więc nie moc wody się zmniejszyła, a
      moc wiary w ludziach uległa osłabieniu ?.

      Dnia 28.05.1995r. po przeszło 50-letniej przerwie znów do źródła
      św. Sarkandra wyruszyła pielgrzymka wiernych z wieszowskiego kościoła.
      Szczególnego znaczenia tej pielgrzymce nadawał fakt beatyfikowania tydzień
      wcześniej w Skoczowie błogosławionego Johanna Sarkandra przez papieża Jana
      Pawła II. Pielgrzymka miała bardzo uroczysty charakter. Na czele maszerowały
      pierwszokomunijne dzieci. ministranci, orkiestra dęta. Rzeszę wiernych
      prowadził obecny ksiądz proboszcz Rudolf Halemba.
      Ustalono, że będzie zwyczajem pielgrzymowanie do źródła św. Sarkandra każdego
      roku w ostatnią niedzielę maja.




      Zamek zbójów

      Zwiedzając wieszowski PGR nietrudno zauważyć duży budynek
      którego kształty wyraźnie odróżniają go od pozostałych. Jest to budynek
      dyrekcji, przed wojną siedziba Dworu. Z czasów dawnej świetności pozostało
      niewiele. Wielki majątek na wskutek złego gospodarowania popada w ruinę.
      Budynek Dworu w opłakanym stanie, tonie w rozjeżdżonym błocie gnoju. Zbudowany
      został pod koniec XVII w. staraniem Grotowskich. Przebudowywany w czasach
      późniejszych zatracił swoje cechy stylowe. Frontem jest zwrócony na południe.
      Murowany z cegły, obtynkowany. Piętrowy o piwnicach sklepionych kolebkowo.
      Postawiony na planie wydłużonego prostokąta z czworobocznymi kamiennymi
      wieżami przy tylnych narożnikach. Na parterze od frontu, sień nakryta
      sklepieniem klasztornym z lunetami, w narożnikach podwójnymi. W
      pomieszczeniach sklepienia klasztorne z lunetami, kolebkowe z lunetami i
      kolebkowe.
      Fasada dziewięcioosiowa podzielona pilastrami i gzymsami.
      Wejście w latach 60-tych obecnego wieku było ujęte w portal kamienny zamknięty
      łukiem półkolistym, powyżej trójkątny przyczółek: drzwi klepkowe XIX w.
      Obecnie wejście to zostało zmienione. Pozostał tylko trójkątny przyczółek.
      Drzwi są nowe, prostokątne, boki gładko obtynkowane.
      Okna prostokątne z gzymsami, w skrajnych przęsłach na parterze
      parzyste zwieńczone gzymsem w formie kotary. Po bokach elewacji północnej
      niskie kamienne wieże z murami o grubości ok.1,5 m. Wieża północno-zachodnia
      jest dołem oszkarpowana. Dach dwuspadowy kryty papy, nowszy.
      Z piwnic były wejścia do podziemnych korytarzy. Dokąd miały
      prowadzi te tunele dokładnie nikt nie wie. Wykonane zostały prawdopodobnie na
      przełomie XVII i XVIII wieku. Służyć miały jako droga ucieczki w razie
      zagrożenia. Mówi się, że jeden z nich miał prowadzić aż do Starych Tarnowic.
      Ze względu na rzekome skarby w nich ukryte, próbowano je spenetrować. W obawie
      przed złymi mocami, namówiono pewnego razu do współuczestnictwa nawet księdza.
      Jak poprzednio tak i tym razem juk po paru krokach gasło im światło. Jeden z
      odważnych postanowił po omacku iść dalej. Po kilkunastu krokach w ciemności
      otrzymał jak później zeznał od kogoś po twarzy tak że mu dalsza ochota minęła.
      Obecnie trudno powiedzieć czy ktoś te tunele zwiedził. Wejście
      do nich było otwarte jeszcze długo po II Wojnie, ale ze względów
      bezpieczeństwa zostało zasypane. Cóż takiego miałyby kryć podziemia zamku. Co
      mówi legenda?
      Zamek ten kiedyś należał do rycerzy-zbójców, którzy napadali na
      przejeżdżających kupców. Jak każdy zamek miał swoje podziemne lochy z salą
      tortur włącznie. Ten który tam raz został wrzucony na ogół kończył tam życie
      chyba, że zdołał się wykupić. Ludzie miejscowi omijali ten zamek z daleka.
      Legenda głosi, że zbóje nagromadzili takie skarby, że do końca swego życia ich
      nie spożyli.
      Mówi się, że w podziemiach za żelaznymi drzwiami znajduje się
      komnata wypełniona kosztownościami. Jeśli komuś uda się tam dotrzeć, może
      nabrać tyle kosztowności ile tylko udźwignie. Zastrzeżeniem jednak jest, aby
      nie brać złotej kaczki z jej czterema złotymi jajami. Gdy ktoś ją weźmie, nie
      dane b
      • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.03, 11:49
        Mówi się, że w podziemiach za żelaznymi drzwiami znajduje się komnata
        wypełniona kosztownościami. Jeśli komuś uda się tam dotrzeć, może nabrać tyle
        kosztowności ile tylko udźwignie. Zastrzeżeniem jednak jest, aby nie brać
        złotej kaczki z jej czterema złotymi jajami. Gdy ktoś ją weźmie, nie dane
        będzie mu wyjść z labiryntu korytarzy. Wątek tej legendy został zapewne oparty
        na legendzie dotyczącej zamku w Toszku.
        I nna legenda mówi, że w głębokiej piwnicy stoi na środku stół a
        przy nim siedzi czterech zbójów. Zbóje ci ubrani w myśliwskie stroje grają w
        karty popijając wino. Wino nabierają dużym kuflem każdy ze swojej beczułki,
        którą trzyma między nogami. To co było ich zbójecką rozrywką za życia, teraz
        stało się dla nich pokutą. Beczułki mimo ciągłego nabierania z nich wina stale
        są pełne.
        Inna wersja tej legendy mówi nie o czterech a o sześciu zbójach. A
        miejscem ich pokuty nie jest piwnica pod zamkiem a podziemna grota w jego
        pobliżu na zewnątrz. Tam wśród zrabowanych skarbów ciągle muszą grać w karty i
        pić wino z beczek w których nie widać dna.
        Świadectwem, że wieszowskim zamkiem władali kiedyś zbóje miała
        być przekazywana opowieść pewnego starego człowieka, który w czasach swej
        młodości miał z nimi do czynienia. Jako młody chłopak przechodził kiedyś przez
        Wieszowę. Nie wiedział o ponurej famie wieszowskiego zamku. Toteż nieświadom
        niebezpieczeństwa zbliżył się do niego zbyt bliska. Jeden ze zbójów pochwycił
        go i zawlókł do zamku. Pokazali mu narzędzia tortur i oznajmili, że jeżeli
        będzie wzbraniał się od wykonywania pracy którą mu zlecą, zostanie ścięty
        katowskim toporem. Musiał utrzymywać ogień w kominku, napełniać kielichy winem
        sprzątać ze stołu, przyrządzać jedzenie. Również pod karą śmierci nie wolno mu
        było spożywać ich wykwintnych potraw. Tak przeszła mu noc aż nastał świt.
        Zbóje stwierdzili, że wywiązał się z obowiązków więc pozwolili mu rano odejść.
        Zadowolony, odszedł tak szybko jak tylko mu nogi pozwoliły. Później po latach
        kiedy już zbójów nie było, wrócił. Chciał zobaczyć szkielety ludzi w lochach,
        salę tortur, miejsce gdzie usługiwał. Ale jak sam stwierdził, część tych
        podziemnych piwnic była juk zawalona."


    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 17.10.03, 10:07
    • Gość: Szwager IP: *.dip.t-dialin.net 24.10.03, 07:05
    • 24.05.04, 16:15
      ten wątek był już trzeci od końca - więc żeby go nie "wcięło"
    • 24.05.04, 22:17
      Szwager - mógłbyś napisać (albo mnie skierować do gotowego) coś na temat
      pasujący do pozostałych tras ?
      • 29.05.04, 15:25
        prawie we poczcie mosz cos w tym stylu - wczesniyj niy widziouech tego wpisu
    • 17.06.04, 13:43
      Mom poytanie do tych kere miyszkajom we Glywicach. Z tego co wia to we kosciele
      sw, Krziza powinna byc kajs jakos zapisano poraset lot curik legynda o tym jak
      to sw. Hedwig postawioua we Starych Glywicach na gorce zwanyj grodziskym, grod -
      zomek we kerym pora lot miyszkaua. Moge mi ktos pedziec kaj je tera ta
      kronika klasztoru reformatow(1674-1795) i jak zdobyc tyn tekst? A mozno ktos z
      wos go mo?
      • 02.10.04, 11:49
      • 02.04.05, 21:02
        kery wiy kaj idzie znonsc opublikowany przez Richarda Kühna we 1926 roku zbior
        ponad 500 podan i legynd ziymi gornoslonskyj i jaki to mo we orginale titel --
        wia ino ize wydane to bouo we Breslau.
    • 06.11.04, 09:01
      Sam jedyn ze tekstow od tego autora:
      BAŚNIOWE GLIWICE I OKOLICE
      Rocznica 750-lecia Gliwic, którą świętujemy w tym roku na różne sposoby, jest
      znakomitą okazją, by przypomnieć dawne legendy i podania związane z Gliwicami i
      tytułowymi "okolicami". Sięgnęliśmy tym razem do archiwum nieżyjącego już autora
      tomiku "Świat gliwickich legend" - pana Edmunda Całki. Dzięki uprzejmości jego
      syna, Krzysztofa Pawła Całki, korzystamy z tekstów nigdzie dotąd nie
      publikowanych. Pan Krzysztof czyni starania, aby zebrać je w jeden tom, na wzór
      wydanego kilka lat temu "Świata gliwickich legend".

