"małżeństwo" na siłę? Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • korciło mnie, zeby o tym pogadać jeszcze na tamtym forum, ale z
    oczywistych przyczyn smile nie miało to sensu.
    Tu zresztą bardziej chyba temat pasuje bo dotyczy i etyki i ludzi i
    społeczeństwa, a nie tylko religii smile

    istnieje takie forum:

    www.kryzys.org/viewforum.php?f=2
    mnóstwo smutnych zyciowych historii. Niektóre rady i ksiazki - jak
    np. Dobson warte polecenia każdemu w trudnej sytuacji związkowej smile
    bez wzgledu na swiatopogląd. W sytuacji zdrady npp. jedyne dobre
    rady to: nie narzucaj się, zajmij się soba itp.

    Nie dzwii mnie oczywiscie na tym forum oparcie o religię. przeraza
    mnie natomiast to wszechobecne przekonanie, ze małzeństwo, choćby w
    stanie nie tyle agonni co posmiertnego rozkładu za każdą
    cenę "utrzymać" co wprost oznacza brak zgody na rozwód.

    nieco takze dziwi mnie owo lansowane niezmiennie przekonanie, jakoby
    zgoda na rozwód byla w oczach Koscioła jakimś megagrzechem.

    tymczasem ja sie w realu z taka postawa ksieży. grzech to wówczas,
    jesli sie do rozwodu swoim zachowaniem doprowadzi. Nawet
    niekniecznie grzech wówczas, gdy sie o niego wystąpi!

    pytalam raz taką osobę przekonaną o tym samym co tam wypisują i
    stwierdzila, ze zgoda na rozwód to ...pozwolenie na rzech
    współmałzonka. hmmm no ja już katolicyzmu nie praktykuje od lat
    kilku dobrych, ale wydaje mi się, ze wg Koscioła odpowiada się za
    grzech cudzy gdy się ma jakis wpływ na grzesznika.

    Brak zgody na rozwód nie zmienia istotnie mozliwosci grzesznika. Z
    rozwodem czy bez jesli nie chce juz byc ze współmałzonkiem, nie
    bedzie. to samo w sobie niekoniecznie jest grzechem, ale jest nim na
    bank bycie z kims innym w zwiazku. Tyle, ze do tego rozwód nie jest
    koniecznie potrzebny.

    No, ale tyle ze strony religii. Mnie bardziej zastanawia czy to jest
    etyczne. Nie pozwalać odejsc osobie, którą rzekomo się kocha
    najswietszą miłoscią. Co to daje komuś takiemu? Ma satysfakcje, ze
    tamta osoba nie moze się formalnie z kims związać? jakie to ma
    znaczenie, skoro i tak nie chce już z nią byc?
    to jakaś forma kary? I dla kogo? przecież taka osoba też sie meczy,
    na niedająca rozwodu. I na marne to pójdzie, bo na ogół rozwód się
    dostaje, takze bez zgody, tylko po dłuzszym czasie.
    Czy to w porządku wmawiac komus, ze jego obowiązkiem jest się
    upokorzyć, pomeczyc, wyzuć z godnosci?
    Ja mysle, ze nie. Mozna cos tam ratowac, jesli jest wola i nadzieja.
    Ale takie "małzeństwo" na papierze na siłę w imie jakies
    nieprawdziwej idei, jaki ma sens?
    A wy jak myslicie?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
    • To są jedynie moje domniemania...

      Co bóg złączył... itd. W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany jako element
      istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie, to rytuał. Ważny jest
      bóg. Bóg to władza najwyższa, absolutna, a takiej władzy NIE WOLNO się
      przeciwstawiać. Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
      szybko rozłącza.

      Religia to terror. Nie liczy się z człowiekiem, z nieszczęściem, jedynym życiem,
      które się traci, racjonalizmem, logiką myślenia. To jest - według boga - a
      właściwie prawodawców ludzkich udających, że wyrażają wolę boga, śmieć. Człowiek
      jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny. Bo bóg i religia to władza.
      • grgkh napisał:

        > To są jedynie moje domniemania...
        >
        > Co bóg złączył... itd. W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany
        jako element
        > istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie, to
        rytuał. Ważny jest
        > bóg. Bóg to władza najwyższa, absolutna, a takiej władzy NIE WOLNO
        się
        > przeciwstawiać.

        Po pierwsze- w KRK małzeństow jest sakramentem udzielanym sobie
        wzajemnie przez małzonków w obliczu Boga i w obecnosci kapłana. Nie
        jest to zatem tylko jak piszesz rytuał - to tak gwoli scisłosci. To
        obrazowo mówiąc "przysiega wieczysta" - czyli taka, jakiej nawet w
        opowiesci o Haryym P. smile nie mozna nie dotrzymać, ani z niej
        zwolnić, nawt za zgodą zainteresowanych obojga.

        Po drugie : z grubsza moznaby to co napisałes uznac za logiczne,
        tyle, ze rozwod nie rozłacza małzonkówsmile

        Ślub cywilny, czy też konsekwencje slubu sakramentalego cywilne
        łacza ludzi cywilnoprawnie i sąd zdaje się obecnie okregowy ma moc
        małzeństwo cywilnoprawne rozłączyć orzekając rozwód.
        Na sakramentalny stan małzeństwa sąd swiecki nie ma żadnego wpływu.
        Nie posiada on kompetencji do rozwiazania malzeństwa
        sakramentalnego, to i logiczne, ze nie moze tego zrobic. Chyba jasne?

        zatem zasada "człowiek niech nie rozdziela" zostaje zachowana.
        Rózwód nie daje wiernemu KRK podstaw do traktowania małzonka jako
        byłego w sensie kanonicznym. Slowiem : niczego kanonicznie nie
        zmienia i nie zwalnia od osobistego dochowania przysiegi wiernosci,
        miłosci i uczciwosci malzeńskiej złozonej współmałzonkowi przed
        Bogiem. Oczywiscie niezaleznie od orzeczenia rozwodu, czy ubiegania
        się o nie, mozna tej przysiegi nie dotrzymac. Jest to grzech i jak
        każdy moze byc popełniony i odpuszczony albo nie, zależnie od woli
        głownie grzeszącego, bo to on ma na to kluczowy wpływ.
        tak wiec sam widzisz, ze rozwód nie jest rozdzieleniem małzonków, bo
        nie ma takiej mocy. sakrament nie ustaje wskutek zakończenia rwania
        umowy cywilnoprawnej i sąd bynajmniej nie stara sie bodaj sugerowac,
        ze jest inaczej. na ogół nie zajmuje się i slusznie stanem
        kanonicznym małzestwa, bo to nie jego kompetencje.

        Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
        > szybko rozłącza.

        Po trzeciesmile - jako uczestnik takiego procesu, nie z wlasnej
        inicjatywy powiadam ci, ze na pewno nie szybko. Co do kasy: mnie na
        razie przez ponad trzy lata kosztowalo to chyba ze 20 zeta na
        znaczki pocztowesmile . Ostatnio, gdy przyszło orzeczenie pierwszej
        instancji zapropoowano mi zapoznanie sie z uzasadnieniem wyroku za
        80 złotych. Nie nazwałabym go duzymi pieniedzmi nawet la
        przedszkolaka. smile Nie mam natomiast wiedzy co do kosztów strony
        wnoszącej pozew.
        >
        > Religia to terror. Nie liczy się z człowiekiem, z nieszczęściem,
        jedynym życiem
        > ,
        > które się traci, racjonalizmem, logiką myślenia.

        Chyba się nie rozumiemy smile Ja nie ma tu zamiaru dyskutowac o
        religii, a kokretnie o religijnym aspekcie slubu i rozwodu.

        W KRK zakladanie czsowosci malzeństwa sakramentalnego czyni je z
        zalozenie niewaznym. ale zakladanie. Czyli podejscie" a co tam, nie
        wyjdzie, to rozwód". Natomiast zaistniały rozwód go takim nie czyni.
        Osoba rozwiedziona, o ile nie zwiazala się z kims innym czy to
        nieformalnie, czy cywilnoprawnie może w pełni korzystac ze
        sakramentów. istotne jest czy nie trwa w grzechu. Mozliwosc
        korzystania z sakramentów ma równiez wówczas, gdy mówiąc trywialnie
        z kims sie przespi, ale nie jest to trwały zwiazek i wyraza szczery
        żal z tego powodu.
        Jesli w gzechu trwa - jej wybor.
        uwazam, ze niesłusznie tu wyrazasz się tak o Kosciele.
        Kosciół ma swoje zasady, są one powszecnie, a przynajmniej powinny
        być, wiernym znane.
        Nikogo się nie zamyka, nie okalecza, ani nie szykanuje wskutek
        rezygnacji z koscielnego slubu. Mozna zatem chcac formalizowac
        zwiazek wziac slub cywilny. Biorąc koscielny trzeba się liczyc z
        konsekwencjami smile a głownie z taka, ze jesli cos nie wyjdzie i
        dojdzie do rozstania formalnego, czy nie trzeba bedzie pozostac
        wiernym współmałzonkowi i nie bedzie się mozna wiązac się z kims
        innym, jesli chce się korzystac w pelni z sakramentów. Nie wiem co
        tu nie jest zrozumiałe dla doroslego czlowieka?
        to jasne jak słońce przecieżsmile

        To, o czym piszesz to postawa roszczeniowa typu: miec ciastko i
        zjeśc ciastko. całe nasze życie do wybory, lepsze i gorszesmile ale
        niemal wszystkie obarczone jakimis konsekswencjami.



        To jest - według boga - a
        > właściwie prawodawców ludzkich udających, że wyrażają wolę boga,
        śmieć. Człowie
        > k
        > jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny. Bo bóg i
        religia to władza

        na pewno wladza, ale ni zgodze się ze smieciem. a nawet jesli smieć
        jak mowisz, wybór czlowieka, że chce tym smieciem być. przynaleznosc
        religijna nie jest obowiązkowa. Jestem na to najlepszym przykłademsmile
        Nie interesuje mnie co Kosciół o mnie sobie mysli smile nie tesknie za
        byciem w tzw. wspólnocie kosciola, choć mimo mego obecnego statusu
        moglabym byc takze, np. w ramach duszpasterstwa zw.
        niesakramentalnych, albo po prostu chodząc tam i uczestnicząc na ile
        osobie w mej sytuacji wolno we mszy sw. Nie robbię tego, bo od
        bardzo dawna w sumie Bóg dla mnie nie jest zwiazany z KRK. I do
        niczego KRK nie potrzebuje by w Bga sobie wierzyć. Do innych rzczy
        też niesmile

        Zrozum, ze w przedstawinym przeze mnie problemie nie chodzi o
        stosunek Kosciola małzeństwa a o zachowanie tych ludzi w obliczu
        sytuacji czysto świeckiej. Bo rozwód to sprawa czysto swiecka i
        zadnego wpływu na sakrament nie mająca.

        > .


        --
        Korcia
        "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
        żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
        • kora3 napisała:

          > grgkh napisał:
          >
          > > To są jedynie moje domniemania...
          > >
          > > Co bóg złączył... itd.
          > > W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany jako element
          > > istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie,
          > > to rytuał.
          > > Ważny jest bóg.
          > > Bóg to władza najwyższa, absolutna,
          > > a takiej władzy NIE WOLNO się przeciwstawiać.

          > Po pierwsze- w KRK małzeństow jest sakramentem
          > udzielanym sobie wzajemnie przez małzonków
          > w obliczu Boga i w obecnosci kapłana.

          Czyli rytuał.

          > Nie jest to zatem tylko jak piszesz rytuał - to tak gwoli
          > scisłosci.

