Dodaj do ulubionych

Panny Forumowskie-Dramat miłosny cz.1

30.10.19, 21:05
Beata N., vel Samantha1. DRAMAT MIŁOSNY O WINIE I ODKUPIENIU.

Pascal powiada, że pojęcie Dobra i Zła zmienia się w zależności od położenia geograficznego. Istotnie, ten sam czyn ludzki może być u nas uważany za zbrodnię, a gdzie indziej poczytywany za dobry uczynek – i odwrotnie.
I tak na przykład w Europie starych rodziców otacza się na ogół czcią i miłością, ale wśród niektórych plemion Indian amerykańskich każe im się włazić na wysokie drzewo, po czym potrząsa się drzewem. Jeśli spadną, świętym obowiązkiem dobrego syna, jak niegdyś u Meseńczyków, jest zatłuc ich paroma uderzeniami tomahawku, by oszczędzić im wstydu i trosk zgrzybiałej starości. Jeśli znajdą w sobie dość siły, by utrzymać się na gałęzi, znaczy to, że mogą jeszcze być przydatni w polowaniu czy łowieniu ryb, i egzekucja się odracza. Inny przykład: wśród narodów Europy północnej chętnie pija się wódkę, ów napój przeźroczysty, w którym zaklęta jest czarodziejska moc kartofla. Nawet nasza narodowa religia uczy, że „dobra gorzała cieszy serce i leczy umysł”. U mahometan rzecz jest uważana za wielce zdrożną. W Sparcie złodziejstwo było uprawiane namiętnie i otaczane szacunkiem: było niezbędnym uzupełnieniem wykształcenia każdego porządnego obywatela. W Laponii gospodarz czuje się wielce zaszczycony, jeśli przyjęty w jego dom podróżny świadczy jego córce najdalej posuniętą uprzejmość. Podobnie w Besarabii.
Same w sobie czyny nasze pozostają więc moralnie obojętne. Dopiero sumienie każdego z nas rozsądza, czy są one dobre czy złe. Tajemnicą, która tkwi na dnie tego wielkiego nieporozumienia, jest – odczuwana przez człowieka jako nieuchronna – potrzeba wyznaczania sobie ograniczeń i narzucania skrupułów, zakazywania sobie takich raczej niż innych czynów według tego, jak wiatr w jego kraju wieje: rzekłbyś, że ludzkość cała usiłuje sobie przypomnieć po omacku jakieś dawno zagubione Prawo.
Od paru lat prosperowała pośrodku naszego portu pewna duża, rzęsiście oświetlona tawerna, położona prawie na wprost jednego z portowych doków. Spotykała się tam codziennie elita młodych ludzi, którzy zabłysnęli od niejakiego czasu na forum – jedni wybitnym talentem artystycznym, inni zupełnie jego brakiem, jeszcze inni wreszcie – swoim zachowaniem podczas burzliwych dni.
Jak widać więc, nie byle jakie towarzystwo uczęszczało do tej tawerny z tysiąca i jednej nocy. Nieraz się zdarzało, że komendant policji posyłał tam niedbale, niby wizytówkę, doborowy bukiet złożony z samego kwiatu miejskich stróżów prawa; ci, swoim zwyczajem roztargnieni i uśmiechnięci, muskali jakby od niechcenia lekkimi uderzeniami swych pałek co bardziej zaprószone i niesforne głowy. Atencje te, aczkolwiek delikatne, bywały niekiedy dotkliwe. Nazajutrz jednak nie pozostawało po nich zwykle śladu.
Na tarasie tawerny rozkładał się istny kwietnik z dam: ufryzowane jak na rysunkach Mleczki, demonstrując najbardziej zdumiewające toalety, przeciągały się leniwie na krzesełkach wokół okrągłych stolików z kutego żelaza, pomalowanych na zielony kolor nadziei. Na stolikach tych podawano napoje. W oczach kobiet malowała się naprzemian drapieżność jastrzębia i płochliwość drobiu. Zdawało się, że wszystkie na kogoś czekają.
Wśród „młodych” tych osóbek wyróżniały się dwie szczególnie pilnie przesiadujące na tarasie tawerny; bywalcy słynnego lokalu nazywali je po imieniu Samantą i Czortem. Przychodziły wraz z nastaniem zmroku, wybierały sobie zwykle dobrze oświetlony kąt, zamawiały, raczej dla pozoru niż z rzeczywistego pragnienia, szklaneczkę żuberka z sokiem jabłkowym lub wścieklaczka, po czym czujnym okiem rozpoczynały obserwację przechodniów.
Były to właśnie panny Forumowskie.
Rodzice ich, ludzie rzadkiej zacności, wykształceni w twardej szkole życia, nie dysponowali dostatecznymi środkami, by zapewnić swoim córkom naukę jakiegoś popłatnego zawodu: para ta trudniła się bowiem zasadniczo wieszaniem się, o każdej porze dnia i nocy, u długiego sznura, połączonego z zasuwą u bramy wjazdowej. Ciężka to praca i jakże mizerne przynosząca od czasu do czasu dochody! Nigdy choć szczęśliwa trójka nie wyszła im w totolotku. Nic też dziwnego, że stary Forumowski gderał i zrzędził przygotowując sobie na śniadanie swoją codzienną kawę z mlekiem. Samanta i Czort, jak na dobre córki przystało, rychło pojęły, że nie obędzie się bez ich interwencji. Od wczesnego dzieciństwa na Córy Koryntu przeznaczone, poświęciły owoc swych potów i nieprzespanych nocy na to, by skromny, lecz przyzwoity dostatek zapanował w rodzicielskiej dozorcówce. „Pan Bóg pobłogosławi naszym trudom” – zwykły mawiać, wpojono im bowiem w dzieciństwie solidne, katolickie zasady, a dobre wychowanie, wcześniej czy później, przynosi jednak owoce. Gdy wyrażano czasami obawę, czy tak wyczerpująca praca nie odbija się przypadkiem na ich zdrowiu, odpowiadały wymijająco, spuszczając oczy, wstydliwie zakłopotane w swej skromności: „Widać Pan Bóg sił nam dodaje...”.
Panny Forumowskie należały, jak się to mówi, do owych robotnic, co to „na dniówkę chodzą nocą”. Wykonywały z maksymalną godnością, na jaką było je stać (zważywszy wciąż zakorzenione na ten temat przesądy), swe niewdzięczne, a czasem wręcz przykre obowiązki. Nie należały one do grona niefrasobliwych damulek, co krzywią się na widok odcisków i pęcherzy na spracowanych dłoniach, i swej zapobiegliwości nie zwykły się wstydzić. O ich mrówczej pracowitości krążyło mnóstwo opowieści, od których zatrzęsłyby się prochy cnotliwego króla Henryka Pobożnego, gdyby biedak mógł jeszcze o nich słyszeć. I tak na przykład którejś nocy jedna z nich wezwała drugą do szlachetnej rywalizacji i przeszły wówczas same siebie w podjętych w celu spłacenia ostatniej raty za nagrobek dla zmarłego niedawno wujaszka Wrewa, mimo iż ten zostawił im w spadku jedynie wspomnienie po kuksańcach, hojnie pomiędzy obie dziewczyny rozdzielanych w czasach ich drugiej młodości. Toteż lubili je i szanowali bywalcy szacownego lokalu, chociaż znajdowali się wśród nich ludzie godni i nie zwykli niczego puszczać płazem. Przyjazne skinięcie głową, wesoły ruch ręki odpowiadał na każde ich spojrzenie i na każdy uśmiech. Nie sformułowano nigdy pod ich adresem żadnej skargi ani zarzutu. Przeciwnie, każdy chwalił ich ujmujący i przyjemny sposób bycia. Słowem nikt nie miał nic im do zarzucenia, wzięte na siebie obowiązki wykonywały starannie i akuratnie, toteż mogły kroczyć przez życie z podniesionym czołem. Przykładnie oszczędne, odkładały „na czarną godzinę”, by móc się w odpowiednim czasie z honorem wycofać z interesów. Przykładnie stateczne, świętowały w każdą niedzielę. Jako panienki wyjątkowo rozsądne nie dawały posłuchu pochlebnym słówkom różnych lowelasów, których najmilszą rozrywką jest sprowadzanie dziewcząt z obranej przez nie drogi wytyczonej przez obowiązki i pracę. Uważały zgodnie, że w naszych czasach za darmo można mieć w miłości tylko księżyc. Dewizą ich były słowa „Szybkość, Pewność, Zaufanie”, a na swoich wizytówkach kazały wydrukować obok nazwisk: „Specjały”.
Jednakże pewnego dnia, młodsza z obu sióstr, Samanta, zeszła na złą drogę. Nieszczęsna, tak dotychczas nieposzlakowana, uległa pokusom, na jakie bardziej niż inne kobiety (które nie powinny się spieszyć z jej potępieniem) narażało ją środowisko, w jakim się obracała z racji swojego zawodu. Słowem popełniła grzech niewybaczalny – zakochała się.
To był jej pierwszy błąd, ale któż zgłębi przepaść, w jaką może człowieka strącić jeden nieopatrzny krok? Młody menel, niewinny, przystojny, obdarzony namiętną duszą rozbójnika, lecz biedniejszy od Hioba, niejaki Leziox, którego nazwisko wolę przemilczeć, tak długo prawił jej dusery, aż ją nareszcie zbałamucił.
Obserwuj wątek
    • leziox Re: Panny Forumowskie-Dramat miłosny cz.1 30.10.19, 21:05
      Panny Forumowskie cz.2

      Wzbudził on w biednej dziewczynie uczucie iście niebiańskie, do którego przecież, ze względu na swą pozycję społeczną, tak samo nie miała prawa, jak Ewa do cudownego owocu Drzewa Życia. Od tej chwili zapomniała o obowiązkach, życie jej uległo całkowitemu rozprzężeniu. Bo też kiedy dziewczyna wbija sobie amory do głowy, może się pożegnać ze spokojem.
      Siostra jej, szlachetna Czort, załamała się kompletnie, jak to mówią, pod tym okrutnym ciosem losu! Z twarzą ukrytą w dłoniach skarżyła się na utratę wiary w rodzinę, w zasady, ba, nawet w społeczeństwo! „To wszystko są tylko słowa” krzyczała. Któregoś dnia spotkała Samantę na ulicy w nędznej płóciennej sukienczynie, bez biżuterii, bez obcisłych kabaretek, bez butów na obcasach piętnastocentymetrowych, z sizalową siatką w dłoni. Czort, przechodząc mimo i udając, że jej nie widzi, szepnęła tylko: „Moja siostro, twoje zachowanie przechodzi wszelkie pojęcie! Uszanuj chociaż pozory!”
      Być może sądziła, że te ostre słowa podziałają na siostrę jak sole trzeźwiące. Wszystko na próżno. Czort poczuła, że Samanta jest zgubiona; oblała się rumieńcem i wyminęła ją szybko.
      Jasne, że wśród bywalców tawerny nie obyło się bez komentarzy. Wieczorem, gdy Czort zajmowała samotnie swoje zwykłe miejsce na tarasie, witano już ja inaczej niż dawniej. Pewne sytuacje zobowiązują. Stosunek do niej zmienił się nieznacznie i to było upokarzające. Wyczuwała, że odnoszono się do niej z pewnym chłodem, odkąd rozeszła się wieść o wejściu Samanty na złą drogę. Czort, dumna z natury, uśmiechała się jak ów młody Spartanin, któremu lis szarpał pierś, ale jej szczere i wrażliwe serce tym boleśniej przyjmowało wszystkie ciosy. Naturę delikatną można czasem głębiej urazić spojrzeniem, niż wulgarną obelgą. Jakżeż musiała Czort cierpieć!
      A te wieczory przy kolacji spożywanej w rodzinnym gronie! Ojciec i matka, ze spuszczonymi głowami, jedli w milczeniu. Nie wspominało się o nieobecnej Samancie. Przy deserze, gdy przychodziła pora na kieliszek wścieklaka, matka i córka, wymieniwszy ukradkiem wymowne spojrzenia i otarłszy łzę perlącą się w oku, w milczeniu ściskały sobie ręce pod stołem. I stary cieć Forumowski, wytrącony z równowagi, pociągał bez przyczyny za sznur otwierający bramę, usiłując w ten sposób pokryć niezdarnie wzruszenie.
      Razu pewnego stary Forumowski powziął nawet postanowienie odzyskania swej córki. Ze zwieszoną głową wchodził na wysokie piętro, aż stanął przed mansardą młodego menela. W drzwiach rozszlochał się:
      - Niech mi pan odda moje biedne dziecko!
      - Panie – odpowiedział Leziox – kocham ja i proszę pana o jej rękę.
      - Nędzniku! – zawołał Forumowski, zbiegając po schodach, tak dalece oburzył go
      cynizm młokosa.
      Czort piła kielich goryczy do dna. Wypadało podjąć jeszcze jedną próbę: zdecydowała się na nią, choćby miała ona pociągnąć za sobą skandal. Któregoś wieczoru dowiedziała się, że jej nieszczęsna siostra Samanta ma odwiedzić tawernę, by uregulować zaległy dług. Zawiadomiła rodzinę i w jej asyście skierowała swe kroki ku oświetlonym jasno drzwiom lokalu.
      Podobna do Mallonii pozbawionej czci przez Tyberiusza i stojącej przed frontem senatu, by oskarżyć publicznie swego gwałciciela, a potem przebić się sztyletem w skrajnej rozpaczy, Czort przekroczyła próg lokalu. Ojciec i matka, dla przyzwoitości zostali przy drzwiach. Pito piwo. Na widok Czorta twarze wszystkich obecnych przyoblekły się w pewien rodzaj surowości, ale gdy się zorientowano, że chce przemówić, płachty krzyżówek, talie kart i kubki z kośćmi opadły na plastikowe blaty stołów i zaległa śmiertelna cisza: zrozumiano, że wszystkich powoływała na sędziów.
      Czort wygłosiła przemówienie. Trwało ono długo i widać było, jak za szybą niespokojni, przestępują z nogi na nogę starzy Forumowscy, którzy obserwowali, nic nie słysząc. W końcu stary nie wytrzymał; uchylił drzwi i zaczął pilnie nasłuchiwać.
      Gdy Czort podnosiła głos, fragmenty zdań dolatywały do jego uszu: „Przecież bliźnim coś też się od człowieka należy!... Takie zachowanie... Jest to rzucone wyzwanie wszystkim poważnym ludziom... Jakiś chłystek, który nie daje jej grosza... Lowelas!... Ogólne potępienie, jakie ją spotyka... Nie może ponosić dłużej odpowiedzialności.... Dziewczyna, która zeszła na tak śliską drogę....która tak się nosi....ona, która jeszcze niedawno była ozdoba szczecińskiego portu....” Ale te błagania i zaklęcia nic nie pomagały. Samanta była zgubiona!
      W tym momencie stary, pochylony we dwoje przekroczył próg tawerny. Na widok tak wielkiej i tak niezasłużonej boleści wszyscy powstali z krzeseł. Każdy podchodził w milczeniu, by uścisnąć dłoń zacnego ciecia i w ten dyskretny sposób wyrazić mu swoje współczucie.
      Samanta wycofała się, pobladła i drżąca ze wstydu. Przez chwilę zawahała się, czując się winną. Ale namiętność zwyciężyła.
      Skandal ten jednakże odbił się fatalnie na zdrowiu Samanty. Sumienie jej, wstrząsane wyrzutami, burzyło się i buntowało. Nazajutrz dostała gorączki. Położyła się do łóżka. Umierała ze wstydu, niestety, jak najdosłowniej. Chora dusza zarażała ciało, które, wycieńczone, nie potrafiło dać żadnego odporu chorobie. Przykuta do łóżka, gdy poczuła zbliżanie się śmierci, wezwała pomocy. Sąsiadki posłały po księdza.
      - Miałam kochanka!... – szeptała uporczywie Samanta w samo oskarżycielskiej pasji
      Zapomniała już o innych grzeszkach, o krnąbrności, zniecierpliwieniu i rozpaczy. Tylko to jedno powracające bezustannie – była to zupełna obsesja. „Miałam kochanka! Dla przyjemności! Nie dla zarobku!”. W tym tkwiła zbrodnia. Ale ten wstyd, ta hańba ostateczna, że darzyła wierną miłością menela, bez żadnej pozycji w świecie meneli, który, jak jej gorzko wypominała siostra, nie dawał jej złamanego grosza! A jeszcze go musiała utrzymywać! Kupować mu piwo! I to żeby jeszcze jedno piwo! Codziennie całą skrzynkę piwa! Czort, która nie zaznała w swym życiu takiego upadku, wydawała się jej niedoścignionym wzorem cnót. Samanta czuła ogrom swej winy i obawiała się wyroku Najwyższego Sędziego, przed którego trybunałem mogła za chwilę stanąć.
      W chwili gdy ksiądz staruszek podnosił rękę, by udzielić rozgrzeszenia Samancie, drzwi otworzyły się z łoskotem: stanął w nich Leziox, piękny w swym menelstwie, promieniejący, szczęśliwy, z rękami pełnymi złotych monet, którymi pobrzękiwał triumfalnie. Zbliżał się termin płacenia składek do kółka menelskiego, inne kobiety przysłały mu pieniądze na wpisowe!
      Samanta wyciągnęła ku niemu ręce w geście przerażenia i rozpaczy, jakby chciała go odepchnąć. Leziox zatrzymał się w progu, zdumiony tym widokiem. W rzeczy samej odpychała ona jedynie zbrodnię, jakiej dopuścił się był ów menel, a która polegała na tym, że był, niestety, ubogi.
      Ale w momencie, gdy spływała na nią łaska przebaczenia, niebiański uśmiech rozświetlił jej niewinną twarz. Samanta w istocie dojrzała błysk świętego metalu pomiędzy palcami Lezioxa. Wtedy dopiero poczuła, że Bóg jej naprawdę przebaczył. To był cud! Widomy znak odkupienia! Nie oddawała się menelowi za darmo! W końcu jej zapłacił!!! Mogła odejść spokojnie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka