Dodaj do ulubionych

Tomasik: Boy - życie utrudnione

25.11.10, 22:03
Tomasik: Boy - życie utrudnione
Krzysztof Tomasik

(..) Że już nie ma czci dla księdza,

Że się w kraju płodność zmniejsza,

Że nie tylko czas się spędza,

Że miast kurwy ma być gejsza!…

Boya wina, Boya wina,

Boya bardzo wielka wina!

Że żyć można z tamtą i z tą

Potem znowu z tamtą i z tą

Że być można masochistą,

Lub – bezkarnie!!! - pederastą!…

Boya wina, Boya wina,

Boya bardzo wielka wina!
Janusz Minkiewicz Konfessyja wigilijna Polaka-Katolika

(1932)

W 1928 roku w felietonie Kolonia Tadeusz Boy-Żeleński pisał: „Dziwna rzecz, jak u nas pozwala się spływać wszystkiemu bez śladu, jak mało jest potrzeby utrwalania życia! Życie jest, zdaje się, za szczere dla naszego nawyku zakłamywania wszystkiego”. Paradoks biografii Boya polega na tym, że piętnowana przez niego prawidłowość dotycząca spuścizny Żmichowskiej, Mickiewicza czy Przybyszewskiego dziś dotyczy samego autora Brązowników. Żeleński jak mało kto został doceniony po swojej śmierci, jego imieniem nazywano szkoły, ulice i szpitale, dorobił się kilku biografów, a jego książki i tłumaczenia były wielokrotnie wznawiane. A jednak trudno pozbyć się wrażenia, że spora część jego twórczości leży właściwie odłogiem, a niezwykła aktualność tych pism pozostaje nierozpoznana. Wciąż nie przerobiliśmy lekcji zadanych przez Boya, zarówno jeśli chodzi o biografistykę, jak i stosunek do przemian obyczajowych.

Na swój sposób to wręcz niesamowite, że tak niewiele zwraca się uwagi na życiorys autora, który biografię pisarza uważał za integralną część badań literackich, równie ważną co analiza twórczości. A przecież we wszystkich swoich kampaniach Boy przeciwstawiał się pruderii i przemilczaniu informacji uznawanych za niemoralne. Na niewiele się to jednak zdało, dość powiedzieć, że o głośnym romansie z Ireną Krzywicką, postacią kluczową dla ostatnich dziesięciu lat życia pisarza, milczano aż do czasu, gdy o swoją osobę upomniała się… sama zainteresowana. W wydanej dwa lata przed śmiercią autobiografii Krzywicka konstatowała zdziwiona: „[…] mimo iż mój stosunek z Boyem był publiczną tajemnicą, nikt z tych, którzy pisali o nim, nie porozumiał się ze mną. A pisali o nim głównie ludzie obcy mu i dalecy duchem, jak Stawar (długi czas zaangażowany w stosunku do mnie), Zimand i inni. Czy to głupota, czy pruderia, że nie należy zwracać się o informacje do kochanki? Wyobrażam sobie, jak byłabym oblegana przez historyków literatury, krytyków i dziennikarzy we Francji, gdybym tam była przyjaciółką tej miary człowieka co Boy”. Przez całe dziesięciolecia nie zainteresowano się także małżeństwem Żeleńskich, którzy pobrali się młodo i dość szybko przeszli na stosunki czysto przyjacielskie. Zofia Pareńska (prototyp Zosi z Wesela Wyspiańskiego) pomagała mężowi nie tylko przy przepisywaniu tekstów, była także niezastąpiona przy okazji działania „Biblioteki Boya”. Pozbawione hipokryzji liczne romanse Żeleńskiego i związki jego żony w niczym nie zakłócały ustalonego rytmu ich życia, były raczej jego nieodłącznym elementem. Dość łatwo zgadnąć, że entuzjazm Boya wobec zjawiska „małżeństw koleżeńskich”, a także uznanie zazdrości za przeżytek („Miłości nie da się wymusić. Miłość dba o drugą istotę, zazdrość – o siebie”wink bierze się właśnie z tych jego doświadczeń. W 2001 roku Tadeusz i Zofia Żeleńscy doczekali się monografii Boyowie Barbary Winklowej. Cóż z tego, skoro w książce pełno anachronizmów, a autorka w istotnych kwestiach erotycznych wykazuje powściągliwość większą niż Boy siedemdziesiąt lat wcześniej. Podobnie jest ze stosunkiem do związków pozamałżeńskich, które nazywa się tu „ciężką próbą dla wszystkich bohaterów dramatu”. W rzeczywistości poza potraktowaniem tej relacji jako formy alternatywnej dla tradycyjnego małżeństwa, należy się raczej skupić na – tak lubianych przez autora Słówek – anegdotach, których także w tym przypadku nie brakowało. Jedną z nich wspominał w swoim Dzienniku Jan Lechoń: „Boy miał kiedyś przyjaciółeczkę, miłego, poczciwego, ale bardzo głupiutkiego kurdupelka [chodzi o Janinę Szreniawę (1894-1990), aktorkę teatrów krakowskich i warszawskich – przyp. K.T.]. Niusia Jackowska tłumaczyła mu kiedyś, że to dziewczę nie jest na jego poziomie, że ośmiesza go. Biedny Boy złapał się wtedy za głowę i zawołał: »No, nie obrzydzajcie mi jej. Czemu mi ją obrzydzacie? Przecież w końcu z kimś żyć trzeba!«” (7 XII 1950).

