Dodaj do ulubionych

Pozdrowienie anielskie...

21.10.12, 18:03
...z Miasta Aniolow ślę :))) 18 godzin podrozy tylko, wymeczona do granic oto depcze kalifornijska glebe. A zaczelo sie od tego, ze zapomnialam notesu. I sie wrocilam. Bylo sie nie wracac... Samolot wystartowal z 40 min opoznieniem, z powodu tloku na lotnisku w Londynie. Nie wylecial z Warszawy, poki nie mial miejsca parkingowego na Heathrow. Nie zaniepokoilo mnie to, a nieslusznie. To co sie dzialo w Londynie przypominalo sceny za komuny, gdy szynke przed swietami rzucili. Kolejki, tlum ludzi, obsluga nic nie mogla na to poradzic.
--
http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
Edytor zaawansowany
  • misiania 21.10.12, 18:19
    OK, pan zwolnil komputer w lobby, zawsze to wygodniej, niz stukac w telefon. Tak wiec mialam 1,5 godziny do samolotu do LA i wydawalo mi sie, ze spokojnie moge patrzec w przyszlosc. O, glupia ja! Ciagle stojac w jakichs ogonkach patrzylam, jak maleje ten moj zapas czasu. W koncu jak byla godzina do samolotu, to zaczeli wylapywac nas z kolejek (bo nie bylam sama, wszyscy byli w takiej samej sytuacji - tych najpilniejszych wrzucali na poczatek kolejki). Tym niemniej nadszedl czas na przedarcie sie przez kontrole celna. I sie zaczelo. Po pierwsze oczywiscie kolejka. Po drugie - bardzo wolno celnicy pracowali. Po trzecie - pierwszy raz ktos tak wnikliwie rewidowal mi bagaz podreczny. Moze wzbudzilam podejrzenia, bo mialam tylko maly plecaczek, a w srodku drobiazgi. Typu wilgotne skarpetki, ktore musialam zmienic na Okeciu, bo sie okazalo, ze na 100% nie sa z bawelny, hehe. No i ta kontrola sie ciagnela i ciagnela, a na koncu pan wzial ten moj plecaczek, zeby go przeswietlic. I sobie poszedl i nie wracal od maszyny przez dluzszy czas. Ja mam 15 minut do odlotu wiec sie pytam innej pani celniczki, jak daleko jest do bramek, bo ja tu czekam, a tam samolot. Pani wziela moj bilet, spojrzala i bez emocji rzucila "Oh, you've just missed your plane". Wa mac, sobie pomyslalam. Po chwili przyszedl ten moj celnik z plecaczkiem, oddaje mi go, a ja mu, ze wlasnie sie dowiedzialam, ze uciekl mi samolot. Na co pan beztrosko stwierdzil "You'll be all right". A zeby mu kiszka kolkiem stala po kres jego dni. Do planowanego odlotu mialam 9 minut, odlot z terminala hen hen odleglego, ale ja z Polski jestem, walcze do ostatka. Ruszylam sprintem, akurat byla winda, z windy wyskoczylam jak lania i dobieglam do wahadlowca na terminal 5, ktory wlasnie odjezdzal, potem tylko dwa poziomy schodow (coraz wolniej niestety, nie te lata) i dobieglam do gejtu, jak jeszcze ludzie wchodzili. Nie tylko ja taki trening przeszlam, bo jak stanelam na koncu, to wydyszalam do chlopaka przede mna pytanie, czy to gate do samolotu do LA. A on mi oddyszal w odpowiedzi, ze tak! No a w ogole to jeszcze inni nieszczesni przymusowi sportowcy dobijali do nas i drzwi samolotu zamknely sie dopiero jakos tak 10 minut po planowanym odlocie.

    To tyle na teraz, opowiesc o tym, jak stalam sie na kilku dni kierowca bialego kabrioletu oraz jak w amoku jechalam noca przez Los Angeles - pozniej :) Stay tuned to our next episode!
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • kaga9 22.10.12, 00:03
    Can't wait!
  • good_morning 22.10.12, 00:43
    ja kiedys po takim amoku znienawidzilam lotnisko w luton, a bylam tam wtedy po raz pierwszy. i ostatni. bo konsekwentna jestem :D
    nie przegraj majatku aby ;)
    --
    love is a dog from hell
  • misiania 22.10.12, 02:52
    No dobra. Zziajana i spocona jak ruda mysz zasiadlam na swoim miejscu, jak sie okazalo miedzy starszym panem a Hindusem. Hindus byl wyjatkowo milczacy, natomiast starszy pan bardzo chcial nawiazac kontakt slowny. No to nawiazalam, co mi szkodzi. Pan byl bardzo podekscytowany, bo wlasnie lecial na slub swojej corki. Na Fidzi... Albowiem corka jego wraz z narzeczonym zdecydowali sie kupic domek na Fidzi i tam zamieszkac. Do tej pory nie wiem, co mnie powstrzymalo przed zapytaniem, co trzeba w zyciu zrobic, by osiasc w domku na Fidzi.

    Lot jak lot. Na poczatku z niechecia uczynilam to, przed czym uciekalam od chwili kupienia biletu. Mianowicie spojrzalam na czas lotu. Jak byk 11 godzin. Znaczy nie to, ze wczesniej tego nie sprawdzilam. Oczywiscie sprawdzilam i wyrzucilam z mozgu jak najszybciej.

    Tak czy inaczej, ja po 11 godzinach zakonczylam lotnicza czesc podrozy, a starszy pan mial przed soba 4 godziny przerwy, potem kolejne prawie 12 godzin lotu na Fidzi, a potem jeszcze bodaj godzine na konkretna wyspe. Ale czlowiek jest gotow na kazde poswiecenie dla swoich dzieci, jak mi powiedzial na pozegnanie. No tak. Aha, on z tych Fidzi lecial dalej do Australii, bo tam jakis kolega jego mieszka, ktorego nie widzial ponad 40 lat. Potem chyba Singapur mial w planach, a potem to juz chyba wroci do domu, do Walii. W 23 dni dookola swiata, jak ustalilismy. I czymze jest wobec tego moja mala wycieczka do Kalifornii, pytam sie?

    A wracajac do naszych baranow. Procedury imigracyjne - omatkoboskokrolowopolski!!! Tlum ludzi w kilkunastu pozawijanych ogonkach do kilkunastu sektorow i na przyklad w moim na cztery stanowiska - czynne byly tylko dwa. Jak u nas na poczcie. Z tych dwoch - w jednym pracowal pan umyslowo ociezaly, co poznalismy po tempie jego pracy, i co caly nasz ogonek komentowal w roznych jezykach (no skads wiedzialam, co po hiszpansku syczy ta pani za mna, gdy rzeczony osobnik po raz kolejny zadumal sie nad jakims druczkiem). Po 1,5 godziny czekania uslyszalam, jak szukaja pasazerow British Airways, widocznie im sie przestalo podobac, ze wyladowalismy i zaginelismy gdzies na terminalu. Moze czynimy podkopy? I znowu mnie wyciagali z jednej kolejki, by ustawic w innej, na szczescie krotszej. No i w koncu pozwolono mi postawic stope na amerykanskim chodniku.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 22.10.12, 03:12
    I gdy w koncu dotarlam do wypozyczalni samochodow, to mogli mi wcisnac, co chcieli. Dlatego zamiast mniejszego samochodu, ktory zabukowalam, jezdze calkiem sporym chryslerem. z otwieranym dachem, zeby bylo bardziej kalifornijsko. A ta pierwsza jazda... az sie czerwienie ze wstydu, bo mnie troche obtrabili to tu, to tam, ale z drugiej strony czuje sie usprawiedliwiona. dziesiata w nocy, obcy kraj, obce miasto, obcy samochod (automat, z ktorym do tej pory nie mialam do czynienia), pierwszy raz uzywany gps... Wsiadlam, pojechalam, na szczescie z wypozyczalni skrecilam we wlasciwa strone, bo w pierwszej chwili nie wiedzialam jak ugryzc ten gps i ze na telewizorku mnie dotyczy ta zielona krecha. Ale zaraz sie odezwala do mnie pani gps, powiedziala, ze trzeba bedzie skrecic, wiec jakos poszlo. tyle tylko, ze pan z wypozyczali zostawil mi otwarte okna, a ja w moim mam mechaniczny kreciolek, z elektryka szybowa malo jestem obeznana. wiedzialam, ze do podnoszenia szyb sluza przyciski i nawet katem oka przyuwazylam pasujace, ale jak nacisnelam, to nic sie nie dzialo, wiec zdecydowalam sie to olac, skoncentrowac na jezdzie i jechac z odsunietymi. I teraz zagadka: kto jest glosniejszy: pani gps, czy nocny ruch samochodwy w LA? No wiadomo, pani przegrala. ale jakos z tymi odsunietymi szybami przez ktore strasznie wialo (wszystkie cztery byly odsuniete), w nocnym halasie miasta jakos dotarlam na miejsce, hotel znalazlam, okazal sie calkiem przyzwoity. A przyciski trzeba naciskac lub podnosic - w zaleznosci od tego, co chcemy osiagnac, wydedukowalam to po zaparkowaniu :)

    Dzisiaj tylko urocze muzeum Getty'ego (jakas sliczna architektura) i obiadek w postaci steku w polecanej restauracji. Wybralam stolik na zewnatrz, niedaleko tablicy z nazwa lokalu i stalam sie mimochodem obiektem turystycznym. Bo sie takie busiki z turystami zatrzymywaly (widocznie restauracja jest znana) i Japonczycy robili zdjecia, na ktorych z koniecznosci uwieczniali rowniez mnie : )

    Tyle na dzisiaj, trzymajcie za mnie kciuki jutro, bo jade daleko :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 22.10.12, 03:39
    Ale ale! Tutejszy parkingowy byl kiedys w Polsce. Jako marynarz odwiedzil Szczecin. Poznal kobiete o imieniu Danuta, poszli do klubu, a potem ona zniknela z jego pieniedzmi. Wstydz sie, Danuto! Przez ciebie musialam tu swiecic oczami!
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • dzidzia_bojowa 22.10.12, 04:58
    Zżerana przez zawistną zazdrość czekam na kolejne fantastyczne relacje:) Targają mną i inne uczucia typu podziw. Jazda w nocy po wielkim amerykańskim mieście po raz pierwszy i samotnie. Ja pierniczę!!!
  • misiania 22.10.12, 05:45
    No i w sumie nie napisalam, jakie wrazenie zrobilo na mnie LA. Znajomi uprzedzali, ze to takie dziwne miasto, niekoniecznie musi sie podobac. Ze wyglada troche jak przedmiescia Radomia. W wyobrazni juz widzialam rzedy smetnych barakow. W sumie cos w tym jest, ale zaden Radom! Fakt, ze ta czesc, ktora teraz widzialam (West Hollywood) wyglada jak jedno wielkie przedmiescie, niska zabudowa, duzo przestrzeni. Ale po pierwsze - widzialam niewiele, a po drugie - nie Radom, tylko ewentualnie co efektowniejsze czesci Konstancina lub Magdalenki, z palmami to tu, to tam zamiast lasu mieszanego swiezego. Podoba mi sie.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 22.10.12, 05:54
    Dzidziu, zapewniam cie - jakby przyszlo co do czego, to bys tez wsiadla i pojechala :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • kaga9 23.10.12, 23:22
    Misiania, kurka. Była kiedy w Radomiu? Albo ostatecznie - w Krużewnikach??
  • misiania 04.11.12, 00:01
    To był mój wierny przyjaciel... Drugiego wiernego przyjaciela, GPSa, nie widać, bo siedzi w środku :) Parkujemy oczywiście w pełni snobistycznie na Sunset Boulevard...

    http://i50.tinypic.com/2yma8ec.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • janterst 22.10.12, 09:27
    Ale Ci zazdroszczę. Kiedyś chciałem tam na wakacje wybrać, ale nie dostałem wizy :(
    --
    garvalin
  • piotr_c 22.10.12, 22:40
    Zakładam że wątek notesu rozwiniesz w kolejnym rozdziale. Zintrygowałaś mnie ta uwagą. tez bym chciał polecieć do Kaliforni więc wiedza po jaki notes trzeba się cofnącjest istotna dla mnie.
  • misiania 23.10.12, 05:56
    A nene, notes sam w sobie nie byl istotny, a tylko posluzyl mi za dowod, ze zabobony sie czasami sprawdzaja. A mowila babcia, ze wracanie sie z drogi przynosi pecha w podrozy...

    Ale co tam bedziemy wracac do notesu. Wazniejsza sprawa to: czy wynalazca gpsu dostal nagrode Nobla? Jesli nie, to jest to niesprawiedliwosc na miare niektorych przyznanych lub nieprzyznanych Oscarow. Gps nie pyta. Gps rozumie... Kocham gps. Jak ja w ogole planowalam sie tu poruszac samochodem bez tego? Mapki se drukowalam, gupia. Wedlug mapki z google maps to mozna po wielu miastach pojezdzic, ale niekoniecznie po Los Angeles. Patrzenie na mapke przy 55 milach/godz to taki sport ekstremalny raczej :)

    A dzieki gpsowi jakos wyplątalam sie z LA i przejechawszy pustynie Mojave dotarlam do Las Vegas. Tu w hotelowym lobby nie ma komputera. Tu w zasadzie nie ma lobby, tylko kasyno. I matko, jaka ze mnie kutwa, bo nawet mi sie nie chce kogos zapytac, czy na tych automatach to gra sie na pieniadze czy na jakies zetony. Bezczelnie wykorzystuję zalozenie tutejszych hotelarzy, ze nie zarabiaja na noclegach, tylko na hazardzistach. W zwiazku z tym dwie doby w takim kasynowym hotelu kosztuja tyle, ile jedna doba w LA czy SF. Co prawda nie jest to hotel klasy Bellagio, gdzie poszlam ogladac dekoracje kwiatowe (przesliczne) oraz pokaz fontann (jak wroce, to nagadam zyczliwym kolegom, co mi o tym pokazie powiedzieli. Bo owszem, byla muzyka, bylo swiatlo, byly tanczace fontanny, ale do jasnej anielki - jeden pokaz, trwajacy tyle, co piosenka, a potem pol godziny przerwy. I ja tam stalam jak ta glupia, jak sie pierwszy utwor skonczyl, bo sadzilam, ze za chwile bedzie nastepny. A guzik, minelo pol godziny, zaspiewala Celine Dion i wszystko znowu ucichlo. Przynajmniej juz wiedzialam, ze trzeba sie ewakuowac)

    Las Vegas widzialam tylko czesciowo, fragment zwany The Strip, czyli odcinek Las Vegas Boulevard przy ktorym stoja te wszystkie najwieksze kasyna. Pewno gdzies tu sa rowniez przedszkola i zlobki, ale cos mi sie zdaje, ze tego akurat nie zobacze. A to, co widzialam, wyglada jakby miasto bylo jedna wielka galeria handlowa polaczona z nowoczesnym biurowcem. Czysto, marmury, wypielegnowana roslinnosc, szklo i ludzie, ktorzy nie wygladaja na takich, ktorym kredyt hipoteczny spedza sen z powiek. A kamienie spiewaja. Serio, serio - w kamiennych elementach ozdobnych (np. w kolumienkach balustrad) sa wmontowane glosniki :) Pewno ten kamien sztuczny, ale pomysl zabawny.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 23.10.12, 06:19
    I taka refleksja po podrozy samochodem na dluzszym dystansie. Kierowcy amerykanscy lubia to, czego nienawidza polscy: jezdzic parami. Znaczy im to wychodzi chyba przy okazji, nie zeby specjalnie, ale jednak. Mianowicie jak to jest u nas? Jedziesz sobie, jedziesz, widzisz we wstecznym zblizajace sie na tym samym pasie auto, zmieniasz pas na ten bardziej po prawej, po lewej slyszysz wziuuuu, ten szybszy smiga obok ciebie i tyle go widziales. A tu nie. Wszyscy jada pi razy oko z ta sama predkoscia, a nawet, jak ktos jedzie szybciej i zrobisz mu miejsce, zmieniajac pas, to on znaczaco nie przyspieszy, tylko powoli cie dogoni, a potem tak sobie bedziecie jechac w parze przez jakis czas. Albo cos takiego: jade sobie, jade, patrze przed siebie i we wsteczne, nic sie nie dzieje, jade dalej i nagle kątem lewego oka widze jakis ksztalt niespiesznie pojawiajacy sie z lewej i trwajacy na skraju tego slepego punktu, ktory znaja wszyscy kierowcy. Wrazenie jak z horroru. A to wlasnie taki kierowca, co jechal minimalnie szybciej ode mnie zaczal mnie doganiac. No stalker normalnie.

    Ale wiecie, jakie tam sa widoki?! Jak sie wyjezdza z LA to widac gory na wyciagniecie reki niemalze. A potem przez kilkaset mil widoki jak z westernow - puste przestrzenie, trawy, od czasu do czasu jakis sukulent i wzgorza na horyzoncie. Ech, tylko dorwac jakiegos mustanga i w cwał :)
    Szukalam w radio Hotelu California dla dopelnienia efektu, ale nie trafilam, wiec jechalam przez to piekno porykujac radosnie "Honesty", motyw z "Artura" i inne takie :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 24.10.12, 08:06
    A dzisiaj przejechalam ok 550 mil, pragne tylko doczolgac sie do lozka. Ale cos mi sie zdaje, ze karta do pokoju, wypadla mi w samochodzie na podloge... Musze isc po prosbie do valeta, zeby mi auto przyprowadzil na chwile. W sumie nie tyle po prosbie, co po banknocie :(
    Za to widzialam Zapore Hoovera i Grand Canyon. Grand Canyon jest niesamowity. Bylam na siebie troche zla, ze sie zdecydowalam jechac 4 godziny w jedna strone, zeby dziure w ziemi zobaczyc. Ale o matko salatko - JAKAZ TO PIEKNA DZIURA!
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • piotr_c 24.10.12, 18:51
    Piękna "Ucieczka z Los Angeles"
  • misiania 04.11.12, 00:09
    Pustynia Mojave, gdzieś między Los Angeles a Las Vegas.

    http://i45.tinypic.com/10gln5z.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:13
    Mieszkańcy Ghost Town witają! To taka atrakcja turystyczna po drodze do LV, turpistyczna trochę :)

    http://i48.tinypic.com/2agtbpx.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:18
    Halloweenowe dekoracje w hotelu/kasynie Bellagio w Las Vegas.

    http://i47.tinypic.com/ftkc9l.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:20
    Kasyno Monte Carlo w Las Vegas...

    http://i47.tinypic.com/y183a.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:23
    Rzeka Colorado, tuż przed Zaporą Hoovera.

    http://i45.tinypic.com/15yugj7.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:26
    I sama Zapora... Nie byłam w stanie zrobić telefonem zdjęcia, pokazującego jak to jest wielkie.

    http://i50.tinypic.com/2wnza6d.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:29
    Człowiek sobie idzie spokojnie, alejka, krzaczki, nic nie budzi podejrzeń...

    http://i47.tinypic.com/38ldf.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:31
    A za kolejnym krzaczkiem nagle BAM! Wielki Kanion.

    http://i46.tinypic.com/vxog3m.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:34
    Zdjęcie z innego miejsca widokowego. Cztery godziny w jedną stronę zasługują na dwa zdjęcia ;)

    http://i50.tinypic.com/mt00th.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • tfu.tfu 24.10.12, 18:22
    zazdraszczam straszliwie! przywieź trochę ciepła ;-)
    --
    .............. fusy precz!
    http://www.pustamiska.pl/images/banner3.png
  • misiania 25.10.12, 05:18
    Dojechalam z las vegas do san francisco. 9 godzin za kolkiem. Nie chce widziec samochodu przez najblizszych kilka dni.

    Jutro skrobne cos wiecej :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • good_morning 25.10.12, 10:20
    jak to nie chcesz! przeciez po san francisco tak fajnie sie jezdzi! gora-dol gora dol.... :D
    --
    Muss nur noch kurz die Welt retten
  • misiania 26.10.12, 00:55
    No jak tu nie lubic Apple? Zamiast stukac w telefon moge sobie spokojnie uzywac komputera w sklepie.

    San Francisco tak sie ucieszylo na moj widok, ze az sie poplakalo ze szczescia dzisiaj rano. No to zlapalam parasol (zauwazcie, jak dobrze jestem przygotowana turystycznie) i poszlam na latwizne, tzn. udalam sie na Fisherman's Wharf. Niedaleko bylo, albowiem sie pomylilam. Pomylilam sie, bookujac hotel, bo mam wrazenie, ze decydowalam sie na cos w spokojnej okolicy, na mapie bylo w poludniowej czesci miasta i mialo roze w nazwie, polecane bylo dla rodzin. A potem najwyrazniej kliknelam co innego, bo wyladowalam na Lombard Street w czyms w rodzaju tutejszego Montmartru. Knajpka obok knajpki, sklep Apple za rogiem, sklep z piwem za drugim rogiem. Jak dobrze sie czasem pomylic.

    No i do tej czesci turystycznej nad zatoka mam bardzo blisko. Dlatego na dzien dobry odwiedzilam Akwarium. W jednej z sal byla masa pieciolatkow, opiekunowie oraz ja. I wlasnie tam palcem wskazujacym prawej reki (takie sa instrukcje) dotknelam malej plaszczki - bo bylo mozna robic w celach edukacyjnych. Co prawda nie do konca posluchalam instrukcji, bo mala plaszczke mozna dotknac w to skrzydlo-pletwe, co ma z boku, a ja pomizialam ja po glowce. Maly rekin byl cwanszy, nie podplywal do brzegu basenu :)

    Potem po pozywieniu sie zupa z malzy (chowder) poszlam szukac zabytkowego tramwaju. Znalazlam szybko, akurat odjezdzala jeden, wiec sobie mysle, ze zaraz bedzie jechal drugi. no i tak stoje w tej kolejce, stoje, minelo blisko pol godziny, w koncu cos sie ruszylo. Podjechal tramwaj, dojechal do takiej kolistej rampy, rampe obrocono (pan motorniczy sie oparl plecami, pchnal i sie obrocila) i oto tramwaj stal przodem do kierunku jazdy - bez zadnej gorki rozrzadowej. Ruszylismy, pojechalismy kawalek i nagle zabrzeczaly dzwonki alarmowe - wracamy. Pan motorniczy (zwalisty Murzyn) spojrzal srogim okiem na jednego z pasazerow - mlodego czlowieka - i zakrzyknal "To ty nie masz biletu, przez ciebie wrocilismy!". Mlody czlowiek z miejsca stal sie przestraszonym mlodym czlowiekiem, ale pan motorniczy tylko sobie tak zazartowal. Prawda byla smutniejsza - gdzies tam byl wypadek i po prostu trasa byla zablokowana.

    Odblokowalo sie po kolejnych 20 minutach, ruszylismy i nagle bylam bardzo szczesliwa osoba, bo sobie pomyslalam, ze gdyby moj hotel byl gdzies na tych wzgorzach, to bym nie dala rady dojechac. Waskie uliczki, duze nachylenia, ludzie laza po ulicy, samochody jezdza, a do tego jeszcze tramwaje... O jejku, jej!

    Z rzeczy technicznych - przystanki sa na srodku ulic poprzecznych. To logiczne, tam nie ma spadkow, ulice sa wypoziomowane. Po drugie - jest rzecza normalna, ze ludzie stoja z boku (tramwaj ma czesciowo otwarte boki) i trzymaja sie pionowych drazkow. Tak sobie jada "na winogrono" i sa zachwyceni. Jak takie starsze panie, co sobie wisialy na tych drazkach, a na pytanie motorniczego, jak sie maja, odpowiedzialy wesolo "OK, wciaz tu jestesmy" : )

    No to lece dalej zwiedzac : )

    Aha, przypomnialo mi sie. Zaczelam sie rozgladac za tymi lwami morskimi, ktore wlasnie w okolicy Fisherman's Wharf mialy sie wylegiwac. I myslalam, ze one gdzies w jakims nie tak dostepnym miejscu beda lezaly, w sumie to dzikie zwierzeta... A gdzie tam. Wystarczylo isc za odglosami ni to szczeku, ni to porykiwania. Oraz za smrodkiem ryby. I oto lezy cale stado lwow morskich (tak przynajmniej sa opisane w przewodniku - sea lions. Mi po glowie chodzila nazwa "uchatki kalifornijskie", ale to pewno jakies inne cos). Stado lezy na takich drewnianych platformach na wodzie, a zwierzaki porykuja dlatego, ze od czasu do czasu ktoras wskakuje z wody na platforme, laduje na plecach tych, co tam juz leza i w tym slizgu usiluje znalezc wolne miejsce. I jak trafi na plecy jakiegos nerwowego i silnego osobnika, to sie zaczyna ryczaco-szczekajaca dyskusja :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 27.10.12, 04:32
    No to dzisiaj uznalam, ze nie bede sama sie zmozdzala, co mam ogladac, niech inni to robia. Dlatego droga kupna nabylam bilet na wycieczke po SF i bardzo dobrze zrobilam. Zobaczylam co istotniejsze miejsca, w niektorych sobie wyskakiwalam z autobusu i potem wracalam. Konkretnie wyskoczylam w Chinatown, ktore jest o wiele piekniejsze od nowojorskiego, oraz przy Muzeum Historii Naturalnej. Bo jak byc moze wiecie - jesli gdzies jest muzeum historii naturalnej, to na pewno warto je odwiedzic. Zobaczylam rozne zwierzatka, w tym zachwycajace ryby w ksztalcie aligatorow, wielkie jak krowy. W dziale "tropiki" fruwaly motyle, najladniejsze byly takie blekitne olbrzymy (blue monarch, ale moglam zle zapamietac). No i nie dawalo rady zrobic takim zdjecia, bo niby lataly wolno (sa duze i ciezkie), ale jednak zbyt szybko, by cyknac fotke telefonem. No i w koncu zastyglam nieruchomo, bo uznalam, ze skoro nie moge go dogonic, to sie zaczaje i tak go upoluje. Ale to ten wielki motyl upolowal mnie. Najpierw usiadl mi na telefonie, potem na rozczochranym lbie, a potem sobie powoli odlecial. Mam podejrzenia, co go do mnie znecilo - chwile wczesniej bylam na obiadku i widocznie aromat zeberek w sosie barbecue jeszcze sie dokola mnie unosil, a motyl pewno mial po dziurke w trabce nektaru i chcial odmiany :) W kazdym razie inni zwiedzajacy zaszemrali z uznaniem, a nawet uslyszalam jedno "amazing".

    A propos rozczochranego lba - fajnie zwiedzac miasto z gornego pokladu otwartego autokaru, ale jeszcze fajniej jest miec na te okolicznosc bluze z kapturem. Co prawda jakiekolwiek szanse na ludzka fryzure u mnie wtedy odpadaja, ale przynajmniej mi glowy wiatr nie urwal :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • sootball 27.10.12, 15:25
    :)
    doskonale się czyta.
  • piotr_c 27.10.12, 22:10
    Jeszcze, Jeszcze !!
  • misiania 28.10.12, 02:52
    Skoro wczoraj mnie wozili, to dzisiaj zdecydowalam sie uzywac wlasnych nog w wiekszym zakresie. I podziwiam mieszkancow San Francisco - ze tez im sie chce... Nachylenia ulic siegaja 45 stopni (co prawda na moje zezowate oko) i nie da sie ukryc, ze nie mozna wciaz isc w dol. W kazdym razie polazilam dzisiaj, obfotografowalam sporo uroczych budynkow i ulic, w tym Crooked Street, wezowa uliczke, ktora serpentyna wije sie na wzgorzu. Podobno niektorzy kierowcy specjalnie tu przyjezdzaja, zeby tylko poserpentynic przez chwile z predkoscia 5 mil/h max.

    Poniewaz bylo mi malo chodzenia pod gorke, wzielam na cel Telegraph Hill z wieza. Bo jak gdzies jest wieza, to ja na 99% na nia wleze. Wiem, ze umknela mi wieza w postaci kopuly bazyliki sw. Piotra w Rzymie, ale to jest do nadrobienia.

    No i niestety, na szczyt telegraficznej gory wspielam sie kompletnie mokra. Zapamietac na przyszlosc: nie zaczynamy dnia od intensywnego godzinnego marszu pod gorke jesli nie mamy dwudziestu lat. Na szczycie byla taka ciekawostka: okna zasloniete szybami, a jednak na parapetach za szybkami lezaly monety. Nie udalo mi sie odkryc, jak ludzie je tam wrzucaja. Nie zauwazylam rowniez monety z Polski. Jakby mi sie jakas zlotowka platala po kieszeni, to pewno jakos bym ja wcisnela gora lub bokiem, ale nie mialam przy sobie ani grosika...

    Przejazdzka niewielkim stateczkiem po Zatoce San Francisco nie zostawila po sobie jakichs szczegolnych doznan, ale za to po powrocie do hotelu zdecydowalam sie oswoic kolejnego tygrysa. Czyli udalam sie do laundromatu. I jako turystka stalam sie natychmiast fanka tej instytucji. Przykladowo: za dolara kupuje sie detergent, za 3,5 ustawia cykl prania, za 0,50 wlacza sie na 9 minut suszarka. Jedno suszenie nie wystarczylo, ale w sumie po godzinie, ktora przeznaczylam na spokojna lekture (Lisa Jewell, polecam kazda jej ksiazke), wyszlam z samopralni z torba pelna czystych, suchych rzeczy. No jakiez to ulatwienie dla podrozujacych!




    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • dzidzia_bojowa 30.10.12, 04:35
    @Misianiu, mam nadzieję, że problem Sandy Cię nie dotyczy?
  • misiania 30.10.12, 05:24
    Problem Sandy mnie nie dotyczy - przynajmniej nic o tym na razie nie wiem. Natomiast dotyczy mnie problem slimaczego wi-fi w hotelowym pokoju :)) Nie na moje nerwy...
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 31.10.12, 01:46
    W temacie internetu nic sie nie zmienilo, niestety, a nie mialam mozliwosci poszukac sklepu Apple, wiec na razie w skrocie o dniu wczorajszym. Mianowicie pojechalam do Universal City ubawic sie w parku tematycznym. I sie ubawilam o wiele lepiej, niz w paryskim disneylandzie. Moze dzieki czarodziejskiej rozdzce, czyli first-in line pass. Ten cudowny kartonik uwalnial mnie od koniecznosci stania w kolejce do poszczegolnych atrakcji. I wam powiem, ze Transformersy wymiataja! Siedzisz w ktoryms z transformersow (chyba nawet byl to sam Optimus Prime) i walczysz z Decepticonami. Tzn. wszystko to efekty 3D plus ruch samochodu, w ktorym jestes, ale to jest znakomicie zrobione. Przekonalam potem pana bramkarza, zeby mnie wpuscil ponownie, chociaz mi juz nie przyslugiwal drugi przejazd. Na podobnej zasadzie zrobiona jest przejazdzka z Simpsonami, natomiast na tradycyjnym rollercoasterze mozna sie przejechac w grobowcu Mumii. Jak dorwe komputer to napisze wiecej o Water Worldzie i o przejazdzce przez studio Universal Pictures.

    Bo jednak takie stukanie w telefon mocno deprymujace jest :(
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 03.11.12, 21:02
    No wreszcie mam normalny komputer. I takich kilka wspomnień z Kalifornii na do widzenia... Universal City w sercu zostanie mi na długo. Raz, że dzięki przepustce "first in line" mogłam nacieszyć się chyba wszystkimi atrakcjami, a dwa - widziałam "The Mule".

    Kto był w tego rodzaju parkach (np. w paryskim Disneylandzie) ten wie, jak wiele czasu się marnuje na stanie w kolejce. Do niektórych atrakcji są te opcje (zapomniałam, jak to się nazywa), że wcześniej deklarujesz chęć uczestnictwa o określonej godzinie i możesz sobie iść gdzie indziej, byle wrócić na czas. Ale nie do wszystkich miejsc jest taka opcja, przejażdżka w świecie Nemo poprzedzona była ponad 40 minutami stania w kolejce. Sama przejażdżka trwała 3-4 minuty... I tak to z reguły wygląda - stoisz długo w kolejce, by przez chwilę pojeździć na karuzeli.

    Dzięki first in line pass w Universalu - te kolejki mnie ominęły. I dopiero wtedy taka wizyta w parku rozrywki jest naprawdę rozrywkowa. (First in line pass w UC można kupić, więc pewno w Disneylandzie też takie coś jest możliwe - mocno doradzam tę opcję, nawet, jeśli trzeba przeznaczyć na to dodatkową kasę. Ominięcie kilkuset osób w kolejce i zyskanie czasu na kolejną rozrywkę - bezcenne!).

    Na Shreku opryszczono mnie wodą i duch mi się prześliznął przez szyję. N Transformersach moja odwaga pomogła uratować Ziemię, za co osobiście podziękował mi Optimus Prime. Na Simpsonach pomogłam uratować Simpsonów przed paskudnym złoczyńcą. W grobowcu Mumii w kompletnych ciemnościach na rollercoasterze impet prawie mi złamał kręgosłup w części szyjnej (pyszota!). Na Terminatorze obserwowałam, jak Terminator ratuje tego młodziaka, co to potem poprowadzi świat do walki z maszynami, a aktorzy biegali mi za plecami (to było połączenie projekcji 3D z grą aktorów na żywo, a akurat usiadłam w takim rzędzie, że z tyłu było miejsce - jak się okazało wykorzystywane w przedstawieniu). Fajnie było w Water World. Główny aktor miał takie wysokie, łysawe czółko jak Kevin Costner, specjalnie oczywiście. I ratował panienkę przed złym człowiekiem (tak chyba było na filmie, już nie pamiętam). Ale najfajniejsi byli zabawiacze - nie wiem, jak ich inaczej nazwać. Na widowni część ławek bliżej basenu-sceny jest oznaczona informacją, że może tam być mokro. Oczywiście nikt nie bierze tego na poważnie. Ja też... I usiadłam w takin rzędzie. Hehehe! Każdy z trzech sektorów miał swojego zabawiacza i w oczekiwaniu na początek przedstawienia robili oni różne rzeczy, przez które los odpłacił mi z nawiązką wszystkie śmigusy-dyngusy, które ominęłam szerokim łukiem. Polewanie z wężyka, lanie z wiadra (wiadro miało dziurki, ale co z tego, pytam?), robienie fontanny skuterem wodnym - ot, tak to wyglądało. Skuteczne było chowanie głowy między kolanami i osłanianie potylicy dłońmi. Plus słońce, które błyskawicznie suszyło delikwentów... Ach, jak było fajnie :)))

    Potem obejrzałam zwierzęcych aktorów (był ten golden retriever z Marley i ja) i to było coś zupełnie innego, niż oglądanie zwierząt w cyrku. Żadnej muzyki, za to prowadząca pani uprzejmie prosiła danego psa, by coś zrobił. A jak pies miał inne zdanie, to nic strasznego się nie działo. Na przykład zaproszono na scenę chętnych do uczestnictwa, jakieś chłopię się zgłosiło, poproszono go, by przyjął pozycję.. hm... kolankowo-łokciową, psiak miał przez niego przeskoczyć i potem przebiec przez tkaninowy tunel. Border colie przeskoczył i zrobił, o co go poproszono, a ten Marley-goldenek owszem, przeskoczył, a potem zwinnie zawrócił i zamiast latać przez tunel - obsikał chłopczyka. Pani prowadząca owszem, przeprosiła chłopca, pocieszyła go, że smrodek zniknie za jakiś czas, ale potem spojrzała na niego uważniej i dodała, że tak się kończy przychodzenie do Universal City w koszulce Disneya (dla niewtajemniczonych - to konkurencyjne wytwórnie :)

    No a teraz czas na The Mule. To fragment dla fanów Firefly/Serenity wyłącznie. Mianowicie jadę ja sobie wagonikiem objazdowym przez studio. Pokazują nam dekoracje (tu kręcimy Nowy Jork, tu kręcimy Londyn itp.), potem malutkie przedstawienie 3D plus trzęsący się wagonik (King Kong walczył z tyranozaurem :), a potem zbliżamy się do miejsca, gdzie stoją pojazdy wykorzystywane w filmach (był tam np. DeLorean z Powrotu do przyszłości). To jakoś mnie mniej interesowało, więc straciłam czujność, gdy nagle pani przewodniczka mówi, że wśród pojazdów jest również The Mule z Serenity. Ja na równe nogi, rzucam się zrobić zdjęcie, pojazdy z drugiej strony wagonika, zdjęcie do dupy, no po prostu w jednej chwili cała wycieczka po studiu na nic :( Odczekałam do końca objazdu i lecę do przewodniczki z pytaniem, czy można jakoś dostać się tylko do tej części z The Mule, ale mówi mi, że niestety nie... Spojrzała na moją koszulkę Serenity i powiedziała, że w pełni mnie rozumie, że sama jest fanką Firefly i żebym po prostu przejechała drugi raz. I jeszcze mi powiedziała, że któregoś razu patrzy, a do wagonika objazdowego wsiada... Nathan Fillion z przyjaciółmi! Oczywiście wtedy całej grupie (trzy wagoniki) powiedziała kto zacz, była możliwość dokładniejszego obejrzenia Muła, pokazała gdzie jest Stage 5 (tam kręcono Serenity). Ech, mi się tak nie trafiło. Ale oczywiście jeszcze raz objechałam studio, usiadłam po właściwej stronie wagonika, i wreszcie obejrzałam sobie Muła.

    Wizytę w Universal City uważam za niezwykle udaną :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 03.11.12, 22:08
    Następnego dnia udałam się na wycieczkę objazdową po Los Angeles, bo to chyba jedyna opcja, żeby jako tako poznać bodaj po wierzchu to miasto. Obwieziono nas po takich co bardziej charakterystycznych dla miasta miejscach (plaże, tzw. Down Town, Mulholland Drive, uliczki na wzgórzach Hollywood i w Beverly Hills, gdzie mieszkają gwiazdy, Rodeo Drive... Ot, turystyczna sztampa. Ale uroczy był przewodnik. Nie wiem, czym go ukrzywdziła Lindsay Lohan, ale wycieczkę można nazwać Śladami Lindsay Lohan po L.A.. Z satysfakcją pokazywał nam niektóre obiekty informując: z tego apartamentu odwieziono LL na rehabilitację, gdy przedawkowała. Z tego hotelu wyrzucono LL, bo nie płaciła rachunków. Z tego klubu pijana LL wytoczyła się na ulicę... Bardzo pouczająca wycieczka, mam kilka świetnych adresów ;)

    A potem był ostatni dzień mojego pobytu w LA i Kalifornii... Pojechałam do miejsca, które jest takim centrum finansowo-biurowym, bo wydawało mi się z jakichś powodów, że to dobra okolica do oglądania, przecież zwykle takie okolice w środku dnia tętnią życiem. A guzik! To nie dotyczy Los Angeles. Normalnie jakbym się znalazła na pustyni... Prawie nikogo na ulicy, tylko ja i robotnicy (a i oni tylko dlatego tam byli, że kończyli zmianę chyba albo szli na lancz). Zwiewałam stamtąd jak najszybciej, naprawdę na cmentarzu o północy byłoby milej i przytulniej, niż tam o 14ej... Albowiem Los Angeles to miasto zbudowane dla samochodów, kto nie musi, ten na piechotę nie chodzi. I muszę przyznać, że to się sprawdza w działaniu. Nie ma w LA jednego centralnego miejsca, gdzie koncentrowałoby się życie kulturalne i społeczne. Są różne różności rozsiane po całej, wielkiej metropolii - dotarcie gdzieś może zabrać naprawdę dużo czasu. Dlatego w mieście jest dużo autostrad. W mieście. Autostrad. Jeszcze raz: nie chodzi o autostrady między LA, a innymi miastami, chodzi o autostrady w mieście, wielopasmowe drogi, które ułatwiają dotarcie z jednej części tegoż miasta w inne. I jest tych autostrad więcej niż jedna... A co tam u nas słychać w temacie A2? Aha, ostatnio coś im się spaliło w tej Kalifornii i paliwo poszło w górę. Średnia cena to jakieś 4,50 USD za galon. Z przeliczenia mi wyszło, że to 3,8 zł/litr. Bardzo narzekają tam, że paliwo drogie... Swoją drogą teraz bardziej do mnie dotarło, czemu się tak biją w Zatoce.

    A wracając do rzeczy spokojniejszych. Uroczym miejscem jest Farmers Market, gdzie byłam rano. Masa stragano-sklepików z różnościami plus bary z potrawami z różnych stron świata. Zapoznałam się z gumbo yaya (coś w rodzaju naszego ni to gulaszu, ni to strogonowa, na bazie owoców morza i kiełbasek, miłe). No i było tam normalne centrum handlowe z właśnie dekorowaną choinką :) Handlowcy świetnie wiedzą 31 października, że następnego dnia będzie już po Halloween, i że trzeba już przygotowywać klientów do robienia zakupów z innej okazji :)

    A wieczorem pojechałam na bulwar Santa Monica, gdzie odbywała się parada halloweenowa. I na początku myślałam, że to chyba jakieś żarty są. Pięć osób na krzyż w przebraniach i o wiele więcej takich jak ja, bez przebrania, za to z aparatem fotograficznym/telefonem w ręku. A potem z chwili na chwilę ludzi przybywało, tłum gęstniał, pojawiały się coraz ciekawsze kostiumy. Ideą parady było łażenie w tę i z powrotem po wyłączonym z ruchu długim fragmencie ulicy, a w niektórych miejscach ustawiono sceny dla występujących zespołów. No takie ich dożynki :). I tak koło 20ej już coraz trudniej było łazić, coraz gęściej się robiło od przebierańców. I już nie wystarczyło założyć diabelskie, świecące rogi, by ktoś zwrócił uwagę na taki kostium. Niektórzy włożyli wiele wysiłku i talentu w przygotowanie przebrania - aż oczy pląsawicy dostawały. Nawet trudno mi wymieniać, kogo tam widziałam - trupy, czarownice, duchy, królowe i królów, oczywiście wiele postaci z filmów Burtona, bo to aż się prosi! Anioły, diabły, politycy, bohaterowie filmowi - do wyboru do koloru!. Ponieważ następnego dnia już wyjeżdżałam, no to tak koło 21 powoli opuściłam paradę, ale potem w informacjach mówili, że wzięło w niej udział pół miliona osób. Pokazywali Santa Monica z góry - szpilki by nie wetknął. I widziałam w tych informacjach również siebie, a raczej moją rękę robiącą zdjęcia jednym z najlepszych przebierańców! Poznałam siebie po charakterystycznym etui na telefon. Ekhm... w sumie tylko to etui było widać i trzymające je ręce, a i to przez ułamek chwili, tym niemniej nie da się zaprzeczyć - byłam w informacjach CBS :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • good_morning 03.11.12, 23:35
    fajnie sie czyta, zeby jeszcze zdjecia byly... ;)
    --
    Give me real, don't give me fake
  • misiania 03.11.12, 23:46
    Zaraz postaram się pododawać :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 03.11.12, 23:43
    Następnego dnia poupychałam do walizki wszystkie koszulki i breloczki, nabyte w charakterze cennych prezentów z podróży i byłam gotowa do opuszczenia słonecznej Kalifornii. Spróbowałam jeszcze połączyć się z internetem, ale tradycyjnie w tym hotelu było to trudne. No to poleciałam do Starbucksa naprzeciwko, ale jakoś wyjątkowo tam też internet wolno chodził, więc nie ściągałam poczty na wszystkie prywatne i służbowe skrzynki, jakoś tak po łebkach potraktowałam temat.

    Już raz w tej relacji nazwałam siebie gupią, nawiązując do braku refleksu, braku umiejętności myślenia syntetycznego jeśli chodzi o podróżowanie (spóźnienie samolotu do Londynu i związany z tym udział w wyścigach do samolotu do LA). Teraz mogę śmiało nazywać siebie lotniczą kretynką. Było siedzieć i ściągać tę pocztę do oporu...

    Nie wiedziałam, jak wygląda procedura oddawania samochodu w wypożyczalni, i sobie myślałam, że jakąś inspekcję robią techniczną. No bo przecież mogłam uszkodzić auto albo co. W każdym razie zarezerwowałam sobie trochę czasu na dojazd i trochę czasu na to oddawanie, uznałam, że na pewno potrzeba trochę czasu na pokonanie kontroli na lotnisku (pamiętałam kontrolę na Heathrow...) itp. Czyli - samolot o 17:30, a ja przed 12tą wyruszyłam spod hotelu. Trochę mnie niepokoiło, że na papierach samochodu wypożyczalnia była na Manchester Blvd, a GPS uparcie wskazywał, że w Los Angeles jest tylko Manchester Ave, ale spojrzałam na mapę, i to Ave było mniej więcej tam, gdzie na mapce z wypożyczalni napisali Blvd. No to OK, jedziemy, pani Misianiu. Jeszcze spojrzałam, że do Ave było kilkanaście mil, a wskaźnik mówił, że mogę przejechać ok. 30-40 mil (a nie chciałam dotankowywać, żeby wypożyczalni nie robić prezentu z paliwa, a co!). Czyli spoko wodza. GPS bez problemów doprowadził mnie na miejsce, uprzejmie poinformował, że dotarłam do celu, czyli 1030 Manchester Avenue, Los Angeles. Zatrzymałam samochód i z baranią miną patrzyłam na obiekt, znajdujący się pod wskazanym adresem, a mianowicie kościół...

    Z tego patrzenia nic nie wynikło, więc spróbowałam podjechać jeszcze kawałek, rozglądając się za skupiskiem samochodów, ale nic takiego nie zobaczyłam. Wjechałam na jakiś malutki parking przed sklepem, blokując wyjazd wszystkim samochodom i wyganiającemu mnie stamtąd pracownikowi fizycznemu powiedziałam, na czym polega problem. Się tylko radośnie uśmiechnął (i już wiem, że nie wszyscy Amerykanie mają piękne uzębienie, są tacy, co cieszą się na przykład tylko jedną jedynką, a i to ułamaną) i powiedział, że nie jestem pierwsza, która pyta o tę wypożyczalnię, że już trzy osoby w ciągu miesiąca jej szukały. I że muszę jechać tam i tam, prosto, w prawo, nad autostradą, potem w lewo... Gdzieś w okolicy autostrady się poddałam i jak mi powiedział, że może mnie tam popilotować, tylko chciałby dostać za to trochę kasy, bo musi wrócić do pracy i potrzebuje pieniędzy na autobus, to tylko się ucieszyłam. No cóż, był to najdroższy bilet na autobus miejski, jaki - pośrednio - kupiłam. Ale głupców nie sieją, sami się rodzą. O tym, że jestem głupia, zorientowałam się dosłownie po kilku chwilach, kiedy Larry (tak miał na imię mój pilot) zaczął opowiadać, jak to ludzie szukają wypożyczalni tutaj, a przecież to nie tutaj, bo tutaj jest Manchester Avenue w Los Angeles, która to ulica o tutaj, za tą przecznicą, przechodzi w Manchester Boulevard w Inglewood... Wa mać, faktycznie, w adresie było Inglewood, a nie Los Angeles, ale durna ja myślałam, że to tylko taka dzielnica, jak Beverly Hills czy inne Hollywood...

    No w każdym razie Larry mnie dopilotował do wypożyczalni, opowiedział po drodze historię swego życia i opisał swój obecny status. Larry urodził się na Florydzie, ale od lat mieszka w Kalifornii, zbiera surowce wtórne, dorabia pilnując parkingu, a o tu na tym cmentarzu leży mamusia, zmarła pięć lat temu, ma znajomych z Polski (być może Ediego złomiarza...), jest dobrym człowiekiem i dobre rzeczy mu się przydarzają, ot, rano było nieciekawie, a teraz mi pomógł, i to jest dobre, a sam ma pieniądze na obiad, i to też jest dobre. Mam nadzieję, że mu ten obiad smakował, bo przecież w sumie miał rację. Nie jego wina, że ja mózgu nie używam czasami.

    Pożegnałam Larry'ego pod wypożyczalnią, ucieszył się, że pamiętałam jego imię, błysnął mi na pożegnanie nadłamaną, samotną jedynką i poszedł na autobus. Albo na obiad.

    Procedura oddawania samochodu polegała na tym, że pani z jakimś czujnikiem w ręku objechała samochód dookoła, poprosiła o GPSa i wypełnienie ankiety, jak oceniam ich firmę. W sumie - 15 sekund. Dłużej trwało wyciąganie moich bambetli ze środka. Niepotrzebnie zakładałam, że będzie to trwało długo. Zrobiłam jeszcze zdjęcie autku na pożegnanie, bo naprawdę czule je wspominam. Ach, ten cichy szum silnika, to miękkie wchodzenie w zakręty 80tką (o milach piszę) na pustyni w Arizonie... Następnie busik odwiózł grupkę klientów na lotnisko, znalazłam moje linie lotnicze, stanowisko BA zaczynało pracę o 13:45, czyli chwilkę musiałam poczekać, potem chwilę odstać w kolejce, bo czynne było tylko jedno stanowisko. Następnie, gdy przyszła moja kolej podałam pani mój paszport, pani wbiła dane w system, spojrzała na ekran komputera i mocno się zasępiła. A następnie mi powiedziała, że nie zdążę na samolot z Londynu do Warszawy.

    Wiecie, jak to jest, gdy czasami ktoś coś mówi, a wy rozumiejąc słowa, nie rozumiecie treści? No to właśnie taka chwila była. Się jej zapytałam, jak nie zdążę, skoro bilet był kupiony na całą trasę, czyli ktoś to połączenie wcześniej zaplanował. A ona mi na to, że za mało czasu będę miała na Heathrow, że mniej niż godzina nie starczy na dotarcie do samolotu do Warszawy. Ale jakie mniej niż godzina, w harmonogramie lotu mam na to 1,5 godziny przecież. Nie nie, mniej niż godzina, powtórzyła pani i poleciała po pomoc do jakiejś swojej nadzorczyni. Pani nadzorczyni też postukała w komputer, poleciała na zaplecze, wróciła, oddała mój paszport tej pierwszej pani, coś tam sobie pokonwersowały i pierwsza pani wróciła z informacją, że jedyne, co mogą zrobić, to przebukować ten drugi lot na późniejszy. I czy słyszałam o takim przewoźniku LOT, bo nie wiedzą, czy chcę nim lecieć, ale to jedyna opcja (no cóż, chciałam...) I że niestety, na ten drugi lot będę musiała poczekać w Londynie kilka godzin, bo jest o 17:50. Od razu pomyślałam o znanej mi już ławce na Heathrow (takiej bez poręczy oddzielającej siedzenia, więc można się wyciągnąć na całą długość człowieka), na której drzemkowałam wiosną parę godzin, gdy czekałam na samolot o 17:50 do Wwy, bo lot z Nowego Jorku spóźnił się trzy godziny i uciekło mi wcześniejsze połączenie. Historia lubi się powtarzać.

    Natomiast wszelkie kontrole itp, potoczyły się błyskawicznie, niepotrzebnie przyjęłam zbyt duży zapas czasu na to. Teraz wiem, że spokojnie mogłam ze dwie godziny później opuścić West Hollywood...

    Czyli w sumie czekanie na lotnisku w LA 4 godziny lot z LA do Londynu 9 godzin, czekanie na Heathrow ("moja" ławka była wolna, poduszka pod głowę, maska na oczy, plecak pod nogi, drzemka) 6 godzin, lot do Wwy tylko 2 godziny, dotarcie do domu - godzina.

    Ale miałam w domu czas, by odpalić komputer i sprawdzić wreszcie całą pocztę. No to sobie przeczytałam mail od operatora, że nastąpiła zmiana w harmonogramie mojego lotu powrotnego, a konkretnie, że wylot z Londynu jest o 40 minut wcześniej. Było czekać do oporu i ściągnąć jednak całą pocztę... Gdybym o 8 rano przeczytała maila (wysłanego tuż przed północą dnia poprzedniego), że lot z Londynu jest wcześniej, to może udałoby mi się przebukować lot z LA również na wcześniejszy, żeby złapać połączenie. Albo równie dobrze mogłabym wylecieć później z LA. Zawsze przyjemniej posiedzieć przy kawie w LA, niż tkwić kilka godzin jak matoł na Heathrow po dziewięciogodzinnym locie.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 03.11.12, 23:56
    Koniec :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:38
    Lwy morskie bezczelnie wylegujące się tuż obok setek turystów w San Francisco.

    http://i50.tinypic.com/14ea0r8.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:40
    Pan motorniczy przygotowuje tramwaj do wyjazdu w trasę.

    http://i47.tinypic.com/2wgxdz8.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:47
    Muzeum sztuki współczesnej w San Francisco. Długą chwilę stałam tam przed jednym obiektem, mianowicie dużą białą płaszczyzną, na której artystka poprowadziła gęstą sieć cienkich, czarnych linii łamanych. Stałam tak i stałam, i coraz bardziej do mnie docierało, jak kompletnie nie rozumiem sztuki współczesnej. Następnie w jednej z sal zobaczyłam inne dzieło - prostokąt pomalowany na czarno, farba miała bardzo chropawą fakturę (jak niedbale rzucony tynk), w dolnej części obrazu artysta pociągnął ciemnoburaczkową smugę. No cóż, być może kiedyś to do mnie jakoś dotrze...

    http://i48.tinypic.com/2hn5e2o.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:50
    Most Golden Gate :)

    http://i50.tinypic.com/2cz94dk.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:52
    Brama do Chinatown w San Francisco.

    http://i50.tinypic.com/282109l.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 00:54
    Era krasnali już minęła. Komu żółwika do ogródka?

    http://i49.tinypic.com/lczo2.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:02
    Rybki w muzeum historii naturalnej. Z metr to taka rybka ma...

    http://i50.tinypic.com/20r1b1w.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:05
    A tu te śliczne rybki w kształcie aligatorów. Zdjęcie kiepskie, ale one najwyraźniej lubią ciemność i to akwarium nie było oświetlone.

    http://i50.tinypic.com/2qmdvsz.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:09
    Crooked Street, wężowa uliczka.

    http://i49.tinypic.com/eh1bis.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:11
    Aż trudno uwierzyć, jak nieatrakcyjnie wygląda San Francisco z góry...

    http://i49.tinypic.com/2jcsfo1.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:14
    ...a jak z poziomu chodnika :)

    http://i49.tinypic.com/21dqyic.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:16
    I taka bardziej nowsza architektura. Mhmmmm :)

    http://i47.tinypic.com/2zewdjl.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:17
    ups, przepraszam, nie zmieniłam formatu zdjęcia.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:19
    San Franciso San Franciskiem, wracamy do Los Angeles. I cóż to za pucharek widzimy w Muzeum Hollywood?

    http://i48.tinypic.com/kcb3fp.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:21
    O, widzę, że powyżej znikły zdjęcia z San Francisco. Ciekawe, czy na wieki, czy tylko chwilowo?
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:27
    W sumie jest tych gwiazd blisko dwa i pół tysiąca...

    http://i48.tinypic.com/w9vc07.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:32
    Ekhm... Są chętni na kupno laleczek? Można je zginać, jak wynika z opisu...

    http://i49.tinypic.com/lxs20.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:40
    Pamiętam, jak Baloo się zżymał na wspomnienie Gladiatora. Że taki daleki od prawdy historycznej... No cóż, specjalnie dla Baloo - tron cesarza z Gladiatora (Universal City).

    http://i50.tinypic.com/axmjw5.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:43
    Ulice w Universal City...

    http://i46.tinypic.com/16ape38.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:44
    I jeszcze

    http://i49.tinypic.com/2is6y49.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:45
    To on nas oblewał w Water Worldzie :)))

    http://i50.tinypic.com/20gfr0l.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:47
    THE MULE! THE MULE :) THE MULE!!! THE MULE :))))))))))

    http://i48.tinypic.com/dylsf4.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:49
    Plaża w Venice. Na pohybel temu, co za oknem widzę...

    http://i47.tinypic.com/33e6hoo.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:52
    Czy ktoś ogląda serial Mentalista? Siedziba California Bureau of Investigation "mieści się" w Down Town, w pobliżu Małego Puebla.

    http://i47.tinypic.com/313ra82.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:54
    A gdzie się wdrapywał Richard Gere po drabince do Julii Roberts w końcowych scenach Pretty Woman? Tu się wdrapywał :)))

    http://i49.tinypic.com/122iws6.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:56
    Widok na LA z Mulholland Drive. Niestety, tego dnia nad miastem unosiła się smogowa mgiełka.

    http://i50.tinypic.com/sy4b5s.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:57
    Dla ewentualnych zainteresowanych przeprowadzką do Los Angeles - jest dom do kupienia. Cena - 60 milionów dolarów...

    http://i49.tinypic.com/24m9h0g.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:59
    Krótki wypad po kartofle i inne takie...

    http://i47.tinypic.com/2yy5rnc.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:00
    Kartofli nie było. Było Bugatti.

    http://i49.tinypic.com/213lkt3.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:01
    Dla fanów czterech kółek - kuperek Bugatti.

    http://i48.tinypic.com/727xjn.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:04
    To jest to, o czym pisałam. Godzina 14ta, środek wielkiego miasta, okolica biurowo-finansowa. Uciekałam stamtąd czym prędzej, bo Ghost Town na pustyni wydawało się bardziej ożywione.

    http://i50.tinypic.com/2rqksnd.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:05
    A to już parada halloweenowa. Przybyli m.in. goście z Hogwartu...

    http://i46.tinypic.com/2iszec2.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:07
    ...postaci z filmów Burtona...

    http://i46.tinypic.com/2q1dtow.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:08
    ...i nie tylko...

    http://i46.tinypic.com/6qhaxk.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:09
    ...na przykład Big Lebowski...

    http://i45.tinypic.com/1zwdh0k.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:11
    ...i różne dziwne cosie...

    http://i48.tinypic.com/vexbh2.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:14
    ...a jak fotografowałam tę parę, to się przypadkiem znalazłam w obiektywie kamery CBS : )))

    Dobranoc!


    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 02:15
    Nie to pocisnęłam - już faktycznie najwyższy czas iść spać :)

    http://i48.tinypic.com/2hova5j.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 04.11.12, 01:34
    I jeszcze w temacie falistości San Francisco...

    http://i46.tinypic.com/25zsa3n.jpg
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • mreck 04.11.12, 11:20
    OOpowiaaadaj, nikt nie opowiada tak, jak tyyyy!!!!
  • misiania 04.11.12, 14:52
    Fakt, tyle bajek znam, tyle wprawy mam... :)

    Z podróży został mi niedosyt Los Angeles. Nie jest to najładniejsze miasto świata, nie da się ukryć. San Francisco jest ładniejsze, miejscami - śliczne. Ale jednocześnie SF wydaje się takie hm... skończone. Wszystko, co powinno być, już tam jest. Nic nie dodasz, nic nie weźmiesz. Co na pewno nie jest prawdą, ale tak to miasto odbierałam. A w miejscami obskurnym LA coś stale zapraszało, żeby sprawdzić, co jest kawałek dalej, zachęcało, żeby coś zrobić, choć nie bardzo wiedziałam, co można zrobić w dwa dni. To było dla mnie trochę tak (zachowując wszelkie proporcje), jak Kraków i Warszawa. Jak jestem w Krakowie, to tak tam jest mi fajnie, no malina po prostu. Ale bez rozedrganej Warszawy długo bym nie wytrzymała.

    I jeszcze kierowcy w LA - tacy są spokojni jacyś. Jak muszą postać chwilę w korku, to stoją, co się tam będą denerwować. Słońce nad głową, Kalifornia pod oponami i jest OK. Patrzyłam czasami, jak taki skręcający w prawo czekał cierpliwie, aż na przejściu dla pieszych nie będzie nikogo i dopiero jechał. Tzn. miał kupę czasu, by przejechać między pieszymi, bo była wielka luka, ale nie - stał i czekał. I tak się zastanawiałam, czy gdyby tam ulice opanowali polscy kierowcy ze swoim stylem jazdy, to czy poprawiliby przepustowość tras, czy przeciwnie, spowodowaliby załamanie tego uprzejmego systemu...

    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • dzidzia_bojowa 04.11.12, 14:59
    Przepiękna historia i to ilustrowana! Zaraz poszukam wątku, w którym opisujesz swoje azjatyckie przygody. Powinnaś prowadzić bloga, droga Misianiu:)
  • dzidzia_bojowa 04.11.12, 15:09
    Chciałam przykleić oba wątki ale tego zarchiwizowanego się nie da więc tylko link i przyklejam całość. Po co? By wszyscy zaglądający mogli poczytać, wątek nie może zaginąć!
    forum.gazeta.pl/forum/w,95723,117921430,117921430,Relacja.html
  • misiania 04.11.12, 15:24
    O mamusiu! Przyszpilono mnie - czuję się dumna i wyróżniona, i bardzo dziękuję za miłe słowa :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • good_morning 04.11.12, 16:54
    a ja sie przerazilam, ze watek mi zniknal i gdzie ejst Misiania!!!! :D
    ufff...
    --
    love is a dog from hell
  • tfu.tfu 04.11.12, 22:25
    się tak samo zestrachałam :-D
    misianiu, THE MULE!!! :-D dzięki! w ogóle bosko się czyta, jestem za blogaskiem (pilsplisplis!)
    --
    .............. fusy precz!
    http://www.pustamiska.pl/images/banner3.png
  • misiania 04.11.12, 22:57
    Problem z blogiem byłby taki, że nie miałabym o czym pisać. Bo naprawdę robi się ciekawie dopiero wtedy, gdy wchodzimy w interakcję z innymi ludźmi. Najlepiej takimi, których widzimy pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz - o takich spotkaniach można snuć wesołe dykteryjki. Czyli w moim przypadku świat staje się wart opisania wtedy, kiedy gdzieś wyjeżdżam.
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • tfu.tfu 08.11.12, 02:35
    a dupatam! wierutna bzdura!
    życie ma tyle wszystkiego, że nawet jak nie ma oczym pisać to jest vide ten blog
    --
    .............. fusy precz!
    http://www.pustamiska.pl/images/banner3.png
  • pzkpfw-vi-b-konigstiger 08.11.12, 12:56
    o, Gackową to się lepiej niż niejedną powieść czyta, zaprawdę, powiadam Wam :)
    a Misiania też ma talent do słowa i ja bym chętnie poczytywała jej opowieści
    --
    to moje, własnymi ręcyma robione - Rudzielec, czyli kolejna wełniana chusta estońska
    :)
    ---
    gg 925295, jakby się kto pytał
  • misiania 04.11.12, 21:29
    O matko, dopiero teraz do mnie dotarło... Ty, Mrecku, wychynąłeś ze swego bagienka i przypełzłeś na smentarz??? O jejku jej!
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • mreck 06.11.12, 13:30
    no. Pokręcę się przy cmentarzu, może jakaś obiata mi się kapnie. ;) Uwielbiam globrotuarów...
  • tfu.tfu 08.11.12, 02:45
    znaczy "żętrędupąmąotrotuar"?
    --
    .............. fusy precz!
    http://www.pustamiska.pl/images/banner3.png
  • dzidzia_bojowa 21.11.12, 20:12
    Misianiu, chyba odepniemy Cię chwilowo. Może do następnej relacji, co? Chyba, że systematycznie coś tu będziesz pisać to znowu przypniemy bo Twoje pisanie jest tego warte:)
  • 3.14-roman 21.11.12, 20:24
    Nie mam nic przeciwko, żeby to wisiało. Myślę, że najlepiej będzie, jak misiania sama napisze, czy chce wisieć, czy nie. Co ma wisieć nie utonie :)
  • 3.14-roman 21.11.12, 20:25
    Hmm... to jest post nr 99. Setkę zostawiam misiani :)
  • misiania 21.11.12, 21:55
    Dziękuję, PiRomanku :)
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif
  • misiania 21.11.12, 21:57
    Ależ odepnijcie, odepnijcie - czas na nowe wątki, warte uhonorowania : ))))
    --
    http://i56.tinypic.com/2n1uckp.gif

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka