Dostałam na imieniny książkę Piotra Morawskiego "Zostają góry".
Zawiera ona opowiadania i felietony naszego himalaisty oraz
wspomnienia o nim (zginął na Dhaulagiri).
Niesamowita postać.
Kiedy w naszym kraju środowisko himalaistów wymiera i degeneruje sie
bo kasa, praca, dzień powszedni (a propos tego co napisane w watku o
buncie młodych) on jako jeden z nielicznej grupki zapaleńców robił
nowe rzeczy w górach wysokich i zaskarbiał sobie przyjaźń i uznanie
największych.
Kiedyś dostałam zbiór filmów i książek o polskim himalaiźmie od
Krzysztofa Wielickiego, który napisał, że po marzenia nalezy sięgać
i on wierzy iż kiedyś zobaczę himalaje, że to wszystko na
wyciągnięcie ręki.
A dziś chciałabym zaproponowac Wam pewien felieton Piotra
Morawskiego który na pierwszy rzut oka traktuje o górach. Ale już na
drugi widać, że jest o życiu każdego z nas.
"Andrzej Zawada, którego niestety nie było dane mi poznać, zwykł
mówić: „pokaż, co zrobiłeś w Tatrach zimą, a powiem ci jakim jesteś
alpinistą." Oczywiście o tym zdaniu dowiedziałem się znacznie
później. Każdą wolną chwilę poświęcałem na to, by znaleźć się w
górach i się wspinać. Choć nie było to dla mnie łatwe. Ciągły brak
pieniędzy na studiach dawał się we znaki. Często dzisiaj słyszę, że
ktoś nie będzie się wspinał, bo nie ma kurtki gore (oczywiście
topowej), nie ma odpowiednich czekanów, bo przecież nie wyda tyle
kasy na nie, jego raki są za słabe itp. I w efekcie nie może się
wspinać...
Drugi raz szedłem z tym samym kumplem po Orlej, tym razem na Kozi
Wierch. Miałem wtedy glany „angielki" na nogach, w których chodziłem
po mieście, pożyczyłem ruskie raki, a czekan mieliśmy jeden.
Wzięliśmy kilkanaście metrów repa, by ten czekan podawać sobie w
trudniejszych momentach. Dżinsy zamarzały mi na nogach, kiepskie
rękawiczki zamokły zaraz na początku. Nie polecam, szczególnie że
dzisiaj sprzęt jest relatywnie tańszy. Ale pamiętam niesamowitą
chwilę, kiedy staliśmy na jakiejś śnieżnej grani, a pod nami były
tylko chmury. Patrzyłem ze łzami szczęścia w oczach i pomyślałem
wtedy: „tak musi być w Himalajach, o których czytałem w książkach i
w które pewnie nigdy nie dotrę, ale Tatry też są piękne." Tatry
nadal darzę wielkim sentymentem i kiedy mogę, to tam jadę pochodzić,
powspinać się, po prostu pobyć. A myśli o tym, że Himalaje są dla
mnie niedostępne rzeczywistość zweryfikowała kilka lat później.
Stałem pod północną ścianą K2, patrzyłem z zachwytem i przypomniałem
sobie tę chwilę na śnieżnej grani pod Kozim Wierchem. Marzenia stały
się rzeczywistością.
Bo w tym całym sporcie nie chodzi o to, by mieć jak najwięcej, jak
najlepszego sprzętu. Ważna jest determinacja i własne pragnienia. I
wytrwałe dążenie do celu. Himalaje wydawały się zbyt odległe, by o
nich myśleć w realnych kategoriach. Jednak sceny z książek działały
na moją wyobraźnię i jak widać sterowały moimi poczynaniami.
Czasem oczywiście marzenia nie wystarczą. Liczy się zbieg
okoliczności, szczęście, a przede wszystkim ludzie, których
spotykamy po drodze. Tak naprawdę to dzięki nim osiągamy tak wiele w
życiu. Nigdy nie pojechałbym na zimowe K2, a w efekcie nigdy nie
jeździłbym w góry wysokie, gdyby nie ludzka pomoc i poparcie. Tak,
miałem szczęście i do partnerów, i do tych, którzy wierzyli w moje
zdolności i je promowali.
Jedną z pierwszych, zimowych dróg hakowych, które robiłem w Tatrach,
była droga Baryły na Mnichu. Potem mieliśmy zakończyć wariantem R.
Nie doszliśmy do Mnichowych Półek i złapaliśmy biwak na półce
skalnej poniżej. Miałem ze sobą mój pierwszy porządny śpiwór,
zresztą szyty na zamówienie. Leżałem zmęczony, patrzyłem w gwiazdy i
wiedziałem, że wspinanie pochłonęło mnie na zawsze. Nie chodzi tylko
o sam sport, chodzi o cały styl życia. O podejście do gór, do ludzi,
do świata. Uwielbiałem się włóczyć, spać w niespodziewanych
miejscach, przebywać w towarzystwie podobnych do mnie ludzi. Choć
nie wiedziałem wtedy, że wspinanie zdominuje całe moje życie. Nie
marzyłem o tym, że stanie się jedną z najważniejszych rzeczy w
życiu. Kilka lat później leżałem w tym samym, ale już mocno zużytym
śpiworze i potwornie marzłem. Ale byłem w bazie pod jedną z
najwyższych gór świata. Razem z moim wysłużonym sprzętem nie
pierwszej młodości. Ale chciałem. Już wtedy wiedziałem, że chcę. I
że mogę.
Zatem róbmy to, co lubimy w życiu. Jeśli naprawdę chcemy, marzenia
się spełniają. Nasza determinacja jest w stanie pokonać wiele
barier, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy
przecież do końca naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od
początku myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się
otwiera. A my patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka
krótka. Przed nami wielka niewiadoma, która czasem może przerażać.
Jednak niewiadoma staje się wiadomą, a my potem znowu spojrzymy
wstecz i okaże się, że wszystko było takie łatwe. Może nie tyle, że
łatwe, tylko my spodziewaliśmy się, że będzie trudniejsze. Obojętne,
czy się wspinamy, jeździmy w najwyższe góry świata, czy po prostu
chodzimy po tatrzańskich szlakach.
Niedługo koniec lata. Minie jesień i znowu zima. Czas wyczyścić,
odświeżyć i przygotować sprzęt. A potem ze ściany spojrzeć na
schronisko daleko w dole i po prostu być. Czego życzę wszystkim,
których marzenia się spełniły, spełniają się, albo dopiero się
spełnią."
aktywni.pl/aktualnosci/chciec-znaczy-moc/