Dodaj do ulubionych

Już nie polecimy w kosmos

21.07.19, 00:33
wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25009833,zwolnilismy-inzynierow-zezlomowalismy-rakiety-wyrzucilismy.html

--
Religia jest dla ludzi bez rozumu.
/Józef Piłsudski/
Edytor zaawansowany
  • diabollo 21.07.19, 09:03
    Zwolniliśmy inżynierów, zezłomowaliśmy rakiety, wyrzuciliśmy schematy. Już nie polecimy w kosmos
    Wojciech Orliński

    Jeff Bezos szuka w oceanie zużytych silników księżycowej rakiety Saturn, bo dziś nikt nie potrafi niczego podobnego zbudować. Pół wieku po lądowaniu Apollo 11 na Księżycu jesteśmy jak średniowieczni barbarzyńcy w zachwycie odkrywający artefakty Greków i Rzymian

    Pół wieku temu, kiedy statek Apollo 11 odbył pierwszy załogowy lot na Księżyc, dalsze kalendarium NASA wyglądało następująco: do 1975 r. – umieszczenie na orbicie stacji zdolnej pomieścić 12-osobową załogę i oblatanie wielorazowego statku zapewniającego jej stałą łączność z Ziemią.
    Do 1980 r. – rozbudowa stacji tak, żeby mieściła 50 osób. Do 1985 r. – regularna obecność setki ludzi w różnych obiektach na orbicie okołoziemskiej.
    Dalsze plany związane z Księżycem obejmowały umieszczenie w 1976 r. załogowej stałej stacji orbitalnej wokół Księżyca. W 1978 r. – rozpoczęcie budowy bazy na powierzchni Srebrnego Globu.
    I najważniejsze: Mars. W 1981 r. planowano pierwszą wyprawę załogową w statku zbudowanym na orbicie okołoziemskiej, aby do końca stulecia rozpocząć kolonizację Czerwonej Planety.


    Większości potrzebnych technologii ludzkość nie opanowała do dzisiaj. Ba, właściwie dokonał się regres.
    Program Apollo byłby niemożliwy bez rakiet Saturn V, najpotężniejszych, jakie kiedykolwiek wyprodukowała ludzkość. Mogły wynieść 140 ton ładunku na orbitę albo około 50 ton poza ziemską grawitację.
    Miały rozmiary wieżowca (wysokość: 110 metrów). Ważyły 3000 ton. W latach 1967-73 poleciały 13 razy (ani jednej awarii).


    Początkowy impet nadawały im silniki rakietowe F-1, również najpotężniejsze w historii. Jak cała rakieta były jednorazowe, większość skończyła więc na dnie oceanu.
    Kilka lat temu amazonowy miliarder Jeff Bezos zainicjował ekspedycję w ich poszukiwaniu i udało mu się wydobyć kilka egzemplarzy. Przypomina to czasy średniowiecza, gdy artefakty i manuskrypty pozostawione przez Greków i Rzymian i tak przewyższały wszystko, co potrafili wyprodukować potomkowie barbarzyńców, którzy przejęli władzę nad Europą.
    Czy ludzkość jest w stanie znów wyprodukować tak potężne rakiety? Nie wiadomo. Od upadku ZSRR nikt nie próbował.
    Zakładając, że Bezos, zamiast zbierać złom, zapragnąłby wydać swoje miliardy na nowego Saturna V – czyby mu się to udało?

    Wybór najtańszego dostawcy
    Już raz NASA stanęła przed podobnym problemem. W 1977 r. agencja – w przekonaniu, że nadchodzi era wielorazowego promu kosmicznego – zrezygnowała z zamawiania dalszych jednorazowych rakiet Titan, Atlas i Delta.
    Produkujące je korporacje, jak Lockheed Martin czy Boeing, pozamykały odpowiednie działy i pozwalniały ludzi. Kilka lat później musiały ich na nowo zatrudniać, bo przyszły nowe zamówienia, ale stworzyło to dziesiątki drobnych i dużych problemów (a koszty poszły w miliony), bo nie można w przemyśle wygasić produkcji, a potem jej bezkosztowo wznowić.
    W przypadku rakiet Saturn V przerwa jest dużo dłuższa – prawie 50 lat. Ludzi już nie da się z powrotem zatrudnić, bo nie żyją.
    Została dokumentacja i pojedyncze egzemplarze, których nigdy nie wystrzelono – ale to za mało.
    Gdy jedna firma sprzedaje drugiej licencję na produkcję czegokolwiek – samolotu czy sokowirówki – nie ogranicza się tylko do przekazania dokumentacji. Wysyła też inżynierów wdrożeniowych, którzy przypilnują każdego produkcyjnego detalu, bo nie sposób wszystkiego opisać w dokumentacji.
    Tutaj takich inżynierów już nie ma, bo i nie ma firm, które stały za tym osiągnięciem. Nie ma już firmy Rocketdyne, która opracowała silnik F-1. Cięcia budżetowe z lat 90. spowodowały serię upadłości i przejęć w branży lotniczo-kosmicznej.
    Boeing, który opracował m.in. pierwszy człon Saturna V, zachował ciągłość organizacyjną, ale jest już dzisiaj inną firmą.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 21.07.19, 09:05
    50 lat temu był najlepszy na świecie. Boeingi 737 (oblatane w 1967 r.) i boeingi 747 „Jumbo Jet” (oblatane w 1969 r.) do dzisiaj latają nad naszymi głowami.
    Dzisiejszy Boeing nie potrafi wyprodukować ich następców, czego smutnym przykładem są samoloty Boeing 737 MAX uziemione w marcu. Nie wiadomo, kiedy znowu polecą (nie wiadomo nawet, czy w ogóle).
    346 ludzi zginęło w dwóch katastrofach, za które odpowiadają wady konstrukcyjne 737 MAX. Można by ich uniknąć, gdyby firma działała tak jak 50 lat temu. Ale ówcześni inżynierowie złapaliby się za głowy, gdybyśmy im powiedzieli, jak się projektuje samolot w XXI wieku.
    Żeby móc reklamować liniom swoją maszynę jako tańszą od Airbusa A320neo, Boeing wyprodukował samolot, który w wyniku wszystkich posunięć oszczędnościowych jest inherentnie niestabilny. Żeby to skompensować, dodano automatyczny system korygujący stabilność lotu – MCAS.
    Jego istnienie ukryto przed liniami lotniczymi oraz przed pilotami, bo wtedy trzeba by ich od nowa szkolić. Boeinga 737 MAX reklamowano jako kontynuację starego Boeinga, a nie całkiem nowy samolot – i jeśli jakiegoś pilota przeszkolono w lataniu nim 50 lat temu, może latać tym nowym.
    To jeszcze nie musiało spowodować katastrofy, gdyby nie kolejny problem. By ciąć koszty, opracowanie oprogramowania dla MCAS zlecono najtańszemu dostawcy. Według serwisu Bloomberg okazała się nim indyjska firma HCL, która płaci programistom 9 dolarów za godzinę. To nie jest szczególnie wygórowana stawka nawet w Polsce.
    Twórcy MCAS nie mieli doświadczenia w projektowaniu samolotów. Nie rozumieli, jak działają czujniki i stery. Zaprojektowali więc system tak, że w pewnych sytuacjach kieruje on samolot prosto ku ziemi – a zaskoczony pilot nie tylko nie wie, co się stało, ale nawet nie może interweniować.

    Pół wieku temu wojskowe i cywilne, lotnicze i kosmiczne projekty Boeinga były dziełem amerykańskich inżynierów i produktem amerykańskich robotników. To było oczywiste, że skoro firma dostaje pieniądze od amerykańskich podatników, to musi tworzyć atrakcyjne miejsca pracy dla amerykańskich obywateli.
    Wtedy jednak kapitalizm wyglądał inaczej. Prace nad rakietą Saturn rozpoczęto jeszcze za prezydentury Eisenhowera, podobnie jak prace nad samolotem cysterną KC-135 Stratotanker (których ubocznym skutkiem było opracowanie pasażerskich boeingów – pierwszy z nich, 707, był po prostu cywilną wersją Stratotankera).
    Górna stawka podatku dochodowego za Eisenhowera wynosiła 91 proc. Za Kennedy’ego spadła do 70 proc. Dzisiaj podobne stawki są nie do wyobrażenia, od razu by się podniósł krzyk, że to zahamuje wszelki rozwój (choć przy takich stawkach wymyślono komputer, internet, tranzystor, pigułkę antykoncepcyjną, pokryto kraj siecią autostrad i wysłano człowieka na Księżyc).
    USA vs ZSRR
    Projekt Apollo był pamiątką po tym, co najlepsze i najgorsze w tamtym modelu kapitalizmu. Najlepszy był oczywiście gigantyczny skok cywilizacyjny dokonany w latach 50. i 60.
    A najgorsze było to, że podobne projekty kończyły się regularnym przekroczeniem pierwotnego kosztorysu i harmonogramu. Wszystko okazywało się droższe, niż pierwotnie zakładano (ale używano argumentu, że teraz już za późno, żeby się wycofać, bo to przyniesie jeszcze większą stratę).
    Wielorazowy statek kosmiczny (Space Shuttle) miał polecieć w 1975 r. Ostatecznie poleciał w 1981 i od razu było wiadomo, że to od początku nie miało sensu: wielorazowość okazała się droższa od jednorazowości.
    Loty promu miały być finansowane przez przemysł zlecający NASA umieszczanie na orbicie komercyjnych satelitów. Amerykański przemysł w latach 80. zaczął jednak „strajkować” – wybierał tańsze oferty z Europy (Ariane) czy wręcz z Chin. Żeby powstrzymać amerykańskie firmy przed korzystaniem z najtańszej na rynku chińskiej rakiety Chang Zheng (Długi Marsz), rząd w końcu ogłosił formalne embargo.
    Symbolicznym podsumowaniem końca amerykańskiej dominacji w przemyśle kosmicznym jest to, że obecna główna amerykańska rakieta Atlas V bazuje na silnikach RD-180 produkowanych na licencji rosyjskiej (i opracowanych jeszcze za czasów ZSRR). Taniej jest kupić licencję i dostać wsparcie od inżynierów wdrożeniowych, niż wymyślać na nowo silnik F-1.