CDN...
Edytor zaawansowany
  • diabollo 25.11.10, 22:04
    Czytając kolejne biografie Żeleńskiego, trudno pozbyć się wrażenia, że autorzy tych książek cenią przede wszystkim Boya-tłumacza, ewentualnie Boya-krytyka teatralnego, odczuwają jeszcze obowiązek wyczerpująco napisać o Boyu-lekarzu. A Boy-antybrązownik? Z tym jest już znaczenie gorzej. Gdyby nie ta część jego działalności prawdopodobnie dziś nawet nie wiedzielibyśmy o istnieniu Ksawery Deybel, ale np. na Andrzeju Z. Makowieckim nie robi to wrażenia: „[..] stwierdził z triumfem, że oficjalna nauka w osobach wybitnych polonistów przemilczała skrupulatnie istnienie kochanki Mickiewicza! Znaczenie tego odkrycia było w istocie dla interpretacji i stanu badań nad twórczością poety raczej drugoplanowe”. Do podobnych wniosków dochodzi Henryk Markiewicz. Inna biografka Boya, Barbara Winklowa, prezentując monografię przyjaźni Wandy Żeleńskiej (matka Boya) i Narcyzy Żmichowskiej, pomija całkowicie hipotezę (dziś już uznaną) na temat homoseksualizmu autorki Poganki, którą jako pierwszy tak wyraźnie i jednoznacznie postawił… Żeleński. Nie należy się więc dziwić, że nie ma także szansy na pojawienie się gdziekolwiek Boya-feministy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nazywanie w ten sposób pisarza urodzonego w XIX wieku może być uznane za nadużycie, ale właśnie w jego pismach odnajduję świadomość, której tak brakuje większości współczesnych publicystów. Nie chodzi jedynie o konkretne stanowisko Boya w sprawie aborcji, prostytucji czy rozwodów, lecz swego rodzaju wrażliwość i uczciwość, która pchnęła go w stronę właśnie tych tematów; tematów należących do sztandarowych kwestii ruchu feministycznego. I choć zdarzały mu się też felietony, które można uznać za mizoginiczne (choćby taki zadziwiający fragment: „w odrodzonej Polsce kobiety od samego początku nie tylko głosują, ale niestety i zasiadają w sejmie”wink, zazwyczaj umiał obnażyć prawo czy zwyczaj godzący przede wszystkim w kobiety. Jego wystąpienia są często zaskakująco aktualne. W tekście Pani a historia żartobliwie wyłożył tezę, która kilkadziesiąt lat później przyświecać będzie na Zachodzie pomysłowi tworzenia women i gender studies, że historia „jak wszystko prawie, co żyje, jest dwupłciowa: męska i żeńska”. I choć potem błaznuje, wymyślając przykładowe lekcje „kobiecej historii”, to zaczyna od stwierdzenia serio: „Mężczyźni, którzy w ogóle gospodarują na kuli ziemskiej jak w podbitym kraju, zagarnęli w ręce nauczanie; kobiety zaś dały je sobie narzucić w historii, jak w innych gałęziach wiedzy”. Szczególnie ważny wydaje się fakt, że Boy ma zwyczaj dostrzegania kobiet i zadawania pytania, jak w danej kwestii przestawia się ich sytuacja. Kiedy pisze o sądzie przysięgłych, krytykuje brak kobiet; gdy zajmuje się podręcznikiem dobrego wychowania, zauważa trudne położenie rozwódki i dość surowe zalecenia dla panien. Wspominając czasy młodości, którą wielu idealizuje, racjonalnie ocenia społeczną funkcję prostytutki, „która stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym. Równocześnie, utrwalając jej nieodzowność, społeczeństwo wdeptało ją w błoto tak głęboko jak nigdy”. Zatrzymuje się nad okrucieństwem wobec kobiet niezamężnych: „Odebrać kobiecie naturalny cel życia, nie dać jej nic w zamian, uczynić ją bezrobotną w każdym pojęciu słowa, piątym kołem u wozu rodziny, skazać ją na »cnotę« i zarazem tę cnotę ośmieszyć, skazać ją na nieuchronną deformację fizyczną i psychiczną i kazać się jej obnosić z tym wszystkim wśród ludzi! Inkwizycja wydaje się mniej potworna niż instytucja »starej panny«, taka, jaka dziś jest już niemal mitem, ale której tyle widziałem jeszcze tragicznych egzemplarzy”. Wreszcie Boy nie ma złudzeń, do czego prowadzi i w kogo uderza podwójna moralność: „Wciąż zachodzą jeszcze do domów publicznych bogobojni młodzieńcy, szanujący dziewiczą cześć swej narzeczonej i w rezultacie często dokumentujący ten szacunek wniesioną w małżeństwo chorobą weneryczną”.



    Obecnie, w związku z obowiązującą od 14 lat ustawą antyaborcyjną, szczególnie aktualny stał się zbiór felietonów Piekło kobiet (1930). Marna to satysfakcja, ale dzisiejsza rzeczywistość przyznała rację właśnie Żeleńskiemu, który w kwestii aborcji akcentował przede wszystkim sprawę klasowości i niesprawiedliwości tej „największej zbrodni prawa karnego”. „Jak wszystkie paragrafy wspierane na obłudzie społecznej, tak i ten godzi jedynie w biedaków”, więc obecnie znowu to najbiedniejsze są zmuszone rodzić, bo nielegalność przerywania ciąży jest fikcją w kraju, gdzie w oficjalnie wydawanych gazetach znajdują się odpowiednie ogłoszenia, zabiegi wykonywane są w gabinetach lekarskich, a wszystko jest tylko kwestią ceny. Także w ogólnym opisie podejścia do problemu z łatwością odnajdziemy dzisiejszą Polskę, zarówno przemilczanie kwestii aborcji przez większość czasopism dla kobiet, jak i swój osobisty stosunek do sprawy: „ta drażliwa kwestia ma to do siebie, że ktokolwiek zabiera w niej głos oficjalnie, natychmiast czuje się skrępowany naciskiem obyczajowej obłudy i traci odwagę publicznego bronienia zapatrywań, które nieraz wyznaje prywatnie”. Przez ponad 70 lat nie zmieniła się też tak bardzo retoryka „obrońców życia”: „Głosić wzniosłe teorie o »prawie płodu do życia«, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka – którą jej »święte« macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa – nie ma dachu nad głową”.