      OSTATNI DYLIŻANS
      Kiedyś w Gliwicach nie było kolei, jednak dojazd i wyjazd z miasta nie stanowił
      wielkiego problemu. Komunikację umożliwiały dyliżanse, które wraz z przesyłkami
      pocztowymi przewoziły również pasażerów. Miejscowa stacja pocztowa obsługiwała
      dwa główne kierunki - Opole i Racibórz, ale sieć połączeń z innymi miastami
      także była dobrze zorganizowana.

      Największa stacja pocztowa, wyposażona w cztery dyliżanse i osiemnaście par
      koni, znajdowała się w Toszku. Obsługiwała codziennie dwukrotnie Gliwice,
      Strzelce Opolskie, Sławięcice i Koźle. Na liniach tych stale był znaczny ruch,
      zwłaszcza że część przesyłek pocztowych i sporo pasażerów dowożono do Toszka z
      Bytomia, Tarnowskich Gór, Zabrza i Lublińca. Właściciel tej stacji, Piotr
      Balcerz, który swoje przedsiębiorstwo prowadził blisko 50 lat, znany był z
      uczciwości. Bardzo dbał o punktualność przejazdów i wygodę pasażerów; nie
      pobierał też zbyt wysokich opłat.

      Balcerzowi trudno było się pogodzić z myślą o likwidacji stacji pocztowej w
      związku z uruchomieniem linii kolejowej, która pozbawiła go przesyłek i
      większości pasażerów. Dopóki mógł, utrzymywał stałe kursy na swych dawnych
      liniach, nawet jeśli przynosiły one straty. Zdarzało się, że dyliżanse
      przewoziły po kilku pasażerów, a niejednokrotnie jeździły zupełnie puste. W
      końcu przybity takim obrotem spraw Balcerz zdecydował się na zamknięcie
      przedsiębiorstwa w marcu 1880 roku.

      Wcześniej postanowił zorganizować pożegnanie z dyliżansami. Zaprosił wszystkich
      mieszkańców Toszka, oddając na cały dzień do ich dyspozycji wszystkie swoje
      pojazdy. Mogli oni bezpłatnie jeździć tam i z powrotem do Gliwic, Zabrza,
      Strzelec Opolskich, Sławięcic i Koźla, a ponadto spożyć na jego koszt dobry
      posiłek i do woli napić się piwa. Z okazji tej uroczystości dyliżanse odnowiono,
      obsługa otrzymała nowe uniformy, a uprząż lśniła jakby przed chwilą dostarczono
      ją z zakładu rymarskiego. Pocztylioni - zamiast trąbić, aby oznajmiać przebieg
      dyliżansu, dęli co sił w specjalne rogi. Oznaczało to, że trąbki pocztowe są już
      niepotrzebne, gdyż skończył się czas dyliżansów.

      Niedługo po tej uroczystości Piotr Balcerz rozchorował się i wkrótce zmarł,
      przekazując w testamencie cały swój majątek miastu. W zapisie rejentalnym
      prosił, aby po śmierci przewieziono go dyliżansem na miejsce wiecznego
      spoczynku. Spełniono jego życzenie. Czterokonny pojazd wśród dźwięków trąbek
      pocztowych i rogów ruszył w swoją tym razem rzeczywiście ostatnią podróż. U bram
      cmentarza wyprzęgnięto konie i wielki dyliżans, pchany i ciągnięty przez ludzi,
      zatrzymał się przy otwartej mogile. Tu już stało czterech pocztylionów. Każdy z
      nich kolejno, twarzą zwróconą w inną stronę świata, odtrąbił ostatnie pocztowe
      pożegnanie.



      Edmund Całka



      Kaj idzie znonsc wiyncyj, mozno ktosik wiy?
    • 06.11.04, 09:55
      Dla Legendy

      Często wróżbiarz, co własnej nie wywróżył doli,
      Nagłym skokiem na trwogę i bladością czoła
      Skupia widzów, krwi żądnych, i szerzy dokoła
      Postrach, nie pozbawiony zgrozy i swawoli!

      Cały w znakach piorunnych i piętnach zagłady
      Przed oczyma ciekawych obnaża sam siebie
      I nagi aż do nieba, bezwstydny i blady
      Czuje się bohaterem, jak trup na pogrzebie!

      Aktor, godny za widza mieć boga w niebiosach,
      Choć sam wpada w wytrawne swoich guseł szpony -
      Marząc skrycie o rajskich zaciszach i rosach,
      Z uśmiechem wyczekuje ostatniej zasłony!...

      Bo wie, że gdy na śmierci niebotycznych szczudłach
      Przeskoczy ziemskich źródeł zwierciadła i kwiaty,
      Pozostawi legendę, odbitą w tych źródłach,
      O straszliwym rycerzu, co niegdyś, przed laty...

      Tak! dla niej, dla niepewnej, dla swojej dalekiej,
      Że go może przygarnie wiernego przybłędę
      Nie szczędzi niecnych trudów i dziwnej opieki,
      I krew mężnie przelewa za baśń, za legendę!

      Bo ta siostra wieczności, kwiaciarka wspomnienia,
      Gdy go w gmachu zaklętym na śmierć ukołysze,
      Obdarzając istnieniem z dala od istnienia,
      Da mu w jednym napoju i tryumf i ciszę.

      A zdzierając zeń ziemską powłokę obłudy
      I zdobiąc pierś rycerskim złotem i żelazem,
      Na ów cud go pasuje, ażeby zarazem
      I był sobą i nie był!... O, cudzie nad cudy!

      I kiedyś czyjeś usta, zbudzone ku wiośnie,
      Szepną o nim na pamięć choćby jedno słowo
      Lub przyśpiew nieodparty, lub gwiezdną przenośnię,
      Która duszę z wszechświatem spokrewnią na nowo!..
      • 06.11.04, 21:41
        No a teraz muszymy se w autach kolysyc, dylizansem, to boua kultura !
        --
        pyrsk
        Ballest
    • 05.02.05, 13:28
      Gynerou ze Pniowa

      Blank blisko kole Pniowa, prawie ze na odniego randzie, tam kaj zawsze bou taki
      mauy las, to gynau we micie od tego lasa je tako dosyc spadzito i co wyglondo
      choby boua usuto gorka. Ziymia na niyj je ciymno i nic na niyj niychce rosnonc,
      ani trowa. O tyj szteli starzyki zowdy godali i spominali zaro o jednym
      szwedzkim gynerole. A bouo to jak boua wojna co czidziysci lot dugo sie ciongua
      i Szwedy stoli aze kole Pniowa. Mocka roz ich poginouo i tysz jedyn gynerou.
      Tego gyneroua, padajom, pochowali we Pniowie prawie jak tam te Szwedy lagrowali.
      Tam kaj go pochowali to usuli tako dosyc gorka, kero tam je jeszcze i dzisio.
      Podobno postawiyli tam kedys tysz ludzie drzewniany krojc, a padajom tysz ize
      jak je na jesiyn cma choby mlyko we lufcie, to idzie uwidziec tego gyneroua.
      Ont, tak padajom, skuli tego ize bou zuy czuowiek, niy poradzi ulezec we grobie
      i uazi kole niego bez pokoju. Widzieli go jak slazywou abo auaziou na ta gorka w
      ta i nazod a jak jak je wiater to suychac jak tyn gynerou stynko i jynko.


      We beztydziyn sam

      www.forumromanum.de/member/forum/forum.php?action=ubb_show&USER=user_239103&threadid=2&entryid=1072267988&mainid=1072267988&page=2
      przidom jeszcze inksze
      • 05.02.05, 13:42
        Laband a mosz cos z Plawniowitz, Rudna, Rudziynca czy Uonii?
        --
        pyrsk
        Ballest
        • 05.02.05, 14:07
          No dyc douech juz o Rudziyncu, a i do Ramona cos ze Widowa bouo. A tera wciepna
          cos ze Prziszowki. Jeszcze posznupia mozno jeszcze cosik ze waszych okolic znonda.
          • 05.02.05, 14:24
            o utopku ze Zernik tysz cie chyba zainteresuje no iz o Skarbniku, a i ze
            Pyskowic cos mom. Ale to trocha potrwo - Laband, Pyskowice,Gajowice, Wojtowo
            wies i Toszek jeszcze przidom ran. Tysz bydzie cosik ze glywickyj gruby. Kule na
            mole tela tego ...
            • 05.02.05, 14:30
              pracuj, pracuj - i nie zrzędź ;))
              lato się zbliża :)
              • 05.02.05, 15:15
                a Ty sie niy obijej, he,he!
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.