Dodaj do ulubionych

Inteligent miał leczyć, a truje.

25.06.19, 11:23

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,24922835,inteligent-mial-leczyc-a-truje-rozmowa-z-prof-maciejem.html
--
Religia jest dla ludzi bez rozumu.
/Józef Piłsudski/
Edytor zaawansowany
  • diabollo 25.06.19, 11:36
    Podstawowy problem yntelygencji polegał na tym, że od lat 80tych odjebało jej na punkcie katozabobonu.
    Co jeszcze w połączeniu z gwałtowną miłością do neoliberalizmu doprowadziło do anihilacji inteligencji.
    Wszak o katozabobonnym neoliberale można powiedzieć wiele, ale na pewno nie można doszukać się w nim inteligencji.

    Kłaniam się nisko.

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 26.06.19, 07:30
    Inteligent miał leczyć, a truje. Rozmowa z prof. Maciejem Janowskim

    Maciej Stasiński


    Kolega, słoweński historyk, przysłał mi w dniu wyboru Trumpa na prezydenta maila: "Witaj w dniu, w którym Zachód wreszcie dogonił Wschód". Rozmowa z prof. Maciejem Janowskim.
    Maciej Janowski - ur. w 1963 r., historyk, kierownik Zakładu Dziejów Inteligencji Instytutu Historii PAN. Laureat Nagrody Historycznej „Polityki” i Nagrody im. Jerzego Giedroycia za współautorstwo (rozdział „Narodziny inteligencji 1750-1831”) książki „Dzieje inteligencji polskiej do roku 1918” (z Jerzym Jedlickim i Magdaleną Micińską).
    Maciej Stasiński: Panie profesorze, co się stało z inteligencją? Czy jako warstwa, która bierze udział w życiu publicznym jako obywatele i reprezentuje interesy narodu, tak jak się ukształtowała w wieku XIX i XX, to rozdział zamknięty?
    Prof. Maciej Janowski: W pewnym sensie tak. Ale po pierwsze, ta inteligencja, która pielęgnuje męczeńską wersję polskiej historii, daje odpór technokracji i kapitalizmowi, ma się wciąż doskonale.
    Po drugie, upadek inteligencji jest częścią debaty o niej od początku jej istnienia, a nawet wcześniej. Kiedy słuchałem rozmaitych dyskusji o konieczności wytworzenia klasy średniej, tak częstych w latach 90., uśmiechałem się, bo pamiętałem wypowiedzi z czasów Stanisława Augusta o tym, że musi powstać w Polsce stan średni, z którego „wypływa bogactw krajowych źródło”.
    A po trzecie, inteligencja nigdy nie była jednolita. W początkach XX wieku elita umysłowa to była inteligencja pepeesowska, endecka, ludowa.


    Ustalmy jeszcze, co uważamy za wyznaczniki inteligencji. Na pewno wykształcenie oraz zainteresowanie sprawami publicznymi. Niekoniecznie aktywne zabieranie głosu, bo takie kryterium zbyt zawęziłoby jej krąg. Raczej poczucie, że sprawy publiczne są czymś ważnym.
    Lubimy myśleć, że ta grupa to specyfika Europy Środkowo-Wschodniej.
    – Na pewno specyficzny w stosunku do Zachodu był mały zasięg wykształcenia, czyli znikoma liczebność ludzi wykształconych oraz ich niższy prestiż. To sprawiało, że silniejsze było poczucie „więzi korporacyjnych”, przynależności do jednej warstwy.
    Drugą cechą było to, że inteligent w Polsce był wykształcony, ale biedny. W Niemczech było mieszczaństwo, czyli „Bürgertum”, w którym wykształcenie – „Bildung”, łączyło się z „Besitz”, posiadaniem. U nas mieszczaństwo było słabe, a do tego w dużej części niemieckie czy żydowskie. Inteligencja bardziej się wyodrębniała jako uboga i buntownicza. To charakterystyczne, że ta klasyczna, XIX-wieczna rozwija się w krajach zacofanych gospodarczo.


    Nas wyróżnia jeszcze to, że rola inteligencji buntowniczej wzrosła znacznie w zaborze rosyjskim wskutek rusyfikacji administracji i szkolnictwa po powstaniu styczniowym. W Galicji inteligencja miała otwarte ścieżki kariery i była lojalniejsza wobec państwa, czyli monarchii habsburskiej, która nie wymuszała wynarodowienia.
    Ale nastroje buntownicze były przecież wcześniej, w Królestwie Polskim, jeszcze przed powstaniem listopadowym.
    – Tak, ale nawet po nim nie było prześladowania języka. Oczywiście tępiono dążenia niepodległościowe i w ogóle wszystko, co kojarzyło się władzom z przewrotem i rewolucją, ale nie było zastępowania polszczyzny przez język rosyjski w instytucjach ani polskich urzędników przez rosyjskich.

    Można powiedzieć, że polska inteligencja XIX i przełomu XX wieku była gdzieś pomiędzy radykalnie zbuntowaną przeciw caratowi inteligencją rosyjską, która nosiła brody i czytała Marksa, a mieszczaństwem niemieckim wprzęgniętym w budowę państwa pruskiego jako przedsiębiorcy, profesorowie, inżynierowie, lekarze. W Galicji polska inteligencja była bliższa niemieckiemu mieszczaństwu, a w rosyjskim - rosyjskiej radykalnej inteligencji.
    Dziś o odrębności inteligencji na pewno już nie decyduje wykształcenie, bo ludzi z wyższym wykształceniem jest około 6-7 mln. Dzisiaj rolę niegdysiejszej inteligencji odgrywają tzw. intelektualiści, czyli ludzie uczestniczący w wymianie poglądów w sferze publicznej oraz w tworzeniu kultury, na szczeblu lokalnym i centralnym. Jest ich pewnie kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy.
    Czy z braku państwa polska inteligencja żyła niepodległością, w zależności od zaboru mniej lub bardziej płomiennie?
    – Żyła sprawą narodową, a to niekoniecznie to samo. Troszczyła się o uobywatelnienie, nie o samą niepodległość. Co zrobić z narodem bez niepodległości? To oznaczało także borykać się z zacofaniem gospodarczym.
    Z tej świadomości niedorozwoju wyrósł i pozytywizm, i upatrująca upadku Rzeczpospolitej w przyczynach wewnętrznych szkoła krakowska historyków.
    – Ale sposobem modernizacji kraju i społeczeństwa w tej części Europy był także marksizm. A później także faszyzm, jak w Rumunii. Jedni marzyli o piecach Magnitogorska, drudzy – o zjednoczonym narodzie pod przywództwem wodza.
    W Polsce w latach 90. XIX w. ekonomista i socjolog Ludwik Krzywicki pisał o pokoleniu postpozytywistycznym, że to „mgławica”, z której nie wiadomo, co się wyłoni. I tak było. Jedni poszli w stronę pepeesowską, inni w endecką.

    Niepodległość jako cel wcale nie zawsze była oczywista dla inteligencji. Rozbiory nastąpiły, kiedy nowoczesne pojęcia narodu i państwa dopiero się rodziły.
    Kiedy w 1815 roku powstaje Królestwo Polskie, entuzjazm jest nie tylko czysto urzędowy. Fakt, że królem zostaje car, wcale nie jest taki bulwersujący. Raczej, że to Królestwo jest takie małe. I problemem potem staje się nie to, że król to Rosjanin, ale to, że łamie konstytucję Królestwa. Jeszcze przed powstaniem styczniowym wstrzemięźliwi „biali” dogadaliby się z Rosją, gdyby oddała ziemie na wschodzie. Duża część tej inteligencji – czyli opinii publicznej – uznałaby unię z Rosją pod warunkiem powiększenia Królestwa.
    Dla inteligencji narodowej w tej części Europy były pewne progi kompromisu. Minimum to nieprześladowanie języka i kultury.
    Trochę więcej to dopuszczenie własnego życia politycznego, jak w Galicji. A jeszcze więcej to własna głowa koronowana, jak na Węgrzech w ramach monarchii austro-węgierskiej.
    Dla elit praca organiczna była tak samo ważna jak walka o niepodległość. Rozumiano, że kwestia narodowa to także rozwój cywilizacyjny społeczeństwa. Pisał już o tym Jerzy Jedlicki w „Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują”.
    Ta książka była dla mnie objawieniem. Jedlicki potrafił wydobyć z przeszłości ten nurt polskiej myśli, który przykryli romantycy i endecy, a później romantyczny w duchu PRL.
    – Jedlicki był jak najdalszy od myśli, że romantyzm i nacjonalizm endecki to to samo.
    Przeciwnie, na początku pierwsi ideolodzy Narodowej Demokracji zaczynali od sprzeciwu wobec romantyzmu. W „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski jest przeciwnikiem romantyzmu. Idee Mickiewicza i Słowackiego były uniwersalistyczne, chodziło o wolność powszechną ludów. Ich interesowała ludzkość, a dopiero w ramach ludzkości własny naród. Za wolność waszą i naszą.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 26.06.19, 07:33
    Dmowski chciał egoizmu narodowego wyrastającego z darwinizmu. Dla niego romantyzm był zbyt internacjonalistyczny. Romantykami byli pepeesowcy, a w II RP piłsudczycy bardziej niż endecy.
    Maria Janion oceniała, że romantyzm był lewicowy, emancypacyjny, czyli wyzwoleńczy także społecznie. Jeśli zawierał pierwiastki trujące, to w postaci straceńczej walki zbrojnej.
    Jak zauważył Marcin Król, ze Słowackiego rozumiano tyle, że trzeba zrobić powstanie, i „było to bez zwątpienia złe czytanie Słowackiego. Autor nie winien – Polska winna”, pisał w „Podróży romantycznej”.
    Wiesław Chrzanowski, przecież w młodości wszechpolak, w PRL opozycjonista z pozycji narodowo-chrześcijańskich, krytykował powstanie warszawskie, w którym sam walczył – tak jak Dmowski krytykował powstania dziewiętnastowieczne.
    Wybitny historyk Władysław Konopczyński, też stosunkowo umiarkowany endek, widział swoją formację raczej jako kontynuację oświecenia.
    Nie chodzi o to, czy oni wszyscy mieli rację, czy nie. Chcę pokazać, jak skomplikowane są drogi myśli i jak różne genealogie ideowe można widzieć, patrząc z różnych perspektyw.
    Jednak w XX wieku powoli, krok za krokiem, endecki nacjonalizm zszedł się z romantycznym męczeństwem. W pełni dokonało się to dopiero na naszych oczach, pod koniec XX wieku. Nam ta postać endecji wydaje się oczywista, ale jest raczej zaskakująca niż logiczna. Przecież jeszcze Michnik pisał z uznaniem o realizmie politycznym Dmowskiego i idealizmie Narodowej Demokracji w oddziaływaniu na masy.
    Stereotyp postromantyczny i męczeński dominujący w dzisiejszej prawicowej propagandzie wylewa dziecko z kąpielą, bo wyrzuca z romantyzmu wartości wolnościowe i uniwersalistyczne. Tak jak Orbán przekształca Wiosnę Ludów 1849 roku w węgierski nacjonalizm, zapominając, że przywódcy powstania byli liberałami i okcydentalistami, tak oficjalna polityka historyczna przekształca polski romantyzm w nacjonalizm.
    Każdy poważny endek przewraca się w grobie, gdy widzi, co się dzisiaj wyprawia z kultem powstania warszawskiego. Dmowski mówił: kto wzywa naród do powstania, ten „jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”.
    Ta współczesna zbitka romantyczno-nacjonalistyczna nie ogranicza się do kultu powstań, ale żywi się nowymi mitami. Smoleńsk równa się Katyń, głoszą slogany w szkołach czy kościołach. Skąd to się bierze?

    – Sam się zastanawiam. W latach 80. trochę się bałem trendów nacjonalistycznych czy „neoendeckich” w społeczeństwie. Potem, po 1989 r., myślałem optymistycznie, że obawy były bezpodstawne. Podobnie jak pan sądziłem, że ludzie są w sumie dość liberalno-demokratyczni; nie wiedziałem, dlaczego tak jest, ale strasznie się z tego cieszyłem. Tymczasem w ostatnich latach, jak wszyscy widzimy, to się zmieniło.
    Ale może społeczeństwo nie jest jednak tak nacjonalistyczne jak jego prawicowe elity. Widzieliśmy to przy wyborach 2015 roku, jak PiS - pomijając kwestię uchodźców, bo to była gra na naturalnych lękach - musiał złagodzić retorykę, żeby wygrać.
    Politycy nacjonalistyczni czynią społeczeństwo gorszym, niż jest.
    Bo przywództwo ma znaczenie.
    – Naturalnie, bo tworzy język i opowieść. To silne bombardowanie prawicowym nacjonalizmem w ostatnich latach zmieniło postawy. Demagogom było łatwiej, bo ludzie potrzebują poczucia godności i wspólnoty. To wcale nie są, jak myśleli marksiści, epifenomeny, czyli zjawiska wtórne wobec ekonomiczno-materialnych, lecz potrzeby istotne i niezależne. Nacjonalizm odpowiada na prawdziwe poczucie, potrzebę dowartościowania.
    Propaganda nacjonalistyczna działa w Austrii, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Rosji…
    – Właśnie. Liberałowie zawsze mieli kłopot z potrzebami wspólnotowymi, nigdy nie potrafili na nie oddziaływać. Ciekawe, że socjaliści kiedyś potrafili. Pod koniec XIX i XX wieku dawali odpowiedź na poczucie przynależności i wspólnoty. Potem także. Dlaczego dzisiaj lewica nie działa na ludzi, to ciekawe pytanie. Nie znam odpowiedzi.
    Dlaczego patriotyzm demokratyczny, czyli poczucie przynależności do wspólnoty obywateli, którzy mają równe prawa i swobody, który wykształcił się np. w Niemczech, jest słabszy, „zimny”?


    – Bo nacjonalizm jest łatwiejszy do wykrzyczenia. Oczywiście można dać wiele przykładów na to, że patriotyzm obywatelsko-demokratyczny może być bardzo wyrazisty i daje się pogodzić z przywiązaniem do kultury narodowej, języka i tradycji…
    No jeszcze jak! Wystarczy przywołać Karola Modzelewskiego.
    – Tylko że ostatnio ten patriotyzm przegrywa. Dlaczego? Może – głośno myślę – jego zwolennicy nie potrafili (nie potrafiliśmy?) nadać mu odpowiedniego ładunku emocjonalnego.
    Dla mnie osobiście ideałem jest państwo oparte na racjonalnych korzyściach, które obywatele czerpią z przynależności do wspólnoty demokratycznej, płacą podatki, mają równe prawa i swobody, a ich podstawowe potrzeby zabezpiecza solidaryzm społeczny. Ale najwyraźniej to nie wystarcza i ludzie potrzebują jakiegoś państwa ideologicznego. Nie lubię samej idei polityki historycznej, ale może jednak jakaś musi być?
    Niepewność, ciągła zmiana, globalizm, modernizacja rodzą psychologiczną potrzebę przynależności i bezpieczeństwa. A nacjonalizm pobudza ją i zaspokaja.
    Ta potrzeba istnieje wszędzie. Nawet w świecie anglosaskim, gdzie racjonalny demokratyzm obywatelski wydawał się wzorowy, mamy brexitowców i Trumpa. Mój kolega, słoweński historyk Luka Gabrijelcic, przysłał mi w dniu wyboru Trumpa na prezydenta maila: „Witaj w dniu, w którym Zachód wreszcie dogonił Wschód”.
    Brexit i Trump dowodzą, że nie ma dojrzałych demokracji. Czy raczej, że nic, także demokracja, nie jest dane raz na zawsze.
    Jednym z głównych składników polskiego nacjonalizmu jest wrogość wobec obcych. Czy raczej obcego.
    – Historycznie jedną z cech postawy inteligencji było rozwiewanie różnych społecznych strachów, rozładowywanie rozmaitych kompleksów, np. antyniemieckich czy antysemickich. Podsycanie teraz przez inteligentów tych samych fobii zakrawa na narodowe przestępstwo.
    Inteligencji często zarzucano paternalizm. XIX-wieczna uważała, że jej misją jest „podnoszenie” ludzi, wychowawcza praca u podstaw. Można się zgodzić, że to postawa wyższościowa, ale jednocześnie demokratyczna, optymistyczna, zmierzająca do uobywatelnienia ludu. A schlebianie masom, podsycanie ich kompleksów, granie na strachach antysemickich, antyniemieckich czy antyukraińskich też jest paternalizmem, tylko gorszym, bo podszytym niesłychaną pogardą wobec tych mas. To zaprzeczenie pracy wychowawczej u podstaw.
    To też wychowywanie, ale potulnych poddanych. A zbitka Polak katolik jest mocnym motywem myślenia istotnej części polskiej inteligencji.

    – Zacznijmy od tego, że tożsamość Naród-Kościół w odniesieniu do XIX wieku jest fałszem. Kościół odegrał – to prawda – istotną rolę w utrzymywaniu polskości, przede wszystkim w zaborze rosyjskim, gdzie katolicyzm, choć nie zawsze, pokrywał się z polskością. Podobnie było w zaborze pruskim podczas Kulturkampfu. Ale to była rola pasywna, raczej podtrzymywanie odrębności religijnej, która przypadkowo pokrywała się z narodową. Zresztą były miejsca, jak część Prus Wschodnich czy Śląsk Cieszyński, gdzie to ludność polskojęzyczna była protestancka, a wielu katolików mówiło po niemiecku.
    Polski ruch narodowy w XIX wieku był wręcz w konflikcie z Kościołem. Wszyscy wybitni romantycy z wyjątkiem Norwida byli dalecy od katolickiej ortodoksji. Z pozytywistów bardzo antyklerykalny był wpływowy filozof Aleksander Świętochowski. Trochę mniej Prus i Orzeszkowa. A Narodowa Demokracja wyrastała z darwinizmu społecznego i z pozytywizmu, więc też była oddalona od Kościoła.
    Antyniemieckość i antysemityzm endecji nie wyrastają z XIX wieku?
    – Raczej ze specyfiki przełomu wieków. To okres przyspieszonych przemian modernizacyjnych, podobny do tego, który przeżywamy od lat 90. XX wieku. Niektórzy mówią wręcz o „pierwszej globalizacji”.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 26.06.19, 07:36
    Minęło już pokolenie od zniesienia pańszczyzny, na ziemie polskie dotarły przemiany społeczno-gospodarcze związane z rozwojem kapitalizmu. Powoli wzrastał poziom życia, ale tworzyły się nowe konflikty i napięcia. Rozwój przemysłu przyciągał do miast masy ludności wiejskiej. Rozwój oświaty, choć powolny, umożliwiał coraz większym grupom włączenie się w życie publiczne. Ci ludzie, powierzchownie wykształceni, mogli być czytelnikami tworzącej się sensacyjnej prasy masowej, dziś powiedzielibyśmy: tabloidów. Można ich było „zagospodarować” przez nowy typ polityki masowej, apelującej przede wszystkim do emocji, zarówno z prawa, jak i z lewa.
    Nacjonalizm – nie dawny patriotyzm romantyków, lecz nowy radykalny nacjonalizm – okazał się jej najbardziej dynamicznym nurtem, gdyż bazował na realnych problemach.
    Bo przecież kwestie narodowościowe – współżycie Polaków z Żydami, Ukraińcami i Litwinami – były realne.
    Endecja ich nie wymyśliła, ona je tylko zmitologizowała. Wmówiła dużej części społeczeństwa, że „obcy” z tej samej ulicy są gorsi niż zaborcy, że pokojowe, kompromisowe rozwiązanie różnych sporów jest niemożliwe.
    Dmowski znał poglądy antysemickie burmistrza Wiednia Karla Luegera, który był mistrzem młodego Adolfa Hitlera?
    – Zapewne znał. Lueger był wzorem choćby dla księdza Stojałowskiego, prawicowego działacza ludowego z Galicji.
    Ale nawet nie trzeba było bezpośrednich wzorców. Idee egoizmu narodowego, przekonanie o konieczności walki między narodami - to unosiło się w powietrzu. Jak duch epoki, który udzielał się przez osmozę. Przemiany społeczne i atmosfera ideowa - to wszystko wytwarzało obawy, niepewność, a zatem i potrzebę bezpieczeństwa.
    I dzięki psychologicznemu mechanizmowi przeniesienia realnych obaw coraz łatwiej było widzieć w Niemcach i Żydach odpowiedzialnych za nieszczęścia wrogów.
    Zresztą czy dzisiaj nie jest podobnie? Kolejna fala modernizacji i globalizacja rodzą strach, niepewność jutra, napływ obcych imigrantów zagraża i tak dalej. A nacjonalizm podobnie to wykorzystuje.
    Od początku II Rzeczypospolitej antysemityzm jest już sednem nacjonalizmu endecji, czego przekonująco dowodzi Paweł Brykczyński w książce „Gotowi na przemoc”.
    – To prawda, antysemityzm endecji tuż przed zabójstwem Gabriela Narutowicza jest wprost niebywały. Kiedy czyta się prasę nacjonalistyczną okresu międzywojennego, wprost nie chce się wierzyć, jaka była w niej agresja antyżydowska. Amerykański historyk Brian Porter-Szucs cytował tekst głoszący, że Żydzi są śmiertelnym zagrożeniem dla Polski, który ukazał się w jednym z tygodników z datą 3 września 1939!
    Oczywiście tygodniki zawsze ukazują się kilka dni przed swoją datą - 3 września wypadał w niedzielę, więc numer musiał się ukazać tuż przed atakiem niemieckim. Niemniej wszyscy wiedzieli, co wisi w powietrzu. To porażające. Ale też pokazuje, że dzisiejszemu polskiemu antysemityzmowi jeszcze daleko do tamtego.

    Endecja była nie tylko antysemicka. Także antyukraińska.
    – Dmowski uważał, że Żydzi są zbyt silni, żeby ich spolonizować, a Ukraińców się da. To przekonanie wynikało z darwinistycznego przekonania, że walka o byt uodparnia czy uszlachetnia. Ucisk dobrze robi narodowi uciskanemu. Polaków ucisk narodowy wzmocnił. Czyli Ukraińcy uciskani się sprawdzą.
    Z tego wynika, że zbitka Polak katolik jest całkiem świeża, zakorzenia się dopiero w II Rzeczypospolitej.
    – Przełomem jest praca Dmowskiego „Kościół, naród, państwo” wydana w 1927 roku. Przy czym dla endecji związek z Kościołem i katolicyzmem był raczej pragmatyczny, jak we francuskim nacjonalistycznym ruchu Action Française, bo się przydawał politycznie. I wielu biskupów, choć byli antysemitami jak endecy, zdawało sobie z tego sprawę, że endecja chce Kościół wykorzystać.
    Potem, w latach 30., powstaje idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego w łonie ONR i Falangi. A ostatecznie ta zbitka oraz postrzeganie Kościoła jako ostoi narodowej umacniają się dopiero w wyniku II wojny i stalinizmu, w wyniku doświadczenia cierpienia zbiorowego.
    A co tłumaczy dzisiejszą żywotność nacjonalizmu opartego na wrogości wobec Niemców czy Żydów? Niemcy są naszym najlepszym sojusznikiem w Europie, a Żydów nie ma.
    – Nie wiem. Mity i fobie trwają w formie przetrwalnikowej i wybuchają, kiedy mogą. Teoretyk i praktyk polityki - w najbardziej burzliwych czasach, w latach 30., 40. i 50. - István Bibó pisał kiedyś, w odniesieniu do Niemiec i różnych krajów Europy Środkowej, o histerii zbiorowej. Zwracał uwagę na pewien symetryzm czy klincz strachów skonfliktowanych grup czy narodów.

    Na początku XX wieku Słowacy uważali się za maleńki, bezbronny naród zagrożony przez potężne Węgry ze szkolnictwem, administracją i armią. W tym samym czasie Węgrzy uważali się za oblężonych przez potworny panslawizm, którego reprezentantem byli Słowacy. Podobnie było przed 1914 rokiem z Czechami wobec Niemców oraz Niemcami wobec Czechów: jedni drugich uważali za agresorów.
    Każda taka grupa umieszcza siebie w centrum świata i uznaje się za słabą i zagrożoną, za ofiarę. Tak kadruje obraz świata, żeby samej znaleźć się w środku i w zagrożeniu. Właśnie tak jest ze stosunkiem do Żydów, i wcale nie tylko w Polsce. Endecy uważali zasymilowanych Żydów za większe zagrożenie niż tzw. chałaciarzy czy ortodoksyjnych. Bo ich nie widać i toczą polską duszę od środka. Dzisiaj Żydów też nie widać, bo są tacy chytrzy i się ukrywają.
    Z tego trudno się wyzwolić. Silniejszy teoretycznie powinien wyciągnąć rękę do słabszego, ale skoro obie strony uważają się za słabsze, to splecione strachy i fobie się wzajem napędzają.
    Antyukraiński polski nacjonalizm też mylił porządki. To Polacy byli narodem i klasą panującą wobec „czerni ukraińskiej”.

    – Powojenny i dzisiejszy antyukrainizm żywi się rzezią wołyńską. Była naprawdę potworna, ale jeśli spojrzymy w kilkusetletniej perspektywie, to przecież Polacy uciskali Ukraińców, nie odwrotnie. Podobnie to raczej Niemcy bardziej uciskali Polaków niż odwrotnie. Ale polski ucisk został z naszej świadomości wyparty. Rzeź wołyńska sprawiła, że polska antyukraińskość stała się nienawiścią ofiary do oprawcy.
    Nie ma niczego złego w tym, że ktoś uważa się za ofiarę. Polacy byli naprawdę ofiarami ucisku i przemocy w XIX w., a w okresie II wojny jeszcze bardziej. Gorzej, jeśli z syndromu ofiary czyni się patent na dobroć oraz uważa za tytuł do moralnej wyższości. Bertrand Russell pisał w eseju „Wyższość moralna uciskanych”, że bycie ofiarą może być rzeczywistością, ale nie powinno być bronią. Ofiara potrafi kiedy indziej być oprawcą.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 26.06.19, 07:37
    Nacjonalizm to moralność Kalego. W zależności od tego, w jakiej pozycji się stoi, stosuje się inną miarę moralną. Misją inteligencji powinno być pokazanie, jak z tego wyjść.
    Oświecenie na tym polega, żeby ten, który wie więcej, dzielił się tym z innymi. To stanowi powinność ludzi oświeconych, żeby światło szerzyć - jeśli mogę użyć tego dziewiętnastowiecznego języka.
    Czy nie ma pan wrażenia, że współczesny nacjonalizm, przecież także inteligencki, zaprzecza całemu dorobkowi opozycji demokratycznej, która starała się z tej matni wyrwać Polaków?
    - Owszem, na naszych oczach ten dorobek ginie. To nas cofa jako społeczeństwo.
    Ale może to jest tak, że istnieje rytm zachowań zbiorowych, raz w górę, raz w dół. Jak w sztuce: po spokojnym renesansie przychodzi burzliwy barok, a potem znowu oszczędny klasycyzm. W sztuce ja akurat wolę barok, ale w polityce - odwrotnie.
    Pokolenie po 1989 roku jest znudzone stabilizacją i niepomne zagrożeń z przeszłości. Trochę tak jak przed 1914 rokiem, kiedy za Młodej Polski sięgano po mocne doznania, absynt, symbolikę śmierci i czarne peleryny. To w ogóle była w Europie atmosfera epoki i ona stanowiła ważny aspekt genezy I wojny światowej.
    Cała nadzieja w tym, że to minie. Ale pytanie, czy wcześniej nie spowoduje czegoś strasznego.

    wyborcza.pl/magazyn/7,124059,24922835,inteligent-mial-leczyc-a-truje-rozmowa-z-prof-maciejem.html

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.