    CDN...
  • diabollo 25.11.10, 22:05
    Aktualności nie straciła także ocena dominacji kościoła katolickiego, której Boy dokonał w Dziewicach konsystorskich (1929) i Naszych okupantach (1932). Całe fragmenty tych zbiorków można dziś cytować i mało kto zorientowałby się, że nie zostały napisane wczoraj: „Utarła się taka kurtuazja, bardzo wygodna; wobec kleru, który – zbiorowo czy pojedynczo – jest najbardziej nieubłagany, gdy idzie o sprawy pieniężne, stale przystoi udawać, że te rzeczy nie istnieją, że wszystko rozgrywa się w wymiarach zaziemskich”. Także całościowa ocena sytuacji pozostaje bez zmian: „Ofensywa klerykalizmu (niewiele mającego wspólnego z religią) na wszystkie dziedziny naszego życia staje się tak gwałtowna, że danie jej odporu stanowi w obecnej chwili jedną z najważniejszych pozycji w kształtowaniu naszej przyszłości. Nasze klerykalne pisma dają nam przedsmak obskurantyzmu z najgorszych czasów dawnej Polski, jak gdyby dla zilustrowania, dokąd nas chcą zaprowadzić”. A jednak ta bijąca w oczy aktualność w dużej mierze pozostaje niezauważona. W 1959 roku Andrzej Kijowski na łamach „Przeglądu Kulturalnego” pisał, że kwestie, o które batalie stoczył Boy, są słuszne, ale dziś już oczywiste. Można odnieść wrażenie, że większość zgadza się z tym twierdzeniem. Nie powinno więc dziwić, że najciekawsza w ostatnich latach analiza dotycząca twórczości Żeleńskiego wyszła spod ręki Kazimiery Szczuki, która w książce Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji wiele miejsca poświęciła kampanii na rzecz świadomego macierzyństwa z przełomu lat 20. i 30. Podczas gdy większość biografów autora Ludzi żywych powtarzało machinalnie tezy przeciwników Boya o „życiu ułatwionym”, Szczuka wykazała, że w istocie było odwrotnie, a w przypadku Żeleńskiego powinniśmy raczej mówić o „życiu utrudnionym”: „[..] pojęłam, studiując pisma Boya, tudzież jego biografię ze względu na temat aborcji, że był to człowiek, który niejako spalił się na scenie życia publicznego tylko i wyłączenie dlatego, że stanął po stronie kobiet. W czasach, gdy »wielkie idee» szykowały się do ostatecznego starcia, pisanie o karmieniu piersią, poronieniach, antykoncepcji, oświacie seksualnej było – w oczach prawdziwych mężczyzn zarówno z „Myśli Narodowej”, jak i „Robotnika” – rodzajem niesmacznej farsy, pokazaniem, że jest się nikim, co najwyżej kawiarnianym babskim królem, rzecznikiem legalizacji cha, cha, cha – spędzania płodu. Nie żadnym społecznikiem, lecz jakimś hedonistą, a może rozpustnikiem. Jednym słowem – niepoważną figurą, za którą nie stoi żadna »wielka idea«. Jaka idea może być bowiem mniejsza od laickiej idei praw kobiet i dzieci?”



    Wreszcie – last but not least – homoseksualizm. To temat, który nie tylko nie jest opracowany pod kątem publicystyki Boya, w ogóle bowiem nie istnieje żadne kompendium przedstawiania kwestii mniejszości seksualnych w przestrzeni publicznej, zarówno w Polsce XIX, jak i XX wieku. W efekcie dochodzi do zaskakujących nieporozumień. Jednym z nich jest tekst Wojciecha Śmiei opublikowany na portalu gejowsko-lesbijskim Homiki.pl. Autor analizuje w nim dwa felietony Boya o homoerotyzmie i odkrywa, że z „konsekwentnie liberalnym programem szła wewnętrzna niechęć i niesmak wobec tego, o co walczy”. Ta interesująca nawet konstatacja nie ma jednak realnego uzasadnienia, Śmieja bowiem zapomina, że Żeleński był w Polsce pierwszą (!) osobą, która wprowadziła temat homoseksualizmu do debaty publicznej. Sprzeczności musiały się pojawić, jako że całość dopiero wypracowywał, od dostrzeżenia kwestii poczynając, a na języku kończąc (to on choćby spopularyzował termin „mniejszości seksualne”wink. W efekcie rola Boya jest w tym względzie nie do przecenienia, tym bardziej, że tematykę homoseksualną wprowadzał do pism niemal od początku swojej kariery publicysty. Gdy podejmował temat pierwszy raz (Przyjaźń i miłość, 1925), obowiązywało jeszcze prawo zaborcze penalizujące seks między mężczyznami. W znowelizowanym kodeksie wprowadzonym w 1932 roku ten paragraf został zniesiony, co było ewenementem na skalę światową i do czego walnie przyczynił się Boy. „I nigdy zaiste żadna mniejszość nie była tak uciskana”, pisał w tymże 1932 roku. O jego nowoczesnym podejściu świadczy również fakt, że gdy wraz z pierwszymi publikacjami zaczęły pojawiać się plotki, że sam autor jest pederastą, Żeleński nie tylko się tym nie przejmował, ale potrafił z tego żartować, także w życiu prywatnym, o czym świadczy wpis w Dzienniku Lechonia: „[…] Niusia Jackowska spotkawszy go (pamiętam, było to na raucie na Zamku), powiedziała mu: »Wie pan, panie Tadeuszu, że jak tak dalej pójdzie, to pan też skończy jako homoseksualista.« A na to Boy bardzo żywo i wcale niestropiony: »Wie pani, że to bardzo możliwe – bo mój stryj jest jednym z najpoważniejszych pederastów na świecie«” (3 VII 1951). Dziś ostrze krytyki (lub analizy) należy skupić nie na Boyu, któremu można wiele zarzucić (choćby skupianie się w tym temacie tylko na mężczyznach), ale innych udzielających się w przestrzeni publicznej homoseksualistach. Dlaczego nie wsparli tej kampanii, która dotyczyła ich bezpośrednio? Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Hertz, Jan Lechoń czy Witold Gombrowicz nie tylko nie starali się kontynuować rozpoczętego dzieła, ale wręcz z lekceważeniem wypowiadali się na temat tej części działalności Żeleńskiego. Trudno więc powiedzieć, kogo na myśli miała Irena Krzywicka pisząc: „pederaści, dlatego, że stanął w ich obronie, uznali go niejako za swego patrona”, z pewnością nie osoby z ich najbliższego, literackiego kręgu. Była to zresztą jedna z największych bolączek Boya – brak zainteresowania ze strony środowisk, o których prawa walczył. Przez lata niewiele się w tej kwestii zmieniło. Na szczęście w przypadku Żeleńskiego czas działa na jego korzyść, z czego świetnie zdawał sobie sprawę. Do Jakuba Wojciechowskiego pisał: „[..] pracuje się nie tylko na tę chwilę dzisiejszą, a wciąż widzimy, że to, co dziś uważa świat za niemoralne, to potem jest za chlubę autorowi poczytane” (12 II 1931).

    www.krytykapolityczna.pl/Teksty-poza-KP/Tomasik-Boy-zycie-utrudnione/menu-id-129.html
  • salez8 26.11.10, 01:03
    Przełożył na język polski wiele dzieł literatury francuskiej:

    Pieśń o Rolandzie,
    Wielki Testament François Villona,
    Tristana i Izoldę w opracowaniu Bédiera,
    wszystkie sztuki:
    Moliera,
    Pierre'a de Marivaux,
    Jeana Baptiste'a Racine'a,
    Pierre'a Corneille'a,
    Pierre'a Beaumarchais'go (Cyrulik sewilski, Wesele Figara),
    Woltera,
    oraz rozprawy
    Kartezjusza,
    Pascala,
    część wierszy Verlaine'a (Elegie),
    Maksymy de la Rochefoucaulda,
    Księżnę de Clèves Madame de La Fayette,
    listy markizy de Sévigné,
    listy panny de Lespinasse,
    Monteskiusza (m.in. Listy perskie),
    Diderota,
    Michela de Montaigne'a (Próby),
    François Rabelais'go (Gargantua i Pantagruel),
    Rousseau,
    Balzaka (cykl Komedia ludzka),
    Marcela Prousta cykl W poszukiwaniu straconego czasu
    Stendhala (m.in. Czerwone i czarne, Pustelnię parmeńską),
    Brantôme'a,
    Bossueta,
    Henri de Saint-Simona,
    Benjamina Constanta,
    Musseta,
    Théophile'a Gautiera,
    Murgera,
    Flauberta (Pani Bovary, Salambo),
    Jarry'ego (Ubu król),
    Anatole'a France'a,
    André Gide'a,
    Berangera,
    François-René de Chateaubrianda,
    Lesage'a,
    Crebillona syna,
    Jacques'a H. Bernardin de Saint-Pierre'a - (Paweł i Wirginia),
    Pierre'a Choderlosa de Laclosa (Niebezpieczne związki) i wiele innych.
  • witekjs 26.11.10, 06:06
    Tadeusz Boy-Żeleński
    "Boy, jednoosobowa boyówka obyczajowo-kulturalna"

    Krytyk i eunuch z jednej są parafii
    Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.

    Tadeusz Boy-Żeleński - Deszczyk

    Mamo, rzekł Jaś, deszczyk rosi, Poplami kapelusz Zosi, Jakże niepotrzebnie pada! Tu matka dziecku wykłada: Za to po deszczu, me dziecię, Drzewko bujniej puszcza kwiecie, Co gdy przyjdzie czas jesieni, W soczysty owoc się zmieni. Owoc zaś, kiedy dojrzeje, Mama araczkiem zaleje, Doda cytrynki i wina, Parę kropel maraskina, Troszkę wody (nie za wiele) - I sprawi dzieciom wesele. Każde ze słomką zasiędzie, Dopieroż to radość będzie! Tak to deszczyk wszystko krzepi: Kwiatek, drzewko rośnie lepiej, Bo Bóg wszystkim mądrze włada . O, kiedy tak, to niech pada!

    Ernestynka

    Druga znów była dziewczynka,
    A zwała się Ernestynka.

    Jeden miała smutek wielki,
    Bo ojciec robił serdelki.

    A przeciwnie, za to ona
    Była bardzo wykształcona.

    Wciąż czytała co się zmieści
    Śliczne francuskie powieści.

    Mówili o niej bógwico,
    Że jest tylko półdziewicą.

    Nie każda jest taka święta,
    Żeby zaraz mieć bliźnięta.

    Raz ją ojciec przez to złapał,
    Bo jej narzeczony chrapał.

    Straszny krzyk się zrobił w domu,
    Że tak czynią po kryjomu.

    Każdy wrzeszczał o czym innym,
    Jak zwykle w życiu rodzinnym.

    Ojciec najgorsze wyrazy
    Powtarzał po kilka razy.

    Ona płakała cichutko,
    Bo ją przy tym kopnął w udko.

    A potem jeszcze jej ostro
    Zakazał bawić się z siostrą,

    Że się taka sama świnka
    Zrobi jak ta Ernestynka.

    Z książkami też była heca:
    Wszystkie powrzucał do pieca,

    Choć sam nie wiedział, dlaczego,
    Co ma jedno do drugiego.

    W końcu ustały te krzyki,
    Poszedł rano do fabryki.

    Na co człowiek się naraża,
    Kiedy ojca ma masarza.

    Dziadzio

    Raz maleńka Fryderyka
    Miała dziadzię tabetyka.
    A że stąpał dość niezdarnie,
    Dziecię pusty śmiech ogarnie.

    "Przestań - rzecze jej na to staruszek łagodnie -
    I ja biegałem niegdyś żwawo i swobodnie;
    A że mi dziś chodzenie idzie jak po grudzie,
    To dlatego, żem w pracy żył ciężkiej i trudzie".

    Dobre dziecię, zawstydzone,
    Poszło płakać aż na stronę;
    Odtąd zawsze w czci głębokiej
    Podpirało starca kroki.

    Pamiętajcie, drogie dziadki,
    Nie żartować z ojcam matki,
    Bo paraliż postępowy
    Najzacniejsze trafia głowy.

    Gdy się człowiek robi starszy

    Gdy się człowiek robi starszy,
    Wszystko w nim po trochu parszy-
    wieje;

    Ceni sobie spokój miły
    I czeka, aż całkiem wyły-
    sieje.

    Wówczas przychodzą nań żale,
    Szczęścia swego liczy zale-
    głości.

    I mimo tak smutne znamię,
    Straszne go chwytają namię-
    tności...

    Z desperacją patrzy czarną
    Na swe lata młode zmarno-
    wane,

    W wspomnień aureolę boską
    Pręży myśli swoje rozko-
    chane...

    Z żalem rozważa w swej nędzy
    Każde "nicniebyłomiędzy-
    nami",

    Każdy nie dopity puchar,
    Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
    kami...

    Wspomni z jakąś wielką gidią
    Swe gruchania, ach jak idio-
    tyczne,

    I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
    Jakieś dziwne prądy elek-
    tryczne...

    Jakąś gęś, z którą do rana
    Szukali na mapie Ana-
    tolii,

    Jakiś powrót łódką z Bielan,
    Jakiś wieczór pełen melan-
    cholii...

    Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
    Dziergana w rozkoszy ara-
    beski.

    Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
    Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
    szewski!...

    ...I wdecha zwiędłe zapachy
    Nad swych marzeń trumną nachy-
    lony,

    I w letnią noc, w smutku szale
    Łzami skrapia własne kale-
    sony...

    Tadeusz Boy Żelenski

    wierszowisko.waw.pl/index.jsp?aut_id=77
    www.plezantropia.fora.pl/b-kabareton-b,141/tadeusz-boy-zelenski,4841.html
    j_uhma.republika.pl/boy.html
    wyborcza.pl/1,75517,593198.html
    Kim jest
    Tadeusz Boy-Żeleński

    www.zgapa.pl/zgapedia/Tadeusz_Boy-%C5%BBele%C5%84ski.html
    wapedia.mobi/pl/Tadeusz_Boy_%C5%BBele%C5%84ski
    Dziękuję za Boya !!

    Pozdrawiam. Witek }:-})=
  • witekjs 26.11.10, 06:46
    Tadeusz Boy - Żeleński

    KU CZEMU POLSKA IDZIE

    To pytanie jest wciąż aktualne. Rozważania autora nt. obyczajów literackich w czasach II RP są świeże, jakby pisane dziś, jakby była to ta sama Polska. Zadziwiające, czyżby nic się nie zmieniło? Przecież mamy XXI wiek! (red.)

    Ewolucja, którą przechodzimy, zasługuje na to, aby ją śledzić z całą bacznością. Okupacja kraju, o której nieraz mówiłem postępuje. Dzieje się to zwłaszcza dzięki konfiguracji frontów politycznych. Jeżeli Sienkiewicz w „Potopie" porównał Rzeczpospolitą do postawu czerwonego sukna, które sobie wydzierają królewięta, to dziś można by powiedzieć, że wszystkie bez wyjątku partie wydzierają sobie czarną połę sutanny. W następstwie tej polityki, nic dziwnego, że „stan posiadania" rośnie. I literatura coś wie o tym. Departament nauki i sztuki znajduje się w ręku osoby duchownej. Łysiny macherów z Instytutu Literackiego wcale dobrze imitują tonsurę. Katolicka Agencja Prasowa rzuca pioruny na teatr za wystawienie sztuki, w której Filip II, patron św. Inkwizycji, potraktowany jest nie dość czule. Uprzedzając zgoła życzenia nieoficjalnej prewencyjnej cenzury duchownej, jej ramię świeckie" nie dopuszcza do sceny bardzo moralnego utworu młodej autorki. Słowem, obręcz się zacieśnia. Gdyby nasza okupacja ziściła swoje ideały, wszystko - absolutnie wszystko - byłoby poddane władzy kleru. Wobec tego nic dziwnego, że musi nas interesować, co reprezentuje ta kandydatura na Króla - Ducha Polski, jakie są skarby kulturalne, które nam przynosi. Mam w ręku dokument, który pozwala nam przyjrzeć się bliżej temu obliczu. Ukazała się mianowicie książka pt. Co czytać? napisana przez o. Mariana Pirożyńskiego, redemptorystę, wydana za pozwoleniem władzy duchownej przez księży jezuitów w Krakowie. Jest to - jak mówi podtytuł - poradnik dla czytających książki. Opaska zaś na książce nosi ten obiecujący napis: Pierwsza i jedyna w języku polskim zdrowa ocena beletrystyki polskiej i obcej. 1000 autorów - 3500 dzieł. Pierwsza i jedyna! To wiele powiedziane. Przejrzyjmyż tę zdrową ocenę. Wybór autorów, sporządzony wedle spisu alfabetycznego, jest dość przypadkowy. Na próżno siliłby się kto zgadnąć, czemu jeden autor jest, a czemu innego nie ma. Przypomina to katalog wypożyczalni książek w miejscu kąpielowym, z tym, że obok nazwiska autora mamy tu zwięzłą ocenę.

    (...) Miałoby się ochotę przepisać wszystko, taki jest swoisty wdzięk w tych określeniach. Ale przejdźmy do konkluzji. Nie mielibyśmy nic oczywiście przeciw temu, gdyby ksiądz
    Pirożyński zestawił spis książek, które z jego kapłańskiego punktu widzenia zasługują na zalecenie lub bodaj są dozwolone. Ale właśnie jeżeli staniemy na tym stanowisku, uderzają tu pewne rzeczy. Przede wszystkim poziom umysłowy ujawniający się zarówno w sądach, jak
    w ich formułowaniu, straszliwa ignorancja czyniąca z tego poradnika lamus rzeczy zupełnie przypadkowych. Ksiądz Pirożyński nie zna nawet „swoich ludzi", nie zna naszych katolickich pisarzy. Ani jeden z tych, którzy na zjazdach obcałowują ręce prałatom, nie jest wymieniony. Cóż za niewdzięczność! Ani najpokorniejszy służka Kościoła p. Miklaszewski, ani p. Nowaczyński, ani p. Zygmunt Wasilewski. Nie ma w tym poradniku ani śladu K.H. Roztworowskiego.

    I w ogóle gdy chodzi o polecenie „co czytać", ksiądz Pirożyński jest w kłopocie. Okazuje się, że ten kapłan zna przeważnie książki - niestosowne. Zdumiewa mnie zaś wręcz oczytanie księdza Pirożyńskiego w „pornografii" (daję cudzysłów, bo u księdza Pirożyńskiego pojęcie pornografii jest bardzo obszerne) wszystkich epok i krajów. Przyznam się, że nie znam ani jednej książki Pitigrillego, ksiądz Pirożyński zna bez mała wszystkie. I wylicza je - w tej książce pt. Co czytać jak z nut: Pitigrilli, współczesny pornograf, wyuzdanie jego nie zna żadnych granic: „Pas cnoty", „Kokaina", „Obraza moralności", „Osiemnaście karatów dziewictwa".

    Ten ojciec redemptorysta zna wszystkie sprośności, bodaj najbardziej zapomniane i przedawnione: Kock Paweł, Francuz, mając 10 lat ogłosił „Dziecię mojej żony" i odtąd pisał bez przerwy niemoralne i ordynarne romanse. W tłumaczeniu polskim jest ich przeszło czterdzieści.

    Co za erudycja! Czasami ten katalog przypomina owe notatki w brukowych dziennikach, które gromiąc odkryty przez policję dom schadzek, podają jego szczegółowy adres. Gdy np. napiętnowawszy ohydę Lavedana, ojciec Pirożyński dodaje: Na szczęście przetłumaczono tylko „Łóżko". Znam dobrze literaturę francuską, ale nie miałem pojęcia, że istniał jakiś Felicjan Champsaur. Ksiądz Pirożyński wie nawet, że się urodził w roku 1859, i dodaje: Jeden z najniemoralniejszych pisarzy francuskich: „Siewca miłości"

    (...) I ta obfitość „pornograficznej" lektury - choćby traktowanej negatywnie - w poradniku Co czytać nie jest przypadkowa. U tych ofiar celibatu płeć wyradza się w ów wciąż niedosycony, ciekawy, wścibski erotyzm, który niejedną uczciwą kobietę na zawsze oddalił od konfesjonału. To przebija w dziełku księdza Pirożyńskiego z całą naiwnością. Nawet lektura Dickensa działa na tego kapłana podniecająco!

    Wrażenie, jakie nam zostaje ze spojrzenia zapuszczonego w tę duszę - a możemy ją uważać za „reprezentatywną" - jest dość szczególne. Litość i zgroza. Litość dla człowieka, który ma takie widzenie świata, takie horyzonty, ale zarazem zgroza, kiedy się pomyśli, że to jest przekrój kasty, która z całą bezwzględnością i z takich zuchwalstwem wyciąga ręce po wszystkie władze w dzisiejszej Polsce, która zwłaszcza chce wyłącznie kierować duszą młodzieży.

    Poradnik księdza Pirożyńskiego to ciekawy, ale niewesoły komentarz do psychiki kleru. Tak byłaby ta książka zabawną osobliwością, ale nie dziś i nie u nas. Niepodobna jej uważać za indywidualny wybryk. Tam nic nie dzieje się przypadkiem. Wszak książka ta przeszła cenzurę duchowną, czytać ją musiał szereg osób, wydali ją księża jezuici. (...) Jeden z naszych pisarzy - najmilszy sercu i duszy ojca Pirożyńskiego - napisał książkę pt. Ku czemu Polska szła? Ja daję tym rozważaniom tytuł Ku czemu Polska idzie... Idzie szybkim krokiem.

    (Obszerne fragmenty z felietonu Boya pt. Ku czemu Polska idzie, wybrała C.J. Kotarba)
    Tadeusz Boy - Żeleński felieton Ku czemu Polska idzie

    evacska.republika.pl/materialy/poezja/tadeusz_boy_zelenski/ku_czemu_polska_idzie.htm
  • uffo 26.11.10, 17:20
    podobno geniusze odwiedzaja swoje narody przecietnie co 200 lat. Azeby troszku posprzatac.

    No coz niesforne dzieciatko spoleczne,wierzga nozkami i raczkami, broniac sie przed swiadomoscia i rozwinieciem skrzydelek.

    Geniusze juz byli,
    nektarki zostawili,
    a narodek i tak
    woli smrodek.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka