Dodaj do ulubionych

płacz i brak nadziei

16.05.19, 13:42
Witam, w innym miejscu napisałam pierwszy post; dotyczy sytuacji emocjonalnej. Ten też jest tym, ale bardziej ogólnie i z nadzieją na choćby nadanie kierunku mojemu działaniu....
W dzieciństwie byłam zamkniętym i samotnym małym "ludziem", który miał być jak inni ale taki nie był. Dużo czytałam, byłam zamknięta w sobie, ale raczej nie z racji osobowości co braku kontaktu z innymi, a szczególnie dziećmi. A to dlatego że w szkole, mimo nieśmiałości i pewnego jednak wycofania, nawiązałam nieliczne przyjaźnie. Szkoła dała mi wiarę w siebie, wcześniej nikt nie mówił mi nic dobrego, tak zwany zimny wychów dominujący w tamtym czasie w wielu domach. Nadal jednak potrzebowałam akceptacji i miłości. Tego brakuje mi do dziś.
Mąż był alkoholikiem, uciekłam w małżeństwo, licząc na to czego potrzebowałam. Okazało się, że nie mogę mieć dzieci, więc deficyt rósł. Adopcja nie wchodziła w grę, mąż był przeciwny a i sytuacja coraz mniej sprzyjająca. Rozwód był koniecznością. Potem relacja która zabrała mi godność, szacunek do samej siebie i wszystko co wartościowe. Chory człowiek stosujący przemoc psychiczną w domowym zaciszu, wykształcony, szef firmy, dla innych ideał. Nie zauważyłam manipulacji, ograniczania.....po 11 latach uciekłam jak stałam, ledwie dając radę tylko dzięki pomocy koleżanek z pracy. Tylko praca mi została, wszystko inne zniszczył. Byłam na ważnym stanowisku w ważnej instytucji i nie chcieli pozwolić mi odejść, choć on starał się zabrać mi i to psując opinię. Odeszłam, a ta opinia jest rujnowana mimo że minęły już 3 lata. Firmę zamknęli, a ja byłam na terapii i zwolnieniu, ponieważ załamała mnie ta sytuacja, do tego choroba matki i to że wymagała całodobowej opieki - przez to wszystko pewne możliwości uciekły i teraz pracuję w moim mieście za nieduże pieniądze a na zmiany nie stać mnie, ponieważ wszystko co miałam zostało w przeszłości konkubinatu, o co próbuję walczyć, ale ta walka wyniszcza mnie, moją reputację i zdrowie, o kosztach nie wspomnę. Nie to jest jednak problemem. Raczej fakt, że każda sytuacja teraz wprawia mnie stan permanentnego smutku, mam wrażenie że straciłam energię, siłę i sympatię budowaną przez lata - tę do siebie, że stracone zaufanie do innych powoduje iż kolejne złe zachowania innych są jak granaty w moi sercu - niszczą do reszty moje poczucie wartości powodując frustrację, beznadziejność i chęć zniknięcia, dosłownie z tego świata. Wszystko jest teraz za trudne i choć funkcjonuję, żyję , to brak mi sił i ochoty na to życie. a jeśli je znajduje, jak w ostatnim czasie poznając kogoś, to trafiam na kolejne problemy. Tak , jakby matka miała rację twierdząc, że zawsze byłam i jestem dziwakiem który do niczego się nie nadaje.
Myślenie pozytywne, miłość do siebie - to znam i nie pomaga od lat. Terapia była skuteczna o tyle, że przestałam myśleć o samobójstwie. Mam problemy ze zdrowiem i poczucie osamotnienia, brak mi rodziny z którą skłócił mnie konkubent, znajomymi którzy byli odsuwani przez lata.... Żyję pracą ale to za mało. Mam hobby, wspieram instytucje pomocowe własnym działaniem , ale wciąż nie mam tego, za czym goniłam całe życie.....
Edytor zaawansowany
  • mardaani.74 16.05.19, 14:35
    "byłam zamknięta w sobie, ale raczej nie z racji osobowości co braku kontaktu z innymi, a szczególnie dziećmi. A to dlatego że w szkole, mimo nieśmiałości i pewnego jednak wycofania, nawiązałam nieliczne przyjaźnie. Szkoła dała mi wiarę w siebie"

    Czyli byłaś wycofana bo nie miałaś kontaktu z rówieśnikami a jednocześnie nawiązałaś w szkole przyjaźnie i szkoła dawała Ci wiarę w siebie?

    "Mąż był alkoholikiem, uciekłam w małżeństwo, licząc na to czego potrzebowałam."

    Mąż byL alkoholikiem a Ty uciekłaś w małżeństwo? brzmi jakbyś uciekła w alkoholizm

    liczyłaś na "coś" w małżeństwie, piszesz że gonisz za czymś całe życie, ale za czym?

    Twierdzisz że nie nadajesz się do niczego a jednocześnie pracowałaś na "ważnym stanowisku w ważnej instytucji".

    Wszystko jest w Tobie takie skotłowane, same wewnętrzne konflikty, czyny, decyzje i emocje przeczą sobie nawzajem, aż się prosi o solidną psychoterapię.
    Nie wiem ile masz lat, ale jeżeli nadal całe poczucie wartości osadzone jest w opinii rodziców, ludzi którzy przecież nie byli ideałami, mogli być sami w jakiś sposób ułomni, zaburzeni, być może nieszczęśliwi w swoim życiu i przez to nieudolni w roli rodziców, to czas najwyższy to zmienić. Zdjąć rodziców z piedestału nieomylnych wyroczni życiowych. Przestać spełniać oczekiwania ludzi z zewnątrz, oceniać się tylko wzrokiem innych. Poczucie wartości osadzone w pochwałach, naganach innych ludzi to jak listek miotany wiatrem, na tym się nie zbuduje stabilnego wnętrza. Trzeba wiedzieć czego się samemu chce, a nie tylko rozpoznawać chcenia innych ludzi. Jesteś teraz tylko odbiciem w lustrze innych ludzi, a gdzie jesteś Ty?

    --
    "Siedzę na ławce, patrzę na słońce, chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę.
    Chyba już nigdy nie będzie lepiej, nie będzie dobrze, więc się nie spieszę"
  • melanz123 16.05.19, 18:15
    Nie uciekłam w alkohol ani w małżeństwo z jego powodu, niefortunnie napisałam - w małżeństwie szukałam tego, czego potrzebowałam....a alkohol zabrał a nie dał mi te emocje, wręcz dołożył te złe, bo mąż pił jak inni wpierw ale po roku, gdy stracił pracę juz wielokrotnie więcej. Moja samoocena jest subiektywna, stąd dysonans między nią a faktami. Mam dwa fakultety, dwie podyplomówki i byłam odpowiedzialnie osadzona zawodowo w korporacji. Umiem być skuteczna szczególnie gdy opracowuje projekty, a w pracy zespołowej szło gorzej, jednak i tak skutecznie. Gdybym wierzyła w siebie zapewne moja kariera zawodowa byłaby dużo ciekawsza.
    Nie przeglądam się w rodzicach, ale w wymogach ludzi na których opinii nie powinno mi zalezeć, jako że im nie zależy na mnie. Masz rację, powinnam wiele zmienić....
  • mardaani.74 16.05.19, 19:33
    Myślę, że masz na czym budować i zbudujesz. Jeżeli do tego jeszcze zaczniesz leczenie depresji (bo pewnie ją masz) to wyniki mogą być ciekawe i podejrzewam, że jeszcze nie raz zaskoczysz samą siebie (pozytywnie oczywiście).
    Może skoro jak piszesz jesteś typowym "zadaniowcem" podejdź do tego właśnie w ten sposób - zadaniowo, potraktuj np najbliższe miesiące jak projekt do zrealizowania. Opracuj strategię, opracuj plan a i (plan b na gorsze dni) i zacznij działać.
    Jedno tylko trzeba mieć na uwadze, lecząc depresję trzeba być dla siebie wyrozumiałym i projekt ma być obliczony na Twoje siły i Twoje chęci a nie na oczekiwania świata. Lekom trzeba dać czas, sobie samemu trzeba dać czas. Czasami najlepszym planem na dany dzień jest np brak planu. Dwa kroki do przodu jeden do tyłu to dobre tempo do wyzdrowienia i wprowadzenia w życie takich zmian, które wreszcie będą Cię wspierać i pozwolą poczuć się lepiej w swojej skórze, a nie wysysać energię i chęć do życia. Z tego co nas w życiu złego spotkało, z decyzji które były jak się okazało błędne można zrobić tylko jeden pożytek, potraktować jako doświadczenie, jako coś co dało nam wiedzę, dzięki której możemy mądrzej kierować swoim życiem. Najgorsze co można zrobić to rozpamiętywać błędy i samobiczować się i tkwić myślami w przygnębiających wspomnieniach. Bo to nic nie daje, przeszłości i tak nie zmieni a kradnie teraźniejszość, a więc i przyszłość.

    To oczywiście takie tylko moje przemyślenia, Ty możesz mieć całkiem inny pomysł na siebie.

    --
    "Siedzę na ławce, patrzę na słońce, chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę.
    Chyba już nigdy nie będzie lepiej, nie będzie dobrze, więc się nie spieszę"
  • melanz123 16.05.19, 20:38
    Dziękuję Ci, to cenne wskazówki i wezmę je, oczywiście , do serca. Poki co znalazłam namiar na psychiatrę z sercem, czyli nie farmaceutę a lekarza. Pierwsze zadanie przede mną....
  • mardaani.74 16.05.19, 21:19
    Trzymam kciuki!

    --
    "Siedzę na ławce, patrzę na słońce, chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę.
    Chyba już nigdy nie będzie lepiej, nie będzie dobrze, więc się nie spieszę"
  • melanz123 16.05.19, 21:46
    Dziękuję!
  • ekspert.grupa_synapsis 16.05.19, 15:30
    Szanowna Pani,
    zawsze w takim wypadku, gdy widzi się u siebie zmianę swojej ogólnej formy i opisuje się ją takimi słowami jak Pani:
    każda sytuacja teraz wprawia mnie stan permanentnego smutku
    straciłam energię, siłę i sympatię budowaną przez lata
    [odczuwam] frustrację, beznadziejność i chęć zniknięcia, dosłownie z tego świata.
    wszystko jest teraz za trudne
    brak mi sił i ochoty na to życie


    uważam konsultację u lekarza w celu wykluczenia albo potwierdzenia depresji za absolutnie konieczną.
    ----------------------------------------------
    Walczyć ze swoim niskim poczuciem wartości można i pewnie trzeba, ale najpierw trzeba mieć pewność, że na pewno nie jest się w depresji i że to ona dodatkowo nie powoduje całego tego pesymistycznego myślenia. Inaczej będzie to walka z wiatrakami. Inaczej mówiąc, radzę zacząć nie od psychologicznych analiz i „pracy nad sobą”, ale od dobrego wyjaśnienia stanu zdrowia. Jeśli będzie rozpoznana depresja, która jest w Pani wypadku prawdopodobna, to oczywiście starannie ją leczyć. Wszystko inne po tym. Nawet niedługo po tym, ale jednak w takiej kolejności.
    Z szacunkiem
    Stanisław Porczyk, psychiatra
    Grupa Synapsis
    www.synapsis.pl
  • melanz123 16.05.19, 18:08
    Witam,
    dziękuję za odpowiedź. Istotnie, podejrzenia co do depresji mam sama, gdyż o ile zawsze byłam nieco inna czy refleksyjna, albo zamknięta w sobie, to po dramatycznym rozstaniu z partnerem, gdy wiele innych spraw legło w gruzach, w tym moja i tak nędzna samoocena , zmieniło się moje zachowanie, myślenie. W związku z tym, co Pan napisał, ustalę wizytę u lekarza....Pozdrawiam!
  • melanz123 19.05.19, 11:06
    Dziękuję

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.