Po dwutygodniowym pobycie mojej ulubionej ciotki w szpitalu, gdzie wybadano ja
na wszystkie możliwe sposoby stwierdzono u niej nowotwór z przerzutami i przy
"wypisie" lekarze powiedzieli rodzinie, że dają jej co najwyżej miesiąc życia.
Ciotka, kobieta lat 62 (w sumie niestara, a wyglądająca przed szpitalem rzecz
jasna na góra 50 i parę)przywieziona do szpitala z zupełnie inna przypadłością
(lekki wylew). Generalnie nie chorująca poważnie nigdy a tu nagle okazuje się,
że nowotwór i to wszędzie. W mózgu, wątrobie i prawdopodobnie kościach...
Ona o tym nie wie. Myśli, że wszystko jest ok. Tym bardziej, ze paraliż po tym
wylewie jej ustępuje, a bóli jeszcze nie ma (na szczęście)
I tak mnie naszło... Czy wolałabym wiedzieć, że mam takie cholerstwo w sobie,
czy jednak lepiej nie i tak jak ona teraz mieć nadzieję, że będzie dobrze?
Zastanawialiście się kiedyś nad tym?
---------------------------------------------------------------------
Szarańcza jest plagą, chociaż jeden owad nie stanowi plagi. Podobnie jest z
głupcami.
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.