          Jest to rytuał czyli obrzęd. pl.wikipedia.org/wiki/Sakrament
          "Sakrament - ... w chrześcijaństwie obrzęd religijny rozumiany jako znak
          lub sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez Chrystusa."

          > To obrazowo mówiąc "przysiega wieczysta" - czyli taka,
          > jakiej nawet w opowiesci o Haryym P. smile nie mozna nie dotrzymać,
          > ani z niej zwolnić, nawt za zgodą zainteresowanych obojga.

          Nie ma takiej przysięgi, której nie wolno byłoby nie dotrzymać. Np.: ktoś
          mógłby rytualnie przysiąc bogu, że zabije człowieka. Potem mu się zmieniły
          poglądy. Czy może tej przysięgi nie dotrzymać? Według Twojego założenia musiałby
          on to zrobić.

          Jesteśmy ludźmi wolnymi, myślącymi, uczącymi się. Zawsze może się zdarzyć
          sytuacja, że przysięga w ówczesnym stanie naszej wiedzy, świadomości, potem
          przestaje być zgodna z poglądami, które ewoluowały. Trzeba ludziom dawać szansę
          na naprawę tego, co źle sobie zaplanowali, co im wyszło nie tak. Nie wolno mścić
          się w późniejszym okresie życia za to, że kiedyś popełniło się błąd.

          To manipulacja religiantów ustanowiła w naszej kulturze tak wysoki status
          przysięgania. To strach przed konsekwencjami za jej złłamanie jest jedynym, co
          nas przed tym powstrzymuje. Tylko strach.

          Człowiek wolny, człowiek, któremu pozwalamy się uczyć, mądrzeć musi móc zmieniać
          poglądy, a także nikt nie powinien nas rozliczać z poglądów, które mieliśmy
          kiedyś, a obecnie, całkiem szczerze, uważamy, ze nie są już naszymi, bo je
          odrzuciliśmy.

          Zauważ, że ten sam motyw jest i w religii, gdy się "darowuje winy", i w prawie,
          gdy po egzekucji kary czyści się konto przestępcy dając mu szansę na "nowe życie".

          Można przysięgi nie dotrzymać i wiele ludzi nie dotrzymuje. Dotrzymujący ją w
          100% są bardzo nieliczni. A zakładając, że bóg jest iluzją z głów ludzi
          wierzących (inaczej nie wolno zakładać, bo dowodów na jego istnienie nie ma) to
          odniesienie do wynikającej z tego nadzwyczajnej MOCY tej obietnicy jest
          naciągane. To zabawa, w rzeczywistości identyczna jak w historyjce o H. Potterze.

          > Po drugie : z grubsza moznaby to co napisałes uznac za logiczne,
          > tyle, ze rozwod nie rozłacza małzonkówsmile

          To kwestia umowy.

          A jednak takie rozwody są przeprowadzane legalnie. Oczywiście po sporych
          szykanach i sowicie opłacone. A czy bóg się godzi z tym? Ustalmy najpierw
          - czy bóg istnieje (nie ma dowodu)
          - czy rytuał ma odniesienie do boga, czy jest wymysłem ludzkim o bogu
          - czy bóg zaakceptował fakt ślubu, bo może nie chce mieć z tym nic wspólnego
          - czy się zgodził na rozwód (tu jest identyczna sytuacja niepewności jak przy
          ślubie)

          Nic nie jest potwierdzone dowodem. Równie dobrze ja mogę ustanowić zmianę zasad
          tego rytuału i wszyscy powinni się z tą zmianą liczyć. Równie dobrze
          przysięgający może założyć, że tamta wersja była fałszywa. Rytuał został
          wymyślony przez ludzi, a tekst przysięgi oraz konsekwencje dla ślubujących także.

          Twoje uzasadnianie wskazuje, że dogmatowi, czyli dowolnemu twierdzeniu
          sformułowanemu przez człowieka, nadajesz wartość prawdy absolutnej. Prawda
          absolutna nie istnieje, z jednym wyjątkiem, gdy jest to dowód twierdzenia
          odnoszącego się do konkretnych aksjomatów. Ale istnieje wyłącznie w tym jednym
          kontekscie.

          > Na sakramentalny stan małzeństwa sąd swiecki nie ma
          > żadnego wpływu.

          Nie ma. Ale o tym nie mówiliśmy.

          > Nie posiada on kompetencji do rozwiazania malzeństwa
          > sakramentalnego, to i logiczne, ze nie moze tego zrobic.

          Sugerujesz, że to podważałem? Gdzie i kiedy?

          > Chyba jasne?

          Czy nie za ostro? Oczywiście, że "jasne", ale dlaczego mówisz to takim tonem?
          Nie jestem bezosobowym elementem szarej masy, którą właśnie tego nauczyłaś. Ja
          to wiedziałem, a Ty nie powinnaś zakładać mojej niewiedzy punktując to tak,
          jakbym nie wiedział. Czy widzisz różnicę? smile

          Są pewne figury stylistyczne, które przenoszą dodatkowe znaczenia. Ty, tak mi
          się wydaje, świadomie używasz tutaj tonu wyższości, choć nie mówisz niczego, co
          powinienem wiedzieć, a czego - według Ciebie - nie wiem.

          > Oczywiscie niezaleznie od orzeczenia rozwodu, czy ubiegania
          > się o nie, mozna tej przysiegi nie dotrzymac. Jest to grzech i jak
          > każdy moze byc popełniony i odpuszczony albo nie,

          No i sama najpierw mówisz, że nie ma wyjścia, a potem dodajesz, że jest - bo ten
          grzech może zostać "odpuszczony". Jak wszędzie istnieje furtka a reguła nie jest
          regułą, bo ma wyjątki - dla tych, co dysponują odpowiednio dużą kasą lub
          zdolnością do przekonywania o słuszności rozwiązania tego, czego rozwiązać się
          podobno nie daje. Typowa religijna hipokryzja. Dziwię się jednak, dlaczego z
          tego czynisz powód do starcia między nami. Żyjmy w pokoju.

          > sąd bynajmniej nie stara sie bodaj sugerowac,
          > ze jest inaczej.
          Bynajmniej się tym sąd nie zajmuje. Już to powiedziałaś, a ja się z tym zgadzam.
          A jednak w samym kościele takie rozwiązania jest możliwe. Człowiek wymyślił
          sakrament i wymyślił metodę jego obchodzenia. Dla "swoich".

          > > Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
          > > szybko rozłącza.
          >
          > Po trzeciesmile - jako uczestnik takiego procesu, nie z wlasnej
          > inicjatywy powiadam ci, ze na pewno nie szybko.

          Powiedzmy, że czym większe pieniądze, tym szybciej. Jest taka reguła w KRK. W
          stosunku do wieczności jest to na pewno szybko.

          > Nie nazwałabym go duzymi pieniedzmi nawet la
          > przedszkolaka. smile
          > Nie mam natomiast wiedzy co do kosztów strony
          > wnoszącej pozew.

          Mało zapłaciłaś, to i długo trwa. Nie znalazłaś "właściwego" dojścia. Tak
          podejrzewam.

          > Mozliwosc korzystania z sakramentów ma równiez wówczas,
          > gdy mówiąc trywialnie z kims sie przespi, ale nie jest
          > to trwały zwiazek i wyraza szczery żal z tego powodu.

          Oczywiście. Szczery żal to jest to, co można zmierzyć (ciekawe jak) i co w danym
          momencie przez jedną chwilkę poczujemy. Ta religia jest szczytem cynizmu i
          obłudy. A bóg to handlarz jakich mało. Byle przy nim trwać.

          > Jesli w gzechu trwa - jej wybor.

          A po co trwać? Przez chwilę poczuć szczery żal, a potem można od początku -
          "hulaj dusza, piekła nie ma".

          > uwazam, ze niesłusznie tu wyrazasz się tak o Kosciele.

          Ja się wyrażam? Czy mówię nieprawdę? Nie wolno prawdy mówić? Tutaj nie wolno,
          czy w ogóle? Powinienem trzymać język za zębami? Ładny porządek rzeczy mi
          proponujesz.
          • Masz rację co do tego, że każdy obrzed w dowolnej religii to jest
            ryruał. smile Tyle, że wiara jest tego rodzaju materią, ze ma bardzo
            duzy aspekt subiektywny. To, czy potraktuje ktoś cos jako rytuał li
            tylko, czy cos dlań bardzo waznego i zobowiazującego, jak w
            przypadku np. przysiegi małzeńskiej, zalezy od jego wiary. Z tym nie
            mozna dyskutować, bo jesli ktoś serio wierzy, to dla niego tak jest,
            nawet jeśli dla ciebie to tylko formułka itd.

            Z "przysięga wieczysta" nie zrozumiałeś smile Taki tetmin wystepuje w
            świecie magii HPsmile Tam, jesli złamie się przysięge wieczysta, po
            prostu się umiera - ale spokojnie to tylko bajka. smile
            Pisząc o niej w naszym, prawdziwym swiecie, miałam na mysli nie to,
            że technicznie nie ma mozliwosci nie dochowania jej, bo oczywiscie,
            ze jest. Nie ma natomiast mozliwosci uciczki od niej bez
            konsekwencji. W przypadku małzeństwa sakramentalnego nasze
            chciejstwo nie ma wpływu na stan kanoniczny. Po rozstaniu, formalnym
            czy nie w swieckim swiecie nadal jest się kanonicznie małzonkiem tej
            osoby, z którą się brało slub koscielny. Mozna to olać, ale wówczas
            trzeba liczyc sie z konsekwencjami w postaci np. niemoznosci pełnego
            uczestnicwa we mszy, jesli komus na tym zależy, naturalnie.
            >
            Pewnie, ze mozna zmienic zdaniesmile Nikt za to nie morduje wszaksmile

            grgkh napisał
            > A jednak takie rozwody są przeprowadzane legalnie. Oczywiście po
            sporych
            > szykanach i sowicie opłacone.

            jakie szykany, jakie opłacanie?smile Pisałam c chyba, ze JA jestem
            uczestnikiem takiego procesusmile Wiec mnie nie wmówisz, że am
            torturuja, a kosztije to fortunesmile bo ja wiem, jak to technicznie
            wyglada i choć ogólnie mam zastrzezenia do tzw. wykonastwa, to nie
            moge potwierdzic twoich rewelacji, nie ze strachu przed czymkolwiek,
            z powodu UCZCIWOSCI Grgkh ...

            Co do twoich rozważań, czy Bóg sie na to godzismile Widzisz, jesli ktos
            jest katolikiem przyjmuje na wiare, ze Koscioł reprezentuje Boga na
            Ziemi. To raz. Mozesz uwazac to za głupie, ale ma do tego prawo smile

            Natomiast czysto technicznie, musze powiedzieć, ze ja się zgadzam w
            ogólnosci co do zasady z procedurą stw. niewaznosci poza małymi
            niuansami. Stwierdzenie to z grubsza oznacza, że z przyczyny tej czy
            innej nie mogło dojsc do waznego udzielenia sakramentu. Zamien sobie
            w rozwazaniach słowo "sakrament" na słowo "umowa" i pomysl. Czy
            wazna jest umowa, w której jedna ze stron podaje fałszywe dane,
            nieprawdziwe fakty, zawiera umowe w celu oszukania drugiej, nie ma
            zdolnosci prawnej do zawarcia umowy itp? Nie i świeckie prawo też
            uznaje taką umowe za NIEWAZNĄ. Dokladnie na tej zaadzie działa stw.
            nieważnosci.

            grgkh napisał:
            > Twoje uzasadnianie wskazuje, że dogmatowi, czyli dowolnemu
            twierdzeniu
            > sformułowanemu przez człowieka, nadajesz wartość prawdy
            absolutnej.

            Hmmm wiesz, masz bardzo sczególny sposób interpretacji wypowiedzi
            innychsmile To nie ja nadaje, a osoba, która tak wierzy i należy sie z
            tym liczyć. Ja przedstawiłam tylko, jak sprawa wyglada z punktu
            widzenia KRK. To indywidualna sprawa, czy ktos w to wierzy, czy nie.

            > grgkh napisał:
            > Nie ma. Ale o tym nie mówiliśmy.

            Ni własnie o TYM mówiliśmy smile O tym jest ten wąt. O stosunku do
            rozwodów w swieckim sadziesmile
            >
            > Sugerujesz, że to podważałem? Gdzie i kiedy?

            Nie, absolutniesmile

            Grgkh napisał:
            > Czy nie za ostro? Czy widzisz różnicę? smile

            dlaczego WSZYSTKO odbierasz ksobnie?

            Grgkh napisał:
            > A jednak w samym kościele takie rozwiązania jest możliwe. Człowiek
            wymyślił
            > sakrament i wymyślił metodę jego obchodzenia. Dla "swoich".

            Teraz to cie niebardzo rozumiem. Jasne, ze dla swoichsmile trudno, zeby
            KRK zajmował sie stw. niewaznosci małzeństw muzułmańskich, albo
            buddyjskich np. smile
            Niemniej, ja np. nie czuje sie katoliczką, nie chodze od dosc dawna
            wcale do koscioła, a i wczesniej mialam doń dosc secptyczny
            stosunek. Mój eks wniółs o stw. niewaznosci, a mnie ZAPROPONOWANO
            (bo Kosciół nie ma żadnej mozliwosci przymusu do uczestnictwa w
            takim procesie) uczestnictwo. No i tak się złozyło, ze w trakcie
            wyszły b. niekorzystne nie dla mnie, a dla mojego eks fakty w
            znaczny sposób wpływające na orzeczenie nieważnosci. Z racji tych
            faktów moze być tak, że ja, osoba tym niezainteresowana, po
            potwierdzeniu orzeczenia przez II instancje bedę w KRK zapisana,
            jako ktoś kto bez niczeho moze ponownie przyjąć sakrament
            małżeństwa, jesli zechce, a mój eks, nie.

            > > > Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
            > > > szybko rozłącza.

            Wiesz, ja jako strona pozwana nie wnosiłam zadnej opłaty i do żadnej
            sie nie zobowiązywałam. Nie wiem jak mój eks, a pytac go nie mam
            zamiatu, chocby dlatego, ze jego wypowiedzi sa dla mnie
            niewiarygodne. Natomiast ostatnio gadałam z człowiekiem, nie jakims
            wcale gorliwym katolikiemsmile, który o stw. osobiscie wnosił. % lat
            temu kosztowało go to 500 złotych, jak mówił. Wg mojej oceny nie
            jest to duza suma, choc naturalnie dla kogos moze być ogromna. Nie
            wiem ile kosztuje teraz rozwód, ale 6 lat temu, gdy ja się
            rozwodzilam kosztowal 600 złotych.
            >
            > Powiedzmy, że czym większe pieniądze, tym szybciej. Jest taka
            reguła w KRK. W
            > stosunku do wieczności jest to na pewno szybko.

            Wiesz, iu nas to trwało nieco ponad 3 lata do orzeczenia I
            instancji. Mój eksmałzonek nie jest przesadnie majetny smile wiem, ze
            nie ma jakiś duzych pieniedzy.
            >
            > Mało zapłaciłaś, to i długo trwa. Nie znalazłaś "właściwego"
            dojścia. Tak
            > podejrzewam.

            ehhehehe smile ja NIC nie zapłaciłam smile Zapłaciłam poczcie za
            przesyłki - tak samo zapłacilabym kierujac je gdziekolwiek indziej.
            Żadnego "dojscia" nie musiałam szukaćsmile bo mnie stw. niewaznosci nie
            ejst do niczego potrzebnesmile ale kiedy dostałam zawiadomienie, ze
            zostal wniesiony pozew i sprawa bedzie rozpatrywana w kurii mojego
            dawnego miejsca zamieszkania, poszłam do tutejszej, zeby sie
            dowiedzieć o sczegóły. Udzielono mi informacji wszelkich, z
            pokazaniem jak napisać pismo z prosbą o przesłuchiwanie w obecnym
            miejscu zamiekszania włączniesmile Nie zapłacłam za to ani grosza, wiec
            nie twórz mitów jakiśsmile

            >
            > A po co trwać? Przez chwilę poczuć szczery żal, a potem można od
            początku -
            > "hulaj dusza, piekła nie ma".

            Postawa tego rodzaju jest bardzo ciężkim grzechem i nazywa
            sie "grzeszeniem zuchwale licząc na miłosierdzie boze" - jakoś tak.
            Jest to grzech materii b. ciezkiej, bo przeciw Duchowi Św. o ile
            pamiec mnie nie zawodzi smile
            >
            Nie wolno prawdy mówić? Tutaj nie wolno,
            > czy w ogóle? Powinienem trzymać język za zębami? Ładny porządek
            rzeczy mi
            > proponujesz.

            na 100 proc. mówisz nieprawdę o tym procesie stw. niewaznosci. Wiem,
            bo w nim uczestnicze, to co mówisz, to wymysły wyssane z paca,
            sorry.

        • 19.01.10, 00:52

          > Nikogo się nie zamyka, nie okalecza, ani nie szykanuje wskutek
          > rezygnacji z koscielnego slubu.

          Jesteś tego pewna? Co do szykan, to się zdarzają. A dawnymi czasy to zamykano w
          wieży lub lochach i torturowano niepokornych.

          > Nie wiem co
          > tu nie jest zrozumiałe dla doroslego czlowieka?

          Hipokryzja. Bo niby nie wolno, ale załatwić się daje.

          > > To jest - według boga - a właściwie prawodawców ludzkich
          > > udających, że wyrażają wolę boga, śmieć. Człowiek
          > > jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny.
          > > Bo bóg i religia to władza

          > na pewno wladza, ale ni zgodze się ze smieciem.

          Owszem. Religia mówi, że cierpienie jest dobre. Mówi też, że nie należy dbać o
          dobra doczesne, bo się dostanie nagrodę za oddanie tych dóbr bogu. I chętnie
          bierze to, co wierni oddają pod wpływem tej gadki.

          > a nawet jesli smieć jak mowisz, wybór czlowieka,
          > że chce tym smieciem być.

          Małe dziecko może o czymś decydować? Przecież to wtedy głównie szczepi się ludzi
          religią, z której matni trudno się potem wyplątać. Wybór leży po stronie
          organizacji religijnej, która decyduje, że chce rządzić, najlepiej dla niej
          wszystkimi ludźmi świata.

          A Ty w którego boga wierzysz? W Boga, Allacha, Jahwe czy Zeusa?

          --
          Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad.
          Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania.
          • 20.01.10, 10:39
            grgkh napisał:
            >
            > Jesteś tego pewna? Co do szykan, to się zdarzają. A dawnymi czasy
            to zamykano w
            > wieży lub lochach i torturowano niepokornych.

            Oj człowieku, dawnym czasy, dawnymi zcasy... Mówimy teraz o
            współczesnosci. ja jestem osobą, która żyje poza KRK i nikt mnie nie
            szykanuje, nie znam też nikogo szykanowanego z takiego powodu. Moze
            gdzieś na jakis zapadłych wsiach. smile takie rzeczy się zdarzają
            >
            >
            > Hipokryzja. Bo niby nie wolno, ale załatwić się daje.

            no wiesz smile prawo zatem też jest przesiakniete hipokryzjąsmile Nie
            mzona się bez konsekwencji wycofac z zawartej umowy przeciez, ale
            jeslu ta umowa nie została zawarta zgodnie z obowiazującym prawem to
            jednak mozna, bo jej w swteile prawa nie byłosmile Hipokryzja po
            całosci smile.
            >
            > Małe dziecko może o czymś decydować? Przecież to wtedy głównie
            szczepi się ludz
            > i
            > religią, z której matni trudno się potem wyplątać.

            Sam w poprzednim poście piszesz, ze człowiek sie uczy, sam wyciaga
            wnioski. małe dziecko dorasta i moze samo dokonac wyboru.
            >
            > A Ty w którego boga wierzysz? W Boga, Allacha, Jahwe czy Zeusa?
            >
            A co ci do tego?smile

            --
            Korcia
            "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
            żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
    • trudno powiedziec, ale jesli sie kocha, a nie pozwala odejsc, to
      jest to dla mnie milosc posiadajaca, uzlezniona od posiadania
      kontroli, jesli nie od traktowania drugiego jako przedmiotu, a nawet
      pokarmu, ich bytu. Dla egoistow, ich wlasny byt jest jedynym
      realnym. Reszta to pokarm. A to ze wyuczyli sie mowic 'dziekuje',
      'smacznego', 'na zdrowie', 'jak sie czujesz' itd to papugi tez moga
      (moze Koko mialby z tym problem?). Nie swiadczy to jeszcze o
      czlowieczenstwie. Ale taka milosc posiadajaca moze byc autentyczna
      na swoim poziomie, w tym sensie ze osoba taka poprzez doswiadczenie
      zwiazku milosnego, ktory potem sie rozpadl, podlega wciaz procesowi
      rozwojowemu, przemianie, bo zdolala na jakis czas przynajmniej
      zjednoczyc sie z druga osoba, ale nie jest to milosc dojrzala. Tylko
      byc moze nastepna faza dojrzewania do prawdziwej, pelniejszej
      milosci (Dlatego jestem tez za wolnymi, spontanicznymi zwiazkami, a
      nie przymusowa monogamia) Niektorzy twierdza ze symptomy zazdrosci
      swiadcza o milosci, ale wydaje mi sie ze to raczej objawy wlasnie
      milosci posiadajacej. Oczywiscie obojetnosc tez moze byc odbierana
      jako brak uczucia milosci, ale byc moze to wlasnie osoba odczuwajaca
      obojetnosc nie docenia pozostawianej jej wolnosci w zwiazku?
      Niemniej jak sie chce odejsc, wszystko moze byc pretekstem, wszak
      nikt nie jest dokonaly. To zalezy od poszczegolnych zwiazkow. Ale,
      jasne, latwo sie mowi, kiedy nie ma sie tego problemu, lub kiedy juz
      wywietrzal.
      Malzenstwo jako takie uwazam za wymysl tradycji patriarchalnych.
      Zalegalizowanie posiadania, i przedmiotowego traktowania drugiej
      osoby. Kiedys malzenstwo bylo kontraktem biznesowym, miedzy
      rodzinami, a milosc to byly zwiazki wylacznie pozamalzenskie. I nikt
      sie temu nie dziwil. Od czasu jak milosc zaczeto utozsamiac z
      malzenstwem to sie zaczely pojawiac rozne posilkowe argumenty, w
      rodzaju np. ze pomimo zlych relacji, trzeba byc wytrwalym jak Jezus,
      trwac i cierpiec, bo coz tam nasze cierpienia, baty od taty, czy
      meza-pijaka, w porownanu do cierpien Jezusa, ktory nas zbawil,
      cierpiac ciepieniem wszystkich ludzi? Smieszne zreszta jest to
      wyolbrzymianie cierpienia Jezusa. Dlatego tak wywijaja tym krzyzem,
      jak memento mori, pamietac zeby cierpiec! Ale tak czy owak to sa
      problemy, ktore wychodza na wierzch dopiero jak dochodzi do
      rozejscia. Zreszta niektore zwiazki przetrzymuja taki kryzys,ale
      duzo nie. I powinna tu istniec mozliwosc wolnego wyboru, a nie
      tlumaczenie ze jesli tylko wytrwasz to wszystko sie ulozy. No tak,
      pod jednym dachem, w dwoch roznych pokojach, wypaleni nawzajem, lub
      nienawidzacy do granic obojetnosci, tylko dla dzieci.
      Ale to fakt ze taki egoista kochajacy, pierwszym zauroczeniem, nawet
      nie wiedzial jak bardzo zrosl sie z druga osoba, i teraz wobec
      rozstania nie potrafi zniesc tego rozerwania, odczuwajac to tak
      jakby ktos chcial mu ukrasc czesc jego wlasnej osoby. Terapia, czas
      leczy rany, podnoszenie swiadomosci, najlepiej mieszkac na drugim
      koncu swiata, nie wiem. Ja do dzisiaj musze sie chowac przed moimi
      eks, bo u takich ktorzy lubia zyc kosztem energii drugiego
      czlowieka, ten przedmiotowy sposob traktowania drugiego raczej nie
      mija za szybko.
    • Mnie bardziej zastanawia czy to jest
      > etyczne. Nie pozwalać odejsc osobie, którą rzekomo się kocha
      > najswietszą miłoscią. Co to daje komuś takiemu? Ma satysfakcje, ze
      > tamta osoba nie moze się formalnie z kims związać? jakie to ma
      > znaczenie, skoro i tak nie chce już z nią byc?

      ma znaczenie takie, ze malzonek nie powinien wiazac sie z inna osoba, bo juz
      jest zwiazany z zona prawowita i tak powinno zostac... wink


      ja bym zapytala inaczej: czy etyczne jest to, ze kosciol glosi ze rozwod jest
      zlem? ze wbija takie rzeczy ludziom do glowy? oczywiscie kazdy sie zgodzi z tym,
      ze lepiej zyc w szczesliwym zwiazku niz sie rozwodzic. (szczescie jest
      wartoscia, a rozwod - brakiem szczescia czyli czyms negatywnym). jesli jednak
      jedyny wybor jaki mamy to: 'zycie w nieszczesliwym, niszczacym zwiazku' lub
      'rozwod +samotne zycie', to w tej sytuacji rozwod powinien byc traktowany jak
      zbawienie (zly zwiazek -nieszczescie i rozwod -wybawienie od nieszczescia, a
      wiec rzecz pozytywna). krotko mowiac: to czy rozwod jest zlem zalezy od
      kontekstu, ale nauki kosciola sa zwykle czarno-biale. (warto by jeszcze rozwazyc
      takie wybory jak np:
      'rozwod +samotnosc' czy '+zniszczone zdrowie +deptana godnosc')

      temat twojego watku nalezaloby wiec sprowadzic do problemu: 'jak to jest, ze
      czlowiek traci instykt samozachowawczy i pomimo ciepienia i problemow
      zdrowotnych nie godzi sie na odciecie od zrodla tego cierpienia czyli rozwod?'
      to jest temat dla psychologa: 'wplyw nauk religijnych na (nie)rozwiazywanie
      problemow zyciowych'.
      • -- no własnie - jest "ale"...

        Wg mnie fakt, iz Koscioł postrzega rozwód jako zły, w sensie
        ogólnym, zjawiska, ma tu niewiele do rzeczy. Jakkolwiek bowiem
        postrzega sam fakt bycia rozwiedzionym nie powoduje ograniczenia u
        katolika w zakresie pełnego uczestnictwa w sakramentach. Niemoznosc
        rzyjecia eucharystii i odbycia samkarmentu pokuty czyni dopiero
        trwanie w grzechu cudzołostwa, niezaleznie zresztą czy tra osiba
        kaninicznie wola, czy też nie.

        Związanie się z kimś bez sakramentu jest jak wszystko inne, wyborem,
        a nie koniecznoscią. oczywiscie przedstwiam teraz logicznie fakty:
        stanosiko kosciola i postawę wiernego, a nie móje zdanie na temat
        zw. niesakramentalnychsmile

        Ponadto Koscioł wcale nie wmaga od wiernego by fizycznie trwał przy
        małzonku, który go nisczy czy to fizycznie, czy psychicznie.
        Przeciwnie- Koscioł wrecz zaleca separację w sytuacji, gdy
        współmałzonek stanowi zagrozenie fizyczne albo duchowe, czy też oba
        dla drugiego i dzieci. Separację fizyczną, nie tylko papierowa,
        czyli taką dotyczącą finansów, np. rozdzielnosci majatkowej.

        Rzecz cała sprowadza sie do tego, ze separacja jest z załozenia
        czasowym rozstaniem. Koscioł pokłada w jej instytucji nadzieję, ze
        przyczyna separacji powstala po stronie winnego małzonka moze ustać
        i wówczas małzonek, który się separował powinien przebaczyc mu i
        wznowić wspólne życie. Przebaczenie jest tu koniecznoscią dla
        seoarującego się, ale wówczas, gdy ma on solidne podstaawy sądzic,
        ze przyczyna ustała faktycznie, a nie tylko winny małzonek jej
        ustanie deklaruje. Np. mąż agresor chodzi na terapię dla
        agresywnych, trwa to czas wystarczajacy dla oceny, ze jest poprawa,
        a wyniki sa zadowlalające. Wyjatek od tej reguły stanowi zdrada
        małzeńska - niewinny małzonek nie musi wznawiac pozycia nawet gdy
        winny przesta zdradać i trwa w wiernosci mu, jesli czuje, ze to
        przetasta jego mzoliwosci psychiczne.

        Cywolnoprawnie separacja działa jak rozwód , z tą róznicą, że
        naturalnie żadna se stron nie moze się z nikim zwiazać ślubem
        cywilnym.
        z grubsza ak to działa. Nie jest wiec tak, ze Koscio zmusza z urzedu
        kogoś do trwania przy kims, kto sie zneca, zdradza, poniża itp.

        Wg mnie osoboscie podejscie do instytucji separacji przez Kościoł ma
        słaby punkt w postaci naiwnosci. Naiwnosc ta polega na założeniu,
        ze ten kto jest winny rozpadowi małzeństwa bedzie chciał te
        sytuacje zmienić, a na ogół tak nie jest.

        Prawde mówiąc, nie udało mi się dotrzec do zadnego oficjalnego
        dolkumentu Koscioła stwierdzajacego jednoznacznie, ze katolikowi nie
        wolno zgodzic się na rozwód. Takie stwiedzenia to raczej wolne
        przemyslenia konkretnych ksieży. Moze sie myle, bo nie ejstem
        ekspertem, moze źle szukalam, ale nie znalazłam.


        Task czy owak - osoby pisząca na zalinkowanym forum to w wiekszosci
        nie takie, które chcą się wykaraskać z życia z kims kto je bije, a
        chcą to zrobić zgodnie z nauka Kosciola. To sa na ogół ludzie
        porzuceni prez swych współmałzonków, którzy sa powodami w ich
        sprawach rozwodowych.

        większosc też tyc ludzi jest ekstremalnie wprost uzalezniona od swgo
        współmałzonka, co nie ma nic wspólnego z miłoscia ani przekonaniami
        religijnymi. gadka o religii to tylko bardzo niebezpieczna poniekad
        przykrywka dla stanu niemoznosci pogodzenia sie z oczywistym faktem:
        on/ona juz mnie nie kocha i nie chce. Przyjecie takich faktów jest
        na ogól trudne, ale to jedyna droga do dalszego życia, takze do
        zycia w zgodzie ze swoim sumieniem, bo to wcale tego nie wyklucza.

        Paradoksalnie udzielający rad , radzą się wlasnie z tymi faktami
        pogodzić, ale nadal kochac meza/ zone. Nic złego w miłosci, naet
        eiszczesliwej nie ma, poza bólem kochającego rzecz jasna, ale rada:
        kochaj go nadal, ale nie skupiaj się na jego zachowaniu, nie staraj
        się dowiedziec co robi itp. dla takiej osoby jest niewykonalna.
        Osoba uzalezniona emicjnalnie, jak kazda uzalezniona musi sie
        wyleczyć z uzaleznienia, a w tym nie pomaga adoracja obiektu
        uzaleznienia.

        No, ale dochodzi do tego rozowofu i ktos taki ma spokojnie mówić,ze
        się nie godzi, bo nadal kocha. wszystko fajnie, jesli nie kocha i
        np. o kase mu chodzi smile ale jesli jest uzalezniony a współmałzonek
        sie na niego wypina w sądzie, co z reguły nastepuje dostaje cios w
        samo serce. Jego deklaracje miłosne i religijne nic nie znaczą w
        sądzie. Moze orzeczenie rozwodu odwlekac, ale przy paru latach
        stwierdznego rozpadu malzeństwa już się nie da. tak czy owak taki
        ktos zostaje rozwodnkiem/rozwódką tyle,ze ze zdeptaną juz do cna
        godnoscią.

        Ktoś komu zależy na rozwodzie, a ma troche oleju w głowie po prostu
        przeczeka, albo użyje innych argumentówsmile Ja sama przez to
        przeszłam, wiec wiem. Rozwód nie był mi bynajmniej potrzebny do
        nowego zwiazkusmile a do tego, by się prawnie raz na zawsze odczepic od
        eksa. I zadne tam sparacje nie wchodziły w gre. mój eks, jako
        katolik naturalnie zapowiedzial, ze sie nie zgodzi, wziął sobie
        nawet adwokatasmile w tym celu.
        ostatnią rzecza na jaką bym sobie pozwoliła to prosic go o
        cokolwiek. Spokojnie stwierdzilam, ze poczekamy do rozprawy. Godzić
        się nie musi, jego prawo. A moje prawo zmienic zdanie i domagac się
        rozwodu z jego wylącznej winysmile A chyba nie ma watpliwosci, ze jego
        wariackie zachowania i dziwny stosunek do obowiązków w rodzinie za
        takową wine zostanie uznany. Jestem w trakcie leczenia, na zasiłku
        chorobowym, wiec naturalne, ze bedzie musiał na mnie płacić do
        zcasu, az nie wróce do pracy. A to moze sobie potrwac. smile W dodatku,
        no w wiekum rozpłodowym, wiec gdyby sprawa się ciagnela, a ja z kimś
        spotyklala, mogłoby mi sie np. zdarzyc, ze zaszłabym w ciążesmile, a
        dziecko zrodzone w małzeństwie to z załozenia dziecko meza, wiec to
        on musialby w sadzie dowodzić, ze ojcem nie jest i ...placicsmile to
        ostatnie to byla ewidentna sciema smile bo przeciez sa badania DNAsmile
        Ale tak się eksio przestraszył, ze migiem zgodzil się
        na "rozwiazanie małzeństwa przez rozwód" mimo swego zagorzałego
        katolicyzmu smile

        Zeby mu do chorej glowy nie przyszły jakies wznowienia i tym
        podobnesmile wniosłam jako osoba chora i na zasiłku chorobowym o
        orzeczenie zabezpieczenia dla mnie w razie niemożnosci
        zarobkowaniasmile grosza od niego nie potrzebowalam i nie wziełabym,
        ale to skutecznie go zniechęciło do rozwzań nad tym jak to rozwód
        jest złysmile

        ja jednakze byłam w przymusowej sytuacji: mój eks to wriat, a ja się
        tego domyślalam. Zależało mi na szybkim rozwodzie, bo gdyby sparwa
        wyszla na jaw, ze jest chory moglabym go wcale nie dostac. Gdyby nie
        to moglabym poczekac i tak bym uzyskała rozwód i tak smile


        Korcia
        "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
        żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
        • jak juz pisalam wyzej to jest temat dla psychologa wg mnie. Ja takie
          postepowanie lacze z religijnoscia. Napewno jest tak, ze ludziom religijnym
          znacznie czesciej jest trudno zakonczyc zly zwiazek malzenski, "walcza" o niego
          nawet gdy nie ma juz o co walczyc, nie widza (nie chca?) ze sytuacja jest
          beznadziejna i nic juz nie pomoze. Gubia gdzies po drodze swoja godnosc i
          rozsadek, umiejetnosc racjonalnej oceny sytuacji. Co do nauk kosciola - jeden
          ksiadz powie jedno, drugi co innego. Mysle, ze jednak czesto tacy ludzie nawet
          nie wiedza lub nie chca wiedziec, ze sam rozwod nie jest grzechem. Uwazaja
          inaczej. To pewnie tez kwestia wplywu otoczenia.
    • Można sie zgodzic z tym co piszesz.Ale mnie jako czlowieka nie wazne czy wierze
      w Boga czy nie...Mnie denerwuje jednorazowość w zwiazkach.Rozwody z byle powodu
      bo jedna ze stron jest za bardzo ambitna i rzuca sie w wir pracy i
      kariere.Ludzie poprostu zaczynaja podchodzic zbyt lightowo do zakładania
      rodziny.A kto cierpi na tym otóż dzieci.Rozpad rodziny jest czesto dramatem.Ja
      przezylam ogromny kryzys w małżeństwie tzn wspolnie z mezem.Byly 2 lata gdzie
      naprawde na sile to ciagnelismy.Ale oboje bardzo sie staralismy to przetrwac i
      ratowac nasza rodzina.Córka byla dla nas duza podpora gdyz obojgu nam zalezy na
      szczesciu corki.Zabiegajac na sile o dobro dziecka uratowalismy zwiazek i szybko
      odbudowalismy nasze szczescie.Mysle ze ludzie nie do konca maja swiadomosc co to
      jest malzenstwo nie wazne czy po slubie katolickim czy urzedowym.Czlowiek
      powinien miec swiadomosc ze odpowiada za 2 czlowieka.A nie np...maz za malo
      zarabia nie pozwala na imprezy firmowe i jest juz bee.Trzeba sie zastanowic
      przed slubem.Jesli nie jest sie na silach wziąć odpowiedzialnosci za rodzine
      (wspierac sie w trudnosciach)to lepiej byc singlem.Warto powalczyc o milosc i
      moze nawet dac z siebie wiecej 3-krotnie jak 2 polowka.I nie ma to znaczenia czy
      wierze w Boga czy nie.Kochac albo sie umie albo nie.I nie brałabym tu pod uwage
      religii.
      • Nie chce wypowiadac sie w imieniu Kory, ale wydaje mi sie, ze ma ona na mysli
        inny problem. Masz racje, ze o malzenstwo nalezy powalczyc, ale tak przeciez
        ludzie zazwyczaj robia. Nikt nie rozwodzi sie w jeden dzien i po jednej klotni.
        Rozwod jest zwykle poprzedzony dlugim okresem kryzysu i jest wyjsciem
        ostateczym, z ktorego sie korzysta, gdy juz wszystkie inne rozwiazania zawioda.

        Natomiast na forach katolickich mozna poczytac przerazajace (wg mnie) historie.
        Czytalam np. watek zalozony przez kobiete, ktora maz zdradza od 7 lat (!!), a
        ona nadal przy nim jest. Nie chce robic awantur, zeby nie zdenerwowac meza wiec
        prosi go spokojnie, aby nie spotykal sie wiecej z ta pania (kochanka), ale maz
        ma to gdzies. Jest mu wygodnie z zona, ktora zajmuje sie domem, dzieckiem,
        ugotuje, postprzata. Nie szanuje jej, bo wie ze nie musi, wie ze ona bedzie z
        nim "dla dobra dziecka". No i kobieta wyplakuje sie na forum, pisze ze chodzi na
        terapie do psychologa, ale nie chce przrwac tego chorego malzenstwa, ktore
        przeciez od dawna (od 7 lat!) nie istnieje.

        Napisalas cos waznego - o malzenstwo trzeba walczyc we DWOJE. Kiedy jednak
        walczyc chce tylko jedna strona, a druga nie, to taka walka nie ma zadnego
        sensu, doprowadzi jedynie do utraty zdrowia i zmarnowania sobie zycia.
        • Karafka zgadzam sie z Toba.Ja nie czytałam tego forum i myśle ze taka postawa
          jak tej jednostki ktora opisalas...to chyba jest jakas choroba badz strach przed
          usamodzielnieniem,depresja jakas a katolicyzm jest tu chyba taka wymowka.Nie
          wiem bo nie jestem katoliczką zagorzałą smile
          • Napewno duzo zalezy od jednostki, jednak uwazam, ze takim postawom sprzyja
            religijnosc. Nie tylko katolicka, ale generalnie chrzescijanska.
            • Ja myśle ze strach jest tu powodem i emocjonalne uzaleznienie bo nawet ksiadz Ci
              powie ze moze nie rozwod ale separacja ktora Kościol dopuszcza powinna miec tu
              miejsce.Zdradzanie jawne od 7 lat....koszmas nasza religia to nie islam...Mysle
              ze gdyby ta dziewczyna pogadala z ksiedzem to nie doradzalby jej aby na to sie
              godzila .
      • majerasek napisała:

        > Można sie zgodzic z tym co piszesz.Ale mnie jako czlowieka nie wazne czy wierze
        > w Boga czy nie...Mnie denerwuje jednorazowość w zwiazkach.Rozwody z byle powodu
        > bo jedna ze stron jest za bardzo ambitna i rzuca sie w wir pracy i
        > kariere.

        Wprawdzie nigdy się nie rozwodziłem, ale z tego co słyszałem na rozwody nie
        decyduje się "z byle powodu", jest to zawsze przeżycie traumatyczne dla małżonków.

        Nie wiem skąd się biorą takie mity?

        Coś jak z tym katolickim mitem, że gdyby w Polsce było prawo zezwalające na
        przerywanie ciąży ze względów społecznych, to kobiety przerwyałyby je dla samej
        przyjemności (a potem oczywiście wszystkie miałyby z tego powodu nieznaną
        medycynie "depresję poaborcyjną").
        Więc żeby chronić te "idiotki" przed nimi samymi potrzebne jest restrykcyjne
        prawo antyaborcyjne jak w najszej wspaniałej Ojczyźnie.

        Dzięki temu zamordystycznemu prawu wszyscy są szczęśliwi i uśmiechnięci, bo
        można powiedzieć, że przerywania ciąży w Polsce w ogóle nie ma (te ponad sto
        przypadków dla 38 milionowego społeczeństwa to przecież statystyczne NIC).

        Kłaniam się nisko.
        • diabollo napisał:
          >
          >
          > Wprawdzie nigdy się nie rozwodziłem, ale z tego co słyszałem na rozwody nie
          > decyduje się "z byle powodu", jest to zawsze przeżycie traumatyczne dla małżonk
          > ów.
          >
          > Nie wiem skąd się biorą takie mity?
          >
          > Coś jak z tym katolickim mitem, że gdyby w Polsce było prawo zezwalające na
          > przerywanie ciąży ze względów społecznych, to kobiety przerwyałyby je dla samej
          > przyjemności (a potem oczywiście wszystkie miałyby z tego powodu nieznaną
          > medycynie "depresję poaborcyjną").
          > Więc żeby chronić te "idiotki" przed nimi samymi potrzebne jest restrykcyjne
          > prawo antyaborcyjne jak w najszej wspaniałej Ojczyźnie.
          >
          > Dzięki temu zamordystycznemu prawu wszyscy są szczęśliwi i uśmiechnięci, bo
          > można powiedzieć, że przerywania ciąży w Polsce w ogóle nie ma (te ponad sto
          > przypadków dla 38 milionowego społeczeństwa to przecież statystyczne NIC).
          >
          > Kłaniam się nisko.
          diabollo znam niejeden taki przypadek gdzie rozwód to chwila.Moze najpierw
          rozstanie ucieczka od meza od zony a pozniej rozwod.Nie mowie ze wszyscy robia
          to pochopnie ale moze zyje w chorym środowisku...znam niejeden taki przypadek i
          wszyscy sa Katolikami.A taki np portal NK uwierzysz ze znam dokladnie 2
          przypadki ze ludziom odbiło po prostu...Takie są fakty a ja poprostu utrzymuje
          ze ludzie zakładaja rodziny czasami chyba pochopnie.Powtarzam ze sa to moze
          rzadkie przypadki ale coraz czesciej je obserwowac mozna.
          • majerasek napisała:

            > diabollo znam niejeden taki przypadek gdzie rozwód to chwila.Moze najpierw
            > rozstanie ucieczka od meza od zony a pozniej rozwod.Nie mowie ze wszyscy robia
            > to pochopnie ale moze zyje w chorym środowisku...znam niejeden taki przypadek i
            > wszyscy sa Katolikami.A taki np portal NK uwierzysz ze znam dokladnie 2
            > przypadki ze ludziom odbiło po prostu...Takie są fakty a ja poprostu utrzymuje
            > ze ludzie zakładaja rodziny czasami chyba pochopnie.Powtarzam ze sa to moze
            > rzadkie przypadki ale coraz czesciej je obserwowac mozna.

            Czcigodna Majerasek,

            To, że na "zewnątrz" rozwód może wyglądać na szybki, łatwy i przyjemny, a
            rozwodzący mogą trzymać fason i udawać, że ten rozwód i nieudane małżeństwo ich
            nic nie kosztowało, to w cale nie znaczy, że tak naprawdę jest.

            Rozwód tymczasem jest zawsze przeżyciem nieprzyjemnym, czasem traumatycznym,
            zawsze jakąś przegraną, co nie znaczy, że jeszcze większą traumą, przegraną i
            nieprzyjemnością jest podtrzymywanie martwego - a już napewno patologicznego -
            związku.

            Kłaniam się nisko.
            • diabollo a Ty jestes kazdym ze sie za wszystkich wypowiadasz?Cierpi strona
              przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.
              • majerasek napisała:

                > diabollo a Ty jestes kazdym ze sie za wszystkich wypowiadasz?Cierpi strona
                > przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.

                Nikoniecznie. Czasami, kiedy odzyskają równowagę po wszystkim są jak najbardziej
                szczęśliwi.

                Kłaniam się nisko.
                • 18.01.10, 23:34
                  Jasne smile Diabollo jak ty wiesz, choc nie doświadczyłeś smile
                  Ani chwili nie załowała, rozwodu z moim ekse. Zalowalam natomiast
                  tego czasu, który trawiłam na tzw. poprawe i potem wegetację.

                  dziś już nie załuję, było ineło. I tak samo nie zal mi ani jednego
                  dnia z moim eksfaceem, kims o kgo pewnie warto było walczyc, ale ja
                  odpusciłamsmile Nie warto było zarracac w tynm siebie. teraz, kiedy
                  jesteśmy znów, jak kiedys, przyjaciółmi widzę, że walka o nas bylaby
                  walką o samych siebie, a te mozna prowadzic razem, ale nie o jeden
                  bastion. smile wiem, ze Ty i Karafka to zrozumieliście. jestem
                  szczesliwasmile z kims innym - dwa razy do tej samej rzeki nie raniąc
                  sie nuie wejdziesz. smile
                  --
                  Korcia
                  "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                  żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
              • niesłusznie złoscisz się na Diabolla, bo w w tzw. ogólności ma
                rację. Sporo znam rozwiedzionych ludzi i sporo w sród nich takich,
                którzy samego rozwodu nie odczuli jako traume, a jako ulge. Ale
                rozwód to pewien finał. to formalne załatwienie czegoś, co od
                jakiegos czasu jest w rozkładzie. To skutek czegos, a nie przyczyna.

                Posałas o sobie, o swoim małzeństwie. Fajnie, tylko pominełas
                istotny szczegół w tym wszystkim. Caly czas pisłałas: mysmy smile
                staralisliśmy się, ciagnelismy itp. A wiec oboje. Kazdy człowiek ma
                swoją wytrzymałośc na kryzys dowolny i jego prawo, ale sens naprawy
                jest tylko wówczas w zwiazku, gdy widzie się go we dwoje. To nie
                daje gwarancji, ze sie uda, bo poza widzeniem jest jeszcze
                ibndywidualne podejscie, wiem to z doswiadczeniasmile , ale to daje
                jakies podstawy.
                Natomiast w sytuacji, gdy ktos nie chce, albo jak było w przypadku
                mojego eks nie potrafi niczego naprawić, to zwyczajnie nie ma sensu
                i trza odpuscic. Ja ie jestem dobrym przykladem na klasyczna
                eksżone smile moje małzeństwo nie mogło po prostu przetrwać, chicby nie
                wiem co, chyba, ze bylabym stuknieta, albo masochistka. Ale jestem
                najlepszym przykladem na debilne (tak o sobie to piszę) poczucie
                odpowedzialnosci. W głupocie swej bowiem, niezalernie wcale od
                wiary, bo ona jest dla mnie sprwa bardzo indywidualną uwazałam, ze
                jeśli złozyłam komus deklaracje i bynajmniej nie chodziło o aka
                przed ołtarzem i ludzmi , ale taka w 4 oczy smile to trezba ja starać
                się wypełnic. A dla mnie deklaracj ata znazcyła przede wszystkim
                TROSKE o tego człowieka. Byłam bardzo durna smile Albowie drugiemu
                człowiekowi mozna pomóc tylko na tyle, na ile sam tego chce. Trzeba
                było chronic siebie przede wszystkim. Moje poczucie
                odpowiedzialnosci kosztowało mnie pare lat z zycia, nerwy, zdrowie i
                traumę. Nikomu nie zycze. Moze zabrzmi to zarozumale, ale z tym sie
                nie da porównać zwyczajny "kryzys". Natomiast niezaleznie od skali
                kryzysu trzeba myslec o sobie. "Kochaj blixniego swego, jak sibie
                samego" - nie BARDZIEJ. Człowiek po to jest z drugim zeby mu było
                lepiej, a nie gorzej. A gorzej nie znaczy ze nastpai jakaś sytuacja
                zyciwa: chroba, wypadek. Gorzej znaczy, ze z ta osobą jedt Ci źle.
                Pisałaś o załowaniu rozstania - zawsze mozna to zmienic, póki się
                zyje. Ale weź pod uwage, ze masz jakis zaciemniony obraz niby
                rozwodów z byle powodu, po pierwszej kłotni. Jeśli do czegos takiego
                dochodzi , podłoze jest gdzieś w przeszłosci. ukrywane zyje i tyle.
                W normalnym związku czlowike, albo oboje smile chcą naprawy. Jesli
                widzą sens. Albo z głupoty, jak ja smile Dzis wiem, ze deklaracja to
                nie tylko moja rzezcm takze drugiej strony, nauczylam sie dzielić
                odpowiedzialnosc. ja mam zobowiazania, ktos też smile

                Nie wypełnia ktos - musi sie liczyc z konsekwencjami. ta nauka
                bardzo mi sie przydala w życiu smile dzis wiem, że nie ma takiej siły,
                która zmusiłaby mnie do jednostronnego dzialania. ba, do dzialania
                nawet dwustronego, ale sprzecznego z tym, co jest dla mnie wazne. To
                chyba dojrzaloscsmile




                Korcia
                "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
              • majerasek napisała:

                Cierpi strona
                > przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.


                Zgodze sie, ze w niektorych przypadkach cierpi strona przegrana, jesli wciaz
                kocha malzonka. Zgodze sie tez, ze cierpia obie strony jesli mamy na mysli
                stres, choroby (na tle nerwowym), trudna sytuacja finasowa, problemy z
                poukladaniem, zorganizowaniem sobie zycia na nowo. Jednak przyznam, ze nie
                spotkalam nigdy nikogo, kto zalowalby rozwodu. Ludzie zaluja co najwyzej, ze
                zbyt dlugo zwlekali z rozwodem, zamiast wczesniej zakonczyc chora sytuacje.
                Zazwyczaj czlowiek jest tak zmeczony problemami w malzenstwie, ze rozwod
                przyjmuje z ulga. Znam tez calkiem sporo kobiet, ktore po rozwodzie odzyly,
                czuja sie i wygladaja lepiej niz w czasach mazenskich.

                Znam tez jedna pare, ktora wrocila do siebie po rozwodzie, probuja byc znowu
                razem, bo obojgu na tym zalezy. Ale nawet oni nie zaluja decyzji o rozwodzie.
          • 18.01.10, 23:57
            chyba nieco odwracasz mentalnie chronologię. wnioskuje to chocby o
            tym pisaniu o nksmile
            Ileż o rozpadów zwiazków rzekoo przez ten portal smile A tymzasem sprwa
            wyglada odwrotnie. Zdrada, powroty do dawnych sympatii i miłosci to
            konswekwencja na ogól, a nie przyczynasmile

            Czlowiek szuka poza swoim zwiazkiem tego zazwyczaj czego w swoim
            związku nie ma, a czego potrzebuje. Zainteresowania, podziwu,
            romanyzmu, adoracji. Oddalenie sie ludzi to przyczyna, zdrada to
            konswekwencja, na ogól oczywiscie smile
            --
            Korcia
            "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
            żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
            • 19.01.10, 08:50
              Ale na mnie naskoczylisciesmileJa nie pisałam nigdzie ze trzeba poświecac
              zdrowie,narażac siebie i dzieci na niebezpieczenstwo lub co tu mowic...meczyc
              sie z alkoholikiem.Poprostu mam na mysli ze dzis wartosc taka jak rodzina
              odchodzi w cien.Czesto liczy sie samospelnianie zadowolenie ale glownie z
              siebie.Nie ganie rozwodzacych sie gdybym miala sytuacje jakas bardzo trudna nie
              bylabym ofiara nawet mimo milosci.Matka nieszczesliwa nie jest dobra matka.Nic
              fajnego jak dzieci widza klotnie rodzicow.Poprostu nie rozumiecie o co mi
              chodzi.Dziwi mnie ze nie przeraza was ogrom rozwodow i wrecz nawolywanie ze jak
              nie pasuje to mozecie sobie zmienic.Takie sa teraz trendy.I co czy ludzie dzieki
              temu sa szczesliwsi?Co 3 osoba ma stany depresyjne.A....oni pewnie sie mecza w
              zwiazkach i walcza z wiatrakami..Na szczescie jestescie tylko 3 osobami jak
              wnioskuje po rozwodzie i na sile wszystkich usprawiedliwiacie nie zauwazajac
              problemu spolecznego jakim sa rozpady zwiazkow.
              • 19.01.10, 09:41
                majerasek napisała:

                > Ale na mnie naskoczylisciesmile

                kto? gdzie? jak? smile

                .Czesto liczy sie samospelnianie zadowolenie ale glownie z
                > siebie

                No wiesz, nie ukrywajmy, ze człowiek chce być zadowolony ze swojego
                życiasmile moze dla niektórych ludzi to zawwolenie ograicza sie z
                zadowolenia bycia mezem/żona, matka/ojcen, ale wiekszosc chce
                czeroac zadowolenie takze ze swojego rozwoju: intekekualnego,
                zawodowego. normalne

                .Dziwi mnie ze nie przeraza was ogrom rozwodow i wrecz nawolywanie
                ze jak
                > nie pasuje to mozecie sobie zmienic.Takie sa teraz trendy.I co czy
                ludzie dziek
                > i
                > temu sa szczesliwsi?

                wiesz, jest taka scenka w serialu "Dom" chyba, kiedy jeden z
                bohatrów rozmawia z dozorca Popoiołkiem. Popiołek mówi: patrz pan te
                rozwody, dlaczego przed wojna ludzie sie nie rozwodzili. Jego
                rozmówca stwierdził: bo rozwodów nie było, a Popiołek: patrz pan i
                za sanacji czegos brakowało smile

                To nie jest moda, tylko mzliwosc, którą ludzie niechcący być w zym
                zwiazku wykorzystuja. Kiedyś kobiety nie mogły sobie na nią z
                oczywistych wzgledów pozwolic. Pytasz czy ludzie sa przez to
                szczesliwsi? Pewnie róznie. Pojecie sczescia jest bardzo subiektywne
                i trudno oceniac "szczesliwosc" ludzkosci po tym, ze są rozwody smile

                Co 3 osoba ma stany depresyjne.A....oni pewnie sie mecza w
                > zwiazkach i walcza z wiatrakami.

                Znów bład w ocenie. Po pierwsze stamny depresyjne nie bywaja
                wywoływane li tylko wskutek problemów w zwiazku, po drugie - kiedys
                wcake nie tak mało było tych depresji, tylko ludzie tego nie
                leczyli, wiec i nie było to wiadome.


                .Na szczescie jestescie tylko 3 osobami jak
                > wnioskuje po rozwodzie

                A to jakies dziwne wnioski wyciagasz, bo ja napisałam, ze jestem smile,
                ale pozostałe dwwie ossoby to chyba nie pisałysmile

                i na sile wszystkich usprawiedliwiacie nie zauwazajac
                > problemu spolecznego jakim sa rozpady zwiazkow.

                Jak najdalsza jeste od usprawieliwiania kogoś, zwlaszcza kogos kto
                zrobi cos legalnegosmile ale byc moze słusznie zauwazyłas, ze chodzi
                o "rozpad zwiazków" - tyle, ze rozwd to finał, sformalizowanie
                ROZPADU zwiazku, a nie sam rozpad. Tak jak obrazowo ślub to nie ejst
                początek zwiazku ludzi go bioracych, przynajmniej w dzisiejszym
                swiecie pozaarabskim smile
                --
                Korcia
                "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
                • 19.01.10, 10:18
                  Każdy ma swoje racje.Ja zwróciłam uwage na problem z mojego punktu widzenia.Nie
                  uogólniam tutaj rozwodów.Małżeństwo lub zwiazek z drugim czlowiekiem to troche
                  gra kompromisów.Wiadomo ze nie mozna doprowadzic do utraty własnej tożsamości
                  czy rezygnacji z własnych marzen czy realizowania sie w zyciu.Moze jestem troche
                  mało obiektywna ale wlasnie w bliskiej rodzinie przechodzimy dramat gdzie po 2
                  latach żonka wróciła na kolanach bo kochaś ja olał.Wróciła do męża ktorego
                  przedstawiala w świetle drania niebezpiecznego przed sadem wsrod znajomych
                  .Wszystko to po to zeby miec wiecej i jezdzic lepszym samochodem.ale po 2 latach
                  poprostu kochaś sie znudzil...Wybaczcie moze ta dygresje ale troche sie moge tu
                  poużalać.Jak to wytłumaczycie??Zmarnowała chłopakowi 2 lata jest strzepkiem nerw
                  przebywala z dziecmi nie wiadomo gdzie i utrudniala z nimi kontakt.Ona
                  żałuje...Chodzilo mi o takie wlasnie rozwody.A naprawde przykladów takich znam
                  dokladnie kilka moze nie doslownie takich samych ale zblizonych.Co powiecie o
                  takich sytuacjach??
                  • 19.01.10, 10:31
                    ja powiem o tej sytuacji krótko: facet bedzie przykladem skończonego
                    idioty, jesli teraz "załujacą" zone przyjmiesmile

                    Za czas jakis moze się spodziewac podobnego zachowania.
                    Co powiem o takich rozwodach? No, ze dobrze ze są - kto by chciał
                    mieć taką osobe obok siebie? Masochista?

                    Osobiscie dla mnie zdrda w zwiazku jest nie do wybczenia z mojej
                    strony, w tym sensie, ze nie wyobrazam sobie tworzenia zw. dalej,
                    ale jesli tówj krewny tym mysli, to na pewno nie powinien zaraz
                    zozny przymowac z otwartymi ramionami.
                    ja bym mu radziła w ogóle juz o niej zapomnieć, jako o partnerce. To
                    matka jego dzieci - tyle

                    --
                    Korcia
                    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
                    • 19.01.10, 10:57
                      kora3 napisała:

                      > ja powiem o tej sytuacji krótko: facet bedzie przykladem skończonego
                      > idioty, jesli teraz "załujacą" zone przyjmiesmile
                      >
                      > Za czas jakis moze się spodziewac podobnego zachowania.
                      > Co powiem o takich rozwodach? No, ze dobrze ze są - kto by chciał
                      > mieć taką osobe obok siebie? Masochista?
                      >
                      > Osobiscie dla mnie zdrda w zwiazku jest nie do wybczenia z mojej
                      > strony, w tym sensie, ze nie wyobrazam sobie tworzenia zw. dalej,
                      > ale jesli tówj krewny tym mysli, to na pewno nie powinien zaraz
                      > zozny przymowac z otwartymi ramionami.
                      > ja bym mu radziła w ogóle juz o niej zapomnieć, jako o partnerce. To
                      > matka jego dzieci - tyle
                      > To samo mu radze.Własnie takie sytuacje mnie tak irytuja...mam kolezanke ktora
                      sie napatrzyla jak kolezanki na nK świat zwiedzaja i meza zostawila bo znalazla
                      sobie takiego co jej sponsoruje zycie dostanie.Zapomniala szybko jak ja z
                      rynsztoku mąż wyprowadził.Ale co...ona chce być szczesliwa nikt jej nie zabroni.
                      • 19.01.10, 11:13
                        Dobrze mu radzisz, zrobi jak zechce.

                        a co do kolezanki - nie badź taka pewna tego, co widzisz, bo ty
                        widzisz tylko kawałeksmile jak mawiała moja śp. babcia "nikt niczyjego
                        nie wie i w drugim nie siedzi"


                        Korcia
                        "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                        żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
              • piszesz, ze my nie rozumemy o co ci chodzi, a czy ty sama rozumiesz
                o co mnie chodzi w tym wątku?
                Pisałam o konkretnej sytuacji: braku zgody na rozwód. Co to daje? Wg
                Ciebie np. Naprawde jestes przekonana, ze jesli juz dochodzi do
                sytuacji rozwodowej, małzenstwo z sobą nie mieszka załozmy rok i
                stają pzed sadem to brak zgody na rozwód cokolwiek zmieni poza
                statystyka i to na krótko?smile
                Przeciez sad nawet odraczajac rozwprawe, czy orzekając separacje nie
                ma srodków przymusu dla tego kto odszedł, czy już nie chce być z
                drugimsmile
                Nie ma rozwodu, al zadna sila nie zmusi go, by nalad był ze swym
                współmałzonkiem, jesli nie chce.
                --
                Korcia
                "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
                • kora3 napisała:

                  > piszesz, ze my nie rozumemy o co ci chodzi, a czy ty sama rozumiesz
                  > o co mnie chodzi w tym wątku?
                  > Pisałam o konkretnej sytuacji: braku zgody na rozwód. Co to daje? Wg
                  > Ciebie np. Naprawde jestes przekonana, ze jesli juz dochodzi do
                  > sytuacji rozwodowej, małzenstwo z sobą nie mieszka załozmy rok i
                  > stają pzed sadem to brak zgody na rozwód cokolwiek zmieni poza
                  > statystyka i to na krótko?smile
                  > Przeciez sad nawet odraczajac rozwprawe, czy orzekając separacje nie
                  > ma srodków przymusu dla tego kto odszedł, czy już nie chce być z
                  > drugimsmile
                  > Nie ma rozwodu, al zadna sila nie zmusi go, by nalad był ze swym
                  > współmałzonkiem, jesli nie chce.
    • Właściwie to się z tobą zgadzam.Jest tylko jedno ale...Chodzi o to po co zawiera
      się małżeństwo.Bo jeżeli dla przeżycia jakiejś''przygody''to po co zaraz
      małżeństwo?Wydaje mi się że idziesz trochę na łatwiznę.teraz chcę napisać coś
      wydaje mi się ważnego ale nie chcę używać wielkich słów bo nie lubię patosu.
      kiedyś napisałem swoje życiowe credo i tam było takie motto-"...goń nie po to
      żeby dogonić ale żeby gonić..."I wtej (jednej z nielicznych)spraw poglądów nie
      zmieniłem.Ale zgadzam się że są małżeństwa gdzie krótko mówiąc szkoda czasu.
      I jeszcze jedno.Wydaje mi się że niepotrzebnie utożsamiasz dwie rzeczy kościół i
      religię!Dla mnię to są dwie nie do końca ale jednak różne rzeczy.To ostatnie
      zdanie potraktuj jako zaproszenie dodyskusji.
      • Hej, teraz mam mało czasu narozmowe, ale otem znajde wiecej smile

        Nie utozsamiam religii z Kosciołem - to razsmile a dwa, ze wg mojej
        oceny, jak mogłeś przeczytac owo niegodzenie sie uporczywie na
        rozwód, jest mało z religią zwiazane. Watek religijny jest tu
        przykrywką dla niepogogodzenia sie z faktami, byc mzoe emsty na
        współmałzonku, odreagowania za krzywdy. wygodnie jest to "nakryc"
        religijnoscia, wg iektórych lepiej wugladasmile Tak myśle

        Natomiast co do przygodysmile do tego nie trza małzeństwa, ba nawt
        konkubinatusmile tylko, ze nie sąze, by ktoś dla przygody wchodził w
        powazny zwiazek, jakikolwiek.
        --
        Korcia
        "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
        żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
        • ateiści też zawierają małżeństwa które się rozpadają.Ja uważam że religia to
          temat zastępczy.Sam mam nieudany związek i z pełną odpowiedzialnością za słowa
          piszę że za rozpad małżeństwa na pewno w stopniu nierównomiernym winę ponoszą
          obie strony a religia nie ma z tym nic wspólnego!
          • masz 100 proc. racjismile
            ja nigdzie nie piszę, ze za rozpad małzeństw odpowiada
            religijnoscktórejs ze stronsmile
            poruszylam natomiast problem braku zgody na rozwód
            USPARWIEDLIWIANEJ religijnoscią, choc moim zdaniem, zasłanianie się
            religijnoscią jest tu przykrywką dla zgoła innych rzezcy.

            --
            Korcia
            "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
            żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
            • Coś mi się wydaje że osobiste przeżycia przesłaniają ci problem.No właśnie czy
              problem?Zgadzam się że religijność "jest przykrywką dla zgoła innych rzeczy" co
              nie wyklucza że dla wielu(nie wiem jak wielu)religijność jest przyczyną do
              ratowania związku do czego mają wydaje mi się prawo.
              • wiesz, wg mnie to nie jest problem, ot zjawisko, do pogadania.
                ja osobistych takich przezyć nie mamsmile mój eks co prawda był bardzo
                religijny, ale zgodził się na rozwód, który ograniczył sie wówczas
                do standardowego minimum, czyli dwóch rozpraw: ugodowej i
                zasadniczej.

                Na rozwodzie mi zalezało, ale nie aż tak, by drzeć szaty, ze
                przeciagnałby sie np. o pół roku - tak wiec nie bardzo wem , jakie
                to osobiste doswiadczenia moje masz na mysli.
                --
                Korcia
                "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
                • No właśnie to co napisałaś.Ja sam tkwię w nieudanym związku i zastanawiam się
                  dlaczego?Nie znam motywacji twojego eks ale sama piszesz o religii.Zastanawiam
                  się co mnie trzymie od ostatecznego rozwiązania,czy jest to jak piszezs
                  religijność(nie podoba mi się to określenie)czy coś tym "przykrywam?Nie jestem
                  religijny(nie mogę znależć innego określenia,podpowiedz)ale słowa przysięgi
                  małżeńskiej potraktowałem poważnie.NIGDY NIE ZROBIONO WSZYSTKIEGO.ZAWSZE COŚ
                  JESZCZE...Pytanie co?
                  • mango49jk napisał:

                    Ja sam tkwię w nieudanym związku i zastanawiam się
                    > dlaczego?

                    Na to nikt poza tobą nie odpowie, sam musisz pokusić się o szczerą
                    rozmowe z sobą.

                    Nie znam motywacji twojego eks ale sama piszesz o religii.

                    Wiesz, w przypadku mojego akurat małzeństwa to nie jest takie
                    proste. Mój eksmąż przejawiał wręcz obsesyjną trligijnosc, ale u
                    niego związane to było z powazną chorobą psychiczną, na którą
                    cierpiał od wielu lat, przed nazym slubem.

                    Zastanawiam
                    > się co mnie trzymie od ostatecznego rozwiązania,czy jest to jak
                    piszezs
                    > religijność(nie podoba mi się to określenie)czy coś
                    tym "przykrywam?

                    Oj chyba dokladnie nie czytaleś. Po
                    1. zapodalam konkretne forum w temacie - jest to forum religijne
                    akurat
                    2. ja osobiscie uwazam, ze ludzie powołujący sie na religijne
                    przekonania w sytuacji ODMOWY UDZIELENIA ZGODY NA ROZWÓD, bo o tym
                    rozmawiamy!!! próbują w ten sposób "przykryć" inne powody dla
                    których rozwodu współmałzonkowi dać nie chcą.

                    Nie jestem
                    > religijny(nie mogę znależć innego określenia,podpowiedz)ale słowa
                    przysięgi
                    > małżeńskiej potraktowałem poważnie.
                    I słusznie..


                    NIGDY NIE ZROBIONO WSZYSTKIEGO.ZAWSZE COŚ
                    > JESZCZE...Pytanie co?

                    Nie wiem, ale każdy czlowiek wie ile w coś włożył pracy, starania,
                    serca. Jeśli czuje, ze to koniec jego mozliwosci to tak jest.

                    --
                    Korcia
                    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
                    • Trochę rzeczywiście się nie rozumiemy.Ja nie znam twojej sytuacji ale stan
                      twojego eks zmienia postać rzeczy.Ale mnie nie chodziło o konkretną sytuację
                      twoją czy moją...ciągle szukam innego określenia tego co nazywamy tu
                      religijnością...mnie chodzi o pewien system wartości a to nie oznacza tylko
                      wiary w Boga.Mnie ciekawi czy ty nie zgadzasz się z tym że taki system wartości
                      nie może być powodem ratowania związku.Podkreślam nie za wszelką cenę.
                      A propos choroby psychicznej byłbym bardzo ostrożny z formułowaniem sądów.Sam
                      byłem po operacji w "innym świecie" i powiedziałem że nigdy nie będę z "takich
                      ludzi" ... no nie wiem co.Nie odbieraj tego do siebie.To była taka lużna uwaga
                      na marginesie.
                      • mango49jk napisał:
                        mnie chodzi o pewien system wartości a to nie oznacza tylko
                        > wiary w Boga.Mnie ciekawi czy ty nie zgadzasz się z tym że taki
                        system wartości
                        > nie może być powodem ratowania związku.Podkreślam nie za wszelką
                        cenę.

                        Aczkolwiek chyab pokusze się o wujasnienie: otóż ja zaczęłam watek o
                        konketnej sytuacji, kiedy osoba niechcąca zgodzić się na rozwód
                        POWOŁUJE SIĘ na swoje przekonania religijne.
                        Naturalnie, że powodów, f
                        dla których ktoś chce ratowac swój zwiazek moze być tysiące i wcale
                        nie muszą one być związane z jakimiś religiami.

                        Szczerze mowiac, osobiscie uwazam, że brak zgody na rozwód niewiele
                        ma do ratowania związku. W takiej sytuacji związku już praktycznie
                        NIE MA. Jeśli jedna strona upiera się przy rozwodzie to znaczy, że
                        go zdecydowanie chce. Pytanie, czy uporczywy brak zgody moze to
                        zmienić.

                        > A propos choroby psychicznej byłbym bardzo ostrożny z
                        formułowaniem sądów.

                        Nie bardzo rozumiem - to nie jest moj żadem sąd tylko diagnoza
                        lekarska.


                        --
                        Korcia
                        "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                        żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
          • mango49jk zgadzam sie z Tobą.Bzdurą jest twierdzić ze religia powoduje ze
            ludzie walcza z wiatrakami.Rozmówcy tu twierdzą ze religijność jest powodem do
            utrzymywania zwiazku na siłe.Ja myśle ze religia nie ma tu nic do rzeczy-religia
            katolicka oczywiscie.Bo Islam chyba zaklada co innego.Cierpiętnice(cy) to wynik
            niewiary w siebie i uzależnienie emocjonalne.Ogolnie strach!!A co do rozwodów to
            dotyczy to chyba wszystkich.Kazdemu moze sie nie udac.Ale jedni sa swiadomi
            zakladajac rodzice inni nie.Jedni chodza do terapeuty staraja sie cos połatac a
            inni nie bo czesto juz maja na boku doradcewink
            • Majerasku smile mysle,ze nieco upraszczasz.
              Terapia małzeńska jest dla DWÓCH osób smile Siłą nikogo ani do
              terapeuty, ani do psychologa, ani do lekarza nie zawleczesz, ja
              akurat cos o tym wiem smile Ale juz nawet pomojając terapie, czy ine
              takie ściezki - nawet próba dogadania się na spokojnie MUSI być
              obustronna. Niekoniecznie w równych czesciach musi byc zapał, ale
              wola musi byc z obu stron. zgodzisz się?

              Poa tym wiesz, u ludzi wsyepuje coś takiego, co w technice nazywa
              się "zmeczeniem materiału"smile
              Bywa, że po prostu masz juz kogos dosyc, już ci się nie chce i już
              tej osoby zwyczajnie nie kochasz, nie wyobrazasz sobie, ze twoje
              życie, np. nasteone 40 lat masz spedzic z kims takim.

              Tak było ze mna. Na poczatku bardzo chciałam mojemu eksmezowi pomóc.
              łaziłam sama po psychologach, psychiatrach, ksieżach też - bo on
              jest rzekomo bardzo religijny. Nie chciał zadnej terapii, twierdził,
              ze jest ok. Po pewnym czasie to olałam, bo juz nie mialam siły.
              Chciałam tylko przetwac kolejny dzień. A kiedy się w złosci wyniósł
              z mojego domu, poczułam taką ulge, jakby mi wyrwano bolacą czesc.
              Zmieniłam zamki i nie interesowały mnie negocjacje zadne, zaklecia,
              obietnice, ze się zmieni, ze pójdzie do lekarza. Już nie. Czara się
              przelała już duuuuzo wczesniej. miałam tehgo goscia po prostu DOSYĆ.

              Wczesniej NIGDY nie było miedzy nami jakiejs megaawantury. Bywały
              sprzeczki, jego wariactwa, ale ja starałam sie trzymac od tego z
              dala. to była pierwsza i ostania taka sytuacja. No i mogłabs np.
              patrzac z boku dojsc do wniiosku: on się "wyprowadził" po pierwszej
              kłotni, a ona go potem już nie wpuscila. Tylko, ze poza kłotnią
              konkretna był cały szereg rzeczy, które ze wstydu ukrywałam przezd
              otoczeniem na przykład. czesc naszych znajomych otwierało szeroko
              oczy: oni sie rozstali??? (o rozwód podałam później, za pół roku)
              taie dobre małzeństwo???

              Nie zawsze to co widać z boku jest prawdą Majerasku. dziekuje Bogu,
              że natchnał mojego eksa, zeby się wtedy zdenerwował ( o błahostke) i
              wyniósł. Woelokrotnie go prosiłam, zeby się wyprowadził, ale bez
              skutku, bo jemu było po prostu wygodnie. Gdyby wtedy nie poszedł
              pwnie już bym nie żyła. Byłam w takim stanie psychicznym, a przy tym
              z racji ówczesnej choroby i fizycznym, ze dosłownie wegetowałam i
              nie byłam zdola do żadnego działania. Jego pojscie sobie na ten
              jeden w jego mniemaniu dzieńsmile dodało mi sił! Pomyslałam,ze mam
              dopiero 0 lat z małym haczykiem wówczas i chcę zyć! Wczesniej nie
              chciałam, po prostu byłam. Niedługo po wyprowadzce eksa zwiazałam
              sie z kimś uczuciowo. I znów, gdybys patrzyła z boku wizialabys:
              ledwo meza wyrzuciła juz ma gacha, nie?

              A pomiedzy mna i moim eksmezem od dawna już nie było nic, zadnego
              uczucia, nic.
              tak Majerasku wyglada zycie, akurat tu: kawałek życia. tak, ja sobie
              daję prawo do bycia szczesliwą, kochaną, szanowaną. Kazdy czlowiek
              ma takie prawo.
              --
              Korcia
              "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
              żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
              • Korciu Twoja sytuacja dla mnie jest prosta i klarowna.Dobrze ze poradzilas sobie
                z tym wszystkim i zyjesz.Trudno zebys miala wegetowac z dnia na dzien przy
                czlowieku chorym psychicznie nie chcacym sie leczyc.Swoja droga to podziwiam ze
                sie nie klociliscie....
                Ja z mezem kloce sie czesto hehehe leca czasami przedmioty (nieostre)a jeszcze
                jak on byl chory to naprawde ...Az dziwne bo ludzie psychicznie czesto
                okaleczaja fizycznie rodzine do psychicznego wykanczania nie maja cierpliwosci.A
                z drugiej strony i tak "wszyscy jestesmy nienormalni"Jeszcze jedno jak fakt
                choroby ukrył przed Toba to jako gorliwa katoliczka mozesz dostac rozwod
                Kościelny. Kościół nie pochwala ukrywania takich faktów.Twój eks byl chory
                rozwodu dac nie chcial czyli moze to nie katolicyzm jest tu winny za walke z
                wiatrakami a odchylenia psychiczne??Bo czas ascetów juz minał...
                • majerasek napisała:

                  Trudno zebys miala wegetowac z dnia na dzien przy
                  > czlowieku chorym psychicznie nie chcacym sie leczyc.

                  no tak,ale xzasadniczo, to ja nie wiedzialam na bank, ze mój eks
                  (wtedy aktualny) jest chory. Moglam się tego tylko domyślać. Żałuję,
                  ze zmarnowalam tyle czasu na usiłowanie udzielenia mu wsparcia,
                  trzeba było wystawić mu walizki za drzwi po pierwszym odchyle.


                  Swoja droga to podziwiam ze
                  > sie nie klociliscie....

                  Wiesz, ja nie należę do ludzi kłotliwych. Rozmawiając nawet na
                  trudne tematy staram się nie nie podnosić głosu. Wychodzę z
                  załozenia, ze w zasadzie nie ma sytuacji, których nie mozna
                  spokojnie omówić. Próbowałam tak omawiać z ww., ale ze
                  schizofrenikiem sie raczej nie dogadasz, ani na spokojnie, ani w
                  inny sposób, zaprzestałam wiec tych prób po jakimś zcasie i nie
                  reagowałam na jego wariactwa.

                  > Ja z mezem kloce sie czesto hehehe leca czasami przedmioty
                  (nieostre)a jeszcze
                  > jak on byl chory to naprawde ...

                  Wiesz, to dośc trudno sobie wyobrazić, jeśli sie tego nie
                  dośwaidczyło. Nie mam doświadczenia w kłotni, takiej z wrzaskami,
                  ale to nie znaczy, ze nie wyrazam swego zdania.

                  "wszyscy jestesmy nienormalni"Jeszcze jedno jak fakt
                  > choroby ukrył przed Toba to jako gorliwa katoliczka mozesz dostac
                  rozwod
                  > Kościelny.

                  Nie jestem katoliczką ani gorliwą, a ni zadnąsmile a rozwodów
                  koscielnych nie ma. smile
                  W tym miesiącu dostałam pismo o uznaniu przez pierwszą instancję
                  Sądu Biskupiego naszego małżeństwa za nieważnie zawarte.
                  Pozew do Sądu Biskupiego wniosł mój eks małzonek nieco ponad 3 lata
                  temu.


                  Kościół nie pochwala ukrywania takich faktów.

                  Wg Koscioła ukrycie choroby mającej tak znaczny wpływ na budowanie
                  więzi małzeńskiej czyni z automatu małzeństwo niewaznie zawartym.


                  Twój eks byl chory
                  > rozwodu dac nie chcial

                  Chory był i jest nadal, ale nie wiem skąd wiesz, że rozwodu mi dac
                  nie chciał smile on tylko ZAPOWIEDZIAŁ, że się nie zgodzi, ale zgodził
                  się, kiedy mu przedstawiłam co sie moze zdarzyć smile

                  czyli moze to nie katolicyzm jest tu winny za walke z
                  > wiatrakami

                  nie wiem teraz o czym piszesz. jaka walka z wiatrakami?

                  --
                  Korcia
                  "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                  żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"

                  • >
                    > nie wiem teraz o czym piszesz. jaka walka z wiatrakami?
                    >
                    walka z wiatrakami(moze tez byc walka z wariatami zalezy jak pasujewinkjest na
                    sile ratowanie malzenstwa.Lub tez utrudnianie 2 stronie uzyskania rozwodu.
                    • Widzisz Majerasku (jak tam zdrowie, moje nienajlepiej - dziś do
                      lekarza smile) - wg mojej oceny uporczywe niegodzenie sie na rozwód nie
                      jest forma ratowania malzeństwa, mam na mysli ratowanie zwiazku
                      naturalnie, a nie onstytucji na papierze istniejącej.

                      Z ta uwaga, ze także przy faktycznych próbach ratowania związku
                      nalezałoby się przyjrzeć sytuacji i odpowiedziec sobie na pytania:

                      1. Czy sa jakieś przesłanki do mozliwosci uratowania, obiektywne?
                      2. Co MNĄ kieruje w moich działaniach ratowniczych?

                      Jesli kieruje człowiekiem uzaleznienie emocjonalne (nie wyobrazam
                      sobie bez niej zycia), checc "dokopania" ewentualnej kochance np .
                      (udowodnie jej, ze on ja porzyci i wróci) itp. to nalezy sobie dać z
                      tym spokój. Pamietac bowiem należy, że nie sam powrót małzonka
                      marnotrawnego jest tu celem, a dalsze wspólne życie. Nie boega wiec
                      o to, by oto nadszedł dzień, w którym on/ona przeprasza na kolanach,
                      a na tym, by po tym patetycznym momencie było dalej jakies wspólne
                      życie.
                      --
                      Korcia
                      "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
                      żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
              • Z tą Katoliczką to żartowałamwink
                A i moj maz nie jest chory psychicznie a tak napisalam bardzo nieskładnie.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.