Dodaj do ulubionych

Blade Runner 2049

04.10.17, 23:58
Na razie tylko dla płacących za gazetę:



wyborcza.pl/7,101707,22468670,blade-runner-2049-udana-kontynuacja-legendarnego-filmu.html

Blade Runner pierwszy zrobił na nie ogromne wrażenie.

Kłaniam się nisko.




--
Religia jest dla ludzi bez rozumu.
/Józef Piłsudski/



--
Religia jest dla ludzi bez rozumu.
/Józef Piłsudski/
Edytor zaawansowany
  • 05.10.17, 18:59
    "Blade Runner 2049": udana kontynuacja legendarnego filmu Ridleya Scotta. Science fiction, ale o naszych czasach
    Wojciech Orliński
    04 października 2017

    W "Blade Runnerze 20149" najbardziej zachwyca warstwa wizualna. Te kadry! Nic, tylko oprawić w ramy i powiesić w galerii między Beksińskim, Lichtensteinem i Hopperem. Od 6 października w kinach.

    Kilka lat temu Peter Thiel, współzałożyciel Paypala i Facebooka, oskarżył świat technologii o brak realnej innowacji. „Obiecywano nam latające samochody, a dostaliśmy wiadomości tekstowe ograniczone do 140 znaków”. Na Twitterze (który zresztą właśnie eksperymentuje nad zwiększeniem limitu do 280 znaków – co za postęp!) odpowiedział mu projektant gier Kyle Marquis: „Obiecywano wam opresyjną cyberpunkową dystopię. To się akurat spełniło”.

    Obie te obietnice – latające samochody i cyberpunkowa dyktatura – „złożył” nam jeden film: „Blade Runner” Ridleya Scotta z 1982 r.

    Słowo „cyberpunk” nie było wtedy jeszcze w powszechnym użytku. Wylansuje je kilka lat później dopiero powieść „Neuromancer” Williama Gibsona, ale w kinie to właśnie „Blade Runner” stworzył kanon gatunku.

    Replikanci z krwi i kości
    Nim rozwinę tę tezę, zatrzymajmy się przy tym tytule. Polski tytuł „Łowca androidów” pochodzi z tej samej epoki, w której „Terminatora” nazwano „Elektronicznym mordercą”. Nie chodzi już nawet o nietrafne tłumaczenie. Dosłownie „blade runner” też nic nie znaczy – literalnie to „biegnący po ostrzu”.

    Skąd się wziął oryginalny tytuł? Ridley Scott, adaptując powieść Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” z 1968 r., zwrócił uwagę na jej słabość: nie wiadomo, o co w niej chodzi androidom.

    Dick przez lata cierpiał na zaburzenia psychiczne; uważał, że gada do niego twarz widoczna na niebie oraz sztuczna superinteligencja V.A.L.I.S.
    Mówiły mu, że Imperium Rzymskie się nie rozpadło i że jest chrześcijaninem cierpiącym prześladowania za Nerona. W odzyskaniu zdrowia psychicznego nie pomagało mu to, że jak przystało na kalifornijskiego pisarza w psychodelicznych latach 60., Dick próbował wszystkiego, co dilerzy mieli w ofercie.

    W prozie Dicka z tego okresu powraca więc motyw psychologicznego testu, któremu poddawani są bohaterowie – a który może dramatycznie zmienić ich życie. W tej powieści grozi im to, że zostaną uznani nie za ludzi, tylko za zbuntowane androidy – co odzwierciedlało strach Dicka, że jakieś badanie zakwalifikuje go do leczenia zamkniętego.

    CDN...


    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • 05.10.17, 19:00
    No pięknie, ale co to obchodzi widza w kinie? – zapytał Scott ekipę borykającą się z przełożeniem powieści na język kina. Dick wymusił na scenarzystach przeróbki, w wyniku których z filmu w ogóle zniknęło słowo „android”. Zastąpiono go słowem „replikant”, budzącym biologiczne skojarzenia.

    Nic w „Blade Runnerze” nie sugeruje, że chodzi o maszyny, przeciwnie – na każdym kroku okazuje się, że replikanci to po prostu sztuczni ludzie. Zmodyfikowani, ale zbudowani z białek, DNA, krwi i kości.

    W filmie nie skupialiśmy się już więc na przygodach futurystycznego detektywa tropiącego w Los Angeles zbuntowane maszyny. Ważniejszy był metafizyczny dramat istot, które człowiek stworzył na swój obraz i podobieństwo, aby za niego cierpiały w niewoli.

    Nie Dick to wymyślił, ale świetnie wpisywało się to w jego wizję przyszłości. W odróżnieniu od wielu zachodnich autorów science fiction, opisujących utopijną gospodarkę przyszłości jako coś w rodzaju lepszego komunizmu, Dick opisywał świat zarządzany przez korporacje technologiczne. Czyli: nasz świat. „Blade Runner” wyprzedził swoje czasy, tworząc postać złego demiurga, twórcy replikantów Eldona Tyrella.

    Science noir fiction
    O tym wszystkim trzeba pamiętać, mówiąc o filmie „Blade Runner 2049”. Jego jedynym mankamentem jest to, że nie da się go zrozumieć bez znajomości pierwszej części. To nie samoistna wizja przyszłości, raczej kontynuacja tamtej, dlatego w 2049 r. nadal istnieją linie PanAm i Związek Radziecki.

    Kontynuacja takiej legendy to niełatwe zadanie, a Denis Villeneuve miał tym trudniej, że rzeczywistość, jako się rzekło, pod pewnymi względami dogoniła „Blade Runnera”. Nie mamy latających samochodów, ale mamy monopolistyczne korporacje technologiczne, takie jak Tyrell Corporation. Mamy baśniowe bogactwo jednych opierające się na wyzysku drugich. Chińscy robotnicy, którzy robią nasze lśniące smartfony, żyją prawie jak niewolnicy. A metale rzadkie, niezbędne do ich produkcji, wydobywane są już przez prawdziwych niewolników w Afryce i Azji.

    Na Zachodzie udajemy, że tego nie dostrzegamy. Fetujemy technokratów, jakby byli dobroczyńcami ludzkości. Peter Thiel nie zrozumiał fantastyki z lat 80. - bo sam jest jak wycięty z niej szwarccharakter.

    Villeneuve zadaniu podołał. W jego „Blade Runnerze” kolejny demoniczny technokrata, Niander Wallace (Jared Leto), motywowany jest już nie tylko chciwością, ale także obsesją quasi-religijną (to akurat pomysł Dicka, niewykorzystany w pierwszym filmie). Jego tropem rusza współczesny blade runner (Ryan Gosling).

    Jak w klasyce kryminału noir (jak to w przypadku kryminału, o przebiegu akcji tu nie opowiemy, by nie psuć zabawy) detektyw najpierw przyjmuje rutynowe zlecenie – i nagle okazuje się, że śledzi najpotężniejszych ludzi w mieście.

    Tak jest w „Chinatown” Polańskiego i w „Żegnaj, laleczko” Chandlera – i tak było w pierwszym „Blade Runnerze”. Kontynuacja znakomicie odtwarza ten sam klimat noir, kilka dialogów tutaj mogłoby wręcz paść w „Sokole maltańskim” (np. „możemy dalej się bić albo wyjaśnić sobie to wszystko przy drinku”).

    Kadry – do galerii!
    Film najbardziej zachwyca jednak warstwą wizualną. Ridley Scott miał do dyspozycji niewielki budżet. 40 lat temu przebił się jako specjalista od taniego kręcenia filmów wyglądająch jak drogie – być może za późniejszy spadek formy odpowiada po prostu to, że rozpieścił go brak ograniczeń budżetowych. „Blade Runner” Villeneuve’a nie wzbudzi więc zachwytu efektami specjalnymi, te są akurat oszczędne, rzec można: analogowe.

    Ale za to kadry – nic, tylko oprawić w ramy i powiesić w galerii między Beksińskim, Lichtensteinem i Hopperem. Niektóre ujęcia autorstwa Rogera Deakinsa robią zresztą wrażenie świadomych nawiązań do klasyki XX-wiecznego malarstwa.

    Sceny walki również są dalekie od tego, do czego przyzwyczaiły nas „Gwiezdne wojny” i „Terminator”. Już w pierwszym „Blade Runnerze” pewnym problemem było to, że ani Harrison Ford grający tytułowego detektywa, ani Rutger Hauer grający przywódcę replikantów nie czuli się dobrze w walce wręcz. Stąd choreografia walki, w której więcej choreografii niż walki.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • 05.10.17, 19:01
    Podobnie jest w filmie Villeneuve’a. Widzowie oczekujący wymyślnych bijatyk i strzelanin jak w „Matriksie” czy „Tożsamości Bourne’a” mogą się poczuć wręcz rozczarowani. Ale właśnie dlatego to jest „Blade Runner”, a nie coś innego!

    To nie jest film dla widzów oczekujących banalnego, widowiskowego science fiction z serii „Roboty kontra kosmici”. Raczej dla tych, którzy mają ochotę na kino refleksyjne, filozoficzne, wizjonerskie. Takie jak nominowany do Oscara „Nowy początek” – poprzedni film Villeneuve’a.



    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • 07.10.17, 00:04
    to moja 1na z najbardziej wyczekiwanych premier filmowych jesieni...

    jesli kadry nawiazuja "mentalnie/artystycznie" do Beksinskiego i Hoopera, to tylko na plus, choc mrocznosc i surowosc zdjec w Lowcy androidow 1 tez byla pociagajaca.

    no i obsada: Ryan Gosling jako nastepca Harrison'a Forda budzi nadzieje na dobry poziom aktorski (uwazam, ze chlopak niepotrzebnie grywa w komediach czy romansach, znacznie lepiej sprawdza sie w dramatach i mrocznych fabulach: rewelacyjny byl w Fanatyku, dobry w Idach marcowych czy Drugim obliczu), stary Harrison i Jared Leto (ostatniemu talentu w grywaniu wszelkiej masci swirow i outsiderow nie sposob odmowicwink)

    a zanim obejrze LA2, to zaraz przypomne sobie dokladnie LA1 - na TNT w tym tygodniu powtarzająwink (info bez zamierzonej kryptoreklamytongue_out)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.