Dodaj do ulubionych

Lincze w Ameryce

08.09.15, 07:51
Lincze w Ameryce. Pocztówka ze śmiercią

Katarzyna Surmiak-Domańska

Widokówki z linczów wysyłano znajomym z podobną intencją, z jaką dzisiaj zamieszczamy fotki na Facebooku. Największa atrakcja jest wtedy, gdy nadawca może zaznaczyć na zdjęciu siebie.


W czerwcu 2005 roku amerykański Senat uchwalił rezolucję-przeprosiny za to, że nigdy nie ustanowił prawa penalizującego lincz. W latach 1882-1968 w USA w samosądach zostało zamordowanych co najmniej 4743 obywateli, głównie Afroamerykanów. Sprawcy nigdy nie ponieśli konsekwencji. Dopiero dziesięć lat temu w obecności siedzących na sali potomków ofiar i jednego staruszka, który sam o mało nie został kiedyś powieszony przez tłum, padły słowa: "Senat wyraża swoje najgłębsze współczucie wobec osób, które zostały pozbawione życia, godności i konstytucyjnej opieki państwa, i zapewnia, że ich tragedie nigdy nie zostaną zapomniane i nigdy się nie powtórzą".

Spośród 100 senatorów 13 nie podpisało się pod rezolucją.

Dziwny owoc

Poeta Abel Meeropol nazwał ich "dziwne owoce". Napisał o nich wiersz, a potem piosenkę. "Strange Fruit" w 1939 roku nagrała Billie Holiday. W 1999 roku magazyn "Time" ogłosił utwór piosenką XX wieku.

Południowe drzewa wydają dziwne owoce.
Na liściach krew, krew przy korzeniach.
Czarne ciała kołyszą się w południowym wietrze.
Dziwne owoce zwisające z gałęzi topoli.


Billie Holiday: Nie stroniła od heroiny, whisky i opium, ale jej najbardziej zgubnym nałogiem byli mężczyźni

"Dziwnym owocem" był na przykład Jesse Washington.

W maju 1916 roku miał 17 lat. Siedział na ganku swego domu w Waco w Teksasie, kiedy po niego przyszli. Proces, zeznania świadków, wszystko odbyło się błyskawicznie. Usłyszał, że zamordował białą kobietę. Może nawet nie do końca zrozumiał, był opóźniony w rozwoju. Po czterominutowej naradzie sędziowe wydali wyrok śmierci. Jednak do celi śmierci Jesse nie dotarł. Prosto z sądu porwał go tłum.

Na rynku zebrało się kilkanaście tysięcy osób. Żeby lepiej widzieć, ludzie wdrapywali się na słupy i dachy automobili, podnosili do góry dzieci. Szeryf i burmistrz Waco patrzyli z okna ratuszu na pierwszym piętrze. Najpierw chłopaka tylko skopano i opluto. Dostał też kilka solidnych uderzeń łopatą. Wreszcie ktoś krzyknął: "Spalić go!". Przewiązali mu pod pachami łańcuch, który przerzucili przez konar dębu. Usypali stos ze skrzynek. Kiedy obcinali mu uszy, Jesse stracił przytomność. Ocknął się, kiedy ktoś obcinał mu genitalia. W przerażeniu zaczął uciekać w jedynym możliwym kierunku, czyli w górę, podciągając się na łańcuchu. Wtedy obcięli palce. Podpalono stos. Człowiek obsługujący dźwignię to spuszczał Jesse'ego na łańcuchu w płomienie, to podnosił. "Coon Cooking" (gotowanie czarnucha) trwało tego dnia dwie godziny.

Na twarzach zebranych widocznych na zdjęciu maluje się znużenie. Ktoś nawet ostentacyjnie przysypia oparty o słup. Zwęglone szczątki Jesse'ego wiszą z rozpostartymi kikutami ramion i z resztkami nóg, przypominają ogromne czarne ptaszysko, które szykuje się do sfrunięcia na stojących pod nim mężczyzn w kapeluszach. Ale ich uwagę pochłania teraz obiektyw aparatu. Nad jednym z kapeluszy widać rozmazany znaczek X. Pocztówka ze stemplem miejscowego zakładu fotograficznego została nadana nazajutrz na poczcie w Waco. Na odwrocie ktoś napisał: "Wczoraj mieliśmy tu grill. Stoję po lewej stronie, zaznaczyłem krzyżykiem. Wasz syn Joe".

Kolekcjoner

W pierwszej połowie XX wieku do Kongresu wpłynęło prawie dwieście projektów ustawy antylinczowej. Siedmiu prezydentów składało w tej sprawie petycję. Trzy raz projekt przeszedł nawet przez Izbę Reprezentantów i dostał się pod głosowanie Senatu. Za każdym razem upadał przez opór białych kongresmenów z południa kraju. Ostatni raz w latach 50.

Inicjatorka rezolucji z 2005 roku senator Mary Landrieu z Luizjany nie kryje, że zmotywowała ją wystawa zatytułowana "Bez nabożeństwa" ("Without Sanctuary, Lynching Photography in America"). Składa się na nią 145 zdjęć, głównie w formie kartek pocztowych, zrobionych podczas linczów.

W 2000 roku zostały także wydane w formie albumu. Człowiek, który stworzył tę kolekcję, nazywa się James Allen i sam jest białym z Południa.

Urodził się w konserwatywnej rodzinie na Florydzie. Wśród jedenaściorga rodzeństwa wyróżniał się niecodziennym hobby, które niepokoiło rodziców. Lubił starocie. Gdy bracia chcieli na urodziny rower albo strzelbę, on prosił o zabytkowy wazonik. Z czasem jego ojciec zorientował się, że ta odmienność jest dużo poważniejsza, okazało się bowiem, że syn jest gejem. Poczekał, aż James skończy 18 lat, i wyrzucił go z domu.

Młody Allen postanowił uczynić ze swojej pasji zawód. Polował na oryginalne przedmioty, które walały się po domach, i odsprzedawał z zyskiem. Potrafił przejechać kilka stanów na wieść o garnku wykonanym kiedyś rękami czarnego niewolnika. Raz stracił prawo jazdy w pogoni za stuletnią ręcznie szytą kołdrą. Jego ambicją było zostanie profesjonalnym kolekcjonerem. Takim, który tworzy unikatowy zbiór, by żyć z jego pokazywania.

W 1980 roku, miał wtedy 26 lat, na pchlim targu w Atlancie zobaczył starą pocztówkę. Przedstawiała wiszącego na dębie mężczyznę otoczonego grupką widzów. Był to głośny lincz z sierpnia 1915 roku na żydowskim dyrektorze fabryki ołówków w Atlancie Leo Franku. Frank został skazany na śmierć za zamordowanie 13-letniej robotnicy Mary Phagan. Gubernator stanu Georgia zamienił mu jednak wyrok na dożywocie. W proteście grupa obywateli nazywających się Rycerzami Mary Phagan porwała Franka z więzienia. Ponieważ był biały, potraktowano go z respektem. Skręcono pętlę, przyniesiono taboret.

"Większe wrażenie niż wiszące ciało Franka w nocnej koszuli zrobiły na mnie psie twarze ludzkiej sfory, która kręciła się wokół niego" - napisze 20 lat później James Allen w przedmowie do swojego albumu.

Za tę pierwszą pocztówkę zapłacił 15 dolarów.

Kilka miesięcy później, na innym targu, sprzedawca wziął go na bok: - Mam dla pana coś specjalnego - szepnął. I wręczył mu pocztówkę przedstawiającą śmierć Laury Nelson.

Laura była matką 14-latka oskarżonego o zabicie szeryfa. Wzięła winę na siebie, więc powiesili oboje. Na moście nad Canadian River w Okemah w Oklahoma w 1911 roku. Ją przedtem zgwałcili. Zdjęcie pokazuje wiszącą na sznurze młodą kobietę z opadniętą głową, w szczelnie zapiętej pod szyję sukni sięgającej bosych stóp. "Przypominała dziecinny papierowy latawiec zaczepiony o druty i powiewający smętnie na wietrze".


Allen zapłacił za "Laurę" 75 dolarów. Pomyślał, że takich zdjęć musi być dużo więcej.

CDN...
Edytor zaawansowany
  • diabollo 08.09.15, 07:52
    Sukienka bez rękawów

    Chciałoby się, żeby to były ekscesy. Ale Instytut Tuskegee - zajmujący się historią Afroamerykanów - ma dowody, że po zniesieniu niewolnictwa w USA odbyło się 3446 linczów na Afroamerykanach oraz 1297 linczów na osobach innych ras. To jest szacunkowe minimum, bo policzyć da się tylko te, o których jest jakaś wzmianka w prasie, książce, zdjęcie. O których ktoś opowiedział.

    Chciałoby się usłyszeć, że to było bardzo dawno temu. 1911, 1916 - to brzmi w miarę zamierzchle. Ale w albumie są zdjęcia nowsze. Na przykład takie, gdzie na pierwszym planie wzrok przykuwa sukienka w deseń, bez rękawów. Mogłaby wisieć na wieszaku w dzisiejszym sklepie. Zdjęcie zrobiono w 1930 roku w miejscowości Marion w stanie Indiana. Ubrana w sukienkę kobieta przyszła zobaczyć egzekucję Abrahama Smitha i Thomasa Shippa posądzonych o zgwałcenie białej dziewczyny. Właśnie po obejrzeniu tej fotki Abel Meeropol napisał słynny protest song "Strange Fruit". A ten staruszek, który w 2005 roku miał 91 lat i został zaproszony do Kongresu, miał wisieć razem z tymi dwoma. Nazywał się James Cameron. Już miał pętlę na szyi, gdy w ostatniej chwili ktoś krzyknął: "Tego nie, ten jest niewinny". Cameron wierzy, że to był głos Matki Boskiej.

    Najnowsza fotografia pochodzi z lipca 1935 z Florydy. Nisko nad ziemią zwisa z drzewa człowiek. Nie dalej niż kilka metrów od niego stoi dziewczynka w wieku około dziesięciu lat. W odprasowanej krótkiej białej sukience z szerokim kołnierzem stoi w rozkroku, ciężar ciała oparty na jednej nodze, ręce złożone na podołku. Jej twarz wyraża wesołe zaciekawienie. Obok, z założonymi rękami, także ubrany na biało, stoi mężczyzna w słomkowym kapeluszu. Pewnie tata.

    A w czasie programu telewizyjnego z udziałem Allena do studia zadzwoniła kobieta, która powiedziała, że jej dziadek został spalony żywcem jeszcze w roku 1953.

    Chciałoby się wierzyć, że to się działo tylko w tym jednym szczególnym miejscu. Na Południu, w Pasie Biblijnym, tam gdzie kiedyś było niewolnictwo. Nieprawda. Tam linczów było zdecydowanie najwięcej, ale miały miejsce w całych USA. Z wyjątkiem kilku stanów w Nowej Anglii.

    Chciałoby się, żeby się okazało, że sprawcami byli jacyś nieobliczalni ekstremiści, na przykład członkowie Ku Klux Klanu. I to też nieprawda. Linczów dokonywali i przypatrywali się im najzwyklejsi obywatele: farmerzy, nauczyciele, kaznodzieje, mechanicy samochodowi, dziennikarze, policjanci, studenci, gospodynie domowe, uczniowie.


    Klan Town


    Sprzedam usta

    Są czarno-białe i kolorowane. Klasyczne z jednym ujęciem i składaki: na przykład widokówka z linczu na Willu Jamesie w Cairo w Teksasie z 1909 roku to cztery etapy masakry, a w środku owalny portret ofiary, jeszcze niczego nie przeczuwającej, zrobiony u fotografa na miesiąc przed śmiercią. Na samym początku XX wieku pocztówki z samosądów były tak popularne jak widoczki wodospadu Niagara. Wysyłano je znajomym i rodzinie z podobną intencją, z jaką dzisiaj zamieszczamy fotki na Facebooku. Największa atrakcja jest wtedy, gdy nadawca może zaznaczyć na zdjęciu siebie.

    James Allen postawił na nogi całe Stany. Ogłaszał się w prasie i w internecie, założył darmową linię telefoniczną. Chodził na pchle targi, wertował komisy i sklepy ze starzyzną. Szperał ludziom po strychach i piwnicach, rozbebeszał kufry, zaglądał pod łóżka, kartkował Pisma Święte - czasem taka pocztówka służyła jako zakładka. Stał się bywalcem gun showów oraz mityngów dla sympatyków wojny secesyjnej. Oprócz zdjęć zbierał i fakty.

    Odkrył na przykład, że czasem na lincze sprzedawano bilety, że rodzice pisali dzieciom usprawiedliwienia do szkoły, że były specjalne kolejki, które woziły ludzi z farm na miejsce widowiska, że lincze przeradzały się w spektakle, na których ofiary przebierano w kostiumy, że gazety nie tylko relacjonowały lincze, ale też zapowiadały je, zachęcając do udziału, że godziny rozpoczęcia były korelowane z redakcyjnymi deadlinami.

    Dowiedział się, że w 1908 roku był już taki zalew pocztówek ze śmiercią, że federalny Urząd Pocztowy USA zakazał ich doręczania. Ale pocztówki krążyły nadal, a małomiasteczkowe zakłady fotograficzne jeszcze przez długie lata mogły utrzymywać się z samych linczów. Ze spektakularnego samosądu można było sprzedać i kilkadziesiąt tysięcy odbitek. Szły nawet po pół dolara. W relacji z samosądu na Thomasie Brooksie w Tennessee zamieszczonej w gazecie "The Crisis" z 1915 roku czytamy:

    "Przez cały poranek słychać było kliknięcia setek kodaków. Ludzie zjechali wiele mil powozami i automobilami, żeby zobaczyć wiszące ciało. Fotografowie zainstalowali na moście przenośne drukarnie i zbierali złote żniwo, sprzedając na miejscu pocztówki z egzekucji. Dużo było kobiet i dzieci. W kilku wiejskich szkołach specjalnie przełożono tego dnia rozpoczęcie lekcji, żeby uczniowie zdążyli wrócić z linczu".

    Często, mimo iż zdjęcie zrobione jest w nocy, ofiara jest doskonale widoczna, rozświetlona jakby łuną. Ta łuna to błysk fleszów. Allen domyślił się, że szał fotografowania miał głębszy sens. Zdjęcia miały zaświadczyć, że lincze nie były działaniem w amoku. Że linczownicy starali się imitować oficjalne prawo i zawsze pamiętali, żeby skazańca, nawet gdy najpierw go poćwiartowali czy spalili, na końcu powiesić. Fotografie stanowią dowód, że obywatele traktowali lincze z powagą, przestrzegali ceremoniału i ubierali się na nie jak do kościoła. Gdyby nie te detale, ktoś mógłby pomyśleć, że samosąd był jakimś barbarzyńskim mordem.

    CDN...
  • diabollo 08.09.15, 07:53
    Najbardziej szokującym odkryciem był zwyczaj zbierania pamiątek. Widzowie nie tylko zrywali z ofiar części garderoby, ale często odkrajali sobie kawałki ich ciał. Allen przeczytał o egzekucji Sama Hose'a, do której doszło w 1899 roku w hrabstwie Cowetta, w stanie Georgia. W obecności dwóch tysięcy widzów odcięto mężczyźnie uszy, palce, wykastrowano, zdarto skórę z twarzy, oblano naftą i podpalono, a gdy ogień zgasł, zwłoki rozkrojono. Allen ustalił, że były dwie techniki palenia. Jedna polegała na ciągłym podtrzymywaniu ognia, wtedy człowiek spalał się na popiół - taki popiół można było wsypać do słoiczka po kremie. Druga to pieczenie ciała, aż wnętrzności zyskiwały solidną konsystencję i wtedy łatwiej wydobywało się je nożem. Jedni zbierali pamiątki dla siebie, inni sprzedawali łupy dalej. W kwietniu 1899 roku w sklepie w Atlancie można było kupić goleń Hose'a, a delegat z Cowetta zawiózł plasterek jego serca w darze gubernatorowi Georgii.

    W jednym z domów, które odwiedził Allen, wisiała na ścianie starannie oprawiona odbitka zdjęcia z linczu w Marion. Między passe-partout a szybkę zatknięto kosmyk czarnych kręconych włosów.

    Ktoś inny zaproponował mu zakup ususzonych ust.

    Sielankowa scena z szarmanckiego Południa.



    Wytrzeszczone oczy, wykrzywione usta.

    Zapach magnolii, słodki i świeży.

    I nagle woń smażonego mięsa.

    Blackface

    Chociaż amerykańskie dzieci nie uczą się o linczach w szkole, wiedza jest ogólnie dostępna. Napisano o nich wiele książek i artykułów. Ale dopiero zebrane pocztówki - nic nie działa na mózg tak jak obraz - wywołały publiczną debatę. "W czasie 30 lat mojej pracy - nie spotkałem się z niczym, co w równym stopniu pozwoliłoby zrozumieć, czym był amerykański rasizm - powiedział Randall Burkett, historyk z Emory University w Atlancie.

    Lincze były już w czasach niewolnictwa. Gospodarka rolna Południa uzależniła się od tej formy pracy. Ale im więcej Murzynów żyło na Południu, tym bardziej rósł lęk ich właścicieli. Co by było, gdyby ci zahartowani mężczyźni, których w pewnym momencie zrobiło się tyle samo, a w niektórych miejscach nawet więcej niż białych, powstali? Pojedyncze bunty udawało się opanować, ale represje siłą rzeczy były coraz bardziej brutalne. Jednak uproszczeniem byłoby sądzić, że gnębienie czarnego przychodziło białemu gładko. Był przecież chrześcijaninem, potrzebował jakiejś moralnej legitymizacji. Znalazł ją w Biblii. Przez dwieście lat dzieci na Południu uczyły się na katechezie, że Murzyni to potomkowie Chama i jego syna Kanaana. Cham nie okazał należnego szacunku swemu ojcu Noemu, za co ten rzucił klątwę na jego syna: "Niech będzie przeklęty Kanaan! Niech będzie najniższym sługą swych braci!".

    Z pomocą przyszli pseudonaukowcy. Zanim w Europie pojawił się rasizm, plantatorzy z kolonii już w 1712 roku w preambule do przepisów o zarządzaniu Murzynami w Karolinie Południowej napisali, że są oni "ze swej natury barbarzyńcami, bestiami i dzikusami, co całkowicie wyklucza możliwość, by byli rządzeni prawami, zwyczajami i praktykami panującymi w naszej prowincji".

    Odporność na empatię wobec czarnego człowieka wzmacniała także rozrywka. Na początku XIX wieku popularne staje się widowisko teatralne, w którym biali aktorzy upodobniali się do czarnych za pomocą charakteryzacji "blackface". Czernili twarz, zostawiając otoczkę wokół ust, dzięki czemu te wydawały się karykaturalnie duże, zakładali peruki z wełny, a ubierali się w połatane portki i dziurawe buty, łącząc je z takimi elementami zbytku, jak frak, kapelusz czy rękawiczki. Wyłaniająca się ze spektakli sylwetka Murzyna to niefrasobliwy i rozbrajająco głupi obibok, obdartus - ale z pretensjami do elegancji podpatrzonej u białych panów. Bufon i cwaniak. Na pewno nie ktoś, kto zasługiwałby na współczucie.

    Jest takie zdjęcie w albumie "Bez nabożeństwa", które nasuwa mi skojarzenie z blackface. 1900 rok, miejsce nieznane. O co chodzi? Na pewno są tu zwłoki mężczyzny ubranego w białą koszulę poplamioną krwią i czarną kamizelkę. Mężczyzna usadowiony jest w fotelu na biegunach, na tle stodoły. Na twarzy ma wymalowane białe wzory, na oczy nałożono jakieś krążki. Ma doklejoną czuprynę i bokobrody z waty. Czy to możliwe, że nieboszczyk został ucharakteryzowany tak dla śmiechu? Że niby ma wyglądać jak leniwy "czarnuch", który nie umarł, ale wystroił się i teraz drzemie na słońcu w wygodnym fotelu?

    Szukam w albumie twarzy ludzi, których mógłby ten obrazek rozśmieszyć. To na przykład niski facio z wąsikiem, który podczas linczu Smitha i Shippa gorliwie pokazuje palcem w stronę wiszących. Na ramieniu ma wytatuowaną Indiankę. Ktoś napisał na odbitce: "Bo wskazuje swojego czarnucha".

    Na pewno trup z bokobrodami z waty rozśmieszyłby trzech chłopców w wieku, na oko, od 8 do 13 lat, którzy w 1920 w Teksasie stali rozbawieni pod zwisającym z drzewa Lige Danielsem.

    Może też pana sędziego z Georgii, tak grubego, że marynarkę zapiął tylko na jeden guzik, stojącego z zadowoloną miną pod dębem, z którego zwisa Leo Frank.

    Szufladka z przyborami do golenia

    Dla wielu osób zniesienie niewolnictwa, którym zakończyła się wojna secesyjna, musiało być czymś równie przerażającym jak wypuszczenie maltretowanej bestii z klatki. A okres tak zwanej rekonstrukcji (1865-1877), czyli wprowadzania nowych porządków przez zwycięzców z Północy, którzy odgrywali się na ekskonfederatach, konfiskując im majątki, odbierając przywileje i promując natarczywie Afroamerykanów, do dziś wspominany jest na Południu jako czas straszliwego upokorzenia. Gwałt i rabunek rzeczywiście były wtedy na porządku dziennym, częściowo dlatego, że Murzyni brali odwet, częściowo dlatego, że nie potrafili funkcjonować na wolności. Te osiem lat wystarczyło, żeby do końca zantagonizować białych południowców z czarnymi, a także z Północą, i wpoić im na zawsze nieufność do wszystkiego, co płynie z Waszyngtonu.

    CDN...
  • diabollo 08.09.15, 07:54
    Gdy więc tylko władze federalne zostawiły ich samym sobie, biali próbowali desperacko odtworzyć dawny ład, wprowadzali najróżniejsze przepisy dyskryminujące czarnych. Jedną z kar za ich nieprzestrzeganie był samosąd.

    Lincz nigdy nie został zalegalizowany. Nigdy jednak nie był nielegalny. Można go oczywiście było podciągnąć pod morderstwo, ale morderstwo jest przestępstwem leżącym w gestii sądów stanowych. Bez ustawy federalnej rząd nie mógł więc ścigać sprawców.

    Słowo pochodzi od nazwiska sędziego Charlesa Lyncha, który w czasach amerykańskiej rewolucji wydawał wyroki na zdrajców lojalnych wobec Wielkiej Brytanii. Stąd skojarzenie linczu z walką w słusznej sprawie, z czymś w rodzaju wyroku państwa podziemnego. Po śmierci Leo Franka w gazetach pojawiały się ryciny przedstawiające Muzę Linczu stylizowaną na Wolność wiodącą lud na barykady z obrazu Eugene'a Delacroix.

    Kaznodzieje w kościołach mówili o "świętym gniewie ludu", który bierze sprawiedliwość w swoje ręce, gdy legalna władza jest zbyt opieszała lub chwiejna.

    O tym jak przydałaby się jakaś federalna interwencja, świadczy choćby to, że kiedy w 1934 roku w Kongresie rozgorzała najpoważniejsza dyskusja nad wprowadzeniem antylinczowej ustawy, samosądy momentalnie ustały. Przez prawie pół roku nie zanotowano żadnego. W1935 roku było ich znów ponad 20. Po wojnie wróciły na Południe wraz z zaognianiem się walki równościowej, ale nie miały już charakteru widowisk. Po ustanowieniu w 1964 roku The Civil Rights Act, który definitywnie kończył wszelką dyskryminację prawną, lincz umarł śmiercią naturalną.

    Ludzie zaczęli się pocztówek wstydzić.



    James Allen podejrzewa, że gdyby nie ogłosił, że płaci 1000 dolarów za sztukę, pewnie większość by przepadła. Czasem ktoś dzwonił do niego i mówił na przykład: "Oj, jaka szkoda, znalazłem taką pocztówkę w szufladzie z przyrządami do golenia dziadka, ale od razu spaliłem".

    "Im dłużej wpatrywałem się w te fotografie, tym większy narastał we mnie lęk - pisze Allen. - Lęk wobec tzw. większości, wobec religii, wobec tego, co powszechnie przyjęte. Wobec białych samców - od których, jako gej, sam zaznałem dyskryminacji".

    Najwięcej - 30 tysięcy dolarów - zapłacił za trzy fotografie Franka Embry'ego z 1899, zabitego w Fayette w stanie Missouri. Embry stoi na wozie całkiem nagi, całe ciało ma pokryte ranami od uderzeń bata. Związanymi dłońmi zasłania genitalia i patrzy spokojnie w obiektyw. Otaczający go mężczyźni wzrok mają utkwiony w jego kroczu. Za chwilę rzucą się, żeby go wykastrować. Fotografie to tryptyk. Trzy kolejne ujęcia: Embry przodem, Embry tyłem, Embry wiszący, z kocem opasanym wokół bioder, spod którego wypływa krew. Ktoś zszył sobie trzy zdjęcia czerwoną nitką. Można je było rozkładać jak mapkę.

    Biały na kozetce

    Śledztwa w sprawie linczów prowadzone przez działaczy Stowarzyszenia Promocji Ludzi Kolorowych (NAACP) wykazywały, że zbrodnie dokonane przez ofiary często były wyssane z palca albo nadmuchiwane. Na przykład Sam Hose - ten, którego kawałek serca powędrował do gubernatora - rzeczywiście zabił pracodawcę, ale nie wbił mu noża w plecy, by go okraść, i nie zgwałcił jego żony, ale bronił się, gdy ten próbował go zastrzelić. Niewinny był syn Laury Nelson i trójka czarnych przyjaciół z Marion - ich rzekoma ofiara zeznała później, że wcale nie została zgwałcona. To nie Leo Frank zabił Mary Phagan, ale mieszkańcy Atlanty w 1915 roku nie chcieli słyszeć, że akt oskarżenia przeciw niemu jest absurdalny. Żydowscy imigranci byli znienawidzeni, bo opanowywali lokalny przemysł i zbijali majątki, często wyzyskując robotników.

    Afroamerykanom samosąd groził za niezapłacenie podatku, nieprzepuszczenie na ulicy białego, za konkurowanie z białymi w biznesie, za upicie się w miejscu publicznym. Bywali linczowani w tzw. miastach zachodzącego słońca, jeśli ośmielili się w którymś z nich przebywać po zmierzchu.

    Najczęściej jednak zabijano czarnych za pożądanie białych kobiet. Czasem wystarczyło, że ktoś zaczął tylko rozmowę z kobietą "wyższej" rasy na ulicy czy w sklepie. Rzekome gwałty okazywały się nierzadko relacjami za obopólną zgodą. A tego biały mężczyzna nie mógł ścierpieć.

    Historyka społecznego Erica Lotta zaciekawiło, że linczowani to prawie zawsze młodzi, dobrze zbudowani mężczyźni. Jego zdaniem w podświadomości białego Amerykanina tkwi fascynacja ciałem czarnego samca, wybuchowa mieszanka lęku, winy i zawiści. "Spójrzcie na te czarne ciała, naoliwione, związane, obnażone, z opuszczonymi szelkami, rozpiętymi paskami, wyeksponowanym kroczem, obciętymi genitaliami - pisze Lott w eseju "A Strange and Bitter Spectacle". - Trudno nie zauważyć tu tęsknoty, podprogowej identyfikacji białego samca z tymi czarnymi społecznymi wyrzutkami". Lott powątpiewa też, czy kobiety, których tak zapamiętale bronili ich mężczyźni, rzeczywiście były im za to wdzięczne. A może same były ofiarami tego, co patetycznie nazywano "supremacją białej rasy"?

    Ciekawe, że to właśnie kobiety najenergiczniej sprzeciwiały się samosądom. Jassie Daniel Ames z Teksasu, biała sufrażystka, wdowa z trojgiem dzieci, założyła w 1930 roku w Atlancie Stowarzyszenie Kobiet Południa do Walki z Linczami. W deklaracji napisała: "Nie mamy zamiaru dłużej obojętnie przyglądać się, jak te zwierzęce zbrodnie powodowane wyłącznie osobistym rewanżyzmem są popełniane rzekomo w naszym imieniu". Pod deklaracją zebrała podpisy 40 tysięcy białych mieszkanek Południa. To kobiety w dużym stopniu przyczyniły się do tego, że na przełomie lat 30. i 40. linczów było już mało.

    CDN...
  • diabollo 08.09.15, 07:55
    Wystawa i po wystawie

    Dziś federalna ustawa antylinczowa nie jest już potrzebna. Na ściganie zbrodniarzy najczęściej jest za późno. Choć w 2005 roku, kilka dni po ogłoszeniu senackiej rezolucji z przeprosinami, sąd skazał wreszcie 80-letniego byłego członka Ku Klux Klanu Edgara Killena, który w 1964 roku w Missisipi zorganizował lincz na trzech działaczach praw obywatelskich. Ich historia została opowiedziana m.in. w głośnym filmie "Missisipi w ogniu". Killen w 1967 roku został uniewinniony, obecnie odsiaduje dożywocie. Dziś, nie mniej niż przeprosiny, przydałyby się pewnie odszkodowania dla rodzin pomordowanych. Mówiło się o tym w mediach latem 2005. Jednak do dzisiaj o tym cisza.

    13 senatorów, którzy nie podpisali dziesięć lat temu przeprosin, to republikanie. Nie podpisał ich żaden z dwóch senatorów z Missisipi, stanu, w którym było najwięcej (581) linczów. Jeden z nich oświadczył, że nie myśli przepraszać za coś, co Senat zrobił lub nie zrobił w czasach, gdy on sam jeszcze w nim nie zasiadał.


    Rasizm ma się dobrze

    Kiedy w 2000 roku James Allen po raz pierwszy pokazał swoje zbiory w maleńkiej galerii w Nowym Jorku, przed wejściem ustawiały się trzygodzinne kolejki. Wystawa przeniosła się do sali New York Historical Society. 80 miast zaoferowało, że chce ją pokazać u siebie. Od tego czasu "Bez nabożeństwa" odbyła kilkadziesiąt podróży także do Europy, a album z pocztówkami stał się bestsellerem.

    Co ciekawe, kolekcja została generalnie lepiej przyjęta przez białych niż przez czarnych. Choć większość Afroamerykanów dziękuje Allenowi za to, co zrobił, to niektórzy mają mu za złe, że zawłaszczył ich cierpienie, że zarabia na nim, że rozpowszechnia materiały, które ich upokarzają. Że posypuje niezabliźnione rany solą. Że zdjęcia tortur nie powinny być sprzedawane w formie lakierowanego albumu przeznaczonego do położenia na stoliku do kawy. Że gdy słyszą w telewizji, jak biały mężczyzna mówiący z południowym akcentem zaprasza na wystawę o linczach, to tak jakby Niemiec zapraszał na wystawę o Holocauście.

    Biali oficjalnie przyjęli to świadectwo z pokorą. Allena zadziwia jednak, że wciąż żyją w USA ludzie, którzy nie zrozumieli jego intencji. Jak pewien mężczyzna, który zadzwonił, żeby zaoferować mu starą pocztówkę, i dodał: "Niech pan mi przypomni, żebym pokazał panu też zdjęcie czarnucha, którego sam ustrzeliłem".

    "Z czasem zdałem sobie sprawę, że strach, który czułem, oglądając widokówki, jest także strachem przede mną samym. Portrety wyciągnięte z rodzinnych albumów stawały się w mojej wyobraźni portretami mojej własnej rodziny i mnie samego - mówi Allen. - Kiedy człowiek zostanie zdegradowany i odhumanizowany, wtedy można zrobić z nimi wszystko, wtedy budzi się nasza sadystyczna natura. Tylu ludzi na świecie było zdumionych, gdy dowiedzieli się, co się działo w Abu Ghraib, nie mogli uwierzyć w to, co miało miejsce w Guantanamo. Jeśli obejrzysz ten album, niczemu już nie będziesz się dziwił".

    9 września wychodzi książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej o dawnych i dzisiejszych rasistach w USA pt.

    Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość
    "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość"
    Katarzyna Surmiak-Domańska
    wyd. Czarne

    wyborcza.pl/duzyformat/1,147368,18693622,lincze-w-ameryce-pocztowka-ze-smiercia.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka