Dodaj do ulubionych

Więziennictwo w "katolickim kraju"

09.05.19, 07:22
wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,24590327,pawel-moczydlowski-jesz-na-widoku-zalatwiasz-sie-w.html

--
Religia jest dla ludzi bez rozumu.
/Józef Piłsudski/
Edytor zaawansowany
  • diabollo 09.05.19, 07:24
    Paweł Moczydłowski: Jesz na widoku, załatwiasz się w obecności innych, płaczesz na widoku, onanizujesz się na widoku. Nic tak nie zryje mózgu

    Aleksandra Szyłło

    Poza stosowaniem przemocy autorytet niszczy korupcja. Skorumpowany funkcjonariusz automatycznie pozbawia się władzy moralnej. Staje się jednym z przestępców i osadzeni tak go traktują. Jeśli chce cokolwiek osiągnąć, musi być coraz bardziej brutalny. Rozmowa z Pawłem Moczydłowskim, socjologiem, kryminologiem

    Paweł Moczydłowski - socjolog, kryminolog, dyrektor Centralnego Zarządu Zakładów Karnych w latach 1990-94
    ALEKSANDRA SZYŁŁO: „Resocjalizacja w polskich więzieniach to fikcja” – to pana słowa wypowiedziane wtedy, gdy cała Polska żyła zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, zabójstwem dokonanym przez osobę, która zradykalizowała swoje widzenie świata podczas odbywania wyroku za napady i kradzieże.
    PAWEŁ MOCZYDŁOWSKI: Najbardziej odczłowieczają dwa czynniki: przeludnienie pod celą oraz niewłaściwa proporcja funkcjonariuszy Służby Więziennej do liczby osadzonych.
    Przeludnienie to?
    – Proszę zobaczyć: wystarczy, że stanę bardzo blisko nad panią, i już czuje się pani niekomfortowo, prawda? Każdy człowiek ma taką granicę, mniej więcej jeden metr wokół siebie, gdzie zasadniczo nie życzy sobie dopuszczania innych, poza wyjątkowymi sytuacjami. Człowiek, u którego ta bariera stale jest przekroczona, czuje się zaszczuty, choruje.
    Udowodniono, że zwierzęta trzymane w warunkach stłoczenia częściej zapadają nawet na nowotwory, nie mówiąc o głębokich zaburzeniach i chorobach psychicznych. Pod celą jeden człowiek radzi sobie z tym tak, że huknie na innych – odwalczy w ten sposób więcej przestrzeni dla siebie. To ten mocniejszy, czasem psychopata. Drugi – raczej skurczy się w kącie, wycofa. Przeludnienie powoduje, że ta hierarchia dziobania w celi powstaje bardzo szybko. To nie wina tych ludzi, którzy tam pracują czy siedzą. Powodem są warunki, w jakich zostali postawieni. Przemoc, samouszkodzenia, bunty – to jest bezpośredni skutek przeludnionych cel i więzień.
    Jaka powinna być proporcja funkcjonariuszy do więźniów?
    – Klasycznie zakłada się, że jeden do trzech. Tyle że ta proporcja wzięta jest wprost ze strategii militarnych. W wojsku uczą, że na polu walki atak powinien być trzy razy liczniejszy niż obrona i te proporcje przeklejono do zakładów karnych. Dziś na 75 tysięcy osadzonych mamy 27,5 tysiąca funkcjonariuszy, ale większość z nich zajmuje się nie bezpośrednim monitorowaniem sytuacji w celach, tylko różnymi działaniami, jak transport więźniów, zaopatrzenie, zwykłe administrowanie czy pełnienie służby na pasach ochronnych.


    Weźmy przykład: na warszawskiej Białołęce jest ponad 1700 osadzonych, a realnie jeden funkcjonariusz monitoruje naraz 20, nawet 40 więźniów. Na noc w całym areszcie śledczym pozostaje kilkunastu funkcjonariuszy na całą jednostkę.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 09.05.19, 07:25
    Co pan jako funkcjonariusz może zrobić w tak przeludnionym więzieniu?
    – Mamy dziś jednego wychowawcę na 40 osadzonych i jednego psychologa na 200, a nawet ta norma nie zawsze jest przestrzegana.
    Wchodzę do celi i widzę, że frajer czy cwel nie siedzi przy stole z git-ludźmi, widzę, że ma siniaki. Podejrzewam, że został pobity, może zgwałcony. On nawet, wydaje mi się, niemo zgłasza potrzebę rozmowy. Tak, wiem, że ja tu jestem odpowiedzialny za wdrażanie prawa i norm moralnych, czyli jego ochronę i bezpieczeństwo, ale mam jeszcze inne cele do obejścia i wiele innych obowiązków, zaraz z tej celi wyjdę… i zrobię to, co powszechnie dzieje się w przeludnionych więzieniach, zostawię tego człowieka dalej z tymi samymi towarzyszami na ich łaskę i niełaskę.

    To zdrada ze strony funkcjonariusza, więzienia, państwa, które ma stanowczo egzekwować prawo i porządek i gwarantować więźniowi bezpieczeństwo. Zostawiam go i on nie może mi nic powiedzieć o swojej biedzie. Mało tego – jako zdradzony nienawidzi i odwraca się tyłem do mnie, do więzienia, wymiaru sprawiedliwości i do państwa. Dla niego jesteśmy gorszą bandą hipokrytów i łajdaków niż ci, którzy tam siedzą. Ich zasady przynajmniej działają i wiadomo, czego się trzymać. Mamy więc system, który na ustach ma frazesy o przestrzeganiu prawa, a w rzeczywistości skazuje człowieka na bezprawie w celi.
    W takich warunkach, skoro nie mogę skutecznie monitorować relacji między więźniami, mogę się w dupę pocałować ze swoją resocjalizacją. Ja pozoruję realizację moich obowiązków, by utrzymać pracę, on pozoruje oczekiwaną przez system poprawę, by otrzymywać ulgi i ewentualnie warunkowe zwolnienie.


    Na Sycylii mafia urosła w potęgę i zyskała powszechny szacunek tzw. zwykłych mieszkańców, bo pilnowała zasad i zaprowadzała sprawiedliwość społeczną tam, gdzie legalna władza tego nie robiła. Tam, gdzie brakuje legalnej władzy wdrażającej prawo, powstaje druga władza, ze swoim systemem normatywnym.
    Niedawno w Gostyninie, w słynnym ośrodku dla „bestii”, zamknięto kobietę w ostrej fazie schizofrenii. Nie rozumiała, gdzie się znajduje, co ma robić i po co. Wyła. I w jej obronie stanęły... „bestie”, Mariusz Trynkiewicz i inni najbardziej niebezpieczni więźniowie w Polsce. Oni czuli, że coś jest głęboko nie tak, że obok nich męczy się kobieta, która nie jest w stanie podporządkować się narzucanym jej regułom, bo ich nie rozumie. Stanęli przy kratach i zaczęli skandować: „Gestapo!”. Proszę zobaczyć, jak dalece absurdalna sytuacja. „Bestie” wykazują tyle empatii, żeby domagać się od ślepego systemu poszanowania dla chorej.

    A jakie są proporcje funkcjonariuszy do więźniów w innych krajach?
    – W Szwecji to jeden do jednego. Proszę się jednak nie łudzić, że prostą receptą na nasze obecne zło jest zatrudnienie większej liczby pracowników Służby Więziennej. Obecna struktura nie jest w stanie łyknąć zwiększenia etatowego.
    Dlaczego?
    – Bo zwiększenie liczby etatów spowoduje rozrost biurokracji. Trzeba zmienić strukturę organizacyjną, błąd tkwi w złym wykorzystaniu kapitału ludzkiego.
    To od czego zacząć?
    – Opowiem historię: w latach 90. byłem w Helsinkach, by przyglądać się, jak działają tamtejsze zakłady karne. Razem ze mną była delegacja Służby Więziennej Białorusi. W pewnym momencie padło pytanie, czy tutaj też są izolatki. „Oczywiście” – potwierdzili Finowie i zaprowadzili nas do schludnego, jasnego pokoju z wygodnym łóżkiem i stolikiem, zamykanego na jedne, nieprzesadnie mocne drzwi. Delegacja białoruska w śmiech: „To nie żadna izolatka, zamknijcie nas tu teraz, to pokażemy w sekundę, jak się stąd wydostać”.
    Finowie jako uprzejmi gospodarze się zgodzili i trzech funkcjonariuszy białoruskich zostało zamkniętych. No i po chwili drzwi od izolatki runęły z hukiem, a w rozwalonej framudze ukazali się Białorusini. Zachwyceni sobą. Do końca pobytu nie zrozumieli, że tutaj zderzyły się ze sobą dwie zupełnie różne kultury. Byli przekonani, że mocnym kopniakiem w drzwi obnażyli słabość fińskiego więziennictwa. W krajach byłego ZSRR izolatka to była śmierdząca, ciemna, zagrzybiona grota z punktowym światłem, w której przetrzymywany ma dostać depresji. W Skandynawii jest zrozumiałe, że człowieka skazuje się na pozbawienie wolności, ale nie godności. A im bardziej po ludzku traktujemy osadzonego, tym mniej potrzeba krat.
    My musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: wybieramy Finlandię czy Białoruś?
    Na początku lat 90. wprowadzał pan reformy, które miały nas przenieść w kierunku Finlandii.
    – Po pierwsze, chodziło o zmianę atmosfery społecznej, dotychczas opartej na wzajemnej nienawiści personelu i więźniów. To ogromnie ważne dla stanu bezpieczeństwa. Cywilne ciuchy zamiast więziennych drelichów, telewizory i radia w celach, otwarte drzwi do celi tam, gdzie można. W środku pojawiły się zdjęcia rodziny, rysunki dzieci, firanki, telewizor, magnetowid, rybka w akwarium czy kanarek w klatce.
    Choć sam jestem osobą niewierzącą, do zakładów karnych wprowadziłem kaplice. Dzisiaj modlą się w nich członkowie wszystkich wyznań i społeczności religijnych. Mają znaczenie nie tylko dla wierzących, bo ich obecność wpływa na całą kondycję moralną więzienia i jakość relacji międzyludzkich.

    Zwiększyliśmy liczbę dostępnych przepustek i widzeń, wprowadziliśmy miękkie widzenia, czyli z żoną lub dziewczyną, w intymnych warunkach. Otworzyliśmy się na współpracę z instytucjami zewnętrznymi udzielającymi wsparcia więźniom i ich rodzinom, asystującymi w powrocie do społeczeństwa, takimi jak Patronat, fundacja Sławek czy ruch AA, który bardzo szeroko i głęboko zaistniał w pracy resocjalizacyjnej i reintegracyjnej więziennictwa.
    Ogarnięta została część sanitarna. Niczym nieosłonięty kubeł w kącie zamieniliśmy na sedes za jakąś chociaż przegrodą czy zasłoną. Jak przyszedłem do więziennictwa, to również toalety dla funkcjonariuszy były w takim stanie, że za każdym razem, gdy korzystałem, powstrzymywałem się od wymiotów. Samo wyremontowanie toalet Służby Więziennej spowodowało, że funkcjonariusze poczuli się inaczej i możliwe było pójście krok dalej.
    Zmiany musiały się odbyć głównie na poziomie mentalnym. Musiał się odbyć cały proces, który umożliwiłby zamianę komendy: „Zapierdalaj do celi, chuju w dupę jebany!” na „Proszę pana, proszę wejść do celi”.
    Więzienia przestały być łatwopalne. Zwiększyło się bezpieczeństwo.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 09.05.19, 07:26
    Co trzeba zrobić, żeby więźniowie słuchali poleceń?
    – Przywrócić Służbie Więziennej autorytet. Funkcjonariusze stosujący przemoc nie mają autorytetu. Mają tylko jedno wyjście – muszą stosować jeszcze więcej przemocy. A to rodzi wśród osadzonych bunt, na który odpowiedzią może być tylko częstsze wzywanie antanty – uzbrojonego po zęby oddziału, który zaprowadza „porządek”.
    Poza stosowaniem przemocy autorytet niszczy korupcja. Skorumpowany funkcjonariusz automatycznie pozbawia się władzy moralnej. Staje się jednym z przestępców i osadzeni tak go traktują. Jeśli chce cokolwiek osiągnąć, musi być coraz bardziej brutalny.
    Po przemianie ustrojowej w Polsce ze Służby Więziennej odeszło 40 procent funkcjonariuszy, czyli około 4 tysięcy osób. Większość musieliśmy wygonić, część odeszła sama, nie wyobrażając sobie pracy na nowych warunkach.
    Dlaczego?
    – Bo funkcjonariusze mieli przestać być wykonawcami społecznie oczekiwanego rewanżu na osadzonych. Odwrotnie: mieli zacząć bronić osadzonych przed społeczeństwem, gdy ono populistycznie domaga się, by kryminalista „zgnił w więzieniu”. Taka społeczna presja nie ma nic wspólnego z prawem. Sąd skazuje na czasowe pozbawienie wolności, a nie godności, szacunku ani nawet ładnego ubrania. Funkcjonariusz ma być reprezentantem państwa prawa, a więc dążyć do przygotowania osadzonego do resocjalizacji i reintegracji społecznej. Upokarzanie, wulgarne i konfrontacyjne traktowanie to uniemożliwiają.
    Jeśli działamy z założeniem, że tylko wpierdol przemawia do osadzonych, to jako skutek będziemy mieli coraz bardziej brutalnych, pełnych nienawiści więźniów. Uzyskamy usprawiedliwienie dla dalszej eskalacji przemocy.
    Jeśli funkcjonariusz traktuje więźnia z szacunkiem, więzień nie musi go lubić, ale nienawidzić go nie będzie. To funkcjonariusz jest podstawowym kontaktem osadzonego ze światem zewnętrznym, z państwem. On musi reprezentować państwo prawa godnie i wiarygodnie, nie może go kompromitować i być dowodem na jego hipokryzję. Ma bronić praw więźnia, nawet jeśli jest za to krytykowany przez społeczeństwo.
    To podstawowy warunek, aby można było mówić o resocjalizacji. Dopiero w tak odmienionej rzeczywistości inne osoby zatrudnione w zakładzie karnym mogłyby zacząć pełnić prawidłowo swoją funkcję: np. psycholog przestałby być wyłącznie negocjatorem wzywanym przez funkcjonariuszy do zażegnywania kryzysu. Mógłby zacząć prowadzić terapię.

    Coś się jednak stało, że pana reformy zostały zatrzymane.
    – W ciągu trzech lat zbudowaliśmy podstawy, żeby resocjalizować. Zmieniliśmy rzeczywistość więzienną na tyle, że osadzeni realnie to odczuli. Dochodziło do sytuacji, że recydywista wracał po raz kolejny za kraty, zgłaszał, że – jak zawsze – jest gotowy kapować, i dowiadywał się, że to nie jest już potrzebne, teraz są inne reguły gry.
    A jednak opór wobec zmian narastał – nie tylko w społeczeństwie, ale także w rządzie. Przyszedł dzień, w którym odbyłem zasadniczą rozmowę w gabinecie Włodzimierza Cimoszewicza, ówczesnego ministra sprawiedliwości. Usłyszałem, że „dobry klimat dla reformowania się kończy, że już są koszty i pojawia się opór przeciwko nim”. Że muszę się zatrzymać, poczekać.
    Z perspektywy czasu uważam, że Cimoszewicz miał dużo racji. Świadomość społeczna była twarda: „Obrońcy praw człowieka trochę się wyszumieli na fali Okrągłego Stołu, wchodzenia w demokrację, ale teraz czas już wrócić do opresji”. Sprzeciw elektoratu wobec reform zaczął być konsumowany politycznie przez Porozumienie Centrum, Samoobronę Leppera, Korwin-Mikkego. Groziło, że jeżeli my się nie zatrzymamy, do władzy dojdzie siła, która obieca brutalną kontrreformę i zniszczy to, co zostało zrobione.
    Coraz głośniej brzmiało pytanie: „To co my mamy: więzienia czy sanatoria?”.
    Wtedy jednak patrzyłem inaczej niż Cimoszewicz: jeśli opór rośnie, trzeba przyspieszyć tempo zmian. Uważałem, że jeżeli reform się nie dokończy, one się cofną.
    A ja, żeby wierzyć w sens tego, co robię, muszę działać na 100 procent. Złożyłem rezygnację i wyszedłem z gabinetu ministra.
    Dzisiaj Zbigniew Ziobro może mówić, że warunkowe zawieszenie wykonania kary pozbawienia wolności i warunkowe zwolnienie z więzienia „nie działają”, właśnie dlatego, że wtedy się zatrzymaliśmy.
    Czego pan nie zdążył?
    – Kolejnym krokiem miała być demilitaryzacja Służby Więziennej, włączenie jej części do składu probacji penitencjarnej. Następnie rozbudowa systemu alternatywnych sposobów odbywania kary. Samorządy mogą chociażby tworzyć, jak przed wojną, lokalne kozy. Były to małe areszty pozwalające wykonywać kary zastępcze w społeczności lokalnej. Skazany wykonywał np. prace porządkowe. Wokół tych lokalnych ośrodków mogłaby być także konstruowana działalność oficerów probacji – byliby odpowiedzialni za tworzenie i prowadzenie programów karania alternatywnych do więzienia.

    Mieściłyby się w tym np. elektroniczny monitoring czy zobowiązania do leczenia nałogu. Oficer probacji monitorowałby stale środowisko skazanego, jego poczynania i postępy wychowawcze. Robiłby to, czego dziś nie może robić kurator, który ma tylu podopiecznych, że jego kuratela w dużej mierze jest fikcją. Mieliśmy rozwinąć raczkującą współpracę z systemem pomocy społecznej, której gorącym orędownikiem była też minister Joanna Staręga-Piasek.
    Jednym słowem: zrobiłem mniej, niż planowałem.
    Twierdzi pan, że dziś znów sytuacja w zakładach karnych w dużej mierze przypomina tę z czasów PRL-u. Dlaczego się cofnęliśmy?
    – Na przełomie wieków więziennictwo zaczęło się odwracać od reform i skręcać w kierunku systemu represyjnego. Gwałtownie wzrastała liczba więźniów, niemal o połowę. W 2006 r. w więzieniach przebywało ponad 90 tysięcy osadzonych, kolejnych 40 tysięcy nie zgłosiło się na odbycie kary, a ponad 20 tysięcy oczekiwało na sądowe wezwania. Gdyby wszyscy oni siedzieli, to byłoby ponad 150 tysięcy ludzi, a tyle nie siedziało nawet w PRL-u.
    Powiem wprost: nic nie jest w stanie tak zryć mózgu jak izolacja od świata zewnętrznego i przeludnienie pod celą. Jesz na widoku, załatwiasz się w obecności innych, płaczesz na widoku, onanizujesz się na widoku. Obecna jest jeszcze pamięć o wyścigach konnych. Wieczorem pod celą ktoś rzuca hasło: „Derby!” i wszyscy się onanizują – wygrywa ten, kto pierwszy skończy. Potem taki chłopak wychodzi na wolność. Dziewczyna prosi go: „Opowiedz, jak było w więzieniu”. I co? On ma jej opowiedzieć o derbach? Czuje się jak kosmita, nie przynależy do „normalnego” świata. Nie mamy pojęcia, że w zakładzie karnym jest tyle słów na różne sposoby bicia, ile nazw śniegu u Eskimosów. Między samymi osadzonymi również dzieją się rzeczy nie do uwierzenia. Jeden więzień pomaga drugiemu popełnić samobójstwo za paczkę papierosów, głośna historia. „Przecież on mnie błagał, nie moja to była sprawa, nie moja wina, z tą liną tylko trochę pomogłem”. A paczka papierosów – cenna rzecz. Na zewnątrz taki osąd sytuacji wydaje się nietrzeźwy, tam robi się realny.
    Media żyły kolejną sprawą – z Inowrocławia – a sejmowa komisja zastanawiała się, dlaczego dwóch młodych funkcjonariuszy zgodziło się wziąć na siebie winę przed sądem za śmiertelne pobicie więźniów. W rzeczywistości bili starsi stopniem koledzy. Młodzi za wzięcie na siebie winy dostali obietnicę awansu. Plan był prosty: w komisji wyjaśniającej zasiądą prawdziwi sprawcy i ukręcą sprawie łeb. Coś się jednak nie powiodło i młodzi zostali skazani. Dopiero po wyroku się obudzili i zaczęli opowiadać prawdziwą wersję zdarzenia.
    Takie rzeczy stają się możliwe w miejscu wyizolowanym, gdzie zaczynają panować własne, odmienne reguły, na zewnątrz nie do uwierzenia. Gdybym ja pani teraz zaproponował, żeby wzięła pani na siebie moje przestępstwo, popatrzyłaby pani na mnie jak na bałwana.
    Im jest gorzej w zakładzie karnym, tym bardziej więziennictwo zamyka się na świat – nie ma ochoty na konferencje, dzielenie się doświadczeniem z placówkami naukowymi i organizacjami pozarządowymi. Zamknięcie powoduje dalsze gettowienie, a problemy tym bardziej pozostają nierozwiązane. Koło się zamyka.

    CDN...

    --
    Religia jest dla
  • diabollo 09.05.19, 07:27
    W międzyczasie, w 2010 r., weszła w życie ustawa o Służbie Więziennej, która miała z niej zrobić nowoczesną formację.
    – O ile pamiętam, eksperci zaproszeni na spotkanie do Senatu odnieśli się do niej krytycznie. Totalnie zlekceważono ich opinie. I było to za rządów PO. Ustawa uczyniła ze Służby Więziennej organizację paramilitarną. Doprowadziła do tego, że mamy tam wysoki odsetek pracowników z wyższym wykształceniem, którzy są sfrustrowani, bo w tak wąskiej piramidalnej strukturze organizacyjnej kanały awansu są mocno ograniczone. Pracownicy nie mają poczucia samorealizacji zawodowej, nie mówiąc już o stanowczo za niskich zarobkach [nowo przyjęty na służbę funkcjonariusz dostaje ok. 2300 zł na rękę; po dziesięciu latach służby – 2850 zł]. W politykę awansów wkradają się uznaniowość, nepotyzm i korupcja. Ludzie uciekają z pracy w więziennictwie na wcześniejszą emeryturę, a coraz częściej uciekają nawet po tygodniu czy miesiącu pracy, jak tylko się zorientują, w co weszli. Nowych chętnych brak. Tych, co zostali, goni się do roboty. Wraca chamowo w relacjach międzyludzkich, a nawet fala – drastyczny przykład tego ostatniego mieliśmy w zeszłym roku w zakładzie w Kłodzku, gdzie młodzi funkcjonariusze byli „za karę” zamykani przez starszych stażem w celach. Młodzi w końcu zastrajkowali – szli oddawać krew w godzinach pracy.
    W takich warunkach funkcjonariusza zastępuje klawisz, który zaczyna się porównywać do więźnia i wychodzi mu, że tamten ma lepiej od niego. Im gorzej ma więzień, tym lepiej na chwilę poczuje się klawisz.

    Coś dobrego ustawa zrobiła?
    – Wrobiła jeszcze bardziej w odpowiedzialność za sytuację w więziennictwie ministra sprawiedliwości. Faktycznie uczyniła z ministra szefa Służby Więziennej. Dyrektorzy różnego szczebla stali się superdyspozycyjnymi wykonawcami jego poleceń, są powoływani, a nie mianowani – czyli ich odwołania nie chroni żadne prawo, nie podlega to kontroli sądowej.
    Co było dalej?
    – Od czasu rządów PiS minister sprawiedliwości jest też szefem Prokuratury Krajowej, a więc jednego z organów ścigania. W państwie demokratycznym, które przyjmuje za standard rozdzielność władzy ustawodawczej, sądowniczej i wykonawczej, także w szeroko pojętym wymiarze sprawiedliwości odpowiedzialnym przyjmuje się za standard rozdział instytucjonalny organów ścigania, sądowych i wykonywania kar, w tym więziennictwa.
    Usytuowanie więzień w strukturze organów ścigania prowadzi do dalszego ścigania osadzonych, walki z przestępczością i wykorzystywania w tym celu innych więźniów, z zastosowaniem całego instrumentarium, po tortury włącznie.
    Taki stan rzeczy był wspierany lansowaniem opinii o tym, że w więzieniach resocjalizacja w ogóle nie jest możliwa.
    Dzisiaj też słychać takie opinie wypowiadane przez polityków, głównie z prawa, a nawet przedstawicieli organów ścigania.
    – Po upadku ZSRR w całym obozie socjalistycznym więziennictwo, które z reguły podporządkowane było Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, przenoszono do Ministerstwa Sprawiedliwości lub nadawano mu pozycję małego oddzielnego resortu. Z czasem jednak często nowy model kontroli przestępczości się załamywał i więziennictwo wracało z powrotem do MSW. Na ogół było to związane z odrzuceniem kursu demokratycznego przez te kraje. Takie ulokowanie więziennictwa jest typowe dla państw totalitarnych i autorytarnych.
    W Polsce po wojnie więziennictwo najpierw podlegało Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, potem MSW, a po roku 1956 Ministerstwu Sprawiedliwości. Niemniej faktycznie głównym źródłem władzy w więziennictwie pozostawał wydział administracyjny KC PZPR, niżej było MSW, na końcu minister sprawiedliwości. Więziennictwo było wciągnięte głęboko w pracę operacyjną realizowaną przez różne służby specjalne, poczynając od milicji obywatelskiej. Samo wciąganie więźniów do pracy agenturalnej na rzecz państwa uważano za pracę resocjalizacyjną.
    Po likwidacji pracy operacyjnej w więziennictwie w roku ’90 ciągotki zarówno Służby Więziennej, jak i innych służb do powrotu do niej w więziennictwie były w Polsce cały czas obecne.
    Służby tworzą swoją agenturę w zakładach karnych?
    – Przejmowanie agenturalnej kontroli nad więzieniem wiąże się jednak z wyłączeniem norm prawnych i moralnych jako regulatorów stosunków międzyludzkich w tej instytucji. W to miejsce instaluje się bezprawie i demoralizację. A nie ma demoralizacji legalnej i nielegalnej.
    Wyposażenie informatorów pozyskanych przez służby w więzieniu w telefony komórkowe to jedno. Jeśli wprowadzimy dwie komórki na cały zakład karny, społeczność więzienna zorientuje się, że pochodzą z podejrzanego źródła, a i podejrzani będą ich użytkownicy. Jak więc obecność telefonów w więzieniu usprawiedliwiać? To jest jak z pytaniem: jak ukryć dwa drzewa? Trzeba posadzić las. Czyli trzeba znaleźć sposób na wciągnięcie w nielegalny handel komórkami funkcjonariuszy Służby Więziennej. I tak się zaczyna demoralizowanie kadr więziennictwa przez inne służby tego samego kraju.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 09.05.19, 07:29
    Jak to się odbywa?
    – Pozyskuje się współpracowników wśród personelu więziennego i wśród więźniów, ci z kolei wciągają innych w korupcyjny proceder. Takie działania mają wiele pięter: bywa, że te same ręce, które wciągnęły kogoś do korupcyjnej gry, następnie ją denuncjują. Na przykład wtedy, gdy jest potrzeba, by wykazać, że aktywnie walczy się z korupcją, albo gdy trzeba przykryć inne operacyjne działania.
    W Zakładzie Karnym w Siedlcach na przełomie 2007 i 2008 r. zewnętrzna kontrola znalazła ponad 100 telefonów komórkowych, w tym aż osiem w jednej celi. Kierownictwo jednostki zachowywało się tak, jakby problem nie istniał. Przez dział ochrony i jego kierownika fakt obecności komórek był ukrywany. Zewnętrzna kontrola wywołała ostre protesty więźniów, a jednocześnie ujawniła szereg nieprawidłowości: na najbardziej zbuntowanym oddziale w tych samych celach przebywali więźniowie z tych samych miejscowości i tych samych gangów, skazani za poważne przestępstwa. Więźniowie znacznie swobodniej poruszali się po zakładzie karnym, niż wskazywałyby na to przepisy. Ponieważ byli to ludzie z rozległymi kontaktami w świecie przestępczym poza kratami, umożliwiano im utrzymywanie tych kontaktów po to, by ich podsłuchiwać.
    Jak służba ma informatora, musi mu też zbudować pozycję w więziennej hierarchii. Wyposaża się go w środki materialne pozwalające uzależniać innych od siebie. Najlepiej zbudować własną sieć rozprowadzającą narkotyki. Agentura organów ścigania stoi za częścią rynku handlu nielegalnymi dobrami w więzieniu.
    Patryk Jaki obiecywał natychmiastową likwidację widzeń osadzonych z żonami czy dziewczynami w intymnych warunkach. Grzmiał, że więzienia to nie burdel. A jednak po dojściu do władzy planu nie udało mu się zrealizować. Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że te widzenia są silną kartą przetargową w budowaniu agentury na terenie zakładów karnych. Zapłatą za określone działania bywają regularne wizyty prostytutek.
    Kto płaci za ich usługi?
    – Tego nie powiem pani na 100 procent. Służby mają swój budżet operacyjny. Może być też tak, że prostytutka sama jest współpracowniczką.
    Przede wszystkim jednak chcę powiedzieć: powiązanie więzienia z organami ścigania dewastuje cele stawiane przez kodeks karny wykonawczy – czyli resocjalizację właśnie. I świetnie służy do nasilania kontroli nad społeczeństwem, walki z opozycją i manipulacji opinią publiczną. W takiej rzeczywistości społecznej produkowanie świadków i dowodów na użytek oskarżyciela staje się możliwe bez związku z faktami.

    Możemy podać przykłady?
    – Prowadzi się handel zeznaniami przez pozyskiwanie od różnych osób „dowodów” obciążających oskarżonego, dla wykazania słuszności przyjętej wersji śledczej wskazującej na jego sprawstwo, w zamian za składanie im obietnic uzyskania stosownych korzyści procesowych. Osadzeni dopasowują swoje zeznania do oczekiwań śledczych w oczekiwaniu na korzyści procesowe. Tak właśnie postępował świadek koronny Artur Z. w sprawie gen. Papały. Na pewnym etapie Artur Z. przyznał, iż „dopasował swoje zeznania do oczekiwań śledczych w oczekiwaniu na określone korzyści procesowe”.
    Z takimi praktykami organów ścigania walczył mec. Jan Widacki. Profesor Widacki w końcu sam jednak padł ofiarą manipulacji organów ścigania, które znalazły w więzieniu chętnego świadka na oskarżenie profesora o to, że namawiał swojego klienta do składania fałszywych zeznań.
    Bardzo podobny mechanizm zadziałał najprawdopodobniej kilka miesięcy temu z zakładzie karnym we Wrocławiu. Prokuratura próbowała doprowadzić do skazania funkcjonariuszy za korupcję, sutenerstwo, handel narkotykami i pobicia jedynie na podstawie zeznań recydywistów, którzy w sądzie mieli problemy z rozpoznaniem oskarżanych przez siebie strażników – mylili się w zeznaniach i składali zeznania wzajemnie wykluczające się. Ostatecznie więźniowie sami przyznali przed sądem, że byli do takich zeznań nakłaniani przez prokuraturę w zamian za korzyści w swoich procesach. We Wrocławiu najprawdopodobniej chodziło o wykluczenie niewygodnych funkcjonariuszy ze służby i zastąpienie ich „swoimi”.
    Znam człowieka, który spędził ostatnio ponad pół roku w areszcie na Białołęce. Pierwszego dnia musiał określić wychowawcy, czy jest „G” czy „F” – grypsujący czy frajer. Przecież to dowód na to, że prawo oficjalnie uznaje grypserę! Następnie został umieszczony w celi dla palących, choć nie pali. Wychowawczyni była skłonna to zmienić – za 300 złotych. Zachorował – z gorączką 39 st. czekał na lekarza trzy tygodnie. Nie dostał zgody na telefonowanie, ale dzwonił – 150 złotych za połączenie, do łapy funkcjonariusza. Pamięta numery identyfikacyjne tych funkcjonariuszy, raz już je zresztą podawał wychowawcy, gdy był jeszcze w środku, ale nic to nie zmieniło. A osadzonemu w celi obok funkcjonariusze dostarczyli szampana. Kosztowało to 3 tysiące złotych. Uwierzy pan?
    – To należy do tych „niesamowitych uroków” dzisiejszego więziennictwa, w którym mnożą się przykłady korupcji, ale może to być też przykład „agenturalnego wypasu”.
    I był też jeszcze koniak przytroczony do zgrzewki z wodą... Trzy osoby, które w tym roku opuściły areszt na Białołęce, opowiedziały mi, że były świadkami, gdy jednego z więźniów wzięto na tzw. dźwięki, do piwnicy, gdzie za „złe zachowanie” spędził trzy doby bez jedzenia, bez możliwości skorzystania z toalety, załatwiając potrzeby fizjologiczne pod siebie, bity, z zasłoniętymi oczami. Świadkowie przyznają, że był to hardy więzień. Jednocześnie miał wyjątkowo wysoki status wśród osadzonych. Jest tzw. złotym dzieckiem – matka urodziła go, gdy sama odbywała karę pozbawienia wolności.
    – Więzienia pozbawione kontroli społecznej dziczeją, izolują się. Funkcjonariusze i więźniowie zostają tam sami ze swoimi sprawami i ze sobą – szczególnie w aresztach śledczych. Narasta między nimi przepychanka, kto kogo zdominuje. W rozwiązywaniu konfliktów sięga się po manipulację i przemoc. Rośnie liczba oskarżeń. Mogą być prawdziwe – niestety – ale mogą być fałszywe. Tak jak to miało miejsce we Wrocławiu.
    Stefan W., zabójca prezydenta Adamowicza, ponoć zradykalizował się podczas odbywania kary.
    – Przed sądem utrzymywał, że nie popełnił wszystkich zarzucanych mu czynów, a przyznał się do nich, bo był torturowany przez policję – jego zdaniem przyznanie zostało więc wymuszone. Poczucie krzywdy wyniesione z tego czasu przeniósł na zakład karny. Kwestionował tam od początku swoją winę, więc i pewnie znalazł się w konflikcie z personelem więziennym. Najpewniej ten opór spowodował skierowanie go na obserwację psychiatryczną i zadecydował potem o długotrwałym przetrzymywaniu w odosobnieniu w więzieniu. Przebywał więc w poszczególnych zakładach – w jego pojęciu – w nieustannym sporze z wymiarem sprawiedliwości i napięciu podsycanym trzymaniem go w izolacji.
    Historia Stefana W. to kolejna opisywana przez media sprawa, gdy ktoś ginie za kratami, albo wychodzi z zakładu karnego i zabija. To nie jest jednak zbiór przypadkowych, niepowiązanych ze sobą zdarzeń. Z całą odpowiedzialnością mówię: mamy system więziennictwa, który generuje trupy.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 09.05.19, 07:30
    Obserwowałem radykalizację w byłych sowieckich republikach. Do zony trafiał młody, zdrowy chłopak, a po kilku latach wychodził stamtąd ludzki wrak: wielokrotnie bity, uzależniony od narkotyków, z zapaleniem wątroby typu C, z gruźlicą i zakażony HIV – dla niektórych dobry przykład na to, co należałoby tym wszystkim bandziorom robić. Nienawidził świata za to, co mu zrobiono w więzieniu. Potrafił się mścić na wszystkich za wszystko. Na Ukrainie byli więźniowie robili zadry w drewnianych poręczach sklepowych schodów i brudzili je własną, zakażoną krwią. W Gruzji umierający na gruźlicę mężczyzna w oddziale dla chorych więźniów połknął odbezpieczony granat, żeby jego rozbryzgane szczątki długo jeszcze straszyły. Żeby chociaż nie odejść zupełnie po cichu.
    Pozornie jesteśmy dziś daleko od Związku Sowieckiego, ale przypominam o tym, bo cały czas musimy zdawać sobie sprawę z tego, w którą stronę chcemy iść – Białoruś czy Finlandia. Obecny rząd igra z ogniem, dociskając represje. Siedzimy na tykającej bombie, tymczasem rząd wykonuje działania pozorne, żeby statystyki lepiej wyglądały.
    Wie pani, dlaczego „rośnie” liczba więźniów pracujących? Bo od roku jako podstawę obliczeń przyjmuje się nie wszystkich osadzonych, tylko tych „zdolnych do pracy”. Kto zauważy tę drobną różnicę? Ale według nowego wzoru obliczeniowego procent pracujących jest przecież wyższy, można się chwalić „dobrą zmianą” w resocjalizacji, choć to fikcja.

    Jednak jakaś praca resocjalizacyjna w zakładach karnych istnieje: część osadzonych pracuje, część udziela się charytatywnie na rzecz dzieci czy seniorów, część zajmuje się sportem lub dokształca, doucza zawodu. Chce pan powiedzieć, że to wszystko para w gwizdek?
    – Podstawą resocjalizacji musi być to, że zakład karny jest miejscem praworządnym, wręcz tresurą praworządności. Jeśli ten warunek nie jest spełniony, wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Co z tego, że więzień przez godzinę pouczestniczy w terapii, napisze jakieś wypracowanie, jak to źle jest popełniać przestępstwo, jeśli potem wraca do miejsca moralnie wątpliwego, które wręcz udowadnia mu, że nie warto wierzyć w prawo, bo to nie przynosi sukcesu. Na tym tle statystyki, ilu więźniów uczestniczy w tzw. programie kulturalno-oświatowym, a ilu gra w ping-ponga, przestają mieć znaczenie.
    Ponadto tylko 19 procent osadzonych pracuje odpłatnie. Pozostali zatrudnieni pracują przy pracach porządkowo-administracyjnych na terenie jednostek penitencjarnych i twierdzenie, że powszechność zatrudnienia wynosi prawie 51 procent jest, delikatnie mówiąc, fikcją.
    A wie pani, dlaczego jest „mniej” bójek w zakładach karnych? Kolejny trik rządzących. Obecnie nie ma już obowiązku zgłaszania wszystkich pobić i bójek wśród więźniów online – zmiana nastąpiła w styczniu 2018 r. Zgłasza się tylko tych, którym więzienny lekarz dał z tytułu obrażeń co najmniej siedem dni zwolnienia z pracy. Statystki mogą być coraz ładniejsze, a prawda jest taka, że oszukujemy społeczeństwo – władzę normatywną i kulturową sprawują w zakładach karnych więźniowie. Nasz system jest jak popsuta oczyszczalnia ścieków, z której wychodzisz brudniejszy, niż wszedłeś.

    wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,24590327,pawel-moczydlowski-jesz-na-widoku-zalatwiasz-sie-w.html

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 09.05.19, 18:51
    Jak widać Oświecenie i humanitaryzm do polskich katolików ciągle nie dotarł.

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.