    Dlatego Elon Musk, chcąc wrócić do gry, swoją rakietę Falcon zaprojektował od zera. Jest około trzech razy słabsza od Saturna V, ale to i tak najpotężniejsza amerykańska rakieta od 1973 roku.
    Wystrzelony nią tesla roadster jest dziś już bliżej Marsa niż Ziemi (oddalił się od nas na dwie jednostki astronomiczne, czyli około 300 000 km).
    Wznowienie dziś programu Apollo byłoby niemożliwe – i bezcelowe. Jak wiele zimnowojennych inicjatyw Apollo miał przeznaczenie propagandowe: miał pokazać wyższość modelu amerykańskiego nad radzieckim.
    Projektowaniem samych rakiet kierował, jak wiadomo, Wernher von Braun, konstruktor niemieckiej rakiety V2. Ale na sam program istotny wpływ miał podpułkownik John Powers, pierwszy rzecznik prasowy NASA, który wymyślił, że astronauci mają być gwiazdami tego przedstawienia, a jednocześnie ucieleśnieniem „przeciętnych Amerykanów”.
    Astronauci w latach 60. zarabiali od 8330 do 12 770 dolarów rocznie. To mniej więcej dwukrotność ówczesnej średniej – czyli nieźle, ale w zasięgu wyobrażeń przeciętnego Joego Smitha.
    Powers nakłaniał media, by kręciły fotoreportaże o domach i rodzinach astronautów, w których pokazywałyby ich zwyczajność. To samo robiła radziecka propaganda, podkreślając, że tamtejsi kosmonauci wychowali się w zwykłych kołchozach, jak Gagarin czy Tierieszkowa.

    CDN...

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/
  • diabollo 21.07.19, 09:07

    Istotną różnicą było to, że Rosjanie informowali z zasady tylko o udanych misjach – po ich zakończeniu. Amerykanie zaś o wszystkim informowali z wyprzedzeniem, żeby cały świat z zapartym tchem oczekiwał na udane lądowanie.
    Co za tym idzie, amerykańscy astronauci rzeczywiście pilotowali swoje statki. Tylko dzięki temu Apollo 11 szczęśliwie wylądował – komputer pokładowy podczas lądowania ciągle się zawieszał i gdyby nie zimna krew Neila Armstronga, weterana wojny w Korei, skończyłoby się katastrofą.
    Radzieccy kosmonauci byli co do zasady pasażerami pojazdów sterowanych z Ziemi. Kontrola lotów nawet gasiła im światło w kabinie, gdy był czas na sen.
    Amerykańscy astronauci wiedzieli, że czeka ich prawdziwa fortuna. Każda korporacja będzie chciała mieć w zarządzie czy w radzie uczestnika programu Apollo.
    To samo dotyczyło inżynierów, naukowców i menedżerów. Samo załapanie się na kontrakt z NASA oznaczało bonanzę. Amerykanie stali więc przed wyborem: albo dostaną pieniądze duże, albo niewyobrażalnie duże.
    W ZSRR motywacja wyglądała mniej więcej tak: jeśli start się uda, to wszyscy dostaną wódkę. Jeśli się nie uda, pojawi się groźba łagru za sabotaż.

    Twórca radzieckiego projektu kosmicznego Siergiej Korolow sam padł ofiarą tego systemu. Skazano go za rzekomy sabotaż na dziesięć lat łagru podczas wielkiej czystki w 1938. Był torturowany, złamano mu szczękę i odmówiono kontaktu z lekarzem. Na Kołymie zachorował na szkorbut i stracił kilkanaście zębów.
    Był o krok od śmierci. Życie uratował mu Beria, nowy szef bezpieki. Nie chciał podzielić losu poprzedników, którzy sami padli ofiarą machiny terroru, więc rozbudował Gułag do czegoś w rodzaju państwa w państwie. Potrzebował do tego własnej armii, czyli własnego programu zbrojeniowego. A więc: potrzebował ludzi takich jak Korolow, którego przesunął do tzw. szaraszki, obozu dla wybitnych specjalistów.
    Korolowa do łagru posłały zeznania innego wybitnego eksperta – Walentyna Głuszki. Torturowano go, żeby przyznał się do urojonego szpiegostwa i wskazał wspólników – załamał się i oskarżył m.in. Korolowa.
    Po śmierci Stalina obaj współpracowali przy radzieckim programie kosmicznym – Korolow projektował rakiety, Głuszko silniki. Korolow nigdy jednak nie wybaczył Głuszce tego, co przez niego musiał przejść. Obaj w gruncie rzeczy życzyli sobie porażki.
    Sojuz, nie psuje się to, czego nie ma
    W ZSRR ten system motywacji doprowadził do skonstruowania rodziny rakiet Sojuz, które latają od 1966 r. do dzisiaj. Mogą latać z załogą, ale ponieważ i tak są de facto zdalnie sterowane, mają tani bezzałogowy wariant Progress.

    Bez tych rakiet trudno sobie wyobrazić działalność Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Zaprojektowano je zgodnie ze zdrową zasadą „nie psuje się to, czego nie ma”. Pierwszych generacji nie wyposażono nawet w komputer pokładowy, więc nie miało się co zawiesić. Są praktycznie bezawaryjne.
    Odbyły we wszystkich wersjach (wliczając w to chińską imitację Shenzhou, pokazaną w filmie „Grawitacja”) około 1700 udanych misji. Nieudanych było zaledwie kilka (na początku niestety z ofiarami w ludziach, ale to się nie powtórzyło od 1971 roku).
    Nie mając rakiety tak potężnej jak Saturn V, Rosjanie tak zaplanowali swój program kosmiczny, żeby wszystko się mieściło w kawałkach nie większych niż 20 ton, bo taki jest kres możliwości Sojuza. Okazało się, że to wystarcza na zdumiewająco wiele.
    Za mało, żeby posłać na Księżyc człowieka, ale wystarczy na posłanie tam zdalnie sterowanego robota. Wystarcza też na stacje orbitalne montowane z modułów już w kosmosie.
    Ostatni Saturn V
    Ambitne kalendarium, od którego zacząłem ten tekst, oficjalnie odwołano w 1971, gdy prezydent Nixon ogłosił cięcia. Ostatni raz ludzie polecieli na Księżyc w grudniu 1972 roku, w misji Apollo 17.
    Ostatni Saturn V wyniósł na orbitę imponującą stację kosmiczną Skylab. W porównaniu z radzieckimi stacjami Salut, prymitywnymi jak sojuzy, był to pięciogwiazdkowy hotel z niespotykanymi wtedy w astronautyce luksusami, jak prysznic czy kuchenka.

    Wszystko to zużywało dużo prądu, tymczasem baterie słoneczne ciągle nie chciały działać zgodnie z planem. Ostatni astronauci opuścili Skylaba w lutym 1974 roku.
    Były potem różne plany naprawienia psującej się stacji, ale okazało się to niemożliwe. Skylab spalił się w atmosferze w 1979 roku. Amerykanie wrócili zaś na orbitę dopiero dzięki międzynarodowej stacji, której by nie było bez spartańskich rosyjskich salutów.
    Z okazji rocznicy lotu Apollo 11 różne instytucje ogłaszają teraz plany kosmiczne. NASA we współpracy z europejską agencją ESA planuje powrót na Księżyc w ramach programu Artemis. W przyszłym roku na orbitę Księżyca poleci statek bezzałogowy, a w 2023 – już z załogą.
    Swoje plany ogłaszają też Chińczycy i Hindusi. Ale czy pojedyncze państwo jest dziś w stanie zrealizować taki projekt samodzielnie? I czy powinno to robić?
    Astronauci Apollo podkreślali, że przybyli na Księżyc „w pokoju, w imieniu całej ludzkości”. Po części wynikało to z prawa międzynarodowego (więc przeszkolono ich, że mają używać dokładnie takiego sformułowania). Jak pięknie jednak brzmiały te słowa w czasie zimnej wojny!
    ***
    Niezależnie od państw i korporacji przede wszystkim jesteśmy ludźmi z planety Ziemia. Potrzebujemy kosmosu choćby po to, by o tym nie zapominać.

    wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25009833,zwolnilismy-inzynierow-zezlomowalismy-rakiety-wyrzucilismy.html

    --
    Religia jest dla ludzi bez rozumu.
    /Józef Piłsudski/

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka