Dodaj do ulubionych

"małżeństwo" na siłę?

17.01.10, 22:25
korciło mnie, zeby o tym pogadać jeszcze na tamtym forum, ale z
oczywistych przyczyn smile nie miało to sensu.
Tu zresztą bardziej chyba temat pasuje bo dotyczy i etyki i ludzi i
społeczeństwa, a nie tylko religii smile

istnieje takie forum:

www.kryzys.org/viewforum.php?f=2
mnóstwo smutnych zyciowych historii. Niektóre rady i ksiazki - jak
np. Dobson warte polecenia każdemu w trudnej sytuacji związkowej smile
bez wzgledu na swiatopogląd. W sytuacji zdrady npp. jedyne dobre
rady to: nie narzucaj się, zajmij się soba itp.

Nie dzwii mnie oczywiscie na tym forum oparcie o religię. przeraza
mnie natomiast to wszechobecne przekonanie, ze małzeństwo, choćby w
stanie nie tyle agonni co posmiertnego rozkładu za każdą
cenę "utrzymać" co wprost oznacza brak zgody na rozwód.

nieco takze dziwi mnie owo lansowane niezmiennie przekonanie, jakoby
zgoda na rozwód byla w oczach Koscioła jakimś megagrzechem.

tymczasem ja sie w realu z taka postawa ksieży. grzech to wówczas,
jesli sie do rozwodu swoim zachowaniem doprowadzi. Nawet
niekniecznie grzech wówczas, gdy sie o niego wystąpi!

pytalam raz taką osobę przekonaną o tym samym co tam wypisują i
stwierdzila, ze zgoda na rozwód to ...pozwolenie na rzech
współmałzonka. hmmm no ja już katolicyzmu nie praktykuje od lat
kilku dobrych, ale wydaje mi się, ze wg Koscioła odpowiada się za
grzech cudzy gdy się ma jakis wpływ na grzesznika.

Brak zgody na rozwód nie zmienia istotnie mozliwosci grzesznika. Z
rozwodem czy bez jesli nie chce juz byc ze współmałzonkiem, nie
bedzie. to samo w sobie niekoniecznie jest grzechem, ale jest nim na
bank bycie z kims innym w zwiazku. Tyle, ze do tego rozwód nie jest
koniecznie potrzebny.

No, ale tyle ze strony religii. Mnie bardziej zastanawia czy to jest
etyczne. Nie pozwalać odejsc osobie, którą rzekomo się kocha
najswietszą miłoscią. Co to daje komuś takiemu? Ma satysfakcje, ze
tamta osoba nie moze się formalnie z kims związać? jakie to ma
znaczenie, skoro i tak nie chce już z nią byc?
to jakaś forma kary? I dla kogo? przecież taka osoba też sie meczy,
na niedająca rozwodu. I na marne to pójdzie, bo na ogół rozwód się
dostaje, takze bez zgody, tylko po dłuzszym czasie.
Czy to w porządku wmawiac komus, ze jego obowiązkiem jest się
upokorzyć, pomeczyc, wyzuć z godnosci?
Ja mysle, ze nie. Mozna cos tam ratowac, jesli jest wola i nadzieja.
Ale takie "małzeństwo" na papierze na siłę w imie jakies
nieprawdziwej idei, jaki ma sens?
A wy jak myslicie?

--
Korcia
"droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
Edytor zaawansowany
  • 17.01.10, 23:51
    To są jedynie moje domniemania...

    Co bóg złączył... itd. W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany jako element
    istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie, to rytuał. Ważny jest
    bóg. Bóg to władza najwyższa, absolutna, a takiej władzy NIE WOLNO się
    przeciwstawiać. Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
    szybko rozłącza.

    Religia to terror. Nie liczy się z człowiekiem, z nieszczęściem, jedynym życiem,
    które się traci, racjonalizmem, logiką myślenia. To jest - według boga - a
    właściwie prawodawców ludzkich udających, że wyrażają wolę boga, śmieć. Człowiek
    jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny. Bo bóg i religia to władza.
  • 18.01.10, 00:34
    grgkh napisał:

    > To są jedynie moje domniemania...
    >
    > Co bóg złączył... itd. W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany
    jako element
    > istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie, to
    rytuał. Ważny jest
    > bóg. Bóg to władza najwyższa, absolutna, a takiej władzy NIE WOLNO
    się
    > przeciwstawiać.

    Po pierwsze- w KRK małzeństow jest sakramentem udzielanym sobie
    wzajemnie przez małzonków w obliczu Boga i w obecnosci kapłana. Nie
    jest to zatem tylko jak piszesz rytuał - to tak gwoli scisłosci. To
    obrazowo mówiąc "przysiega wieczysta" - czyli taka, jakiej nawet w
    opowiesci o Haryym P. smile nie mozna nie dotrzymać, ani z niej
    zwolnić, nawt za zgodą zainteresowanych obojga.

    Po drugie : z grubsza moznaby to co napisałes uznac za logiczne,
    tyle, ze rozwod nie rozłacza małzonkówsmile

    Ślub cywilny, czy też konsekwencje slubu sakramentalego cywilne
    łacza ludzi cywilnoprawnie i sąd zdaje się obecnie okregowy ma moc
    małzeństwo cywilnoprawne rozłączyć orzekając rozwód.
    Na sakramentalny stan małzeństwa sąd swiecki nie ma żadnego wpływu.
    Nie posiada on kompetencji do rozwiazania malzeństwa
    sakramentalnego, to i logiczne, ze nie moze tego zrobic. Chyba jasne?

    zatem zasada "człowiek niech nie rozdziela" zostaje zachowana.
    Rózwód nie daje wiernemu KRK podstaw do traktowania małzonka jako
    byłego w sensie kanonicznym. Slowiem : niczego kanonicznie nie
    zmienia i nie zwalnia od osobistego dochowania przysiegi wiernosci,
    miłosci i uczciwosci malzeńskiej złozonej współmałzonkowi przed
    Bogiem. Oczywiscie niezaleznie od orzeczenia rozwodu, czy ubiegania
    się o nie, mozna tej przysiegi nie dotrzymac. Jest to grzech i jak
    każdy moze byc popełniony i odpuszczony albo nie, zależnie od woli
    głownie grzeszącego, bo to on ma na to kluczowy wpływ.
    tak wiec sam widzisz, ze rozwód nie jest rozdzieleniem małzonków, bo
    nie ma takiej mocy. sakrament nie ustaje wskutek zakończenia rwania
    umowy cywilnoprawnej i sąd bynajmniej nie stara sie bodaj sugerowac,
    ze jest inaczej. na ogół nie zajmuje się i slusznie stanem
    kanonicznym małzestwa, bo to nie jego kompetencje.

    Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
    > szybko rozłącza.

    Po trzeciesmile - jako uczestnik takiego procesu, nie z wlasnej
    inicjatywy powiadam ci, ze na pewno nie szybko. Co do kasy: mnie na
    razie przez ponad trzy lata kosztowalo to chyba ze 20 zeta na
    znaczki pocztowesmile . Ostatnio, gdy przyszło orzeczenie pierwszej
    instancji zapropoowano mi zapoznanie sie z uzasadnieniem wyroku za
    80 złotych. Nie nazwałabym go duzymi pieniedzmi nawet la
    przedszkolaka. smile Nie mam natomiast wiedzy co do kosztów strony
    wnoszącej pozew.
    >
    > Religia to terror. Nie liczy się z człowiekiem, z nieszczęściem,
    jedynym życiem
    > ,
    > które się traci, racjonalizmem, logiką myślenia.

    Chyba się nie rozumiemy smile Ja nie ma tu zamiaru dyskutowac o
    religii, a kokretnie o religijnym aspekcie slubu i rozwodu.

    W KRK zakladanie czsowosci malzeństwa sakramentalnego czyni je z
    zalozenie niewaznym. ale zakladanie. Czyli podejscie" a co tam, nie
    wyjdzie, to rozwód". Natomiast zaistniały rozwód go takim nie czyni.
    Osoba rozwiedziona, o ile nie zwiazala się z kims innym czy to
    nieformalnie, czy cywilnoprawnie może w pełni korzystac ze
    sakramentów. istotne jest czy nie trwa w grzechu. Mozliwosc
    korzystania z sakramentów ma równiez wówczas, gdy mówiąc trywialnie
    z kims sie przespi, ale nie jest to trwały zwiazek i wyraza szczery
    żal z tego powodu.
    Jesli w gzechu trwa - jej wybor.
    uwazam, ze niesłusznie tu wyrazasz się tak o Kosciele.
    Kosciół ma swoje zasady, są one powszecnie, a przynajmniej powinny
    być, wiernym znane.
    Nikogo się nie zamyka, nie okalecza, ani nie szykanuje wskutek
    rezygnacji z koscielnego slubu. Mozna zatem chcac formalizowac
    zwiazek wziac slub cywilny. Biorąc koscielny trzeba się liczyc z
    konsekwencjami smile a głownie z taka, ze jesli cos nie wyjdzie i
    dojdzie do rozstania formalnego, czy nie trzeba bedzie pozostac
    wiernym współmałzonkowi i nie bedzie się mozna wiązac się z kims
    innym, jesli chce się korzystac w pelni z sakramentów. Nie wiem co
    tu nie jest zrozumiałe dla doroslego czlowieka?
    to jasne jak słońce przecieżsmile

    To, o czym piszesz to postawa roszczeniowa typu: miec ciastko i
    zjeśc ciastko. całe nasze życie do wybory, lepsze i gorszesmile ale
    niemal wszystkie obarczone jakimis konsekswencjami.



    To jest - według boga - a
    > właściwie prawodawców ludzkich udających, że wyrażają wolę boga,
    śmieć. Człowie
    > k
    > jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny. Bo bóg i
    religia to władza

    na pewno wladza, ale ni zgodze się ze smieciem. a nawet jesli smieć
    jak mowisz, wybór czlowieka, że chce tym smieciem być. przynaleznosc
    religijna nie jest obowiązkowa. Jestem na to najlepszym przykłademsmile
    Nie interesuje mnie co Kosciół o mnie sobie mysli smile nie tesknie za
    byciem w tzw. wspólnocie kosciola, choć mimo mego obecnego statusu
    moglabym byc takze, np. w ramach duszpasterstwa zw.
    niesakramentalnych, albo po prostu chodząc tam i uczestnicząc na ile
    osobie w mej sytuacji wolno we mszy sw. Nie robbię tego, bo od
    bardzo dawna w sumie Bóg dla mnie nie jest zwiazany z KRK. I do
    niczego KRK nie potrzebuje by w Bga sobie wierzyć. Do innych rzczy
    też niesmile

    Zrozum, ze w przedstawinym przeze mnie problemie nie chodzi o
    stosunek Kosciola małzeństwa a o zachowanie tych ludzi w obliczu
    sytuacji czysto świeckiej. Bo rozwód to sprawa czysto swiecka i
    zadnego wpływu na sakrament nie mająca.

    > .


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 00:44
    kora3 napisała:

    > grgkh napisał:
    >
    > > To są jedynie moje domniemania...
    > >
    > > Co bóg złączył... itd.
    > > W tej trójce postaci bóg jest przedstawiany jako element
    > > istniejący, spajający. Małżeństwo jest na drugim planie,
    > > to rytuał.
    > > Ważny jest bóg.
    > > Bóg to władza najwyższa, absolutna,
    > > a takiej władzy NIE WOLNO się przeciwstawiać.

    > Po pierwsze- w KRK małzeństow jest sakramentem
    > udzielanym sobie wzajemnie przez małzonków
    > w obliczu Boga i w obecnosci kapłana.

    Czyli rytuał.

    > Nie jest to zatem tylko jak piszesz rytuał - to tak gwoli
    > scisłosci.

    Jest to rytuał czyli obrzęd. pl.wikipedia.org/wiki/Sakrament
    "Sakrament - ... w chrześcijaństwie obrzęd religijny rozumiany jako znak
    lub sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez Chrystusa."

    > To obrazowo mówiąc "przysiega wieczysta" - czyli taka,
    > jakiej nawet w opowiesci o Haryym P. smile nie mozna nie dotrzymać,
    > ani z niej zwolnić, nawt za zgodą zainteresowanych obojga.

    Nie ma takiej przysięgi, której nie wolno byłoby nie dotrzymać. Np.: ktoś
    mógłby rytualnie przysiąc bogu, że zabije człowieka. Potem mu się zmieniły
    poglądy. Czy może tej przysięgi nie dotrzymać? Według Twojego założenia musiałby
    on to zrobić.

    Jesteśmy ludźmi wolnymi, myślącymi, uczącymi się. Zawsze może się zdarzyć
    sytuacja, że przysięga w ówczesnym stanie naszej wiedzy, świadomości, potem
    przestaje być zgodna z poglądami, które ewoluowały. Trzeba ludziom dawać szansę
    na naprawę tego, co źle sobie zaplanowali, co im wyszło nie tak. Nie wolno mścić
    się w późniejszym okresie życia za to, że kiedyś popełniło się błąd.

    To manipulacja religiantów ustanowiła w naszej kulturze tak wysoki status
    przysięgania. To strach przed konsekwencjami za jej złłamanie jest jedynym, co
    nas przed tym powstrzymuje. Tylko strach.

    Człowiek wolny, człowiek, któremu pozwalamy się uczyć, mądrzeć musi móc zmieniać
    poglądy, a także nikt nie powinien nas rozliczać z poglądów, które mieliśmy
    kiedyś, a obecnie, całkiem szczerze, uważamy, ze nie są już naszymi, bo je
    odrzuciliśmy.

    Zauważ, że ten sam motyw jest i w religii, gdy się "darowuje winy", i w prawie,
    gdy po egzekucji kary czyści się konto przestępcy dając mu szansę na "nowe życie".

    Można przysięgi nie dotrzymać i wiele ludzi nie dotrzymuje. Dotrzymujący ją w
    100% są bardzo nieliczni. A zakładając, że bóg jest iluzją z głów ludzi
    wierzących (inaczej nie wolno zakładać, bo dowodów na jego istnienie nie ma) to
    odniesienie do wynikającej z tego nadzwyczajnej MOCY tej obietnicy jest
    naciągane. To zabawa, w rzeczywistości identyczna jak w historyjce o H. Potterze.

    > Po drugie : z grubsza moznaby to co napisałes uznac za logiczne,
    > tyle, ze rozwod nie rozłacza małzonkówsmile

    To kwestia umowy.

    A jednak takie rozwody są przeprowadzane legalnie. Oczywiście po sporych
    szykanach i sowicie opłacone. A czy bóg się godzi z tym? Ustalmy najpierw
    - czy bóg istnieje (nie ma dowodu)
    - czy rytuał ma odniesienie do boga, czy jest wymysłem ludzkim o bogu
    - czy bóg zaakceptował fakt ślubu, bo może nie chce mieć z tym nic wspólnego
    - czy się zgodził na rozwód (tu jest identyczna sytuacja niepewności jak przy
    ślubie)

    Nic nie jest potwierdzone dowodem. Równie dobrze ja mogę ustanowić zmianę zasad
    tego rytuału i wszyscy powinni się z tą zmianą liczyć. Równie dobrze
    przysięgający może założyć, że tamta wersja była fałszywa. Rytuał został
    wymyślony przez ludzi, a tekst przysięgi oraz konsekwencje dla ślubujących także.

    Twoje uzasadnianie wskazuje, że dogmatowi, czyli dowolnemu twierdzeniu
    sformułowanemu przez człowieka, nadajesz wartość prawdy absolutnej. Prawda
    absolutna nie istnieje, z jednym wyjątkiem, gdy jest to dowód twierdzenia
    odnoszącego się do konkretnych aksjomatów. Ale istnieje wyłącznie w tym jednym
    kontekscie.

    > Na sakramentalny stan małzeństwa sąd swiecki nie ma
    > żadnego wpływu.

    Nie ma. Ale o tym nie mówiliśmy.

    > Nie posiada on kompetencji do rozwiazania malzeństwa
    > sakramentalnego, to i logiczne, ze nie moze tego zrobic.

    Sugerujesz, że to podważałem? Gdzie i kiedy?

    > Chyba jasne?

    Czy nie za ostro? Oczywiście, że "jasne", ale dlaczego mówisz to takim tonem?
    Nie jestem bezosobowym elementem szarej masy, którą właśnie tego nauczyłaś. Ja
    to wiedziałem, a Ty nie powinnaś zakładać mojej niewiedzy punktując to tak,
    jakbym nie wiedział. Czy widzisz różnicę? smile

    Są pewne figury stylistyczne, które przenoszą dodatkowe znaczenia. Ty, tak mi
    się wydaje, świadomie używasz tutaj tonu wyższości, choć nie mówisz niczego, co
    powinienem wiedzieć, a czego - według Ciebie - nie wiem.

    > Oczywiscie niezaleznie od orzeczenia rozwodu, czy ubiegania
    > się o nie, mozna tej przysiegi nie dotrzymac. Jest to grzech i jak
    > każdy moze byc popełniony i odpuszczony albo nie,

    No i sama najpierw mówisz, że nie ma wyjścia, a potem dodajesz, że jest - bo ten
    grzech może zostać "odpuszczony". Jak wszędzie istnieje furtka a reguła nie jest
    regułą, bo ma wyjątki - dla tych, co dysponują odpowiednio dużą kasą lub
    zdolnością do przekonywania o słuszności rozwiązania tego, czego rozwiązać się
    podobno nie daje. Typowa religijna hipokryzja. Dziwię się jednak, dlaczego z
    tego czynisz powód do starcia między nami. Żyjmy w pokoju.

    > sąd bynajmniej nie stara sie bodaj sugerowac,
    > ze jest inaczej.
    Bynajmniej się tym sąd nie zajmuje. Już to powiedziałaś, a ja się z tym zgadzam.
    A jednak w samym kościele takie rozwiązania jest możliwe. Człowiek wymyślił
    sakrament i wymyślił metodę jego obchodzenia. Dla "swoich".

    > > Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
    > > szybko rozłącza.
    >
    > Po trzeciesmile - jako uczestnik takiego procesu, nie z wlasnej
    > inicjatywy powiadam ci, ze na pewno nie szybko.

    Powiedzmy, że czym większe pieniądze, tym szybciej. Jest taka reguła w KRK. W
    stosunku do wieczności jest to na pewno szybko.

    > Nie nazwałabym go duzymi pieniedzmi nawet la
    > przedszkolaka. smile
    > Nie mam natomiast wiedzy co do kosztów strony
    > wnoszącej pozew.

    Mało zapłaciłaś, to i długo trwa. Nie znalazłaś "właściwego" dojścia. Tak
    podejrzewam.

    > Mozliwosc korzystania z sakramentów ma równiez wówczas,
    > gdy mówiąc trywialnie z kims sie przespi, ale nie jest
    > to trwały zwiazek i wyraza szczery żal z tego powodu.

    Oczywiście. Szczery żal to jest to, co można zmierzyć (ciekawe jak) i co w danym
    momencie przez jedną chwilkę poczujemy. Ta religia jest szczytem cynizmu i
    obłudy. A bóg to handlarz jakich mało. Byle przy nim trwać.

    > Jesli w gzechu trwa - jej wybor.

    A po co trwać? Przez chwilę poczuć szczery żal, a potem można od początku -
    "hulaj dusza, piekła nie ma".

    > uwazam, ze niesłusznie tu wyrazasz się tak o Kosciele.

    Ja się wyrażam? Czy mówię nieprawdę? Nie wolno prawdy mówić? Tutaj nie wolno,
    czy w ogóle? Powinienem trzymać język za zębami? Ładny porządek rzeczy mi
    proponujesz.
  • 20.01.10, 10:35
    Masz rację co do tego, że każdy obrzed w dowolnej religii to jest
    ryruał. smile Tyle, że wiara jest tego rodzaju materią, ze ma bardzo
    duzy aspekt subiektywny. To, czy potraktuje ktoś cos jako rytuał li
    tylko, czy cos dlań bardzo waznego i zobowiazującego, jak w
    przypadku np. przysiegi małzeńskiej, zalezy od jego wiary. Z tym nie
    mozna dyskutować, bo jesli ktoś serio wierzy, to dla niego tak jest,
    nawet jeśli dla ciebie to tylko formułka itd.

    Z "przysięga wieczysta" nie zrozumiałeś smile Taki tetmin wystepuje w
    świecie magii HPsmile Tam, jesli złamie się przysięge wieczysta, po
    prostu się umiera - ale spokojnie to tylko bajka. smile
    Pisząc o niej w naszym, prawdziwym swiecie, miałam na mysli nie to,
    że technicznie nie ma mozliwosci nie dochowania jej, bo oczywiscie,
    ze jest. Nie ma natomiast mozliwosci uciczki od niej bez
    konsekwencji. W przypadku małzeństwa sakramentalnego nasze
    chciejstwo nie ma wpływu na stan kanoniczny. Po rozstaniu, formalnym
    czy nie w swieckim swiecie nadal jest się kanonicznie małzonkiem tej
    osoby, z którą się brało slub koscielny. Mozna to olać, ale wówczas
    trzeba liczyc sie z konsekwencjami w postaci np. niemoznosci pełnego
    uczestnicwa we mszy, jesli komus na tym zależy, naturalnie.
    >
    Pewnie, ze mozna zmienic zdaniesmile Nikt za to nie morduje wszaksmile

    grgkh napisał
    > A jednak takie rozwody są przeprowadzane legalnie. Oczywiście po
    sporych
    > szykanach i sowicie opłacone.

    jakie szykany, jakie opłacanie?smile Pisałam c chyba, ze JA jestem
    uczestnikiem takiego procesusmile Wiec mnie nie wmówisz, że am
    torturuja, a kosztije to fortunesmile bo ja wiem, jak to technicznie
    wyglada i choć ogólnie mam zastrzezenia do tzw. wykonastwa, to nie
    moge potwierdzic twoich rewelacji, nie ze strachu przed czymkolwiek,
    z powodu UCZCIWOSCI Grgkh ...

    Co do twoich rozważań, czy Bóg sie na to godzismile Widzisz, jesli ktos
    jest katolikiem przyjmuje na wiare, ze Koscioł reprezentuje Boga na
    Ziemi. To raz. Mozesz uwazac to za głupie, ale ma do tego prawo smile

    Natomiast czysto technicznie, musze powiedzieć, ze ja się zgadzam w
    ogólnosci co do zasady z procedurą stw. niewaznosci poza małymi
    niuansami. Stwierdzenie to z grubsza oznacza, że z przyczyny tej czy
    innej nie mogło dojsc do waznego udzielenia sakramentu. Zamien sobie
    w rozwazaniach słowo "sakrament" na słowo "umowa" i pomysl. Czy
    wazna jest umowa, w której jedna ze stron podaje fałszywe dane,
    nieprawdziwe fakty, zawiera umowe w celu oszukania drugiej, nie ma
    zdolnosci prawnej do zawarcia umowy itp? Nie i świeckie prawo też
    uznaje taką umowe za NIEWAZNĄ. Dokladnie na tej zaadzie działa stw.
    nieważnosci.

    grgkh napisał:
    > Twoje uzasadnianie wskazuje, że dogmatowi, czyli dowolnemu
    twierdzeniu
    > sformułowanemu przez człowieka, nadajesz wartość prawdy
    absolutnej.

    Hmmm wiesz, masz bardzo sczególny sposób interpretacji wypowiedzi
    innychsmile To nie ja nadaje, a osoba, która tak wierzy i należy sie z
    tym liczyć. Ja przedstawiłam tylko, jak sprawa wyglada z punktu
    widzenia KRK. To indywidualna sprawa, czy ktos w to wierzy, czy nie.

    > grgkh napisał:
    > Nie ma. Ale o tym nie mówiliśmy.

    Ni własnie o TYM mówiliśmy smile O tym jest ten wąt. O stosunku do
    rozwodów w swieckim sadziesmile
    >
    > Sugerujesz, że to podważałem? Gdzie i kiedy?

    Nie, absolutniesmile

    Grgkh napisał:
    > Czy nie za ostro? Czy widzisz różnicę? smile

    dlaczego WSZYSTKO odbierasz ksobnie?

    Grgkh napisał:
    > A jednak w samym kościele takie rozwiązania jest możliwe. Człowiek
    wymyślił
    > sakrament i wymyślił metodę jego obchodzenia. Dla "swoich".

    Teraz to cie niebardzo rozumiem. Jasne, ze dla swoichsmile trudno, zeby
    KRK zajmował sie stw. niewaznosci małzeństw muzułmańskich, albo
    buddyjskich np. smile
    Niemniej, ja np. nie czuje sie katoliczką, nie chodze od dosc dawna
    wcale do koscioła, a i wczesniej mialam doń dosc secptyczny
    stosunek. Mój eks wniółs o stw. niewaznosci, a mnie ZAPROPONOWANO
    (bo Kosciół nie ma żadnej mozliwosci przymusu do uczestnictwa w
    takim procesie) uczestnictwo. No i tak się złozyło, ze w trakcie
    wyszły b. niekorzystne nie dla mnie, a dla mojego eks fakty w
    znaczny sposób wpływające na orzeczenie nieważnosci. Z racji tych
    faktów moze być tak, że ja, osoba tym niezainteresowana, po
    potwierdzeniu orzeczenia przez II instancje bedę w KRK zapisana,
    jako ktoś kto bez niczeho moze ponownie przyjąć sakrament
    małżeństwa, jesli zechce, a mój eks, nie.

    > > > Jest to władza skorumpowana, bo za duże pieniądze bóg łatwo i
    > > > szybko rozłącza.

    Wiesz, ja jako strona pozwana nie wnosiłam zadnej opłaty i do żadnej
    sie nie zobowiązywałam. Nie wiem jak mój eks, a pytac go nie mam
    zamiatu, chocby dlatego, ze jego wypowiedzi sa dla mnie
    niewiarygodne. Natomiast ostatnio gadałam z człowiekiem, nie jakims
    wcale gorliwym katolikiemsmile, który o stw. osobiscie wnosił. % lat
    temu kosztowało go to 500 złotych, jak mówił. Wg mojej oceny nie
    jest to duza suma, choc naturalnie dla kogos moze być ogromna. Nie
    wiem ile kosztuje teraz rozwód, ale 6 lat temu, gdy ja się
    rozwodzilam kosztowal 600 złotych.
    >
    > Powiedzmy, że czym większe pieniądze, tym szybciej. Jest taka
    reguła w KRK. W
    > stosunku do wieczności jest to na pewno szybko.

    Wiesz, iu nas to trwało nieco ponad 3 lata do orzeczenia I
    instancji. Mój eksmałzonek nie jest przesadnie majetny smile wiem, ze
    nie ma jakiś duzych pieniedzy.
    >
    > Mało zapłaciłaś, to i długo trwa. Nie znalazłaś "właściwego"
    dojścia. Tak
    > podejrzewam.

    ehhehehe smile ja NIC nie zapłaciłam smile Zapłaciłam poczcie za
    przesyłki - tak samo zapłacilabym kierujac je gdziekolwiek indziej.
    Żadnego "dojscia" nie musiałam szukaćsmile bo mnie stw. niewaznosci nie
    ejst do niczego potrzebnesmile ale kiedy dostałam zawiadomienie, ze
    zostal wniesiony pozew i sprawa bedzie rozpatrywana w kurii mojego
    dawnego miejsca zamieszkania, poszłam do tutejszej, zeby sie
    dowiedzieć o sczegóły. Udzielono mi informacji wszelkich, z
    pokazaniem jak napisać pismo z prosbą o przesłuchiwanie w obecnym
    miejscu zamiekszania włączniesmile Nie zapłacłam za to ani grosza, wiec
    nie twórz mitów jakiśsmile

    >
    > A po co trwać? Przez chwilę poczuć szczery żal, a potem można od
    początku -
    > "hulaj dusza, piekła nie ma".

    Postawa tego rodzaju jest bardzo ciężkim grzechem i nazywa
    sie "grzeszeniem zuchwale licząc na miłosierdzie boze" - jakoś tak.
    Jest to grzech materii b. ciezkiej, bo przeciw Duchowi Św. o ile
    pamiec mnie nie zawodzi smile
    >
    Nie wolno prawdy mówić? Tutaj nie wolno,
    > czy w ogóle? Powinienem trzymać język za zębami? Ładny porządek
    rzeczy mi
    > proponujesz.

    na 100 proc. mówisz nieprawdę o tym procesie stw. niewaznosci. Wiem,
    bo w nim uczestnicze, to co mówisz, to wymysły wyssane z paca,
    sorry.

  • 19.01.10, 00:52

    > Nikogo się nie zamyka, nie okalecza, ani nie szykanuje wskutek
    > rezygnacji z koscielnego slubu.

    Jesteś tego pewna? Co do szykan, to się zdarzają. A dawnymi czasy to zamykano w
    wieży lub lochach i torturowano niepokornych.

    > Nie wiem co
    > tu nie jest zrozumiałe dla doroslego czlowieka?

    Hipokryzja. Bo niby nie wolno, ale załatwić się daje.

    > > To jest - według boga - a właściwie prawodawców ludzkich
    > > udających, że wyrażają wolę boga, śmieć. Człowiek
    > > jest dla religii śmieciem, rzeczą. Ma być posłuszny.
    > > Bo bóg i religia to władza

    > na pewno wladza, ale ni zgodze się ze smieciem.

    Owszem. Religia mówi, że cierpienie jest dobre. Mówi też, że nie należy dbać o
    dobra doczesne, bo się dostanie nagrodę za oddanie tych dóbr bogu. I chętnie
    bierze to, co wierni oddają pod wpływem tej gadki.

    > a nawet jesli smieć jak mowisz, wybór czlowieka,
    > że chce tym smieciem być.

    Małe dziecko może o czymś decydować? Przecież to wtedy głównie szczepi się ludzi
    religią, z której matni trudno się potem wyplątać. Wybór leży po stronie
    organizacji religijnej, która decyduje, że chce rządzić, najlepiej dla niej
    wszystkimi ludźmi świata.

    A Ty w którego boga wierzysz? W Boga, Allacha, Jahwe czy Zeusa?

    --
    Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad.
    Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania.
  • 20.01.10, 10:39
    grgkh napisał:
    >
    > Jesteś tego pewna? Co do szykan, to się zdarzają. A dawnymi czasy
    to zamykano w
    > wieży lub lochach i torturowano niepokornych.

    Oj człowieku, dawnym czasy, dawnymi zcasy... Mówimy teraz o
    współczesnosci. ja jestem osobą, która żyje poza KRK i nikt mnie nie
    szykanuje, nie znam też nikogo szykanowanego z takiego powodu. Moze
    gdzieś na jakis zapadłych wsiach. smile takie rzeczy się zdarzają
    >
    >
    > Hipokryzja. Bo niby nie wolno, ale załatwić się daje.

    no wiesz smile prawo zatem też jest przesiakniete hipokryzjąsmile Nie
    mzona się bez konsekwencji wycofac z zawartej umowy przeciez, ale
    jeslu ta umowa nie została zawarta zgodnie z obowiazującym prawem to
    jednak mozna, bo jej w swteile prawa nie byłosmile Hipokryzja po
    całosci smile.
    >
    > Małe dziecko może o czymś decydować? Przecież to wtedy głównie
    szczepi się ludz
    > i
    > religią, z której matni trudno się potem wyplątać.

    Sam w poprzednim poście piszesz, ze człowiek sie uczy, sam wyciaga
    wnioski. małe dziecko dorasta i moze samo dokonac wyboru.
    >
    > A Ty w którego boga wierzysz? W Boga, Allacha, Jahwe czy Zeusa?
    >
    A co ci do tego?smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 18.01.10, 00:40
    trudno powiedziec, ale jesli sie kocha, a nie pozwala odejsc, to
    jest to dla mnie milosc posiadajaca, uzlezniona od posiadania
    kontroli, jesli nie od traktowania drugiego jako przedmiotu, a nawet
    pokarmu, ich bytu. Dla egoistow, ich wlasny byt jest jedynym
    realnym. Reszta to pokarm. A to ze wyuczyli sie mowic 'dziekuje',
    'smacznego', 'na zdrowie', 'jak sie czujesz' itd to papugi tez moga
    (moze Koko mialby z tym problem?). Nie swiadczy to jeszcze o
    czlowieczenstwie. Ale taka milosc posiadajaca moze byc autentyczna
    na swoim poziomie, w tym sensie ze osoba taka poprzez doswiadczenie
    zwiazku milosnego, ktory potem sie rozpadl, podlega wciaz procesowi
    rozwojowemu, przemianie, bo zdolala na jakis czas przynajmniej
    zjednoczyc sie z druga osoba, ale nie jest to milosc dojrzala. Tylko
    byc moze nastepna faza dojrzewania do prawdziwej, pelniejszej
    milosci (Dlatego jestem tez za wolnymi, spontanicznymi zwiazkami, a
    nie przymusowa monogamia) Niektorzy twierdza ze symptomy zazdrosci
    swiadcza o milosci, ale wydaje mi sie ze to raczej objawy wlasnie
    milosci posiadajacej. Oczywiscie obojetnosc tez moze byc odbierana
    jako brak uczucia milosci, ale byc moze to wlasnie osoba odczuwajaca
    obojetnosc nie docenia pozostawianej jej wolnosci w zwiazku?
    Niemniej jak sie chce odejsc, wszystko moze byc pretekstem, wszak
    nikt nie jest dokonaly. To zalezy od poszczegolnych zwiazkow. Ale,
    jasne, latwo sie mowi, kiedy nie ma sie tego problemu, lub kiedy juz
    wywietrzal.
    Malzenstwo jako takie uwazam za wymysl tradycji patriarchalnych.
    Zalegalizowanie posiadania, i przedmiotowego traktowania drugiej
    osoby. Kiedys malzenstwo bylo kontraktem biznesowym, miedzy
    rodzinami, a milosc to byly zwiazki wylacznie pozamalzenskie. I nikt
    sie temu nie dziwil. Od czasu jak milosc zaczeto utozsamiac z
    malzenstwem to sie zaczely pojawiac rozne posilkowe argumenty, w
    rodzaju np. ze pomimo zlych relacji, trzeba byc wytrwalym jak Jezus,
    trwac i cierpiec, bo coz tam nasze cierpienia, baty od taty, czy
    meza-pijaka, w porownanu do cierpien Jezusa, ktory nas zbawil,
    cierpiac ciepieniem wszystkich ludzi? Smieszne zreszta jest to
    wyolbrzymianie cierpienia Jezusa. Dlatego tak wywijaja tym krzyzem,
    jak memento mori, pamietac zeby cierpiec! Ale tak czy owak to sa
    problemy, ktore wychodza na wierzch dopiero jak dochodzi do
    rozejscia. Zreszta niektore zwiazki przetrzymuja taki kryzys,ale
    duzo nie. I powinna tu istniec mozliwosc wolnego wyboru, a nie
    tlumaczenie ze jesli tylko wytrwasz to wszystko sie ulozy. No tak,
    pod jednym dachem, w dwoch roznych pokojach, wypaleni nawzajem, lub
    nienawidzacy do granic obojetnosci, tylko dla dzieci.
    Ale to fakt ze taki egoista kochajacy, pierwszym zauroczeniem, nawet
    nie wiedzial jak bardzo zrosl sie z druga osoba, i teraz wobec
    rozstania nie potrafi zniesc tego rozerwania, odczuwajac to tak
    jakby ktos chcial mu ukrasc czesc jego wlasnej osoby. Terapia, czas
    leczy rany, podnoszenie swiadomosci, najlepiej mieszkac na drugim
    koncu swiata, nie wiem. Ja do dzisiaj musze sie chowac przed moimi
    eks, bo u takich ktorzy lubia zyc kosztem energii drugiego
    czlowieka, ten przedmiotowy sposob traktowania drugiego raczej nie
    mija za szybko.
  • 18.01.10, 01:55
    Mnie bardziej zastanawia czy to jest
    > etyczne. Nie pozwalać odejsc osobie, którą rzekomo się kocha
    > najswietszą miłoscią. Co to daje komuś takiemu? Ma satysfakcje, ze
    > tamta osoba nie moze się formalnie z kims związać? jakie to ma
    > znaczenie, skoro i tak nie chce już z nią byc?

    ma znaczenie takie, ze malzonek nie powinien wiazac sie z inna osoba, bo juz
    jest zwiazany z zona prawowita i tak powinno zostac... wink


    ja bym zapytala inaczej: czy etyczne jest to, ze kosciol glosi ze rozwod jest
    zlem? ze wbija takie rzeczy ludziom do glowy? oczywiscie kazdy sie zgodzi z tym,
    ze lepiej zyc w szczesliwym zwiazku niz sie rozwodzic. (szczescie jest
    wartoscia, a rozwod - brakiem szczescia czyli czyms negatywnym). jesli jednak
    jedyny wybor jaki mamy to: 'zycie w nieszczesliwym, niszczacym zwiazku' lub
    'rozwod +samotne zycie', to w tej sytuacji rozwod powinien byc traktowany jak
    zbawienie (zly zwiazek -nieszczescie i rozwod -wybawienie od nieszczescia, a
    wiec rzecz pozytywna). krotko mowiac: to czy rozwod jest zlem zalezy od
    kontekstu, ale nauki kosciola sa zwykle czarno-biale. (warto by jeszcze rozwazyc
    takie wybory jak np:
    'rozwod +samotnosc' czy '+zniszczone zdrowie +deptana godnosc')

    temat twojego watku nalezaloby wiec sprowadzic do problemu: 'jak to jest, ze
    czlowiek traci instykt samozachowawczy i pomimo ciepienia i problemow
    zdrowotnych nie godzi sie na odciecie od zrodla tego cierpienia czyli rozwod?'
    to jest temat dla psychologa: 'wplyw nauk religijnych na (nie)rozwiazywanie
    problemow zyciowych'.
  • 18.01.10, 10:04
    -- no własnie - jest "ale"...

    Wg mnie fakt, iz Koscioł postrzega rozwód jako zły, w sensie
    ogólnym, zjawiska, ma tu niewiele do rzeczy. Jakkolwiek bowiem
    postrzega sam fakt bycia rozwiedzionym nie powoduje ograniczenia u
    katolika w zakresie pełnego uczestnictwa w sakramentach. Niemoznosc
    rzyjecia eucharystii i odbycia samkarmentu pokuty czyni dopiero
    trwanie w grzechu cudzołostwa, niezaleznie zresztą czy tra osiba
    kaninicznie wola, czy też nie.

    Związanie się z kimś bez sakramentu jest jak wszystko inne, wyborem,
    a nie koniecznoscią. oczywiscie przedstwiam teraz logicznie fakty:
    stanosiko kosciola i postawę wiernego, a nie móje zdanie na temat
    zw. niesakramentalnychsmile

    Ponadto Koscioł wcale nie wmaga od wiernego by fizycznie trwał przy
    małzonku, który go nisczy czy to fizycznie, czy psychicznie.
    Przeciwnie- Koscioł wrecz zaleca separację w sytuacji, gdy
    współmałzonek stanowi zagrozenie fizyczne albo duchowe, czy też oba
    dla drugiego i dzieci. Separację fizyczną, nie tylko papierowa,
    czyli taką dotyczącą finansów, np. rozdzielnosci majatkowej.

    Rzecz cała sprowadza sie do tego, ze separacja jest z załozenia
    czasowym rozstaniem. Koscioł pokłada w jej instytucji nadzieję, ze
    przyczyna separacji powstala po stronie winnego małzonka moze ustać
    i wówczas małzonek, który się separował powinien przebaczyc mu i
    wznowić wspólne życie. Przebaczenie jest tu koniecznoscią dla
    seoarującego się, ale wówczas, gdy ma on solidne podstaawy sądzic,
    ze przyczyna ustała faktycznie, a nie tylko winny małzonek jej
    ustanie deklaruje. Np. mąż agresor chodzi na terapię dla
    agresywnych, trwa to czas wystarczajacy dla oceny, ze jest poprawa,
    a wyniki sa zadowlalające. Wyjatek od tej reguły stanowi zdrada
    małzeńska - niewinny małzonek nie musi wznawiac pozycia nawet gdy
    winny przesta zdradać i trwa w wiernosci mu, jesli czuje, ze to
    przetasta jego mzoliwosci psychiczne.

    Cywolnoprawnie separacja działa jak rozwód , z tą róznicą, że
    naturalnie żadna se stron nie moze się z nikim zwiazać ślubem
    cywilnym.
    z grubsza ak to działa. Nie jest wiec tak, ze Koscio zmusza z urzedu
    kogoś do trwania przy kims, kto sie zneca, zdradza, poniża itp.

    Wg mnie osoboscie podejscie do instytucji separacji przez Kościoł ma
    słaby punkt w postaci naiwnosci. Naiwnosc ta polega na założeniu,
    ze ten kto jest winny rozpadowi małzeństwa bedzie chciał te
    sytuacje zmienić, a na ogół tak nie jest.

    Prawde mówiąc, nie udało mi się dotrzec do zadnego oficjalnego
    dolkumentu Koscioła stwierdzajacego jednoznacznie, ze katolikowi nie
    wolno zgodzic się na rozwód. Takie stwiedzenia to raczej wolne
    przemyslenia konkretnych ksieży. Moze sie myle, bo nie ejstem
    ekspertem, moze źle szukalam, ale nie znalazłam.


    Task czy owak - osoby pisząca na zalinkowanym forum to w wiekszosci
    nie takie, które chcą się wykaraskać z życia z kims kto je bije, a
    chcą to zrobić zgodnie z nauka Kosciola. To sa na ogół ludzie
    porzuceni prez swych współmałzonków, którzy sa powodami w ich
    sprawach rozwodowych.

    większosc też tyc ludzi jest ekstremalnie wprost uzalezniona od swgo
    współmałzonka, co nie ma nic wspólnego z miłoscia ani przekonaniami
    religijnymi. gadka o religii to tylko bardzo niebezpieczna poniekad
    przykrywka dla stanu niemoznosci pogodzenia sie z oczywistym faktem:
    on/ona juz mnie nie kocha i nie chce. Przyjecie takich faktów jest
    na ogól trudne, ale to jedyna droga do dalszego życia, takze do
    zycia w zgodzie ze swoim sumieniem, bo to wcale tego nie wyklucza.

    Paradoksalnie udzielający rad , radzą się wlasnie z tymi faktami
    pogodzić, ale nadal kochac meza/ zone. Nic złego w miłosci, naet
    eiszczesliwej nie ma, poza bólem kochającego rzecz jasna, ale rada:
    kochaj go nadal, ale nie skupiaj się na jego zachowaniu, nie staraj
    się dowiedziec co robi itp. dla takiej osoby jest niewykonalna.
    Osoba uzalezniona emicjnalnie, jak kazda uzalezniona musi sie
    wyleczyć z uzaleznienia, a w tym nie pomaga adoracja obiektu
    uzaleznienia.

    No, ale dochodzi do tego rozowofu i ktos taki ma spokojnie mówić,ze
    się nie godzi, bo nadal kocha. wszystko fajnie, jesli nie kocha i
    np. o kase mu chodzi smile ale jesli jest uzalezniony a współmałzonek
    sie na niego wypina w sądzie, co z reguły nastepuje dostaje cios w
    samo serce. Jego deklaracje miłosne i religijne nic nie znaczą w
    sądzie. Moze orzeczenie rozwodu odwlekac, ale przy paru latach
    stwierdznego rozpadu malzeństwa już się nie da. tak czy owak taki
    ktos zostaje rozwodnkiem/rozwódką tyle,ze ze zdeptaną juz do cna
    godnoscią.

    Ktoś komu zależy na rozwodzie, a ma troche oleju w głowie po prostu
    przeczeka, albo użyje innych argumentówsmile Ja sama przez to
    przeszłam, wiec wiem. Rozwód nie był mi bynajmniej potrzebny do
    nowego zwiazkusmile a do tego, by się prawnie raz na zawsze odczepic od
    eksa. I zadne tam sparacje nie wchodziły w gre. mój eks, jako
    katolik naturalnie zapowiedzial, ze sie nie zgodzi, wziął sobie
    nawet adwokatasmile w tym celu.
    ostatnią rzecza na jaką bym sobie pozwoliła to prosic go o
    cokolwiek. Spokojnie stwierdzilam, ze poczekamy do rozprawy. Godzić
    się nie musi, jego prawo. A moje prawo zmienic zdanie i domagac się
    rozwodu z jego wylącznej winysmile A chyba nie ma watpliwosci, ze jego
    wariackie zachowania i dziwny stosunek do obowiązków w rodzinie za
    takową wine zostanie uznany. Jestem w trakcie leczenia, na zasiłku
    chorobowym, wiec naturalne, ze bedzie musiał na mnie płacić do
    zcasu, az nie wróce do pracy. A to moze sobie potrwac. smile W dodatku,
    no w wiekum rozpłodowym, wiec gdyby sprawa się ciagnela, a ja z kimś
    spotyklala, mogłoby mi sie np. zdarzyc, ze zaszłabym w ciążesmile, a
    dziecko zrodzone w małzeństwie to z załozenia dziecko meza, wiec to
    on musialby w sadzie dowodzić, ze ojcem nie jest i ...placicsmile to
    ostatnie to byla ewidentna sciema smile bo przeciez sa badania DNAsmile
    Ale tak się eksio przestraszył, ze migiem zgodzil się
    na "rozwiazanie małzeństwa przez rozwód" mimo swego zagorzałego
    katolicyzmu smile

    Zeby mu do chorej glowy nie przyszły jakies wznowienia i tym
    podobnesmile wniosłam jako osoba chora i na zasiłku chorobowym o
    orzeczenie zabezpieczenia dla mnie w razie niemożnosci
    zarobkowaniasmile grosza od niego nie potrzebowalam i nie wziełabym,
    ale to skutecznie go zniechęciło do rozwzań nad tym jak to rozwód
    jest złysmile

    ja jednakze byłam w przymusowej sytuacji: mój eks to wriat, a ja się
    tego domyślalam. Zależało mi na szybkim rozwodzie, bo gdyby sparwa
    wyszla na jaw, ze jest chory moglabym go wcale nie dostac. Gdyby nie
    to moglabym poczekac i tak bym uzyskała rozwód i tak smile


    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 18.01.10, 11:29
    jak juz pisalam wyzej to jest temat dla psychologa wg mnie. Ja takie
    postepowanie lacze z religijnoscia. Napewno jest tak, ze ludziom religijnym
    znacznie czesciej jest trudno zakonczyc zly zwiazek malzenski, "walcza" o niego
    nawet gdy nie ma juz o co walczyc, nie widza (nie chca?) ze sytuacja jest
    beznadziejna i nic juz nie pomoze. Gubia gdzies po drodze swoja godnosc i
    rozsadek, umiejetnosc racjonalnej oceny sytuacji. Co do nauk kosciola - jeden
    ksiadz powie jedno, drugi co innego. Mysle, ze jednak czesto tacy ludzie nawet
    nie wiedza lub nie chca wiedziec, ze sam rozwod nie jest grzechem. Uwazaja
    inaczej. To pewnie tez kwestia wplywu otoczenia.
  • 18.01.10, 15:24
    Można sie zgodzic z tym co piszesz.Ale mnie jako czlowieka nie wazne czy wierze
    w Boga czy nie...Mnie denerwuje jednorazowość w zwiazkach.Rozwody z byle powodu
    bo jedna ze stron jest za bardzo ambitna i rzuca sie w wir pracy i
    kariere.Ludzie poprostu zaczynaja podchodzic zbyt lightowo do zakładania
    rodziny.A kto cierpi na tym otóż dzieci.Rozpad rodziny jest czesto dramatem.Ja
    przezylam ogromny kryzys w małżeństwie tzn wspolnie z mezem.Byly 2 lata gdzie
    naprawde na sile to ciagnelismy.Ale oboje bardzo sie staralismy to przetrwac i
    ratowac nasza rodzina.Córka byla dla nas duza podpora gdyz obojgu nam zalezy na
    szczesciu corki.Zabiegajac na sile o dobro dziecka uratowalismy zwiazek i szybko
    odbudowalismy nasze szczescie.Mysle ze ludzie nie do konca maja swiadomosc co to
    jest malzenstwo nie wazne czy po slubie katolickim czy urzedowym.Czlowiek
    powinien miec swiadomosc ze odpowiada za 2 czlowieka.A nie np...maz za malo
    zarabia nie pozwala na imprezy firmowe i jest juz bee.Trzeba sie zastanowic
    przed slubem.Jesli nie jest sie na silach wziąć odpowiedzialnosci za rodzine
    (wspierac sie w trudnosciach)to lepiej byc singlem.Warto powalczyc o milosc i
    moze nawet dac z siebie wiecej 3-krotnie jak 2 polowka.I nie ma to znaczenia czy
    wierze w Boga czy nie.Kochac albo sie umie albo nie.I nie brałabym tu pod uwage
    religii.
  • 18.01.10, 17:18
    Nie chce wypowiadac sie w imieniu Kory, ale wydaje mi sie, ze ma ona na mysli
    inny problem. Masz racje, ze o malzenstwo nalezy powalczyc, ale tak przeciez
    ludzie zazwyczaj robia. Nikt nie rozwodzi sie w jeden dzien i po jednej klotni.
    Rozwod jest zwykle poprzedzony dlugim okresem kryzysu i jest wyjsciem
    ostateczym, z ktorego sie korzysta, gdy juz wszystkie inne rozwiazania zawioda.

    Natomiast na forach katolickich mozna poczytac przerazajace (wg mnie) historie.
    Czytalam np. watek zalozony przez kobiete, ktora maz zdradza od 7 lat (!!), a
    ona nadal przy nim jest. Nie chce robic awantur, zeby nie zdenerwowac meza wiec
    prosi go spokojnie, aby nie spotykal sie wiecej z ta pania (kochanka), ale maz
    ma to gdzies. Jest mu wygodnie z zona, ktora zajmuje sie domem, dzieckiem,
    ugotuje, postprzata. Nie szanuje jej, bo wie ze nie musi, wie ze ona bedzie z
    nim "dla dobra dziecka". No i kobieta wyplakuje sie na forum, pisze ze chodzi na
    terapie do psychologa, ale nie chce przrwac tego chorego malzenstwa, ktore
    przeciez od dawna (od 7 lat!) nie istnieje.

    Napisalas cos waznego - o malzenstwo trzeba walczyc we DWOJE. Kiedy jednak
    walczyc chce tylko jedna strona, a druga nie, to taka walka nie ma zadnego
    sensu, doprowadzi jedynie do utraty zdrowia i zmarnowania sobie zycia.
  • 18.01.10, 20:25
    Karafka zgadzam sie z Toba.Ja nie czytałam tego forum i myśle ze taka postawa
    jak tej jednostki ktora opisalas...to chyba jest jakas choroba badz strach przed
    usamodzielnieniem,depresja jakas a katolicyzm jest tu chyba taka wymowka.Nie
    wiem bo nie jestem katoliczką zagorzałą smile
  • 19.01.10, 02:33
    Napewno duzo zalezy od jednostki, jednak uwazam, ze takim postawom sprzyja
    religijnosc. Nie tylko katolicka, ale generalnie chrzescijanska.
  • 19.01.10, 09:21
    Ja myśle ze strach jest tu powodem i emocjonalne uzaleznienie bo nawet ksiadz Ci
    powie ze moze nie rozwod ale separacja ktora Kościol dopuszcza powinna miec tu
    miejsce.Zdradzanie jawne od 7 lat....koszmas nasza religia to nie islam...Mysle
    ze gdyby ta dziewczyna pogadala z ksiedzem to nie doradzalby jej aby na to sie
    godzila .
  • 18.01.10, 18:18
    majerasek napisała:

    > Można sie zgodzic z tym co piszesz.Ale mnie jako czlowieka nie wazne czy wierze
    > w Boga czy nie...Mnie denerwuje jednorazowość w zwiazkach.Rozwody z byle powodu
    > bo jedna ze stron jest za bardzo ambitna i rzuca sie w wir pracy i
    > kariere.

    Wprawdzie nigdy się nie rozwodziłem, ale z tego co słyszałem na rozwody nie
    decyduje się "z byle powodu", jest to zawsze przeżycie traumatyczne dla małżonków.

    Nie wiem skąd się biorą takie mity?

    Coś jak z tym katolickim mitem, że gdyby w Polsce było prawo zezwalające na
    przerywanie ciąży ze względów społecznych, to kobiety przerwyałyby je dla samej
    przyjemności (a potem oczywiście wszystkie miałyby z tego powodu nieznaną
    medycynie "depresję poaborcyjną").
    Więc żeby chronić te "idiotki" przed nimi samymi potrzebne jest restrykcyjne
    prawo antyaborcyjne jak w najszej wspaniałej Ojczyźnie.

    Dzięki temu zamordystycznemu prawu wszyscy są szczęśliwi i uśmiechnięci, bo
    można powiedzieć, że przerywania ciąży w Polsce w ogóle nie ma (te ponad sto
    przypadków dla 38 milionowego społeczeństwa to przecież statystyczne NIC).

    Kłaniam się nisko.
  • 18.01.10, 20:32
    diabollo napisał:
    >
    >
    > Wprawdzie nigdy się nie rozwodziłem, ale z tego co słyszałem na rozwody nie
    > decyduje się "z byle powodu", jest to zawsze przeżycie traumatyczne dla małżonk
    > ów.
    >
    > Nie wiem skąd się biorą takie mity?
    >
    > Coś jak z tym katolickim mitem, że gdyby w Polsce było prawo zezwalające na
    > przerywanie ciąży ze względów społecznych, to kobiety przerwyałyby je dla samej
    > przyjemności (a potem oczywiście wszystkie miałyby z tego powodu nieznaną
    > medycynie "depresję poaborcyjną").
    > Więc żeby chronić te "idiotki" przed nimi samymi potrzebne jest restrykcyjne
    > prawo antyaborcyjne jak w najszej wspaniałej Ojczyźnie.
    >
    > Dzięki temu zamordystycznemu prawu wszyscy są szczęśliwi i uśmiechnięci, bo
    > można powiedzieć, że przerywania ciąży w Polsce w ogóle nie ma (te ponad sto
    > przypadków dla 38 milionowego społeczeństwa to przecież statystyczne NIC).
    >
    > Kłaniam się nisko.
    diabollo znam niejeden taki przypadek gdzie rozwód to chwila.Moze najpierw
    rozstanie ucieczka od meza od zony a pozniej rozwod.Nie mowie ze wszyscy robia
    to pochopnie ale moze zyje w chorym środowisku...znam niejeden taki przypadek i
    wszyscy sa Katolikami.A taki np portal NK uwierzysz ze znam dokladnie 2
    przypadki ze ludziom odbiło po prostu...Takie są fakty a ja poprostu utrzymuje
    ze ludzie zakładaja rodziny czasami chyba pochopnie.Powtarzam ze sa to moze
    rzadkie przypadki ale coraz czesciej je obserwowac mozna.
  • 18.01.10, 20:50
    majerasek napisała:

    > diabollo znam niejeden taki przypadek gdzie rozwód to chwila.Moze najpierw
    > rozstanie ucieczka od meza od zony a pozniej rozwod.Nie mowie ze wszyscy robia
    > to pochopnie ale moze zyje w chorym środowisku...znam niejeden taki przypadek i
    > wszyscy sa Katolikami.A taki np portal NK uwierzysz ze znam dokladnie 2
    > przypadki ze ludziom odbiło po prostu...Takie są fakty a ja poprostu utrzymuje
    > ze ludzie zakładaja rodziny czasami chyba pochopnie.Powtarzam ze sa to moze
    > rzadkie przypadki ale coraz czesciej je obserwowac mozna.

    Czcigodna Majerasek,

    To, że na "zewnątrz" rozwód może wyglądać na szybki, łatwy i przyjemny, a
    rozwodzący mogą trzymać fason i udawać, że ten rozwód i nieudane małżeństwo ich
    nic nie kosztowało, to w cale nie znaczy, że tak naprawdę jest.

    Rozwód tymczasem jest zawsze przeżyciem nieprzyjemnym, czasem traumatycznym,
    zawsze jakąś przegraną, co nie znaczy, że jeszcze większą traumą, przegraną i
    nieprzyjemnością jest podtrzymywanie martwego - a już napewno patologicznego -
    związku.

    Kłaniam się nisko.
  • 18.01.10, 21:38
    diabollo a Ty jestes kazdym ze sie za wszystkich wypowiadasz?Cierpi strona
    przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.
  • 18.01.10, 22:48
    majerasek napisała:

    > diabollo a Ty jestes kazdym ze sie za wszystkich wypowiadasz?Cierpi strona
    > przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.

    Nikoniecznie. Czasami, kiedy odzyskają równowagę po wszystkim są jak najbardziej
    szczęśliwi.

    Kłaniam się nisko.
  • 18.01.10, 23:34
    Jasne smile Diabollo jak ty wiesz, choc nie doświadczyłeś smile
    Ani chwili nie załowała, rozwodu z moim ekse. Zalowalam natomiast
    tego czasu, który trawiłam na tzw. poprawe i potem wegetację.

    dziś już nie załuję, było ineło. I tak samo nie zal mi ani jednego
    dnia z moim eksfaceem, kims o kgo pewnie warto było walczyc, ale ja
    odpusciłamsmile Nie warto było zarracac w tynm siebie. teraz, kiedy
    jesteśmy znów, jak kiedys, przyjaciółmi widzę, że walka o nas bylaby
    walką o samych siebie, a te mozna prowadzic razem, ale nie o jeden
    bastion. smile wiem, ze Ty i Karafka to zrozumieliście. jestem
    szczesliwasmile z kims innym - dwa razy do tej samej rzeki nie raniąc
    sie nuie wejdziesz. smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 18.01.10, 23:23
    niesłusznie złoscisz się na Diabolla, bo w w tzw. ogólności ma
    rację. Sporo znam rozwiedzionych ludzi i sporo w sród nich takich,
    którzy samego rozwodu nie odczuli jako traume, a jako ulge. Ale
    rozwód to pewien finał. to formalne załatwienie czegoś, co od
    jakiegos czasu jest w rozkładzie. To skutek czegos, a nie przyczyna.

    Posałas o sobie, o swoim małzeństwie. Fajnie, tylko pominełas
    istotny szczegół w tym wszystkim. Caly czas pisłałas: mysmy smile
    staralisliśmy się, ciagnelismy itp. A wiec oboje. Kazdy człowiek ma
    swoją wytrzymałośc na kryzys dowolny i jego prawo, ale sens naprawy
    jest tylko wówczas w zwiazku, gdy widzie się go we dwoje. To nie
    daje gwarancji, ze sie uda, bo poza widzeniem jest jeszcze
    ibndywidualne podejscie, wiem to z doswiadczeniasmile , ale to daje
    jakies podstawy.
    Natomiast w sytuacji, gdy ktos nie chce, albo jak było w przypadku
    mojego eks nie potrafi niczego naprawić, to zwyczajnie nie ma sensu
    i trza odpuscic. Ja ie jestem dobrym przykladem na klasyczna
    eksżone smile moje małzeństwo nie mogło po prostu przetrwać, chicby nie
    wiem co, chyba, ze bylabym stuknieta, albo masochistka. Ale jestem
    najlepszym przykladem na debilne (tak o sobie to piszę) poczucie
    odpowedzialnosci. W głupocie swej bowiem, niezalernie wcale od
    wiary, bo ona jest dla mnie sprwa bardzo indywidualną uwazałam, ze
    jeśli złozyłam komus deklaracje i bynajmniej nie chodziło o aka
    przed ołtarzem i ludzmi , ale taka w 4 oczy smile to trezba ja starać
    się wypełnic. A dla mnie deklaracj ata znazcyła przede wszystkim
    TROSKE o tego człowieka. Byłam bardzo durna smile Albowie drugiemu
    człowiekowi mozna pomóc tylko na tyle, na ile sam tego chce. Trzeba
    było chronic siebie przede wszystkim. Moje poczucie
    odpowiedzialnosci kosztowało mnie pare lat z zycia, nerwy, zdrowie i
    traumę. Nikomu nie zycze. Moze zabrzmi to zarozumale, ale z tym sie
    nie da porównać zwyczajny "kryzys". Natomiast niezaleznie od skali
    kryzysu trzeba myslec o sobie. "Kochaj blixniego swego, jak sibie
    samego" - nie BARDZIEJ. Człowiek po to jest z drugim zeby mu było
    lepiej, a nie gorzej. A gorzej nie znaczy ze nastpai jakaś sytuacja
    zyciwa: chroba, wypadek. Gorzej znaczy, ze z ta osobą jedt Ci źle.
    Pisałaś o załowaniu rozstania - zawsze mozna to zmienic, póki się
    zyje. Ale weź pod uwage, ze masz jakis zaciemniony obraz niby
    rozwodów z byle powodu, po pierwszej kłotni. Jeśli do czegos takiego
    dochodzi , podłoze jest gdzieś w przeszłosci. ukrywane zyje i tyle.
    W normalnym związku czlowike, albo oboje smile chcą naprawy. Jesli
    widzą sens. Albo z głupoty, jak ja smile Dzis wiem, ze deklaracja to
    nie tylko moja rzezcm takze drugiej strony, nauczylam sie dzielić
    odpowiedzialnosc. ja mam zobowiazania, ktos też smile

    Nie wypełnia ktos - musi sie liczyc z konsekwencjami. ta nauka
    bardzo mi sie przydala w życiu smile dzis wiem, że nie ma takiej siły,
    która zmusiłaby mnie do jednostronnego dzialania. ba, do dzialania
    nawet dwustronego, ale sprzecznego z tym, co jest dla mnie wazne. To
    chyba dojrzaloscsmile




    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 02:43
    majerasek napisała:

    Cierpi strona
    > przegrana czyli ofiara.A i czesto po czasie oboje załują.


    Zgodze sie, ze w niektorych przypadkach cierpi strona przegrana, jesli wciaz
    kocha malzonka. Zgodze sie tez, ze cierpia obie strony jesli mamy na mysli
    stres, choroby (na tle nerwowym), trudna sytuacja finasowa, problemy z
    poukladaniem, zorganizowaniem sobie zycia na nowo. Jednak przyznam, ze nie
    spotkalam nigdy nikogo, kto zalowalby rozwodu. Ludzie zaluja co najwyzej, ze
    zbyt dlugo zwlekali z rozwodem, zamiast wczesniej zakonczyc chora sytuacje.
    Zazwyczaj czlowiek jest tak zmeczony problemami w malzenstwie, ze rozwod
    przyjmuje z ulga. Znam tez calkiem sporo kobiet, ktore po rozwodzie odzyly,
    czuja sie i wygladaja lepiej niz w czasach mazenskich.

    Znam tez jedna pare, ktora wrocila do siebie po rozwodzie, probuja byc znowu
    razem, bo obojgu na tym zalezy. Ale nawet oni nie zaluja decyzji o rozwodzie.
  • 18.01.10, 23:57
    chyba nieco odwracasz mentalnie chronologię. wnioskuje to chocby o
    tym pisaniu o nksmile
    Ileż o rozpadów zwiazków rzekoo przez ten portal smile A tymzasem sprwa
    wyglada odwrotnie. Zdrada, powroty do dawnych sympatii i miłosci to
    konswekwencja na ogól, a nie przyczynasmile

    Czlowiek szuka poza swoim zwiazkiem tego zazwyczaj czego w swoim
    związku nie ma, a czego potrzebuje. Zainteresowania, podziwu,
    romanyzmu, adoracji. Oddalenie sie ludzi to przyczyna, zdrada to
    konswekwencja, na ogól oczywiscie smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 08:50
    Ale na mnie naskoczylisciesmileJa nie pisałam nigdzie ze trzeba poświecac
    zdrowie,narażac siebie i dzieci na niebezpieczenstwo lub co tu mowic...meczyc
    sie z alkoholikiem.Poprostu mam na mysli ze dzis wartosc taka jak rodzina
    odchodzi w cien.Czesto liczy sie samospelnianie zadowolenie ale glownie z
    siebie.Nie ganie rozwodzacych sie gdybym miala sytuacje jakas bardzo trudna nie
    bylabym ofiara nawet mimo milosci.Matka nieszczesliwa nie jest dobra matka.Nic
    fajnego jak dzieci widza klotnie rodzicow.Poprostu nie rozumiecie o co mi
    chodzi.Dziwi mnie ze nie przeraza was ogrom rozwodow i wrecz nawolywanie ze jak
    nie pasuje to mozecie sobie zmienic.Takie sa teraz trendy.I co czy ludzie dzieki
    temu sa szczesliwsi?Co 3 osoba ma stany depresyjne.A....oni pewnie sie mecza w
    zwiazkach i walcza z wiatrakami..Na szczescie jestescie tylko 3 osobami jak
    wnioskuje po rozwodzie i na sile wszystkich usprawiedliwiacie nie zauwazajac
    problemu spolecznego jakim sa rozpady zwiazkow.
  • 19.01.10, 09:41
    majerasek napisała:

    > Ale na mnie naskoczylisciesmile

    kto? gdzie? jak? smile

    .Czesto liczy sie samospelnianie zadowolenie ale glownie z
    > siebie

    No wiesz, nie ukrywajmy, ze człowiek chce być zadowolony ze swojego
    życiasmile moze dla niektórych ludzi to zawwolenie ograicza sie z
    zadowolenia bycia mezem/żona, matka/ojcen, ale wiekszosc chce
    czeroac zadowolenie takze ze swojego rozwoju: intekekualnego,
    zawodowego. normalne

    .Dziwi mnie ze nie przeraza was ogrom rozwodow i wrecz nawolywanie
    ze jak
    > nie pasuje to mozecie sobie zmienic.Takie sa teraz trendy.I co czy
    ludzie dziek
    > i
    > temu sa szczesliwsi?

    wiesz, jest taka scenka w serialu "Dom" chyba, kiedy jeden z
    bohatrów rozmawia z dozorca Popoiołkiem. Popiołek mówi: patrz pan te
    rozwody, dlaczego przed wojna ludzie sie nie rozwodzili. Jego
    rozmówca stwierdził: bo rozwodów nie było, a Popiołek: patrz pan i
    za sanacji czegos brakowało smile

    To nie jest moda, tylko mzliwosc, którą ludzie niechcący być w zym
    zwiazku wykorzystuja. Kiedyś kobiety nie mogły sobie na nią z
    oczywistych wzgledów pozwolic. Pytasz czy ludzie sa przez to
    szczesliwsi? Pewnie róznie. Pojecie sczescia jest bardzo subiektywne
    i trudno oceniac "szczesliwosc" ludzkosci po tym, ze są rozwody smile

    Co 3 osoba ma stany depresyjne.A....oni pewnie sie mecza w
    > zwiazkach i walcza z wiatrakami.

    Znów bład w ocenie. Po pierwsze stamny depresyjne nie bywaja
    wywoływane li tylko wskutek problemów w zwiazku, po drugie - kiedys
    wcake nie tak mało było tych depresji, tylko ludzie tego nie
    leczyli, wiec i nie było to wiadome.


    .Na szczescie jestescie tylko 3 osobami jak
    > wnioskuje po rozwodzie

    A to jakies dziwne wnioski wyciagasz, bo ja napisałam, ze jestem smile,
    ale pozostałe dwwie ossoby to chyba nie pisałysmile

    i na sile wszystkich usprawiedliwiacie nie zauwazajac
    > problemu spolecznego jakim sa rozpady zwiazkow.

    Jak najdalsza jeste od usprawieliwiania kogoś, zwlaszcza kogos kto
    zrobi cos legalnegosmile ale byc moze słusznie zauwazyłas, ze chodzi
    o "rozpad zwiazków" - tyle, ze rozwd to finał, sformalizowanie
    ROZPADU zwiazku, a nie sam rozpad. Tak jak obrazowo ślub to nie ejst
    początek zwiazku ludzi go bioracych, przynajmniej w dzisiejszym
    swiecie pozaarabskim smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:18
    Każdy ma swoje racje.Ja zwróciłam uwage na problem z mojego punktu widzenia.Nie
    uogólniam tutaj rozwodów.Małżeństwo lub zwiazek z drugim czlowiekiem to troche
    gra kompromisów.Wiadomo ze nie mozna doprowadzic do utraty własnej tożsamości
    czy rezygnacji z własnych marzen czy realizowania sie w zyciu.Moze jestem troche
    mało obiektywna ale wlasnie w bliskiej rodzinie przechodzimy dramat gdzie po 2
    latach żonka wróciła na kolanach bo kochaś ja olał.Wróciła do męża ktorego
    przedstawiala w świetle drania niebezpiecznego przed sadem wsrod znajomych
    .Wszystko to po to zeby miec wiecej i jezdzic lepszym samochodem.ale po 2 latach
    poprostu kochaś sie znudzil...Wybaczcie moze ta dygresje ale troche sie moge tu
    poużalać.Jak to wytłumaczycie??Zmarnowała chłopakowi 2 lata jest strzepkiem nerw
    przebywala z dziecmi nie wiadomo gdzie i utrudniala z nimi kontakt.Ona
    żałuje...Chodzilo mi o takie wlasnie rozwody.A naprawde przykladów takich znam
    dokladnie kilka moze nie doslownie takich samych ale zblizonych.Co powiecie o
    takich sytuacjach??
  • 19.01.10, 10:31
    ja powiem o tej sytuacji krótko: facet bedzie przykladem skończonego
    idioty, jesli teraz "załujacą" zone przyjmiesmile

    Za czas jakis moze się spodziewac podobnego zachowania.
    Co powiem o takich rozwodach? No, ze dobrze ze są - kto by chciał
    mieć taką osobe obok siebie? Masochista?

    Osobiscie dla mnie zdrda w zwiazku jest nie do wybczenia z mojej
    strony, w tym sensie, ze nie wyobrazam sobie tworzenia zw. dalej,
    ale jesli tówj krewny tym mysli, to na pewno nie powinien zaraz
    zozny przymowac z otwartymi ramionami.
    ja bym mu radziła w ogóle juz o niej zapomnieć, jako o partnerce. To
    matka jego dzieci - tyle

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:57
    kora3 napisała:

    > ja powiem o tej sytuacji krótko: facet bedzie przykladem skończonego
    > idioty, jesli teraz "załujacą" zone przyjmiesmile
    >
    > Za czas jakis moze się spodziewac podobnego zachowania.
    > Co powiem o takich rozwodach? No, ze dobrze ze są - kto by chciał
    > mieć taką osobe obok siebie? Masochista?
    >
    > Osobiscie dla mnie zdrda w zwiazku jest nie do wybczenia z mojej
    > strony, w tym sensie, ze nie wyobrazam sobie tworzenia zw. dalej,
    > ale jesli tówj krewny tym mysli, to na pewno nie powinien zaraz
    > zozny przymowac z otwartymi ramionami.
    > ja bym mu radziła w ogóle juz o niej zapomnieć, jako o partnerce. To
    > matka jego dzieci - tyle
    > To samo mu radze.Własnie takie sytuacje mnie tak irytuja...mam kolezanke ktora
    sie napatrzyla jak kolezanki na nK świat zwiedzaja i meza zostawila bo znalazla
    sobie takiego co jej sponsoruje zycie dostanie.Zapomniala szybko jak ja z
    rynsztoku mąż wyprowadził.Ale co...ona chce być szczesliwa nikt jej nie zabroni.
  • 19.01.10, 11:13
    Dobrze mu radzisz, zrobi jak zechce.

    a co do kolezanki - nie badź taka pewna tego, co widzisz, bo ty
    widzisz tylko kawałeksmile jak mawiała moja śp. babcia "nikt niczyjego
    nie wie i w drugim nie siedzi"


    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 09:54
    piszesz, ze my nie rozumemy o co ci chodzi, a czy ty sama rozumiesz
    o co mnie chodzi w tym wątku?
    Pisałam o konkretnej sytuacji: braku zgody na rozwód. Co to daje? Wg
    Ciebie np. Naprawde jestes przekonana, ze jesli juz dochodzi do
    sytuacji rozwodowej, małzenstwo z sobą nie mieszka załozmy rok i
    stają pzed sadem to brak zgody na rozwód cokolwiek zmieni poza
    statystyka i to na krótko?smile
    Przeciez sad nawet odraczajac rozwprawe, czy orzekając separacje nie
    ma srodków przymusu dla tego kto odszedł, czy już nie chce być z
    drugimsmile
    Nie ma rozwodu, al zadna sila nie zmusi go, by nalad był ze swym
    współmałzonkiem, jesli nie chce.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:24
    kora3 napisała:

    > piszesz, ze my nie rozumemy o co ci chodzi, a czy ty sama rozumiesz
    > o co mnie chodzi w tym wątku?
    > Pisałam o konkretnej sytuacji: braku zgody na rozwód. Co to daje? Wg
    > Ciebie np. Naprawde jestes przekonana, ze jesli juz dochodzi do
    > sytuacji rozwodowej, małzenstwo z sobą nie mieszka załozmy rok i
    > stają pzed sadem to brak zgody na rozwód cokolwiek zmieni poza
    > statystyka i to na krótko?smile
    > Przeciez sad nawet odraczajac rozwprawe, czy orzekając separacje nie
    > ma srodków przymusu dla tego kto odszedł, czy już nie chce być z
    > drugimsmile
    > Nie ma rozwodu, al zadna sila nie zmusi go, by nalad był ze swym
    > współmałzonkiem, jesli nie chce.
  • 19.01.10, 10:42

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:48
    Chora jestem i nudzi mi siesmile
    Dziękuje za bardzo ciekawa dyskusjesmile
  • 19.01.10, 10:50
    zdrówka życzęsmile i miło poznacsmile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:08
    Właściwie to się z tobą zgadzam.Jest tylko jedno ale...Chodzi o to po co zawiera
    się małżeństwo.Bo jeżeli dla przeżycia jakiejś''przygody''to po co zaraz
    małżeństwo?Wydaje mi się że idziesz trochę na łatwiznę.teraz chcę napisać coś
    wydaje mi się ważnego ale nie chcę używać wielkich słów bo nie lubię patosu.
    kiedyś napisałem swoje życiowe credo i tam było takie motto-"...goń nie po to
    żeby dogonić ale żeby gonić..."I wtej (jednej z nielicznych)spraw poglądów nie
    zmieniłem.Ale zgadzam się że są małżeństwa gdzie krótko mówiąc szkoda czasu.
    I jeszcze jedno.Wydaje mi się że niepotrzebnie utożsamiasz dwie rzeczy kościół i
    religię!Dla mnię to są dwie nie do końca ale jednak różne rzeczy.To ostatnie
    zdanie potraktuj jako zaproszenie dodyskusji.
  • 19.01.10, 10:19
    Hej, teraz mam mało czasu narozmowe, ale otem znajde wiecej smile

    Nie utozsamiam religii z Kosciołem - to razsmile a dwa, ze wg mojej
    oceny, jak mogłeś przeczytac owo niegodzenie sie uporczywie na
    rozwód, jest mało z religią zwiazane. Watek religijny jest tu
    przykrywką dla niepogogodzenia sie z faktami, byc mzoe emsty na
    współmałzonku, odreagowania za krzywdy. wygodnie jest to "nakryc"
    religijnoscia, wg iektórych lepiej wugladasmile Tak myśle

    Natomiast co do przygodysmile do tego nie trza małzeństwa, ba nawt
    konkubinatusmile tylko, ze nie sąze, by ktoś dla przygody wchodził w
    powazny zwiazek, jakikolwiek.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:31
    ateiści też zawierają małżeństwa które się rozpadają.Ja uważam że religia to
    temat zastępczy.Sam mam nieudany związek i z pełną odpowiedzialnością za słowa
    piszę że za rozpad małżeństwa na pewno w stopniu nierównomiernym winę ponoszą
    obie strony a religia nie ma z tym nic wspólnego!
  • 19.01.10, 10:41
    masz 100 proc. racjismile
    ja nigdzie nie piszę, ze za rozpad małzeństw odpowiada
    religijnoscktórejs ze stronsmile
    poruszylam natomiast problem braku zgody na rozwód
    USPARWIEDLIWIANEJ religijnoscią, choc moim zdaniem, zasłanianie się
    religijnoscią jest tu przykrywką dla zgoła innych rzezcy.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 11:03
    Coś mi się wydaje że osobiste przeżycia przesłaniają ci problem.No właśnie czy
    problem?Zgadzam się że religijność "jest przykrywką dla zgoła innych rzeczy" co
    nie wyklucza że dla wielu(nie wiem jak wielu)religijność jest przyczyną do
    ratowania związku do czego mają wydaje mi się prawo.
  • 19.01.10, 11:16
    wiesz, wg mnie to nie jest problem, ot zjawisko, do pogadania.
    ja osobistych takich przezyć nie mamsmile mój eks co prawda był bardzo
    religijny, ale zgodził się na rozwód, który ograniczył sie wówczas
    do standardowego minimum, czyli dwóch rozpraw: ugodowej i
    zasadniczej.

    Na rozwodzie mi zalezało, ale nie aż tak, by drzeć szaty, ze
    przeciagnałby sie np. o pół roku - tak wiec nie bardzo wem , jakie
    to osobiste doswiadczenia moje masz na mysli.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 11:35
    No właśnie to co napisałaś.Ja sam tkwię w nieudanym związku i zastanawiam się
    dlaczego?Nie znam motywacji twojego eks ale sama piszesz o religii.Zastanawiam
    się co mnie trzymie od ostatecznego rozwiązania,czy jest to jak piszezs
    religijność(nie podoba mi się to określenie)czy coś tym "przykrywam?Nie jestem
    religijny(nie mogę znależć innego określenia,podpowiedz)ale słowa przysięgi
    małżeńskiej potraktowałem poważnie.NIGDY NIE ZROBIONO WSZYSTKIEGO.ZAWSZE COŚ
    JESZCZE...Pytanie co?
  • 19.01.10, 13:17
    mango49jk napisał:

    Ja sam tkwię w nieudanym związku i zastanawiam się
    > dlaczego?

    Na to nikt poza tobą nie odpowie, sam musisz pokusić się o szczerą
    rozmowe z sobą.

    Nie znam motywacji twojego eks ale sama piszesz o religii.

    Wiesz, w przypadku mojego akurat małzeństwa to nie jest takie
    proste. Mój eksmąż przejawiał wręcz obsesyjną trligijnosc, ale u
    niego związane to było z powazną chorobą psychiczną, na którą
    cierpiał od wielu lat, przed nazym slubem.

    Zastanawiam
    > się co mnie trzymie od ostatecznego rozwiązania,czy jest to jak
    piszezs
    > religijność(nie podoba mi się to określenie)czy coś
    tym "przykrywam?

    Oj chyba dokladnie nie czytaleś. Po
    1. zapodalam konkretne forum w temacie - jest to forum religijne
    akurat
    2. ja osobiscie uwazam, ze ludzie powołujący sie na religijne
    przekonania w sytuacji ODMOWY UDZIELENIA ZGODY NA ROZWÓD, bo o tym
    rozmawiamy!!! próbują w ten sposób "przykryć" inne powody dla
    których rozwodu współmałzonkowi dać nie chcą.

    Nie jestem
    > religijny(nie mogę znależć innego określenia,podpowiedz)ale słowa
    przysięgi
    > małżeńskiej potraktowałem poważnie.
    I słusznie..


    NIGDY NIE ZROBIONO WSZYSTKIEGO.ZAWSZE COŚ
    > JESZCZE...Pytanie co?

    Nie wiem, ale każdy czlowiek wie ile w coś włożył pracy, starania,
    serca. Jeśli czuje, ze to koniec jego mozliwosci to tak jest.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 14:14
    Trochę rzeczywiście się nie rozumiemy.Ja nie znam twojej sytuacji ale stan
    twojego eks zmienia postać rzeczy.Ale mnie nie chodziło o konkretną sytuację
    twoją czy moją...ciągle szukam innego określenia tego co nazywamy tu
    religijnością...mnie chodzi o pewien system wartości a to nie oznacza tylko
    wiary w Boga.Mnie ciekawi czy ty nie zgadzasz się z tym że taki system wartości
    nie może być powodem ratowania związku.Podkreślam nie za wszelką cenę.
    A propos choroby psychicznej byłbym bardzo ostrożny z formułowaniem sądów.Sam
    byłem po operacji w "innym świecie" i powiedziałem że nigdy nie będę z "takich
    ludzi" ... no nie wiem co.Nie odbieraj tego do siebie.To była taka lużna uwaga
    na marginesie.
  • 19.01.10, 14:44
    mango49jk napisał:
    mnie chodzi o pewien system wartości a to nie oznacza tylko
    > wiary w Boga.Mnie ciekawi czy ty nie zgadzasz się z tym że taki
    system wartości
    > nie może być powodem ratowania związku.Podkreślam nie za wszelką
    cenę.

    Aczkolwiek chyab pokusze się o wujasnienie: otóż ja zaczęłam watek o
    konketnej sytuacji, kiedy osoba niechcąca zgodzić się na rozwód
    POWOŁUJE SIĘ na swoje przekonania religijne.
    Naturalnie, że powodów, f
    dla których ktoś chce ratowac swój zwiazek moze być tysiące i wcale
    nie muszą one być związane z jakimiś religiami.

    Szczerze mowiac, osobiscie uwazam, że brak zgody na rozwód niewiele
    ma do ratowania związku. W takiej sytuacji związku już praktycznie
    NIE MA. Jeśli jedna strona upiera się przy rozwodzie to znaczy, że
    go zdecydowanie chce. Pytanie, czy uporczywy brak zgody moze to
    zmienić.

    > A propos choroby psychicznej byłbym bardzo ostrożny z
    formułowaniem sądów.

    Nie bardzo rozumiem - to nie jest moj żadem sąd tylko diagnoza
    lekarska.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 10:47
    mango49jk zgadzam sie z Tobą.Bzdurą jest twierdzić ze religia powoduje ze
    ludzie walcza z wiatrakami.Rozmówcy tu twierdzą ze religijność jest powodem do
    utrzymywania zwiazku na siłe.Ja myśle ze religia nie ma tu nic do rzeczy-religia
    katolicka oczywiscie.Bo Islam chyba zaklada co innego.Cierpiętnice(cy) to wynik
    niewiary w siebie i uzależnienie emocjonalne.Ogolnie strach!!A co do rozwodów to
    dotyczy to chyba wszystkich.Kazdemu moze sie nie udac.Ale jedni sa swiadomi
    zakladajac rodzice inni nie.Jedni chodza do terapeuty staraja sie cos połatac a
    inni nie bo czesto juz maja na boku doradcewink
  • 19.01.10, 11:11
    Majerasku smile mysle,ze nieco upraszczasz.
    Terapia małzeńska jest dla DWÓCH osób smile Siłą nikogo ani do
    terapeuty, ani do psychologa, ani do lekarza nie zawleczesz, ja
    akurat cos o tym wiem smile Ale juz nawet pomojając terapie, czy ine
    takie ściezki - nawet próba dogadania się na spokojnie MUSI być
    obustronna. Niekoniecznie w równych czesciach musi byc zapał, ale
    wola musi byc z obu stron. zgodzisz się?

    Poa tym wiesz, u ludzi wsyepuje coś takiego, co w technice nazywa
    się "zmeczeniem materiału"smile
    Bywa, że po prostu masz juz kogos dosyc, już ci się nie chce i już
    tej osoby zwyczajnie nie kochasz, nie wyobrazasz sobie, ze twoje
    życie, np. nasteone 40 lat masz spedzic z kims takim.

    Tak było ze mna. Na poczatku bardzo chciałam mojemu eksmezowi pomóc.
    łaziłam sama po psychologach, psychiatrach, ksieżach też - bo on
    jest rzekomo bardzo religijny. Nie chciał zadnej terapii, twierdził,
    ze jest ok. Po pewnym czasie to olałam, bo juz nie mialam siły.
    Chciałam tylko przetwac kolejny dzień. A kiedy się w złosci wyniósł
    z mojego domu, poczułam taką ulge, jakby mi wyrwano bolacą czesc.
    Zmieniłam zamki i nie interesowały mnie negocjacje zadne, zaklecia,
    obietnice, ze się zmieni, ze pójdzie do lekarza. Już nie. Czara się
    przelała już duuuuzo wczesniej. miałam tehgo goscia po prostu DOSYĆ.

    Wczesniej NIGDY nie było miedzy nami jakiejs megaawantury. Bywały
    sprzeczki, jego wariactwa, ale ja starałam sie trzymac od tego z
    dala. to była pierwsza i ostania taka sytuacja. No i mogłabs np.
    patrzac z boku dojsc do wniiosku: on się "wyprowadził" po pierwszej
    kłotni, a ona go potem już nie wpuscila. Tylko, ze poza kłotnią
    konkretna był cały szereg rzeczy, które ze wstydu ukrywałam przezd
    otoczeniem na przykład. czesc naszych znajomych otwierało szeroko
    oczy: oni sie rozstali??? (o rozwód podałam później, za pół roku)
    taie dobre małzeństwo???

    Nie zawsze to co widać z boku jest prawdą Majerasku. dziekuje Bogu,
    że natchnał mojego eksa, zeby się wtedy zdenerwował ( o błahostke) i
    wyniósł. Woelokrotnie go prosiłam, zeby się wyprowadził, ale bez
    skutku, bo jemu było po prostu wygodnie. Gdyby wtedy nie poszedł
    pwnie już bym nie żyła. Byłam w takim stanie psychicznym, a przy tym
    z racji ówczesnej choroby i fizycznym, ze dosłownie wegetowałam i
    nie byłam zdola do żadnego działania. Jego pojscie sobie na ten
    jeden w jego mniemaniu dzieńsmile dodało mi sił! Pomyslałam,ze mam
    dopiero 0 lat z małym haczykiem wówczas i chcę zyć! Wczesniej nie
    chciałam, po prostu byłam. Niedługo po wyprowadzce eksa zwiazałam
    sie z kimś uczuciowo. I znów, gdybys patrzyła z boku wizialabys:
    ledwo meza wyrzuciła juz ma gacha, nie?

    A pomiedzy mna i moim eksmezem od dawna już nie było nic, zadnego
    uczucia, nic.
    tak Majerasku wyglada zycie, akurat tu: kawałek życia. tak, ja sobie
    daję prawo do bycia szczesliwą, kochaną, szanowaną. Kazdy czlowiek
    ma takie prawo.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 13:35
    Korciu Twoja sytuacja dla mnie jest prosta i klarowna.Dobrze ze poradzilas sobie
    z tym wszystkim i zyjesz.Trudno zebys miala wegetowac z dnia na dzien przy
    czlowieku chorym psychicznie nie chcacym sie leczyc.Swoja droga to podziwiam ze
    sie nie klociliscie....
    Ja z mezem kloce sie czesto hehehe leca czasami przedmioty (nieostre)a jeszcze
    jak on byl chory to naprawde ...Az dziwne bo ludzie psychicznie czesto
    okaleczaja fizycznie rodzine do psychicznego wykanczania nie maja cierpliwosci.A
    z drugiej strony i tak "wszyscy jestesmy nienormalni"Jeszcze jedno jak fakt
    choroby ukrył przed Toba to jako gorliwa katoliczka mozesz dostac rozwod
    Kościelny. Kościół nie pochwala ukrywania takich faktów.Twój eks byl chory
    rozwodu dac nie chcial czyli moze to nie katolicyzm jest tu winny za walke z
    wiatrakami a odchylenia psychiczne??Bo czas ascetów juz minał...
  • 19.01.10, 14:14
    majerasek napisała:

    Trudno zebys miala wegetowac z dnia na dzien przy
    > czlowieku chorym psychicznie nie chcacym sie leczyc.

    no tak,ale xzasadniczo, to ja nie wiedzialam na bank, ze mój eks
    (wtedy aktualny) jest chory. Moglam się tego tylko domyślać. Żałuję,
    ze zmarnowalam tyle czasu na usiłowanie udzielenia mu wsparcia,
    trzeba było wystawić mu walizki za drzwi po pierwszym odchyle.


    Swoja droga to podziwiam ze
    > sie nie klociliscie....

    Wiesz, ja nie należę do ludzi kłotliwych. Rozmawiając nawet na
    trudne tematy staram się nie nie podnosić głosu. Wychodzę z
    załozenia, ze w zasadzie nie ma sytuacji, których nie mozna
    spokojnie omówić. Próbowałam tak omawiać z ww., ale ze
    schizofrenikiem sie raczej nie dogadasz, ani na spokojnie, ani w
    inny sposób, zaprzestałam wiec tych prób po jakimś zcasie i nie
    reagowałam na jego wariactwa.

    > Ja z mezem kloce sie czesto hehehe leca czasami przedmioty
    (nieostre)a jeszcze
    > jak on byl chory to naprawde ...

    Wiesz, to dośc trudno sobie wyobrazić, jeśli sie tego nie
    dośwaidczyło. Nie mam doświadczenia w kłotni, takiej z wrzaskami,
    ale to nie znaczy, ze nie wyrazam swego zdania.

    "wszyscy jestesmy nienormalni"Jeszcze jedno jak fakt
    > choroby ukrył przed Toba to jako gorliwa katoliczka mozesz dostac
    rozwod
    > Kościelny.

    Nie jestem katoliczką ani gorliwą, a ni zadnąsmile a rozwodów
    koscielnych nie ma. smile
    W tym miesiącu dostałam pismo o uznaniu przez pierwszą instancję
    Sądu Biskupiego naszego małżeństwa za nieważnie zawarte.
    Pozew do Sądu Biskupiego wniosł mój eks małzonek nieco ponad 3 lata
    temu.


    Kościół nie pochwala ukrywania takich faktów.

    Wg Koscioła ukrycie choroby mającej tak znaczny wpływ na budowanie
    więzi małzeńskiej czyni z automatu małzeństwo niewaznie zawartym.


    Twój eks byl chory
    > rozwodu dac nie chcial

    Chory był i jest nadal, ale nie wiem skąd wiesz, że rozwodu mi dac
    nie chciał smile on tylko ZAPOWIEDZIAŁ, że się nie zgodzi, ale zgodził
    się, kiedy mu przedstawiłam co sie moze zdarzyć smile

    czyli moze to nie katolicyzm jest tu winny za walke z
    > wiatrakami

    nie wiem teraz o czym piszesz. jaka walka z wiatrakami?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 15:19

    >
    > nie wiem teraz o czym piszesz. jaka walka z wiatrakami?
    >
    walka z wiatrakami(moze tez byc walka z wariatami zalezy jak pasujewinkjest na
    sile ratowanie malzenstwa.Lub tez utrudnianie 2 stronie uzyskania rozwodu.
  • 20.01.10, 09:37
    Widzisz Majerasku (jak tam zdrowie, moje nienajlepiej - dziś do
    lekarza smile) - wg mojej oceny uporczywe niegodzenie sie na rozwód nie
    jest forma ratowania malzeństwa, mam na mysli ratowanie zwiazku
    naturalnie, a nie onstytucji na papierze istniejącej.

    Z ta uwaga, ze także przy faktycznych próbach ratowania związku
    nalezałoby się przyjrzeć sytuacji i odpowiedziec sobie na pytania:

    1. Czy sa jakieś przesłanki do mozliwosci uratowania, obiektywne?
    2. Co MNĄ kieruje w moich działaniach ratowniczych?

    Jesli kieruje człowiekiem uzaleznienie emocjonalne (nie wyobrazam
    sobie bez niej zycia), checc "dokopania" ewentualnej kochance np .
    (udowodnie jej, ze on ja porzyci i wróci) itp. to nalezy sobie dać z
    tym spokój. Pamietac bowiem należy, że nie sam powrót małzonka
    marnotrawnego jest tu celem, a dalsze wspólne życie. Nie boega wiec
    o to, by oto nadszedł dzień, w którym on/ona przeprasza na kolanach,
    a na tym, by po tym patetycznym momencie było dalej jakies wspólne
    życie.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"
  • 19.01.10, 13:38
    Z tą Katoliczką to żartowałamwink
    A i moj maz nie jest chory psychicznie a tak napisalam bardzo nieskładnie.
  • 19.01.10, 14:25
    spoko smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez
    żołądek...Jest hmmm nieco ponizej .. na mapie- oczywiście smile"

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.