Dodaj do ulubionych

Pożegnanie

23.07.03, 14:07
Czy mnie jeszcze pamietacie ? Zamieściłem kiedyś wątek "Najgorsze jest
osamotnienie w tym koszmarze. Bardzo dziękuję wam za wiele listów i wsparcie.
Dziś chciałem się pożegnać i prosić Was żebyście zapalili czasem świeczkę za
moją duszę.
Nie wiem dlaczego ale nagle wszystko stało się proste.

"Samobójstwo nie jest kwestią wyboru, następuje, gdy cierpienie przekracza
siły do walki z nim"

Nie jestem złym człowiekiem, szaleńcem, czy osobą niepełnowartościową. Jestem
wrażliwym, inteligentnym kaleką, którego niepełnosprawność jest o wiele
gorsza niż u ludzi niewidomych, bez nóg czy bez rąk. Mojej ułomności nie
widać, trudno ją zrozumieć i nie może ona liczyć choćby na współczucie. Mam
okaleczoną osobowość. Nie urodziłem się taki tylko tak mnie ukształtowano.
Nie chcę umrzeć ale moje cierpienie jest tak silne, że nie mogę sobie z nim
poradzić pomimo pięciu lat leczenia nerwicy i depresji. Jeżeli zacząłbym
wieszać sobie na ramionach ciężarki i tak w którymś momencie musiałbym
upaść, niezależnie od tego jak bardzo chciałbym stać dalej. To właśnie
dlatego tak irytowało mnie pocieszanie słowami "głowa do góry, weź się w
garść, sam stwarzasz sobie problemy, nie trać ducha" - oczywiście, że nie
traciłbym ducha, gdybym tylko mógł.
Są różne rodzaje cierpienia, które mogą prowadzić do samobójstwa. U każdego
człowieka ten sam problem znaczy co innego. To, co jest do zniesienia dla
innego, jest nie do zniesienia dla mnie. Punkt krytyczny, za którym
cierpienie staje się nie do zniesienia, zależy od siły do zwalczania go. W
tym też ludzie różnią się znacznie między sobą. Kiedy cierpienie przekroczyło
moje siły pojawiła się myśl o samobójstwie. Myślę, że samobójstwo nie jest
ani dobre, ani złe, nie jest wadą charakteru, jest moralnie neutralne. Jest
po prostu efektem stanu nierównowagi pomiędzy cierpieniem, a siłami obrony
przed nim.

„I odpuść mi moje winy jako i ja odpuszczam moim winowajcom.”
Moje samobójstwo nie jest reakcją nagłą, lecz procesem długotrwałego
gromadzenia się urazów, które doprowadziły do zmian osobowości. Jest
szczytową fazą rozwoju nerwicowego. Przyczyną były przeżycia frustracyjne,
konflikty, brak poczucia bezpieczeństwa i stresy. Poczucie jałowości mojego
istnienia wiąże się nie z tym, co dzieje się dziś, lecz z zaszczepionym w
domu rodzinnym modelem życia, pragnień, których nie da się zrealizować w
rzeczywistości. . Decydujący wpływ wywarły zaburzone stosunki rodzinne w
dzieciństwie, ponieważ to one określiły późniejszy rozwój mojej osobowości i
postawy wobec życia. To skutek nie zaspokojonej potrzeby bezpieczeństwa (
ujawniającej się w stanach lękowych), miłości, szacunku, samorealizacji. Brak
akceptacji, przemoc fizyczna i psychiczna ze strony ojca oraz milczące
przyzwolenie ze strony matki bardzo wcześnie zapoczątkowały nieodwracalny
proces okaleczania mojej osobowości. Tak było do końca – własna matka
pozbawiła mnie nie tylko poczucia bezpieczeństwa ale i poczucia własnej
wartości. Przy każdym kontakcie dawała mi odczuć, że jestem gorszy niż mój
brat i inni otaczający mnie ludzie. Nigdy nie znalazłem u niej oparcia, a
wyłącznie kłamstwa, słowa krytyki i agresję wobec moich problemów.
W tym sensie to, co zrobiłem jest również aktem społecznym, wynikającym ze
stanu rodziny, w której uczestniczyłem jako jednostka.
Zrobiłem wszystko co było w mojej mocy żeby znaleźć inne wyjście.
Leczyłem się , nawiązałem w internecie przyjaźnie z ludźmi o podobnych
problemach. Opowiedziałem im całe swoje życie i wyrzuciłem z siebie emocje
tłumione od dzieciństwa. Przeczytałem wiele książek o depresji i nerwicach.
Bardzo chciałem żyć, kochać i być kochanym. Teraz jest we mnie tylko ogromna
czarna dziura wypełniona bólem i poczuciem beznadziejności. Nic więcej nie
mogę zrobić. Zostałem sam z poczuciem odrzucenia i ogromnej krzywdy. Uważam,
że 40 lat, przez które byłem skazany na toksyczne związki z rodzicami, 40 lat
cierpienia mojej duszy, daje mi prawo do miłosierdzia Boga po tamtej stronie.

Pozdrawiam wszystkich. Piotr
Edytor zaawansowany
  • blue_a 23.07.03, 14:29
    STÓJ!!!! Nie rób tego! Jeszcze nie przeczytałam do końca Twojego posta, ale
    stój, cholera...Skoro tu piszesz, to przecież, do cholery, liczysz na jakąś
    pomocną dłoń. (poczekaj chwilę, przeczytam do końca...)
  • blue_a 23.07.03, 14:44
    przeczytałam. Smutno mi. jasne, możesz to zrobić. Ale może lepiej nie. Może
    będziesz się śmiał, może jestem tak cholernie naiwna, ale gdy maksymalnie tracę
    nadzieję, że coś w moim drgnie na lepsze (bardzo powoli, ale drga...I ZAUWAŻAM
    TO, CIESZĘ SIĘ Z TEGO!!!) modlę się, rozmawiam z Tymi, Co W Górze, czasem
    krzyczę...czasem bluźnię. Może to głupie, ale wyobraź sobie, że ktoś Cię ciepło
    przytula, że odpoczywasz w czyichś ramionach, chociaż przez chwilę. Nawet jeśli
    realnie nie ma takiej osoby w Twoim życiu. Nie wiem, co jeszcze...
  • blue_a 23.07.03, 16:01
    przerzuciłam dość pobieżnie. I pomyślałam, że "malutkie" są te moje rady. Mam
    poza tym mniej lat. Nieważne. To ja, napisałam szczerze. Trzymaj się, jednak. I
    mimo wszystko.
  • wlodek101 23.07.03, 16:13
    Spokojnie, nie tak szybko. Muszę to przeczytać jeszcze raz, na spokojnie.
    Przede wszytkim masz jeszcze nas..
  • kkx 23.07.03, 17:12
    wiem, to Twoja decyzja
    ale zostan z nami...
    pamietam, jak pocieszyles mnie w poprzednim watku
    moglabym podpisac sie pod wieloma Twoimi wypowiedziami...
    i co to znaczy? ze jedyne rozwiazanie to to, ktore wlasnie wybierasz?
    odzywa sie we mnie egoistyczny bunt... czy zmierzam w tym samym kierunku...
    na razie malutkimi kroczkami, a nawet z dlugimi postojami, ale kiedys bedzie
    trzeba wyruszyc dalej, nie bedzie sily, by sie zatrzymac

    co z tymi sprawami, ktore zawsze powstrzymywaly Cie od zabicia sie?
    Zyles tak dlugo, jestes coraz blizej naturalnego konca, nie to, co ja....
    A moze jestes pare krokow od tego dnia, ktory stanowi punkt zwrotny Twojego
    obecnego zycia? Ochodzac stad, nigdy sie nie dowiesz, co straciles.... i co
    inni stracili z powodu Twojej nieobecnosci...
    Zostan jeszcze...
  • g.i.jane 23.07.03, 17:43
    Właśnie przeczytałam Twój poprzedni wątek. W styczniu-marcu nie było mnie
    jeszcze na tym forum. Bardzo chciałabym z Tobą podyskutować. Napisz na priva.
    A jeśli to zrobiłeś... Żegnaj.... Mam nadzieję, że byłeś dobrym człowiekiem i
    Bóg Ci wybaczy.
  • kamill6 23.07.03, 17:57
    Nie rób tego, proszę. Jestem podobny do ciebie, z podobnymi problemami i
    podobnie ukształtowana psychiką - w prawie identycznych relacjach z bliskimi.
    Żal, ogromny żal spływa na moja duszę gdy czytam twój post, bo to tak jakbym
    widział siebie wiele lat temu gdy próbowałem i ...nie udaało się. Nie jest to
    wyjście, uwierz mi, zawsze na końcu pojawia sie iskierka nadziei, ogromne
    oświecenie i ...prawdziwa prawda. Tak doświadczyłem tego i wiem że SAMOBÓJSTWO
    jest nie jest uwolnieniem - tak to czułem. Modlę się żeby ci sie nie udało,
    żebyś się opamiętał, żebyś znalazł tę jedyną małą iskierkę nadziei-czymkolwiek
    ona dla ciebie jest. A jeżeli ci się uda niech BÓG ma cię w Swojej opiece.

    Kamill
  • dr_zombie 23.07.03, 18:38
    Ja nie napisze ci - nie rób tego. Masz już 40 lat i nie wiem czy masz depresje
    bo jak na taki stan bardzo logicznie piszesz. U mnie jest trochę podobnie, też
    moją osobowośc ukształtowały ciągłe porażki....itd. Tylko, że ja mam duuuzo
    mniej lat. Napiszę tylko jedno - Zycie jest popierdolone.
  • blue_a 23.07.03, 19:37
    dr_zombie napisał:

    > - Zycie jest popierdolone.

    Aha...
    Pewnie ocieram się o banał...
    Jest cholernym chaosem, rzadko jest tak, jak by się chciało. Dr_Zombie, też
    pomyslałam, że jak na stan presuicydalny Piotr pisze zbyt "czytelnie". (Druga
    myśl jest jednak taka: on postanowił, to jest jego list pożegnalny. Ma dużo
    siły, aby t o zrobić. Chcę wierzyć, że nie. Skoro ma dostatecznie dużo
    energii, to niech - cholera - pożyje jeszcze trochę. Przypominają mi się
    usłyszane kiedyś słowa: karta może zmienić się w ciągu jednej chwili.

    p.s. Lubisz burzę? Zapowiadali, że dziś w całej Polsce ma grzmieć :) oj, Ty
    chyba jednak z Niemiec, co nie? uwielbiam te grzmiące pioruny (a jakie niby
    miałyby być? :) Poczekaj jeszcze. Nie mówię, abyś wziął się w garść, mnie też
    takie "mądrości" dobijają. Zaczynam też myśleć, jakbym też miała zmieścić się w
    swojej garści :)

    odezwij się do nas, mam nadzieję, że jesteś.
  • dziczu 23.07.03, 20:04
    Ja nie będę pisać nnnnnnnnnnnnnnnnnnie rób tego, bo i tak to zależy od ciebie.
    Powiem tylko, że wielu ludzi znam mających podobne problemy jak ty. Ja jednak
    u nich wszystkich widzę jedno podobieństwo(tysię też tam zaliczasz)-brak
    problemów, chroniczny brak problemów, dzielenie włosa na czworo. Znam również
    kilu ludzi mających ogromne problemy życiowe, wrecz nie do udźwignięcia-oni o
    dziwo są zawsze uśmiechnięci i pełni życiowej energii, bo np. są potrzebni
    niepełnosprawnemu dziecku. Nie wydziwiają, tylko robią co do nich należy i
    cieszą się najmniejszymi sukcesami. Generalnie zasada jest taka: w braku
    problemów, dobrobycie i egoiźmie w głowie się przewraca, bo ludzie mający
    ciężkie problemy dźwigają je, a przede wszystkim nie zrzucają je na innych.
  • e_english 27.07.03, 11:22
    dziczu napisała:

    > Ja nie będę pisać nnnnnnnnnnnnnnnnnnie rób tego, bo i tak to zależy od
    ciebie.
    > Powiem tylko, że wielu ludzi znam mających podobne problemy jak ty. Ja jednak
    > u nich wszystkich widzę jedno podobieństwo(tysię też tam zaliczasz)-brak
    > problemów, chroniczny brak problemów, dzielenie włosa na czworo. Znam również
    > kilu ludzi mających ogromne problemy życiowe, wrecz nie do udźwignięcia-oni o
    > dziwo są zawsze uśmiechnięci i pełni życiowej energii, bo np. są potrzebni
    > niepełnosprawnemu dziecku. Nie wydziwiają, tylko robią co do nich należy i
    > cieszą się najmniejszymi sukcesami. Generalnie zasada jest taka: w braku
    > problemów, dobrobycie i egoiźmie w głowie się przewraca, bo ludzie mający
    > ciężkie problemy dźwigają je, a przede wszystkim nie zrzucają je na innych.

    Pieprzysz głupoty.
  • e_english 27.07.03, 11:24
    Myslisz, ze ludzie zabijaja sie ze szczescia?? Bo za malo maja problemow??
    Zastanow sie 2 razy zanim palniesz jakas bzdure.
  • weronika74 23.07.03, 20:21
    jak chcesz to do mnie napisz i zadzwonie to pogadamy, szkoda życia bo może za rogiem już jest światło.
    Nie dawaj się, spróbuj nie koncentrowac sie tak bardzo na sobie ale zainteresuj sie innymi i to pomaga,
    mi zaczęło, powaznie. Napisz koniecznie, chętnie ci pomoge jak potrafię
  • hawa1 29.07.03, 20:59
    P i o t r z e !!
    chcialabym tyko znowu przeczytac - ze ciagle tu jestes - prosze napisz to.
    wyszlam z depresji (ktora byla straszna i tez odbierala mi chec do zycia) znowu
    bylam normalna i zaczelam cieszyc sie . np tym ze co wieczor swierszcz
    koncertuje pod moim balkonem....
    nie czuje juz ulgi, bo bardzo zmartwil mnie twoj smutny list...
  • hawa1 29.07.03, 21:01
    P i o t r z e !!
    chcialabym tyko znowu przeczytac - ze ciagle tu jestes - prosze napisz to.
    wyszlam z depresji (ktora byla straszna i tez odbierala mi chec do zycia) znowu
    bylam normalna i zaczelam cieszyc sie . np tym ze co wieczor swierszcz
    koncertuje pod moim balkonem....
    nie czuje juz ulgi, bo bardzo zmartwil mnie twoj smutny list...
  • agnsoc5 02.08.03, 09:30
    Weronika, prosze podaj jakis kontakt....innego priva, ta ten wiadomosci
    nie dochodza.....
    prosze
  • dr_zombie 23.07.03, 20:37
    Dziczu ale bełkoczesz. Może czasem tak bywa jak mówisz, ale jeśli chodzi o
    samobójstwo to nie wydaje mi się żeby ktoś je popełniał z braku problemów...
  • dziczu 24.07.03, 10:43
    Nie bełkoczę tylko znałem parę osób, których już nie ma bo popełnili
    samobójstwo. Wierz mi - żadna nie borykała się z głodem, niepełnosprawnym
    dzieckiem, czy chorobą. Mieli wszystko, ludzi, którzy ich kochali ale był
    jeden problem. ONI TEGO NIE ZAUWAŻALI< A JEŚLI KTOŚ NIE UMIE ZAUWAŻYĆ RZECZY
    MAŁYCH< TO NIGDY NIE BĘDZIE SIĘ CIESZYŁ Z WIELKICH !!!
    Często jest tak, że pod tą ciężką skorupą pragniemy czegoś ale nie wiemy sami
    czego. Jest nam źle ale nie wiemy dlaczego.
    Wyjaśnię: to ukryte pragnienie, którego często nie potrafimy rozszyfrować to
    PRAGNIENIE BOGA. Jest to pragnienie wyryte w naszej duszy niemalże jak
    instynkt. Zadne inne rzeczy tego nie zaspokoją. Największe bogate gwiazdy i
    aktorzy sami opowiadają, że mają taki problem... a wydaje się, że mają
    wszystko sławe pieniądze i kochanków na kupe.
  • kamill6 24.07.03, 11:36
    Tak,rację masz Dziczu. To tylko Bóg i wiara w Niego jest tą jedyną, prawdziwą i
    niewinna nadzieją która TRWA w nas zawsze, mniej lub bardziej głęboko, ale
    TRWA. Wierząc w BOGA zyjemy i zawsze ta mała iskierka nadziei się jeszcze pali.
    Ja uważam i wierzę, że czasmi jest tak, iż to własnie sam Bóg wzywa nas od
    Siebie poprzez śmierć samobójczą-przeznaczenie /choć nie do końca chcę w nie
    wierzyć to wierzę/. To PAN ratuje mnie każdego dnia i prowadzi bezpiecznymi
    ścieżkami. Jestem zwykłym człowiekiem, który doświadczył tego cudu, zwanego
    Nadzieja.

    Wierzę i mam nadzieję, że Piotr pozostał z nami, że walczy.

    Kamill
  • samanta5 31.07.03, 17:36
    Nie pomoże mu ani Bóg ani ludzie jeżeli nie znajdzie w sobie sil do życia.
    Wszyscy tu tacy sami straceńcy ale przynajmniej mają odwagę o tym mówić. Nie
    dobrze jest widzieć zbyt wiele, lepiej być ciemnym i głupim. Dłużej i prościej
    się żyje.
  • dziczu 24.07.03, 13:30
    Nie twierdzę, że są to powody usprawiedliwienia samobójstwa, ponieważ nic nie
    usprawiedliwia samobójstwa. To, co popycha człowieka do odebrania sobie
    największej wartości, jaką jest życie to nie powody....to słabość, niemożność
    poradzenia sobie z pewnymi przerastającymi problemami. Na skalę globalną nie
    trudno znaleźć ludzkie cierpienie najczęściej są to choroby, raki, głod
    (wystarczy obejrzeć reportaże), od każdego z nas zależy ile potrafimy
    udźwignąć. A jeśli nic takiego nas nie spotkało, to tylko się cieszyć życiem
    takim jakie jest, doceniać je bo zawsze może być gorzej.
    I najważniejsze: przestać się ciągle na sobie skupiać, ciągle myśleć o własnym
    ego, własnej depresji. Trzeba zauważyć wokół siebie ludzi, innych, którym
    możemy coś z siebie dać-aby zobaczyć uśmiech na ich twarzy. Wtedy odwrócimy
    oczy od naszego cierpienia, a po czasie stwierdzimy, że jest ok.
  • samanta5 31.07.03, 17:37
    Uważasz że to słabość gdy ktoś realnie jest w stanie ocenić swoje szanse. To
    tragiczne ale słabością nie jest na pewno.
  • dr_zombie 24.07.03, 12:27
    Myslisz ,że jedynymi problemami, jakie usprawiedliwiają samobójstwo jest
    głod,niepełnosprawne dziecko czy choroba?? Wydaje mi się ,że właśnie ludzie z
    takimi problemami przeważnie nie zabijają się. Nie zauważyłeś takiego problemu
    jak depresja? I co z tego, że mam co jeśc, mam pieniądze skoro mam depresje...
    Kiedy jest się zdrowym nawet i dużo problemy da sie rozwiązać, a w depresji to
    taki zwykły, dla normalnego człowieka błahy problem może prowadzić do
    samobójstwa...
  • midm 24.07.03, 12:52
    Zgadzam sie z Toba dr_zombie.
  • midm 24.07.03, 12:54
    A do niebory: nie wiem czy jeszcze jestes, ale jesli tak i jest cos co myslisz,
    ze mogloby pomoc Ci tego uniknac to napisz, a nuz ktos z nas bedzie w stanie to
    zrobic.
  • dziczu 24.07.03, 13:45
    A tak osobiście to sam miałem okropną depresję w zimie. Było ze mną bardzo
    źle. Wszyscy się martwili. Dlaczego nie popełniłem samobójstwa? Pewnie gdybym
    żył tylko dla siebie i ukierunkowany na siebie i tylko swoje problemy_dawno to
    bym już zrobił. Ale człowiek jest istotą społeczną, nie żyje tylko dla siebie
    lecz również dla innych. To chociażby jeden powód dla którego nie popełniłem
    tego czynu. Dlaczego z powodu mojego egoizmu miałaby cierpieć matka, ojciec?
    Drugi powód: kiedy umierał mój dziadek na raka, w szpitalu widziałem mnóstwo
    ludzi walczących o życie. Mój dziadek nie miał szansy już żyć, mój Boże jak on
    chciał żyć... Ci wszyscy, którzy muszą walczyć o życie, oni tak naprawdę
    doceniają jego ogromną wartość, wartość pomimo jego ciemnych stron.
    Zrozumiałem, że nie doceniam tego co mam. Zacząłem doceniać, spojrzałem na
    innych ....zrozumiałem, że każdy ma problemy i nie jestem sam. Żyję!!!
  • fredt 24.07.03, 14:22
    Wszystko, co piszesz to prawda z punktu widzenia człowieka nie chorującego na
    depresję.
  • midm 24.07.03, 14:29
    Czasem ta decyzja wcale nie jest egoistyczna, wrecz odwrotnie, ze nie chce sie
    juz dluzej obciazac otoczenia.
  • dziczu 24.07.03, 14:42
    Jak zwał tak zwał. To lepiej popełnić samobójstwo, żeby nie męczyć otoczenia,
    czy się zmienić właśnie dla innych, dla otoczenia i siebie? Nie męczyć
    otoczenia...no dobrze, przypuśćmy: popełniasz samobójstwo powiedzmy, żeby nie
    męczyć siebie i innych...a matka, ojciec, rodzeństwo? Pozostawiasz ich z
    ogromną raną do końca życia, zwyrzutami sumienia, że za mało zrobili aby cię
    uratować. To jest "nie męczenie otoczenia"? To są wówczas skutki i ofiary
    egoizmu...uwolnić siebie...a inni pozostaną z bólem i rozpaczą
  • midm 24.07.03, 15:30
    Ja mysle, ze w niektorych przypadkach nie mozna sie zmienic, natomiast bliscy o
    ktorych mowisz w wiekszosci mogliby zmienic swoje odniesienie.
  • lamarta 24.07.03, 16:25
    Mój brat cioteczny popełnił samobójstwo parę dni temu. Jeszcze nie mogę się z
    tym pogodzić, mimo że od dawna nie mieliśmy ze sobą kontaktu (mieszkamy daleko
    od siebie). Teraz jego bliscy przeżywają prawdziwy dramat - obwiniają siebie i
    żałują, że nie umieli mu pomóc. Czy o to Ci chodzi? Żeby Twoi bliscy
    rozpaczali? Czy za wszelką cenę chcesz być doceniony - chociażby w tak
    tragiczny sposób? Nie rób tego - PROSZĘ!
  • kamill6 24.07.03, 16:51
    lamarta napisała:

    > Mój brat cioteczny popełnił samobójstwo parę dni temu. Jeszcze nie mogę się
    z
    > tym pogodzić, mimo że od dawna nie mieliśmy ze sobą kontaktu (mieszkamy
    daleko
    > od siebie). Teraz jego bliscy przeżywają prawdziwy dramat - obwiniają siebie
    i
    > żałują, że nie umieli mu pomóc. Czy o to Ci chodzi? Żeby Twoi bliscy
    > rozpaczali? Czy za wszelką cenę chcesz być doceniony - chociażby w tak
    > tragiczny sposób? Nie rób tego - PROSZĘ!




    Mój dobry znajomy, kumpel z bloku, trzy klatki ode mnie, powiesił sie tydzień
    przed Wielkanocą. Dla mnie był to ogromny szok, pytania bez odpowiedzi i
    olbrzymi smutek, taki który ;pojawia się tylko wtedy gdy ktos odchodzi. To
    czułem ja, jego znajomy. Był on jedynakiem, rozwiedziony, maił 4 letnią
    córeczkę, i co? Powiesił sie bo nie wytrzymał i nie wiadomo jeszcze dlaczego.
    Co czuli jego bliscy? Strasznie to przeżywali, lekarz, prochy itd o cierpieniu
    moralnym nie wspomnę. To co dla samobójcy jest rozwiązaniem problemu dla jego
    bliskich jest krwawiącą przez całe życie raną. Moja żona ma depresję, ja
    jestem po jej przejściu, wiem że z tym mozna żyć, mozna "uczyć" się kochać,
    można znaleźć nadzieję. Trzeba tylko w tym wszystkim zawsze wierzyć. Ja
    osobiście modlę się z moją żonę i za siebie i ...wierzę.

    Trzymaj się Piotr

    Kamill
  • dziczu 24.07.03, 17:03
    Tak to już jest z tymi depresjami. A jeśli chodzi o zmiany o których pisze mój
    przed przed ostatni poprzednik to jest stara zasada: gdy chcesz coś wymagać od
    innych-wymagaj najpierw i przede wszystkim od siebie. A jeśli człowiek
    przyznaje sobie prawo lub twierdzi, że się nie zmieni to kiego grzyba wymaga
    zmiany od innych.
  • midm 24.07.03, 18:58
    Ja od nikogo niczego nie wymagam, napisalam tylko o mozliwosciach.
  • niebora 24.07.03, 20:05
    Cholera, nigdy bym nie pomyślał, że tyle osób będzie mnie rozumiało i chciało
    żebym żył.
    Przed napisaniem tego listu zdążyłem kupić tylko naboje do pistoletu. Uważam,
    że facetowi nie przystoi łykanie garści proszków nasennych - to raczej robią
    histeryczne kobiety mając 90% pewności, że je odratują. Śmierć przez
    powieszenie jest zbyt bolesna, plebejska i przeznaczona raczej dla obwiesiów,
    morderców i pijaków. Dla mnie śmierć jest rzeczą ważną, honorową i należy
    wykonać ją solidnie. Mówiąc prosto wstydziłbym się otruć lub powiesić.
    Zastrzelić z byle czego też. To powinien być porządny pistolet kal. 9 mm. Robi
    solidne dziury w głowie i nie ma szans przeżycia. Pamiętam jak kiedyś jeden
    facet strzelił sobie w usta z Naganta. To kiepski rewolwer o małym kalibrze i
    niskiej energii kinetycznej pocisku. Pocisk utkwił mu między półkulami
    mózgowymi, odjęło mu władzę w nogach i ręce, a chirurdzy powiedzieli, że
    operacja jego usunięcia jest zbyt ryzykowna. Potem męczył się tak sporo lat
    zanim umarł.
    Gość, który obiecał mi dostarczyć dobrą klamkę nawalił. Pomyślałem wtedy, że w
    zasadzie powinienem jeszcze dokończyć sprawy, którymi zajmuję się w pracy. Mam
    dobrą szefową i nie chciałem żeby została sama z tym bałaganem. Potem
    zadzwoniła Sówka - przyjaciółka, z którą koresponduję od czasu zamieszczenia
    pierwszego postu. Nie sądziłem, że jeszcze zagląda na forum i nie spodziewałem
    się, że przeczyta "pożegnanie" Gdy usłyszałem jak płacze przez telefon poczułem
    się podle i pomyslałem, że sprawiłbym jej ogromny ból i zostałaby sama ze
    swoimi problemami. Wtedy nagle uświadomiłem sobie, że podjęcie decyzji o
    samobójstwie i brak lęku przed śmiercią uczyniły mnie wolnym. Dzięki
    świadomości, że mogę decydować o swoim losie zniknął lęk przed życiem. Dotarło
    do mnie, że jestem podmiotem, a nie przedmiotem biegnącej rzeczywistości. Sówka
    powiedziała mi, że na forum jest wiele listów. Dziś dokończyłem sprawozdanie w
    pracy i zacząłem je czytać.

    Blue, dziękuję Ci za ciepłe słowa, bardzo mnie wzruszyłaś, masz dar
    przekazywania uczuć i pokazywania piękna w codziennych rzeczach. Masz rację,
    nawet w obliczu śmierci liczyłem do końca na pomocną dłoń, na to, że ktoś mnie
    przytuli.

    Włodku, napisałeś krótko ale Twoje słowa dały mi poczucie więzi z innymi ludźmi.

    Kkx, pomogłaś mi uwierzyć, że mogę zrobić coś dla innych, że to zostaje w ich
    pamięci, chociaż ja już o tym zapomniałem.

    G.I.Jane, napiszę.

    Kamilu, w Twoich słowach jest ogromna wiara i nadzieja. Masz rację, że przez
    swoją śmierć chciałem również by moi bliscy mnie docenili, może też chciałem w
    ten sposób udowodnić im jak bardzo mnie skrzywdzili. Chciałbym żebyś napisał do
    mnie na priv.

    Dr. Zombi, zastanów się co to jest porażka ? To bardzo względne pojęcie, ściśle
    skorelowane z pojęciem sukcesu. Zatem można powiedzieć, że porażka jest
    przeciwieństwem sukcesu. A contrario zakładamy, że ten kto odniósł sukces nie
    poniósł porażki. Co nam z tego wychodzi ? Znam rodzinę, która jest dumna z syna
    ponieważ skończył szkołę zawodową, jest dobrym fachowcem, ma pracę i nie pije.
    Mówią, że wyrósł na porządnego człowieka. W mojej rodzinie uważano, że sukces
    odniósł tylko mój brat bo jest hirurgiem, ma szerokie znajomości, mieszkanie,
    dom i dwa samochody, zdobyte zresztą wysiłkiem nie tylko jego, ale głównie
    żony, teściów i naszego ojca. Ja, jako zwykły magister prawa, bez aplikacji i
    pozycji w miejscowym establishmencie, ze zwykłym mieszkaniem w bloku i 10-
    letnim mercedesem jestem czarną owcą, która zawiodła nadzieje mamy, nie
    zostając sędzią, adwokatem lub chociaż dyrektorem. Czy nie wydaje Ci się, że
    miarę sukcesu i porażki wyznaczają nam w dzieciństwie nasi rodzice ?

    Dziczu; masz rację, za wyjątkiem tego, że to dobrobyt i brak problemów jest
    przyczyną kłopotów emocjonalnych, a bieda i kłody pod nogami dają szczęście.
    Jest często odwrotnie - ludzie z problemami emocjonalnymi, kompleksami,
    poczuciem odrzucenia, chcąc sobie to skompensować, skupiają się na osiąganiu
    dóbr materialnych myśląc, że dzięki nim staną się bardziej wartościowi. Nie da
    się również pozbyć depresji udając, że jej nie ma. Czy słyszałeś żeby ktoś
    chory na zaawansowanego raka wyzdrowiał wmawiając sobie , że go nie ma ?
    Depresja ma też przyczyny organiczne - niedobór serotoniny. Niewiele wiesz o
    depresji - to nie jest kwestia jednej zimy, to nieraz całe życie. Ja liczę
    swoją nie od czasu gdy przestałem cieszyć się życiem, ale od momentu gdy
    pojawiły się lęki, od których cierpła skóra, a włosy jeżyły się na głowie, od
    momentu gdy przeczytanie kilku zdań zabierało mi pół godziny, gdy w ciągu dwóch
    miesięcy schudłem 15 kg i musiałem sprzedać firmę bo nie byłem w stanie jej
    prowadzić. Od tamtej pory minęło pięć lat leczenia, łykania fevarinu, prosacu,
    seronilu, efectinu, mianseriny, elenium, relanium, chodzenia na psychoterapię.
    Nie wiem czy wiesz ale w najgorszym okresie człowiek nie myśli o samobójstwie -
    te myśli pojawiają się dopiero po wyjściu z najcięższego stadium depresji. Są
    oznaką wracania do zdrowia - jeśli nie wierzysz spytaj psychiatry.
    Fundamentalna jest natomiast Twoja uwaga, że "ONI TEGO NIE ZAUWAŻALI, A JEŚLI
    KTOŚ NIE UMIE ZAUWAŻYĆ RZECZY MAŁYCH TO NIGDY NIE BĘDZIE CIESZYŁ SIĘ Z
    WIELKICH" - to jest właśnie tragedia ludzi takich jak ja, to jest nieodłączna
    część depresji.

    Midm, chciałbym żebyście napisali także o swoich problemach i radościach. A na
    marginesie - moja decyzja była całkowicie egoistyczna. I niestety nie ma
    możliwości żeby bliscy zmienili swoje nastawienie. Nawet oczywiste fakty nie
    pomogą. Gdyby mój brat napluł im w oczy powiedzieliby, że deszcz pada, gdy ja
    powiedziałem matce, że idę na studia podyplomowe odpowiedziała: " Po co ?
    Będziesz jeszcze pieniądze wydawał ? A ta uczelnia jest prywatna, jej dyplom
    jest nic nie warty." Gdy za pierwsze zarobione za granicą pieniądze kupiłem
    samochód ojciec powiedział : " Na kombinacjach się dorobiłeś ! ". Gdybym
    został ministrem to powiedzieliby: "Pewnie łapówkę dałeś i dlatego cię
    zrobili, a w takim rządzie to wstyd ministrem być bo to sami złodzieje". I nic
    tego nie zmieni.

    Lamarto; chyba też masz dużo racji.

    W każdym bądź razie mam czas, mogę to odłożyć i zamierzam dokończyć parę
    przedsięwzięć, które zacząłem - remont budynku gdzie pracuję, remont mojego
    nowego mieszkania i dyskusję, którą zaczęliśmy na tym forum. Mam nadzieję, że
    wypowiecie się na temat tego, co przed chwilą napisałem.
    Dziękuję wszystkim za wsparcie i pozdrawiam. Piotr
  • sylwka25 24.07.03, 21:24
    no widzisz gościu? jednak nie wszystko musi być do bani, ja też nie chciałam
    żyć, ale wiesz co myślę że bardziej niz śmierci to ty chciałeś żeby ktoś był
    blisko ciebie,czuć że ktoś się tobą interesuje. sam akt śmierci to akt wielkiej
    samotności, nikt z nas żywych nie jest w stanie tego pojąć do końca,
    obserwowałam czyjeś umieranie. jeśli chcesz lub musisz umrzeć to po prostu
    odejdziesz a ty chcesz żyć po prostu przechodzisz ciężki kryzys. Poszukaj
    dobrego specjalisty. Pozdrawiam z krainy żywych Sylwka
  • dziczu 24.07.03, 22:09
    Bardzo się cieszę, że żzzzyjesz-Niebora. To chyba te wszystkie spory i
    dyskusje zostały uwieńczone sukcesem. W pewnym momencie pomyślałem, żzze
    kończę to idę na działkę, bo jaki z tego pożytek. Ale teraz widzę, że sensowne
    było to siedzenie i klepanie w klawiaturę.
    Zdaję sobie sprawę, że chorzy na depresję nie zauważają żeczy małych...ale
    jest już jakiś punkt wyjścia, którym jest właśnie owa świadomość tejże w sumie
    prostej rzeczy. Teraz wystarczy wysilić się, żeby trochę nad sobą popracować,
    rozejrzeć się dookoła i poszukać tych maluczkich rzeczy, "maluczkich" ludzi.
    Ale przede wszystkim podstawą jest tu wysiłek. Tak to już jest, że nic łatwo
    nie przychodzi-potrzeba wysiłku.
    Ale widzę Niebora, że jużjesteś na drodze do sukcesu, którego Ci życzę.
  • dziczu 24.07.03, 22:30
    dziczu napisała:

    > Bardzo się cieszę, że żzzzyjesz-Niebora. To chyba te wszystkie spory i
    > dyskusje zostały uwieńczone sukcesem. W pewnym momencie pomyślałem, żzze
    > kończę to idę na działkę, bo jaki z tego pożytek. Ale teraz widzę, że
    sensowne
    > było to siedzenie i klepanie w klawiaturę.
    > Zdaję sobie sprawę, że chorzy na depresję nie zauważają żeczy małych...ale
    > jest już jakiś punkt wyjścia, którym jest właśnie owa świadomość tejże w
    sumie
    > prostej rzeczy. Teraz wystarczy wysilić się, żeby trochę nad sobą
    popracować,
    > rozejrzeć się dookoła i poszukać tych maluczkich rzeczy, "maluczkich" ludzi.
    > Ale przede wszystkim podstawą jest tu wysiłek. Tak to już jest, że nic
    łatwo
    > nie przychodzi-potrzeba wysiłku.
    > Ale widzę Niebora, że jużjesteś na drodze do sukcesu, którego Ci życzę.
  • weronika74 24.07.03, 22:48
    teraz juz sie odbiłes od dna
    pozdrawiam
  • kkx 24.07.03, 23:17
    wreszcie jakas dobra wiadomosc na koniec dnia
    dziekuje za to, co napisales
    czesto wszystko zalezy od naszej interpretacji i w rzeczywistosci nie jest tak
    zle, jak nam sie wydaje...
    nie zapominaj, ze zyjesz dla siebie, nie oceniaj sie oczami rodziny
    wiem, ze to trudne, slowa, spojrzenia... ale badz ponad to!
    to bardzo mile, ze odpowiadasz wszystkim,
    dla kazdego to iskierka swiatelka, mile uczucie, ze mozna bylo komus chociaz
    odrobinke pomoc
  • nww 26.07.03, 00:52
    Jeszcze nie jest za późno.
    Niech Bóg ma cie w swojej opiece.
    A tyle jeszcze pożytecznych rzeczy jest do zrobienia.
  • looserka 27.07.03, 13:24
    cholera Piotrze, niedawno trafiłam na to forum,ale po tym co tu przeczytałam
    jestem cała roztelepana. Ja też walczę z depresją od 13 lat i wiele
    razy...próbowałam nie być.Ale jestem.Ty też bądź, spróbuj być dalej.Nie wiem
    czy warto,nikt tego nie wie. Jesli chcesz,to napisz do mnie na priva. Jestem z
    Tobą
    loo
  • niebora 28.07.03, 17:32
    Witam wszystkich;

    Nigdy nie twierdziłem, że wszystko jest do bani. Przeciwnie, już podczas
    pierwszej dyskusji na Forum zaznaczyłem, że większość ludzi oceniłaby moje
    życie jako udane. Faktem jest, że mój zamiar wynika w dużym stopniu z
    samotności - poczucia nieprzystosowania do społeczeństwa i izolacji. Chciałbym
    żyć ale w obecnej sytuacji wydaje mi się, że za to życie płacę o wiele wyższą
    cenę niż ono jest warte. Ten kryzys trwa już pięć lat. Wizja powolnej
    degeneracji przemawia za podjęciem kroków zmierzających do uniknięcia
    całkowitego stoczenia się.
    Nie uważam życia za bezcenny dar Boga i trudno mi nadać mu wartość bezwzględną.
    Może błędem jest mówić o "usprawiedliwieniu" w przypadku samobójstwa, jakby
    było ono czymś nagannym ? Chyba, że potraktujemy życie jako nałożony przez Boga
    obowiązek, którego złamanie jest obłożone sankcjami karnymi. Tylko co wtedy z
    teorią "daru" i "miłosierdzia" ? Może to wszystko koncepcje wymyślone przez
    ludzi na ich własny użytek ? Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Bóg jest
    faktycznie wszechmocny, a jego miłosierdzie jest nieograniczone. Jeśli chodzi
    o cierpienie to i ja dostrzegam jego pozytywny wymiar, zarówno na gruncie
    teorii świeckich ( np. dezintegracja pozytywna) jak i chrześcijańskich
    (ratowałem się czytając encykliki Jana Pawła). Niestety Dziczu trochę przesadza
    mówiąc, że jestem na drodze do sukcesu. "Sukces" jest dla mnie pojęciem tak
    abstrakcyjnym, że nie jestem w stanie zdefiniować go nawet w przybliżeniu. Nie
    wiem więc dokąd mam zmierzać. Chciałbym już tylko zaznać spokoju i ukojenia.
    Czy to wyłącznie przywilej tych, którzy zasłużyli na świętość ? Ja jestem
    człowiekiem słabym i nie mam ani tyle wiary, ani tyle siły ile niektórzy z Was.
    Jednocześnie nie martwi mnie fakt mojej przemijalności - wręcz przeciwnie,
    przeraża mnie sama myśl o nieśmiertelności. Nie chcę walczyć. Nie chcę
    udowadniać, że ktoś mnie nie pokona. Jestem zwykłym urzędnikiem. Często czuję
    się zupełnie bezwartościowy, boję się czy poradzę sobie w życiu. Chyba nie
    potrafię dawać innym oparcia. Mam sporo grzechów na sumieniu i w
    przeciwieństwie do Wawai nie troszczę się tak o moich bliskich. Egoista ze mnie
    i tyle. W znacznym stopniu przyczyniłem się do swoich obecnych problemów.
    Chcę bardzo podziękować Dziczu, Weronice,Kkx, Nww, Loo, G.I.Jane, Kamillowi,
    Wawai, Pollce,Lilith,Biedronce i Empeka za podzielenie się swoimi przeżyciami,
    optymizm i pozdrowienia. Wasze słowa dają ogromne oparcie i nadzieję.
    To, co napisał Czarny nie brzmi optymistycznie ale może się myli ?
    Z rad Dariusza-M i Storytela raczej nie skorzystam.
    I zupełnie nie wiem za co chce mi dokopać Jolkak.
    Na razie świadomość, że zawsze mogę się wycofać przyniosła mi ulgę. W pewnym
    sensie przestałem się czuć skazany na życie. Daję sobie czas. Czas na
    sprawdzenie czy z ucieczki przez śmierć można stworzyć filozofię, służącą
    życiu, czy myśl, że to zapasowe wyjście stale jest otwarte może dodać siły w
    walce z cierpieniem ?
    Pozdrawiam. Piotr


  • dziczu 28.07.03, 19:09
    Dobrze, że pojawiasz się co jakiś czas< Niebora. To dodaje nam wszystkim wiary
    w to, że jednak pisanie ma sens. Widać, że nie wierzysz (napisz jeśli sie
    mylę) w Boga, skoro nie postrzegasz życia jako dar od Niego. Brak Ci również
    wiary w samego siebie. Masz niskie poczucie wartości, do którego przyczyniła
    się rodzina. No widzisz nikt nie jest idealny, piszesz o sobie nawet, że
    jesteś egoistą. Potwierdziło się to co pisałam w którymś z postów o egoiźmie.
    Egoizm, o którym piszesz i brak wiary, czyni cię człowiekiem bezsilnym. Są to
    jakby czarne chmury kłębiące się nad Tobą, a które (wierz mi) zasłaniają
    słońce. Egoizm również prowadzi do pojmowania swojego istnienia jakby było ono
    zależne zupełnie "ode mnie samego". A przecież ktoś inny zdecydował, że cię
    spłodzi lub urodzi. Ktoś inny przytrzymywał Cię przy życiu, kiedy byłeś
    bezbronnym niemowlakiem. Pomijam już tutaj fakt woli Boga, w którega ja
    szczerze wierzę, a ty najprawdopodobniej nie. Wydaje Ci się, że możesz
    decydować o swoim przestaniu istnienia, gdy nie ty decydowałeś o jego
    początku? Oczywiście jesteś człowiekiem dorosłym, ale sama dorosłość nie
    upoważnia człowieka do decyzji na gruncie istnienia bądź nie. Do tego dochodzi
    fakt, że człowiek jest omylny, nie myślałeś o tym? Decyzja o samobójstwie
    podyktowana takim a nie innym rozumieniem świata także może być omylna... I co
    wtedy...Oczywiście Ty liczysz na Miłosierdzie Boże. Jest to Twój azyl na
    wypadek jeśli się okaże, że Bóg istnieje. Jeśli jest tak jak piszę, to bracie
    popełniasz grzech zuchwalstwa, gorszy od nawet zabójstwa czy kradzieży: grzech
    w nadziei na miłosierdzie Boże. To jest przejaw egoizmu i braku pokory. Ja na
    Twoim miejscu bałbym się, że nie wszystko mogłoby się skończyć tak jak ja
    sobie to wymyśliłem. Tak więc chociażby z tego powodu samobójstwo to ryzyko.
    Dobrze napisałeś, że zawsze możesz się wycofać i żyć, gdy jednak popełnisz
    samobójstwo to nie ma już odwrotu. Zderzyłbyś się z tą obiektywną "prawdą"(w
    moim przekonaniu z Bogiem) i musiałbyś przyjąć wszelkie konsekwencje swojego
    czynu. Nie wiadomo... mogłyby one być gorsze od tego co czujesz żyjąc i
    cierpiąc na tym świecie. W takim więc sensie samobójstwo wymaga nie lada
    odwagi, a wydawałoby się, że jest ucieczką od problemów. Jest to ucieczka
    pozorna, bo nikt nie zagwarantuje "powodzenia" po tamtej stronie.
    Cieszę się jednak, że cofnąłeś się od tej decyzji, a gdyby znowu pchało cię
    coś do samobójstwa, to przeczytaj jeszcze raz mojego posta. Widzisz do czego
    prowadzi Cię ta pustka? Życie bez Boga staje się nie do zniesienia, jest
    chaosem, w którym ciężko się odnależć. Czy nie prościej zaufać i zawierzyć?
    Twierdzisz, że nie wiesz w którą masz iść stronę, może to jest właśnie ta
    strona? Nie wszystko da się ogarnąć rozumem, tym bardziej, że człowiek jest
    omylny niestety. A może nawet dobrze, że jest omylny bo już w ogóle nie
    widziałby nic poza czubkiem własnego nosa. Omylność wychowuje do pokory. A
    pokora intuicyjnie zaprowadzi do przyjęcia istnienia bytu PONADCZASOWEGO.
    Istnieje pewna rzeczywistość dostępna tylko dla serca. Zamiast logikować i
    szukać różnych wariantów i azylów, nie proście zaufać? wiem, że moje słowa nie
    wyprowadzą na "prostą" pewnych problemów, które sobie w pewien sposób sam
    jesteś winny. Ale zawsze to już jakiś punkt zaczepienia.
    Niebora, choć nie wierzysz w siebie to ja wierzę w Ciebie, wierzą w ciebie
    inne osoby, które tu piszą. Nie zawiedż nas.
  • g.i.jane 28.07.03, 22:00
    niebora napisał:

    >Chyba, że potraktujemy życie jako nałożony przez Boga
    > obowiązek, którego złamanie jest obłożone sankcjami karnymi. Tylko co wtedy
    z
    > teorią "daru" i "miłosierdzia" ? Może to wszystko koncepcje wymyślone przez
    > ludzi na ich własny użytek ?

    Tak mi się właśnie wydaje. Bóg wymyślił ten świat i całe jego okrucieństwo,
    żeby nas wystawić na próbę. Niestety czasami brakuje siły, żeby sprostać jego
    oczekiwaniom.

    > Jednocześnie nie martwi mnie fakt mojej przemijalności - wręcz przeciwnie,
    > przeraża mnie sama myśl o nieśmiertelności. Nie chcę walczyć.

    Zgoda. Tylko skąd wiesz, co jest po tamtej stronie? A może dalszy ciąg tylko
    gorzej? Tfu, tfu. Mam nadzieję, że jednak nie!

    > ...boję się czy poradzę sobie w życiu.

    Ja też.

    > Chyba nie potrafię dawać innym oparcia.

    Potrafisz. Chociażby obecnością na tym forum dajesz ludziom oparcie. Może nie
    są to akurat "ci najważniejsi" (czyt. najbliźsi), którym się to
    oparcie "należy". Ja uważam, że ludzie tworzą rodzaj naczyń połączonych.
    Jednym się to oparcie daje a od innych bierze.

    > Na razie świadomość, że zawsze mogę się wycofać przyniosła mi ulgę. W pewnym
    > sensie przestałem się czuć skazany na życie. Daję sobie czas. Czas na
    > sprawdzenie czy z ucieczki przez śmierć można stworzyć filozofię, służącą
    > życiu, czy myśl, że to zapasowe wyjście stale jest otwarte może dodać siły
    w
    > walce z cierpieniem ?

    Mnie trzyma przy życiu od wielu lat.
    Kto wie jak długo jeszcze?
    Pozdrowienia
  • widok22 27.12.03, 15:40
    Witam po raz pierwszy,
    Piotrze, bardzo dziękuję Ci za to, co piszesz w tym wątku. Pozdrawiam Ciebie i
    tych, których wymieniasz wyżej. Naprawdę dobrze być z Wami.Odzywajcie się
    częściej.
    G.
  • blue_a 29.07.03, 15:23
    ogromnie Ci dziękuję, że mogłam przeczytać to, co niżej. Nawet nie wiesz, ile
    takie słowa dają siły. Przepraszam, że wybrałam wyjątek dotyczący mnie :) Moja
    obecna filozofia życiowa polega na wyłapywaniu drobnych, dobrych rzeczy,
    słyszeniu słów sympatii skierowanych do mnie, wyłapywaniu ludzi, którzy mi
    sprzyjają i omijaniu tych, którzy podcinają dość słabe jeszcze skrzydła :)
    Krótkowzroczność, egoizm i naiwność? Może. Pieprzę to (przepraszam :) I
    pozdrawiam. A spluwę schowaj bardzo głęboko.


    > Blue, dziękuję Ci za ciepłe słowa, bardzo mnie wzruszyłaś, masz dar
    > przekazywania uczuć i pokazywania piękna w codziennych rzeczach. Masz rację,
    > nawet w obliczu śmierci liczyłem do końca na pomocną dłoń, na to, że ktoś
    mnie
    > przytuli.

  • samanta5 31.07.03, 17:40
    Wiesz, Ty chyba masz 15 lat. Jak można zmienić się dla innych? Każda zmiana to
    próba dostosowania się a to powoduje frustracje która jest pierwszym krokiem
    do depresji.
  • dziczu 31.07.03, 23:49
    samanta5 napisała:

    > Wiesz, Ty chyba masz 15 lat. Jak można zmienić się dla innych? Każda zmiana
    to
    > próba dostosowania się a to powoduje frustracje która jest pierwszym krokiem
    > do depresji.

    Tyle lat to dawno miałam, a szkoda, bo tęsknię za tym wiekiem. A jeśli chodzi
    teorię na temat zmiany to może jest to Twoja teoria.
    Moim zdaniem każda zmiana
    frustruje tylko "barana"
    a człowiek zmianę przyjmuje
    gdyż rozumem się posługuje
    "Baran" w depresję się w pędzi
    i nic... tylko nad nią zrzędzi
    A tak poważnie: to zaskakujące i paradoksalne zarazem-zwierzę nie jest w
    stanie popełnić samobójstwa, człowiek ze swym wspaniałym rozumem unicestwia
    siebie...ironia losu?
    Jeśli chodzi o zmianę, to czy zastanawiałaś się czym jest czas? Przecież to
    nic innego jak szereg następujących po sobie zmian. Gdy nie było kiedyś
    zegarków to ludzie orientowali się w czasie, właśnie przy pomocy obserwacji
    zmian przyrody, pór roku, nawet własnej skóry marszczącej się z upływem lat.
    Wszystko co nas otacza ciągle się zmienia. Wychodząc z Twojego punktu widzenia
    to kazdy z nas musiałby cierpieć na depresję, właśnie z powodu owych zmian.
    Jeśli każda zmiana powoduje flustrację to po co nad sobą pracować, po co
    kształtować (zmieniać) swój charakter, żeby popaść depresję? Ja sądzę, że po
    to aby żyć i czuć się lepiej, a przy okazji uszczęśliwiać innych (ponieważ
    człowiek jest istotą społeczną). Zmieniać w pozytywnym tego słowa znaczeniu
    to budować, ulepszać swoją osobowość i podążać śladami autorytetu.
    Nie neguj więc zmiany, bo bez niej będziesz stać w miejscu na własne
    życzenie.
  • samanta5 01.08.03, 08:34
    Po co zmiana? Dla siebie. Żeby wreszcie dostrzec, że gonisz wiatr. Jeżeli
    wpadniemy w wir pragnień to zawsze dochodzić będziemy do punktu do którego
    doszłam wczoraj - to nie to. Recepta jest prosta, żyć terażniejszością i
    cieszyć się z tego, co nas w niej spotyka :) Miłego wypoczynku.
  • czarny72 24.07.03, 21:01
    Chłopi baw sie dobrze.Po drugiej stronie czeka cie radosne pieklo.
  • g.i.jane 24.07.03, 21:40
    Kurczę Piotrze, do wczoraj nie miałam pojęcia o Twoim istnieniu a teraz
    strasznie się cieszę, że jesteś. Napisz na priva jak będziesz miał czas.
  • dr_zombie 24.07.03, 21:37
    Jakie piekło? Ja wierze tylko w niebo, to nad moja głową. A piekło to jest na
    Ziemi.
  • kamill6 25.07.03, 10:41
    Bardzo mnie ucieszył Twój post, znak życia. kamień spadł mi z serca. Ta
    wiadomość od ciebie to znak, że jeszcze jest nadzieja w tobie, że walczysz.
    Gratuluję wysiłku, walki i wygranej bitwy.
    Jeszcze coś mi się przypomniało. Kiedyś, gdy zamierzałem spróbować kolejny raz
    nagle przyszła mi do głowy strasznie prosta i zbawienna myśl - "Przecież oni
    nie są warci abym się dla nich zabijał, dam radę i pokażę że mnie nie
    pokonają". To o ludziach, którzy doprowadzili mnie do satanu w jakim nadal się
    znajduję, moich bliskich oraz np szefostwu z pracy.

    Są rany, które nigdy się nie goją, można tylko nauczyć się z nimi żyć.

    Goraco pozdrawiam i cieszę się że Jesteś.

    Kamill
  • wawai 25.07.03, 12:48
    Witam Piotrze !!!
    Boże, czytam Twój list i mam gęsią skórkę. Zdaję sobie sprawę że to nie jest
    powieść obyczajowa tylko życie, Twoje życie.
    Jestem częstym gościem na tym forum, lecz nie często tu coś piszę. W
    najcięższym okresie mojej depresji nie miałem po prostu na to siły. Jednak Twój
    stan, po tym co napisałeś w poście rozpoczynającym ta wspaniałą rozmowę,
    oceniłem na jeszcze gorszy od mojego. Wszedłeś już wtedy na skraj przepaści,
    dziękuje Bogu że się cofnąłeś. W moim dzieciństwie miałem wiele takich momentów
    zupełnej obojętności, momentów w którym myślenie o samobójstwie i śmierci
    sprawiały mi radość. Miałem również niewesołe dzieciństwo; dużo bym mógł pisać.
    Piszesz że podjęcie decyzji o samobójstwie uczyniło Cię wolnym, że zrozumiałeś
    istotę lęku przed życiem. To święte słowa i dziękuję Ci za nie, są dla mnie
    weryfikacją moich myśli sprzed wielu lat.
    Na początku powinienem napisać o tym że po Twoich listach widać jasno, że
    jesteś bardzo wartościowym człowiekiem, człowiekiem o bogatym wnętrzu i
    wspaniałej duszy. To są prawdziwe wartości, których być może nie dostrzega
    Twoja rodzina ale popatrz do góry (wątku), ile ludzi próbuje do Ciebie dotrzeć
    i teraz Cię podtrzymać przy życiu. Czy nie wierzysz że możesz spotkać w swoim
    życiu taką osobę dla której będziesz wsparciem i lekarstwem? Może tego Ci
    trzeba? Jak dobrze się poczułem gdy przeczytałem Twój drugi list, nie opiszę
    tego bo nie potrafię dobrać słów. Dobrze wiedzieć że obok całej masy
    sukinsynów, kombinatorów, oszustów, oszczerców i złodziei jest jeszcze dużo
    taki ludzi jak Ty.
    Jesteś podobny do mnie i masz podobne problemy. Wrażliwość, nadmierna
    emocjonalność, inteligencja to cechy, które w moim życiu mi po równo pomagają i
    przeszkadzają. Ciągle próbuje sobie tłumaczyć że są to zalety a nie wady,
    próbuje być z nich dumny. Czasami jednak tak mocno przeszkadzają że nie mam
    siły. Ciągle się zastanawiam jaki będę za 10, 20 lat i później. Czy będę
    potrafił się cieszyć z tego co mam i z tego jaki jestem? Czy będę potrafił być
    ojcem, czy potrafię poprowadzić rodzinę, czy się nie poddam? Czy będą mnie
    nachodzić te okropne myśli o swojej własnej bezwartościowości ?(mimo
    oczywistych faktów że jest inaczej). Przeszedłem ostatnio mocny epizod
    depresyjny, chyba dzięki chemii jakoś z tego wyszedłem i na razie jakoś się
    trzymam. Służę w razie potrzeby pełniejszym opisem mojego przypadku.
    Myślałem o samobójstwie ale zawsze pojawiały się równolegle myśli o moich
    bliskich, mojej dziewczynie. Czuje że jestem im potrzebny, że moje życie nie
    należy tylko i wyłącznie do mnie, że sprawił bym im olbrzymią krzywdę, gdybym
    skończył z życiem. Pozostały mi tylko kojące myśli i moja bogata wyobraźnia.

    Dziczu: W poprzednim akapicie przyznałem Ci racje ale nie jest do końca tak że
    skupiamy się za bardzo na sobie i dzielimy włos na czworo zamiast zabrać tyłek
    i wziąć się za robotę. Piszesz że przeszedłeś okropną depresję. Depresja to
    pustka, ogromna pustka, nie można tego opanować, nie da się zabrać za robotę,
    zabrać za siebie, nie da się nie przestać skupiać na sobie, po prostu się nie
    da. Tak naprawdę to zawsze próbowałem uciekać od tego, właśnie brać się za
    robotę, wysiłek (rower min.50 km dziennie, pływanie, siłownia) uciekać od
    siebie, od swojej samotności do ludzi, nie skupiać się na sobie. Wieczorem,
    późno, zdarzało mi się, że czułem się jak człowiek, rano wszystko musiałem
    zaczynać od nowa. W miesiąc schudłem prawie 7 kg, moje egzystencja polegała na
    ciężkiej, fizycznej walce z psychicznym problemem. Nie można tego przecież
    ciągnąc w nieskończoność bo należy zająć się właściwym życiem. Wizyty u
    psychiatry i pół roku na lekach zrobiły robotę (tak mi się przynajmniej
    wydaje).
    Nie wiem dziczu czy Twoja depresja była tak silna jak moja, ale podziwiam ze
    poradziles sobie z tym sam

    Trzymaj się Piotrze, jestem pod ogromnym wrażeniem Twoich słów. Ciekawe czym
    zajmujesz się na co dzień.

    --
    WAWAI
  • pollka 25.07.03, 13:57
    Ci co pisza do niego, ze Piotr pisze -tzn ze wcale nie chce umierac to bzdura
    przeciez! On pisze, jak MOWI zeby sie pozegnac i podziekowac za sluchanie jego
    poprzednio!. A ja Ciebie Piotrze bardzo rozumiem, zupelnie jak bym czytala
    swoje mysli/ slowa. Rozumiem. Szczegolnie jak piszesz ze wszystkiego probowales.
  • mam_dosc 25.07.03, 14:13
    najgorsza cecha depresji jest ta beznadzieja, ten ogromny brak energii do
    zycia. Po prostu nie ma sie sily zyc, doslownie nie ma sily.Ja tez czesto mysle
    ze chciala bym umrzec zeby odpoczac, spac wiecznie. I jezeli sie walczylo z
    depresja aktywnie i dlugo, to wtedy mozna z czystym sumieniem pomyslec o
    samobojstwie.
  • lilith76 25.07.03, 14:16
    Piotrze, poczekaj jeszcze! wiem o co ci chodzi (choć słyszałeś to miliony razy).
  • dziczu 25.07.03, 15:21
    Cieszę się, że Ty również wyszedłeś z depresji. U mnie na szczęście obyło się
    to bez lekarza, sam nie wiem, to chyba cud! Było ze mną żle po śmierci dziadka
    zdałem sobie sprawę, że to wszystko jest okropne, że po co teraz te wszystkie
    uśmiechy, chwilowe radości z kupna np. nowego samochodu...skoro wszyscy i tak
    umrzemy!!! To okropne-ostatnio również byłem na kilku pogrzebach ludzi MŁODYCH
    (wypadek, choroba, mord). Odechciało mi się żyć...Mieszkam w dodatku w
    mieszkaniu po zmarłej babci...myśli o życiu i umieraniu stały się obsesją.
    Zadna czynność nie mniała sensu, bo i tak w końcu mnie nie będzie. Nic mnie
    nie cieszyło, spałem na przemian ze ślepym oglądaniem telewizora. Nie będzie?
    Jak to? W kościele nie mogłem patrzeć na starszych ludzi, bo dosłownie
    wybuchałem płaczem. Mało tego zacząłem wmawiać sobie, że mam raka, szukać
    powiększonych węzłow na szyji, choć ich nie było. Chociaż byli wszyscy dookoła
    czułem się zupełnie sam we własnej egzystencji, pozostawiony na pastwę lat i
    nieuchronnej śmierci. Nie czułem się jak człowiek, czułem się jak chwila, mgła
    która przychodzi i znika. Jak wszyscy moi przodkowie. Wszystko dookoła stało
    się bezsensem, pustką i beznadzieją...mimo,że mam pieniądze i jest ok.
    Tak więc śmierć w moim rozumieniu stała się progiem, za którym jest tylko
    ciemność. Odczułem bardzo namacalnie śmiertelność swojego istnienia i
    wszechogarniającą samotność. Moje powracające naokrągło myśli dotyczyły duszy.
    Czy ona rzeczywiście istnieje, czy ta jedyna ostateczna rzecz istnieje.
    Poszukiwałem dowodów, które w sumie po części znalazłem. Są to dowody
    wynikające z logicznego myślenia, a nie religii.
    Trwało to długi czas, póki nie zrozumiałem. Oto moja świadomość własnej
    przemijalności, śmiertelności i samotności pomimo tak wielu ludzi będących
    wokół, doprowadziła mnie, a może przygotowała na spotkanie...z początkiem moim
    i całego świata, z przeogromnym mózgiem, który to wszystko
    stworzył...z..Bogiem. Zrozumiałem, że to ce we mnie w środku tak piszczało, to
    co mnie wiodło tymi ciemnymi uliczkami to nie samotność...to odwieczna
    tęsknota, odwieczne prawo zapisane w mojej duszy niczym geny w fizjologii. I
    tak, żeby odnależć w gąszczu otaczającej mnie rzeczywistości odpowiedzi na
    pytania o duszę, Boga musiałem się upodlić we własnej beznadziejnej
    egzystencji i dosięgnąć dna. To była ciężka droga pełna łez i smutku.
    Zrozumiałem fundamentalną rzecz, rze mój rozum sam nigdzie mnie więcej nie
    doprowadzi, tutaj kończy się maraton ludzkich pytań bez odpowiedzi.
    Odpowiedzią jest TAJEMNICA WIary, której nie da zgłębić się rozumem. Nagle
    odczułem tą OBECNOŚĆ której tak rozpaczliwie, nieświadomie po omacku szukałem.
    Okazuje się, że jest ona również we mnie i we wszystkim co mnie otacza. Czy ta
    wspaniała przyroda nie jest znakiem przejawiania się, ISTNIENIA tej
    WSZECHMĄDREJ ISTOTY? Nagle zacząłem zauważać właśnie te zwykłe prozaiczne
    rzeczy, zacząłęm zwracać uwagę na mnóstwo szczegółów, których wcześniej nie
    widziałem. Szukałem wielkiego cudu, dowodu...paradoksalnie mając go prawie na
    własnym nosie(jak okulary Hilarego). Zacząłem wreszcie wierzyć w siłę
    modlitwy, a najważniejsze, że nie czuję się samotny.
    Efektem tej mojej "metamorfozy" czyli nawrócenia jest zupełnie inny pogląd
    na życie, cierpienie niż przedtem. Nie martwię się, że nie mam samochodu i że
    w sumie jestem przeciętniakiem. Ważne jakim jestem człowiekiem i co z siebie
    daję. Zrozumiałem też że nie żyję dla siebie. Zpokorniałem cieszę się tym co
    los przyniesie. A jeśli przynosi cierpienie to nie wykrzykuję że mi źle...bo w
    sumie nic mi się nie należy. Po prostu je dźwigam. Bez pretensji, z pokorą.
    Cierpienie jest nieodłączne z egzystencją człowieka, podobnie jak szczęście.
    Tyle, że cierpienie chyba więcej uczy...
    Wierzę, że Piotr odbił się od dna podobnie jak ja, może nie na płaszczyźnie
    problemów egzystencjalnych, ale to i tak wielki sukces.
  • storytel 26.07.03, 05:05
    życie to są gówniane drobne sprawy, TO JEST ROBIENIE MAKARONU,
  • storytel 26.07.03, 08:35
    właśnie zrobiłem wczoraj taki MAKARON, k..., jeb..., przepraszam za wyrażonko,
    z orkisza; mieliłem chyba przez godzinę to ziarno, bo młynek taki, że od d...
    rozbić, ale na inny mnie nie stać - nie nie o forsę chodzi, po prostu nie chce
    mi się iść i kupić, a poza tym jeszcze jeden grat w kuchni, po co? -, no więc
    po tym mieleniu bolały mnie uda jak ch..., bo musiałem ten młynek ściskać
    jakbym miał z nim orgazm PRZEZ GODZINE! ale zmieliłem w końcu, nawet nieźle
    wyszło, później wziąłem się za wygniatanie ciasta, 1godz., oczywiście wyszło
    za wolne, więc musiałem wziąść poprawkę - zmielić więcej mąki i gnieść od
    nowa -, 1/2 godz., to już były 2,5 z tego nadmiaru, który mam tutaj na tej
    komicznej planetce do dyspozycji, gotowanie tego makaronu to była naprawdę już
    prostota, no i reszta do tego : pomidory i kabaczki i takie tam, pociąłem i na
    patelnię do duszenia, później olej na to; niebo w gębie, te wszystkie ze
    sklepów mogą się schować;
    to taki jeden gówniany drobiazg, którym zapycham czas w tym domu wariatów -
    popatrz dookoła co się wyrabia! -, napisz może, czym ty, tylko nie pisz o
    mamusi, tatusiu i braciszku, bo to mnie nie interesuje, o tym nie warto nawet
    wspominać,
    ta planetka to buda, poprawczak, albo ch... wie co, nazwij jak chcesz, jeżeli
    tu jesteś znaczy, że coś tam przeskrobałeś, problem polega na tym, że nie
    wiesz wyraźnie co, nie dostałeś do ręki wyroku, dlatego wszystko na spokojnie,
    nie daj się popędzać, najgorsze są te bicze w głowie, to je puść, zabij, skop
    kogo chcesz, myślisz że tego nie robiłem, to jest piekło, ale bez tego nie
    pójdziesz dalej, po zabiciu i skopaniu nie leć do przodu, bo nie ma takiego,
    tylko siądź, jesteś wolny, zrób coś gównianego, drobnego, nieważnego, albo nie
    rób nic, gap się w okno - sam robię to do dziesięciu godzin na dzień jak mam
    ochotę i napisz, ciekaw jestem co to takiego, albo nie pisz nic, ZYJ NA LUZIE,
    INNYM G... DO TEGO
    pozdr.
  • dariusz-m 26.07.03, 05:58
    Dlaczego nie chcesz zobaczyć końca tego zabawnego (żałosnego) trwania?
    Masz jedno życie, drugiej szansy nie będzie. Rezygnować dobrowolnie!!! Żenada.
    Zaszalej, idź na dziwki, uchlej się jak świnia, kup sobie parę zabawek!!!
    TRWAJ
    Walnij Prozac i nie pieprz bzdur. Nie przejmuj się rolą. Za dużo nie myśl, nie
    czytaj, bierz życie jakim jest. Patrz na to jak na film.
    Pozdrawiam
    PS W życiu piękne są tylko chwile.
  • mam_dosc 26.07.03, 14:33
    Podoba mi sie co napisales. I chce tylko spytac: czy cierpienie rozumiesz tak
    samo jak Job w Ksiedze Joba w Biblii?

  • biedronka14 26.07.03, 22:27
    Piotrze, trzymaj sie :))))))))))))))))))))))))))))
  • dziczu 27.07.03, 00:25
    Cierpienie często jest przyczyną depresji. Wydaje mi się jednak, że bardzo
    dużo zależy od naszego światopoglądu. Czasami żyjemy tak, jakby cierpienia nie
    było, nastawieni na odczuwanie szczęścia i radości nie potrafimy znieść
    cierpienia, gdy się nam takowe przytrafi. A przecież nikt nie obiecywał nam
    raju na ziemi...Podobnie jak istnieje dobro i zło, tak też i szczęście
    przeplata się wraz z cierpieniem. Wydaje się to tak oczywiste, a dopiero w
    życiu widać, że tak naprawdę nie potrafimy go znieść, a tym bardziej
    zaakceptować. Ponadto często postrzegamy cierpienie jako upiornego wroga, jako
    wielką niesprawiedliwość. Do szczęścia zaś uzurpujemy wręcz sobie prawo...
    Póki nie zrozumiemy, że te dwie "skrajności" współistnieją ze sobą jak ręka
    i palec, tworząc "kolory" życia, a co za tym idzie smutki i radości, nigdy nie
    będziemy umieli spojrzeć w oczy cierpieniu i ZAWSZE będziemy od niego uciekać
    (chociażby popełniając samobójstwo), zawsze będzie nam czegoś brakować i nigdy
    nie nauczymy się przeżywać życia takim jakie ono jest.
    Zapominamy też często o bardzo ważnym aspekcie cierpienia: ono też pewnych
    rzeczy uczy, na pewne sprawy otwiera oczy (np. na innego człowieka-
    wspólczucie), a przede wszystkim ŁĄCZY ludzi. Cierpienie jest wielką tajemnicą
    i trzeba wiele wysiłku, by je zrozumieć i zaakceptować. Ale póki człowiek nie
    będzie rozumiał sensu cierpienia, zawsze będzie się buntował, zawsze będzie
    rozgoryczony życiem. Obserwując życie niektórych ludzi widać, że w pewnym
    sensie cierpienie było potrzebne, aby się pogodzili, aby zrozumieli to, czy
    tamto. Zresztą to chyba w cierpieniu człowiek staje się naprawdę człowiekiem.
    Mam wrażenie, że depresja często (może nie zawsze) towarzyszy ludziom, w
    których światopoglądzie brakuje właściwie pojętego ogniwa jakim jest
    cierpienie. Może inaczej ich "opcja" życiowa pomijała ten nieuchronny i w
    sumie oczywisty składnik. W depresji dotykają dna, straszliwego cierpienia,
    którego nie akceptują. W jakiejś książce o depresji czytałem, że jest ona
    właśnie niektórym potrzebna, żeby wreszcie otworzyć oczy właśnie na tą prawdę
    i wielką tajemnicę za razem.
    Mam pytałeś, czy rozumiem cierpienie jak w księdze Hioba...Może tak, może
    nie. Niewątpliwym jest faktem, że ta księga mówi dużo o cierpieniu. Dochodzi
    jeszcze fakt, że Hiob ma wrażenie, iż jest ono niezasłużone, niesprwiedliwe.
    Niesprawiedliwe na ludzki sposóp pojmowania oczywiście...
    W końcu nie bez powodu Papież powiedział: małżeństwo to jedna z dróg
    uświęcenia, nawet jeśli miałoby być drogą krzyżową...wynikałoby z tego, że
    cierpienie również prowadzi do świętości.
  • mam_dosc 27.07.03, 04:29
    dziczu napisała:

    > zrozumieli to, czy
    > tamto. Zresztą to chyba w cierpieniu człowiek staje się naprawdę człowiekiem.
    > Mam wrażenie, że depresja często (może nie zawsze) towarzyszy ludziom, w
    > których światopoglądzie brakuje właściwie pojętego ogniwa jakim jest
    > cierpienie.

    Powiem Tobie ze w swoim zyciu przeszlam przez wiele cierpien. I moge
    zaakceptowac chorobe, smierc bliskich, dziecka, ale nigdy depresji.
    POzbawia ona czlowieka checi do zycia. Gdzie tutaj jest ten sens? Jak mozna
    znoscic cierpienia? skad wziac sile jezeli depresja spycha Cie na margines
    zycia??? Nie mowie o depresji spowodowanej okolicznosciami, ale depresji
    bezwarunkowej. Niby niczym nie spowodowanej. Gdzie tutaj jest sprawiedliwosc?
    I gdzie tutaj mozna zobaczyc Boga? I jak bys sobie z tym poradzil, jezelil bys
    mial depresje, ktora odbiera Tobie zupelnie energie do zycia? Na ktora nie ma
    zadnych lekow? Co ma za sens tego rodzaju cierpienie? Jezeli nie masz sily byc
    pozyteczny dla innych, a jestes jedynie ich zmartwieniem?
  • jolkak1 27.07.03, 10:35
    Piotrusiu
    moze lepiej nas zawiadom konkretnie gdzie i kiedy to zrobisz to bedziesz miał
    publike a może jeszcze ktos sie prz
  • dziczu 27.07.03, 13:07
    Wiem, są różne rodzaje cierpienia: i te związane z okolicznościami i te
    bezwarunkowe (ja bym nazwał niesprecyzowane). W moim przekonaniu to drugie, o
    którym piszesz jest właśnie owym piszczącym, nieświadomym cierpieniem duszy
    samotnej, pozbawionej ścisłej łączności ze Stwórcą. Pisałem na ten temat
    obszerniej w którymś z wcześniejszych postów, pisałem również jaka była moja
    historia (która zakończyła się odnalezieniem tego drugiego wszechistniejącego
    TY-Boga). Musiałem odbić się od dna, ale najpierw go doświadczyć i gorzko
    zapłakać.
    Jest świetna książka, która pewne rzeczy mi wyjaśniła i w sumie bardzo
    pomogła. Jest to niewielka pozycja Wunibalda Mullera pt. "Jak wyjść z
    depresji". Chyba ta książka dałaby wiele odpowiedzi na twoje pytanka. To, co
    mnie w niej urzekło to to, że nie podchodzi autor do problemu depresji tylko z
    punktu medycznego, psychologicznego czy psychiatrycznego widzenia. Oczywiście
    takie wątki też porusza, ale dla mnie najbardziej uświadamiające i budujące
    było to, że autor "liczy" się z duszą, cierpiącą duszą człowieka która nie
    znajduje pocieszenia w świecie pozornych wartości(bogactwa, władzy czy sławy).
    Wg tej opcji myślenia depresja wzywa do poszukiwania oparcia, ta niesamowita
    pustka jest wynikiem braku Boga. Pomyśl o tym i potraktuj swoją depresję jako
    pewien etap poszukiwania sensu, jako BODZIEC KU PRZEMIANIE WEWNĘTRZNEJ.
    Depresja często jest sygnałem w kierunku tego, co wymaga pewnej korekty w
    naszym życiu. Jeśli tak potraktujesz swoją chorobę wierzę że znajdziesz siły
    do odbicia się od dna. Ja przynajmniej tak to rozumiem i właśnie w taki sposób
    znalazłem wyjście, a co najważniejsze złapałem grunt pod nogami. Powodzenia
    Jeśli masz wątpliwości napisz.
  • mam_dosc 28.07.03, 02:52
    dziczu napisała:

    > > naszym życiu. Jeśli tak potraktujesz swoją chorobę wierzę że znajdziesz
    siły
    > do odbicia się od dna. Ja przynajmniej tak to rozumiem i właśnie w taki
    sposób
    > znalazłem wyjście, a co najważniejsze złapałem grunt pod nogami. Powodzenia
    > Jeśli masz wątpliwości napisz.

    Zawsze czytam dokladnie Twoje posty, naprawde mi pomagaja. Pisz prosze, moze
    Bog przez Ciebie przemawia by mi pomoc :)))))
  • dziczu 28.07.03, 20:54
    Cieszę się, że pomógł Ci mój post. To naprawdę cieszy, widać, że nie na darmo
    dzielę się moimi przeżyciami i jeśli ma to być dla kogoś małym światełkiem na
    ciernistej drodze to świetnie. Wydaje mi się, że jest na tym forum bardzo dużo
    listów o niemocy, bezsilności. Mało jest budujących, które mają coś do
    zaproponowania. A przecież po to istnieje forum o depresji, aby się podnieść z
    tej beznadzieji. Wierzę Mam, że się podniesiesz...Ale prócz tego wszystkiego,
    o czym wcześniej pisałam jest podstawowy warunek: MUSISZ CHCIEĆ SIĘ PODNIEŚĆ.
    Nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Musisz też wiedzieć, że nie podniesiesz
    się od razu, jest to proces wymagający czasu. Daj sobie czas, widzisz Niebora
    dał sobie czas (to już duży kroczek do sukcesu). Z pewnością nie wyjdziesz z
    depresji od razu. Będziesz jeszcze wiele razy upadał i podnosił się jak
    dziecko. Aż pewnego dnia staniesz mocno na nogach czując grunt pod stopami,
    którego tak Ci brakowało. Będzie Ci prościej, bo chyba wiesz czego się
    chwycić. Pokonasz tę wielką górę niepewności i bezsensu bo wiesz, w którą
    stronę podążasz(przynajmniej to da się odczuć czytając Twoje posty). Pamiętaj
    depresja to pewien etap, próg a może nawet próba. Wszystko ma sens, nawet
    właściwie przeżyta i potraktowana depresja. Potrzeba też cierpliwości, aż
    słońce zaświta. Cierpliwości i zaufania, że wszystko ma sens, cierpienie ma
    sens...
    Pozdrawiam, życzę abyś Mam dostrzegła przez te ciemne chmury promyki słońca,
    ale musisz CHCIEĆ. Pod koniec tygodnia wybieram się w góry ale jak wrócę to
    będę ciekawa jak tam u ciebie.
  • mam_dosc 02.08.03, 03:50
    dziczu napisała:

    > ale musisz CHCIEĆ. Pod koniec tygodnia wybieram się w góry ale jak wrócę to
    > będę ciekawa jak tam u ciebie.

    DZIEKUJE :))))))
  • empeka 27.07.03, 15:18
    Witaj Piotrze!

    Mam ochote widziec Twoj watek jak najwyzej. I dawaj co jakis czas
    glos, lepiej sie wtedy czuje.

    Teraz wyjezdzam na kilka dni, ale prosze, odzywaj sie.

    M
  • bialypies 29.07.03, 06:08
    Piekny post..Ani przez chwile nie mialem watpliwosci ze bedzie nastepny.Nawet
    jak na schizofrenie jestes szalenie inteligentny.Fajna zabawa szczegolnie jak
    sie ma wszystkie kody do tej gry(ja mam). Tylko nie wolno aby ktos plakal -jak
    kolezanka ,ktora do Ciebie dzwonila .Bo nigdy nie wiemy jaka jest jej odpornosc
    i czy nie wykona ruchu ktory Ty powiedziales SZACH a ona MAT.Widzialem
    identyczna zabawe --koles zagral va banque i ta co go ratowac chciala w obliczu
    jego pas wyszla przez okno z 9 pietra.Masz jednak nerwy chlopie.Uzyles okolo 50
    slow ,ktorych sie nie wypowiada w depresji.Juz rozladowales swoje napiecie--jak
    kapral w wojsku na szeregowych.I powinienes zrobic uzytek na korzysc innych
    ludzi ze swojego baniaka.Masz duzo sily i pomagaj na tym forum innym.Naprawde
    mozesz i masz wielki talent .Czytalem Cie z przyjemnoscia.Twoje poslannictwo to
    pomoc innym naprawde zagubionym ludziom.Trzymaj sie i nie pogniewaj sie za
    slowa prawdy.Prawdy sa trzy --moja prawda,Twoja prawda i gowno prawda ;) teraz
    czarnypies
  • niebora 30.07.03, 14:45
    Dziczu jest w błędzie. Wierzę w Boga choć nie zawsze wierzę w dogmaty
    ustanowione przez Kościół. Mam wątpliwości. Świadkowie Jehowy też wierzą, ale
    ich wiara jest bardziej optymistyczna - nie ma w niej kary wiecznego
    potępienia, nie ma nieśmiertelnej duszy. Jest tylko wskrzeszenie - nagroda dla
    wybranych. Niestety nikt z nas nie może wiedzieć gdzie leży prawda, co jest po
    tamtej stronie. I boję się, że Bóg może nie być wszechmocny i wszechmiłosierny,
    że może istnieć kara wiecznego potępienia. Zwłaszcza ta dla samobójców.
    Szukałem i znajdowałem argumenty za tym, że nie zawsze doktryna Kościoła jest
    spójna z przekazami leżącymi u źródeł wiary. Spójrzcie np. do "Księgi rodzaju" -
    rozdział I, wers 27 - 31 oraz rozdział VI, wers 1-7. Już na początku stworzenia
    Bóg nie był wszechmocny, nie potrafił zaradzić złu. Pojął, że popełnił błąd i
    chciał wszystko cofnąć. A "synowie boży" biorący ludzkie córki za żony oraz ich
    potomstwo - "olbrzymowie" i "mocarze" ? Kim byli ? Dlaczego potem znikają w
    źródłach przekazu ?
    Napisałem ten post bo boję się swojej decyzji. Szukam akceptacji dla siebie i
    tego, co chcę zrobić. Bo samobójstwo to agresja wobec cierpienia, której nie da
    się uzewnętrznić i kieruje się ją przeciwko sobie. Oczekiwałem na słowa Blue,
    Kkx, G.I.Jane, Weroniki, Hawa, Lamarty, Loo, Pollki, Mamdość. Jednak pojawili
    się również Dziczu, Kamill, Nww, Czarny, Wawai, Dariusz-m. Znowu przypomnieli
    mi wizję tego, co może nastąpić "po". Ukazali ludzką omylność i jej
    konsekwencje.
    Dziczu umiał znaleźć i przedstawić argumenty, z których jedne są marchewką,
    drugie batem.
    Wczoraj posłuchałem rady Sylwki i poszedłem do lekarza. Znowu seronil,
    anafranil, mianserin i relanium. Tylko w większych dawkach niż poprzednio. A
    koncepcja Białegopsa ? 50 słów, których nie wypowiada się w depresji ? Bzdura.
    Nie przeczytał nawet uważnie tego co napisałem. Albo po prostu nie zrozumiał. O
    depresji jest tam raczej niewiele. Tylko, że mnie na nią leczą. Bo leczą to, co
    mogą leczyć. Podnoszą mi poziom serotoniny i tyle. Astenicznej, schizoidalnej
    osobowości raczej się nie da. Tak jak mechanizmów obronnych w postaci
    egocentryzmu, przeniesień, regresów oraz pełnej świadomości własnej,
    systematycznej i nieuchronnej degradacji. Przecież ja widzę jak staczam się
    coraz niżej. To jest jak rak, tylko że człowiek chce umrzeć, a nie może.
    Za miesiąc leki mnie "przygłuszą" i pewnie będzie mi wszystko jedno. Będę żył
    ale nie zechce mi się do was napisać. Ale dziś bardzo chcę. Bardzo chcę Wam
    powiedzieć jak bardzo jesteście mi bliscy, że dzięki Wam nie czuję się taki
    samotny.
    Pozdrawiam. Piotr

  • looserka 30.07.03, 15:46
    Wiem,że z depresją żyję się trochę jak z wyrokiem. Wiem,że trudno łudzić się,
    po tylu latach leczenia,że pewnego dnia wszystko to minie bezpowrotnie.Wiem,że
    nawet w okresach,gdy depresja cofa się i "jest dobrze", radość,jakiej doznaje
    się z Zycia nigdy nie jest już tak intesywna ani taka sama jak przed chorobą.
    Albo trzeba to zaakceptować w imię czegokolwiek, kogokolwiek...albo odejść. Ja
    wybieram jeszcze trwanie w imię poczucia obowiązku(rodzina) oraz tych małych,
    krótkich chwil radości,które jednak przydarzają się w dobrych okresach. Wiem,że
    Ona wróci i nigdy nie mogę przewidzieć jak to będzie następnym razem i co
    wówczas zrobię. Dlatego nie odbieram innym prawa wyboru do niebycia. Ale mimo
    wszystko chciałabym, aby zostali tu wśród nas - Ty,Piotrze i inni,którzy
    cierpią podobnie. Może dlatego,iż wierzę, że zawsze może udać się wyrwać z tego
    istnienia doczesnego jakiś mały,ładny kawałeczek lub dać coś z siebie innym.
    Jestem pewna, że jestes tu potrzebny, tu i teraz, chociaż nie potrafię dac
    konkretnej odpowiedzi - po co i komu?
    Tak czy inaczej odezwij sie choć od czasu do czasu, daj znać,że jesteś.
    Jestem z Tobą
    loo
  • dziczu 30.07.03, 16:22
    Polecam dobre, sprawdzone komentarze do Księgi Rodzaju (np. wydawnictwa Biblos)
    a nie branie słówek dosłownie i to wyjętych z kontekstu. Zajrzyj do historii,
    egzegezy tych tekstów, bowiem bez niej nie zinterpretujesz ich właściwie.
    Jeśli tego nie uczynisz, to będziesz tak KALECZYŁ Pismo Święte jak uczyniłeś
    powyżej. Zło jest wynikiem błędu człowieka, a nie Boga. To człowiek obdarzony
    wolną wolą wybiera. Takie są konsekwencje źle pojętej wolności człowieka. Bóg
    dał wolną wolę człowiekowi by ten mógł wybierać między dobrem a złem. Bóg tak
    ukochał człowieka już na początku świata, że nie mógł nie szanować jego
    wolności.
    Zastanów się Piotrze co piszesz, bo wygląda mi na to że mamy do czynienia
    ze świadkiem Jehowy. Oni właśnie mają taki sposób interpretacji Pisma w sposób
    dosłowny i to wyrwany często z kontekstu bez liczenia się z historią powstania
    tekstu. Zresztą Piotrze nie ukrywasz skłonności do Jehowych.
    Poza tym jeśli piszesz, że pisałeś na forum po to, by usłyszeć słowa
    akceptacji, to świadczy, że właściwie nie była Ci potrzebna pomoc, bo ty z
    góry szukałeś potwierdzenia dla swoich tez a nie pomocy. Szukasz ludzi
    myślących podobnie i chyba nie liczysz się z "ryzykiem" popełnienia błędu
    przez siebie. Chyba nie dopuszczasz do siebie myśli, że twój światopogląd może
    być mylny, a kto inny może być bliżej prawdy niż Ty. Zresztą sprawa rozważań o
    religii wygląda podobnie: jesteś skłonny wybierać opcje wygodne i jak
    najbardziej zbliżone do Twoich oczekiwań. Z takim nastawieniem w sumie jesteś
    zamknięty na pomoc sobie. Po co tu więc piszemy?
    W Pana Boga wierzysz ale nie takiego jakiego przedstawia religia
    katolicka, tylko w takiego jakiego Ty sobie wymyśliłeś, ewentualnie w obraz
    przedstawiany u Jehowych. Nie jestem przeciwko tej religii, ale dla mnie liczy
    się w religi nie tyle filozofia Boga, ale propozycja zbliżenia się do niego,
    pewien wzorzec, którym warto kroczyć. Przykro mi Piotrze ale Twoja propozycja
    nie jest na pewno sposobem ZASŁUŻENIA sobie na cokolwiek, nawet jeśli nie
    byłoby niebem...
  • dziczu 30.07.03, 16:26
    Zgadzam się z LOOSERKĄ. Warto istnieć choćby dla tych małych drobnych radości.
    One też o czymś świadczą.
  • niebora 30.07.03, 21:05
    Dziczu;
    Prawo jest prawem. Pismo święte pismem. Czasami egzegeza zamienia się w
    falandyzację. Czy wiesz, w którym roku Kościół uznał, że kobieta ma duszę ?
    A zresztą po co mam szukać argumentów. Niech przemówi pismo:
    "I stało się, gdy się ludzie poczęli rozmnażać na ziemi, a córki im się
    zrodziły;
    Że, widząc synowie Boży córki ludzkie, iż były piękne, brali je sobie za żony,
    ze wszystkich, które sobie upodobali."
    " A byli olbrzymowie na ziemi w one dni; nawet i potem, gdy weszli synowie Boży
    do córek ludzkich, rodziły im syny. A cić są mocarze, którzy od wieku byli
    mężowie sławni.
    A widząc Pan, że wielka była złość ludzka na ziemi, a wszystko zmyślanie myśli
    serca ich tylko złe było po wszystkie dni;
    Żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi, i bolał w sercu swem.
    I rzekł Pan. Wygładzę człowieka, któregom stworzył z oblicza ziemi, od
    człowieka aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego; bo mi
    żal żem je uczynił."
    Jakiej tu można dokonać egzegezy ? Logiczno-językowej ? Systemowej ?
    Funkcjonalnej ? Pewnie tak. Kiedyś władcy potrafili nawet dokonać egzegezy, z
    której wynikało, że ich władza pochodzi od Boga, a chłop pańszczyźniany jest
    nim też dlatego, że Bóg tak chciał.
    Dziczu, a co ze słowami naszej codziennej modlitwy ? "I nie wódź nas na
    pokuszenie.." To Bóg zamiast nas chronić wodzi nas na pokuszenie ? Ja tam
    zawsze byłem pewien, że Diabeł. A skoro już Bóg nas zwiedzie ? Jak będziemy
    przed nim za to odpowiadać ? Czy tylko sprawstwo, czy również podżeganie jest
    karalne ? A może to taki "zakup kontrolowany" ?
    Mam mnóstwo wątpliwości. Bo dlaczego niby uznać, że to kościół rzymsko-
    katolicki ma rację, a grekokatolicki, protestancki, czy Świadkowie Jehowy nie ?
    Tobie wydaje się, że pojąłeś jedyną i uniwersalną prawdę. Uważasz, że znasz
    odpowiedź na wszystko. A przecież to tylko wiara. Trwająca krócej niż wiara w
    Ozyrysa, dłużej niż wiara w monarchię, demokrację, komunizm, ale tylko wiara.
    Taka sama jak kiedyś ta, że Ziemia jest płaska, a Słońce krąży wokół niej. Też
    na egzegezie oparta.
    Ja mam mnóstwo wątpliwości, bo w dziejach ludzkości było już mnóstwo dogmatów,
    które odeszły w zapomnienie. Było mnóstwo ludzi, którzy palili na stosie tych,
    co twierdzili inaczej. Nie chcę być taki. Więc nigdy nie będę wpierał Żydowi,
    Buddyście czy Świadkowi Jehowy, że są w błędzie, że ich wiara prowadzi donikąd.
    Jak powiedziałeś każdy ma wybór. I sumienie.
    Może w końcu przejdę na tamtą stronę i wtedy się dowiem.
    Pozdrawiam. Piotr
  • g.i.jane 30.07.03, 22:02
    Piotrze, jak piszesz o Bogu to nie mogę uwierzyć w to co czytam. Wierzę
    dokładnie tak jak Ty!!! Najlepsze jest to, że ja naprawdę zrozumiałam o co
    Bogu może chodzić dopiero parę miesięcy temu!!! I wpadłam na to nagle któregoś
    dnia!!! Przedtem myślałam, że cały ten niesamowicie przecież okrutny świat to
    wynalazek diabła.

    Dziczu, czy Ty nie jesteś katolickim księdzem?
  • dziczu 30.07.03, 22:29
    Księdzem nie, ale KATOLIKIEM, nie tylko z nazwy...
    Będąc w małżeństwie od kilku lat trudno byłoby być ksiedzem. Ha ha o to
    jeszcze mnie nikt nie posądzał.
    Pytanie do Piotra:a czy Ty nie jesteś może lekarzem psychiatrą lub
    psychologiem?
  • dziczu 30.07.03, 22:22
    Nibora napisał: "Jakiej tu można dokonać egzegezy ? Logiczno-językowej ?
    Systemowej ?
    Funkcjonalnej ? Pewnie tak. Kiedyś władcy potrafili nawet dokonać egzegezy, z
    której wynikało, że ich władza pochodzi od Boga, a chłop pańszczyźniany jest
    nim też dlatego, że Bóg tak chciał"- wówczas taka była pobożność. Nie wolno
    zapominać, ze ktoś kto nie znał Nowego Testamentu(bo mogło go jeszcze po
    prostu nie być), pozbawiony był tego uzupełnionego i WYJAŚNIONEGO orędzia,
    które przyniósł Chrystus.
    Oj Niebora, Niebora!!! Jesteś wymagającym dyskutantem. Mam wrażenie, że
    pływasz koło różnych rzeczy i nie wiesz, której się chwycić. Ale to dobrze, że
    zastanawiasz się nad "ponadludzkimi" sprawami....w koło jest tak dużo ludzi
    pustych, z którymi nie ma co dyskutować. Z Tobą się do końca nie zgadzam, ale
    podyskutować warto...
    No więc jeśli chodzi o egzegezę Pisma Świetego to można dokonać takiej jak
    pisałeś. Ale zapomniałeś chyba o niezwykle istotnym punkcie, a mianowicie:
    kontekst historyczno-kulturowy. On wiele wyjaśnia. Pewien zlepek słów, który
    dziś wspólcześnie rozumiemy tak a nie inaczej, w kulturze pierwszych
    chrześcijan, albo jeszcze wcześniej w kulturach starożytnych plemion
    ten "zlepek" miał zupełnie inne znaczenie. Trzeba najpierw dobrze poznać
    realia zycia tamtych kultur, by dziś dokonywać interpretacji co Ci ludzie
    przed wiekami chcieli przekazać. Nie traktuj egzegezy Pisma Swiętego tak jakby
    było ono współczesną książką.
    A jeśli chodzi o poruszaną sprawę kuszenia: to właśnie egzegeza ukazuje, że
    pojęcie greckie <kuszenie> jest bardzo trudne do przetłumaczenia; inne jego
    warianty to <abyśmy nie ulegli pokusie> czy <nie pozwól byśmy doznali
    pokusy>. "wierny jest BÓG i nie dozwoli was kusić ponadto, co potraficie
    znieść, lecz zsyłając pokusę równocześnie wskaze sposób jej pokonania, abyście
    mogli przetrwać". Bóg nie kusi tylko zsyła pewne okoliczności. Sama pokusa
    przecież nie jest grzechem, to NASZE ZACHOWANIE WOBEC POKUSY MOŻE BYĆ
    GRZECHEM< BADŻ NIE. Pokusa może byc pewną okolicznościa, próbą....wzywającą do
    określonej postawy. Nie widzę więc w tym żadnego paradoksu, a który Ty
    odwazyłes się sugerowac. Widzisz więc Piotrze jakie popełnia człowiek błędy
    tłumacząc sobie Pismo bez opracowań, egzegezy czy historii. Czy nie myślałeś
    jakie to by wychodziły bzdury, gdyby człowiek tak dosłownie interpretował
    wszystkie wersy. Pewnych rzeczy nawet nie zrozumiemy, bo starożytni ludzie
    mieli zupełnie inną filozofię niż człowiek współczesny. Dziwne: prastarzy i
    zacofani... To co tak zachwyca i ich wyróżnia to ich niezwykła pokora i
    pobożność. Przesłanie proroków (przed Chrystusem) było dla nich
    niepretensjonalną wytyczną życia. Szanowali tę prawdę i nie mieli takich
    watpliwości. Nie mieli styczności z innymi pogladami czy religią i zachowali
    sens. My żyjemy we współczesnym świecie, w którym niewątpliwie nastąpił kryzys
    autorytetów. Dostęp do wszelkich informacji i ich "expresowy" przepływ
    spowodował ścieranie sie autorytetów, ścieranie filozofii, religii i
    światopogladów, sekt. Człowiek traci grunt, na którym stał w dzieciństwie
    karmiony filozofia rodziców. Okazuje się kolejny raz, że kiedy ZA DUŻO WIEMY
    TO TA WIEDZA OBRACA SIE PRZECIWKO NAM (inny przypadek to medycyna i
    experymenty naukowe). Toniemy w morzu wielości, samodzielności i
    wolności....do tego stopnia, że wielu z nas nienawidzi swoich własnych
    rodziców. Już nawet oni nie sa naszym autorytetem. Człowiek stał się
    rozregulowaną busolą w świecie w którym jest potworny kryzys wartości. Okazuje
    sie że prawda jest dla kazdego inna. Ja to szanuję, ze nie myślisz tak jak ja.
    Tylko myśląc tak globalnie to do czego to wszystko prowadzi?
    Teraz już wiesz jak wazne jest znalezienie gruntu pod nogami. Inaczej
    utoniesz wraz z wątpliwościami. Czasem lepiej za duzo nie myśleć tylko ZAUFAĆ>
    Pozdrawiam.
  • dziczu 30.07.03, 22:44
    "Mam mnóstwo wątpliwości. Bo dlaczego niby uznać, że to kościół rzymsko-
    katolicki ma rację, a grekokatolicki, protestancki, czy Świadkowie Jehowy nie ?
    Tobie wydaje się, że pojąłeś jedyną i uniwersalną prawdę. Uważasz, że znasz
    odpowiedź na wszystko. A przecież to tylko wiara. Trwająca krócej niż wiara w
    Ozyrysa, dłużej niż wiara w monarchię, demokrację, komunizm, ale tylko wiara.
    Taka sama jak kiedyś ta, że Ziemia jest płaska, a Słońce krąży wokół niej. Też
    na egzegezie oparta".
    Dla mnie wiara to nie tylko zlepek filozofii ale przede wszystkim POSTAWA.
    Ponieważ religia jakakolwiek, jak zauważyłeś jest ich wiele, daje nie tylko
    odpowiedź szukającym, ale także WYMAGA. Wielu robi tak, że jeśli te wymagania
    nie pasują do widzimisie to po prostu spływa gdzie indziej.
    Jeśli będziesz traktował Piotrze każdą religie jako TYLKO WIARĘ to nigdy
    nigdzie nie dobijesz do przystani, nie zagrzejesz miejsca tylko będziesz się
    błąkał to tu to tam w gąszczu NIEBEZPIECZNEJ wielości. Jesteś wolny, ale w
    sumie jaki masz z tego pożytek? Sam nie wiesz co prawdziwe, co słuszne i w
    sumie popadasz w depresję. Dopadł Cię kryzys autorytetu w bardzo szerokim tego
    słowa znaczeniu. Może pomożemy Ci wypłynąć,,,
  • scarlet53 30.07.03, 18:19
    Od kilku sledzę dyskusję na Twój temat Piotrze. I daje slowo byłam przekonana,
    że świetnie zamanipulowałes ludźmi. Gratuluję!. Wywołałeś i mnie do "tablicy".
    Musze przyznac, iz w pierwszym odruchu chcialam Cie odnależć i powstrzymać od
    zrobienia czegoś , czego byś juz nigdy nie odwrócił:)A my wszyscy chcący Ci
    pomóc zostalibysmy w poczuciu bezsilności. Ja mam wrazenie, ze chciałes zwrócic
    na siebie uwagę. Ciesze sie, ze Ci się to udało. Jeżeli czujesz sie
    samotny "wołaj o pomoc" i nie wstydż sie tego, krzycz i poruszaj serca ludzi.
    Masz do tego prawo! Nikt nie może byc sam! . W chwili , kiedy poczułes sie tak
    bardzo samotny i straciłes sens zycia - mysle, ze zabrakło Ci miłości. Nam
    wszystkim brakuje miłości i dlatego chorujemy. Ja tez przeszłam cięzka i do
    tego niejedną depresję, ale dzięki miłości - żyję i jestem!. A może do
    Ciebie... "Bóg wpadł, ale tylko na chwilę?" Pozdrawiam niezwykle ciepło :)
  • kkx 30.07.03, 20:16
    obrazek ktory przedstawia moja wizje wlasnego zycia - walacy sie wiezowiec w
    spowolnalym tempie
    monotonnie nieskonczenie
    szum kruszacych sie i spadajacych scian

    przepraszam ze pisze tu
    nie na temat ale to bylo otwarte
    lubie Cie czytac Piotrze
  • niebora 31.07.03, 10:46
    Witajcie;
    Po kilku rolkach czuję przyjemne odprężenie. Zanim zaczną działać inhibitory
    zwrotnego wychwytu serotoniny musi upłynąć kilka dni. Ale mogę pisać na
    spokojnie, bez nadmiaru emocji.
    Dziczu, jestem urzędnikiem. Mam wykształcenie prawnicze, bez aplikacji. Bardzo
    trafnie zauważyłeś, że nie da się dokonać wykładni pisma świętego wyłącznie w
    oparciu o reguły logiczno-językowe, funkcjonalne i systemowe. Upłynęły tysiące
    lat, pierwotne teksty były wielokrotnie przepisywane i interpretowane.
    Konieczne jest odtworzenie łańcucha dziejów i zrozumienie przekazów w
    kontekście historyczno-kulturowym. Mamy więc do czynienia z bardzo trudnym i
    skomplikowanym zadaniem zrozumienia słów, wartości, zwyczajów i psychiki ludzi
    starożytnych. Czy możliwe jest ustalenie ich prawdziwej treści ? Znowu same
    wątpliwości. Na codzień mam do czynienia z egzegezą współczesnych, tworzonych w
    ciągu kilku ostatnich lat, tekstów prawnych w postaci ustaw. Dwie identyczne
    sprawy znajdują często dwa, a nieraz cztery różne rozstrzygnięcia po przejściu
    przez kilka składów orzekających. Nawet NSA, czy Sąd Najwyższy mający czuwać
    nad jednolitością wykładni dokonuje jej w odmienny sposób w podobnych sprawach.
    Niemożliwym jest więc przyjęcie, że akurat doktryna rzymskokatolicka oparta
    jest na jedynie słusznej interpretacji pisma.
    Jeśli religia ma być postawą, to ta postawa musi być oparta na niezłomnym
    przekonaniu, że dogmaty, wartości, system oceny ludzkiego postępowania
    narzucany przez religię jest słuszny i prawdziwy. Jednym słowem podstawą
    postawy jest wiara. I tu zgadzam się z Tobą, że przyczyną problemów człowieka
    współczesnego jest kryzys autorytetów i wartości, zanik hierarchii i więzi
    społecznych, brak wiary ! Wiemy za dużo i ten nadmiar wiedzy obraca się
    przeciwko nam. Sam tego doświadczam. Pisałem już chyba, że większym obciążeniem
    niż choroba jest dla mnie świadomość jej przyczyn, objawów i skutków.
    Masz też rację, że grunt usuwa mi się spod nóg. W życiu osobistym, zawodowym i
    duchowym. Jeszcze w poprzedniej dyskusji na forum pisałem, że żona poprosiła
    mnie żebym się wyprowadził. Zerwałem kontakty z matką, bratem i przyjaciółmi.
    Została mi tylko Sówka, która zrobiłaby wszystko żeby mi pomóc, ale sama ma
    podobne problemy i z wielkim trudem je pokonuje. Jeszcze 5 lat temu miałem
    własną firmę i zarabiałem pięciokrotnie więcej niż teraz. Za pensję urzędnika
    nie stać mnie nawet na utrzymanie samochodu, którym kiedyś jeździłem.
    Przestronne mieszkanie musiałem zamienić na służbową kawalerkę. Ale nawet ta
    praca może okazać się za rok czy dwa zbyt trudna w stosunku do moich
    możliwości. W środku czuję pustkę, brak nadzieii i przekonanie, że może być
    tylko gorzej. Staczam się coraz niżej i czuję się zupełnie bezradny wobec
    problemów, które mnie otaczają.
    Scarlet ma rację, że chciałem zwrócić uwagę. Ale chyba bardziej na moralny
    problem, jakim jest samobójstwo, niż na siebie. Rozstrzygnięcie tego problemu
    stanowi bowiem o możliwości lub jej braku, jeśli chodzi o rozwiązanie
    wszystkich innych moich problemów.
    Tak jak Kkx, postrzegam moje życie jak wysoki i potężny niegdyś wieżowiec,
    który wali się w zwolnionym tempie ponieważ został zbudowany na złudzeniach i
    błędach zamiast solidnych fundamentów. Jego ściany powoli mnie przygniatają i
    boję się zostać w całkowitej ciemności ruin.
    Pozdrawiam. Piotr
  • blue_a 31.07.03, 10:57
    Ale jesteśmy i Cię czytamy.
  • samanta5 31.07.03, 17:41
    I pytanie - jak długo będziemy?
  • drzewko_pigwy 31.07.03, 21:52
    Bo to tak, jakby nagle wpaść do głębokiej, czarnej wody. Im bardziej się
    szarpiesz, tym bardziej prawdopodobne, że utoniesz. Jeśli próbujesz się czegoś
    chwytać, to okazuje się iluzją. Spokój. Tylko spokój może nas uratować. W tym
    momencie się o tym zapomina, ale przecież to logiczne, że w sytuacji
    ekstremalnej nie można podejmować ważnych decyzji. A człowiek próbuje
    podejmować najważniejszą: o życiu lub śmierci. Bo wtedy wydaje się, że widzisz
    wszytko jak na dłoni, jasno, jak nigdy przedtem. Ale to złudzenie. Trzeba
    wysłuchać tego słabiutkiego głosu rozsądku, który mówi: jesteś teraz
    niepoczytalny, odłóż wszystko na później. Ludziom, którzy tego nie znają wydaje
    się, że nie można być w sytuacji ekstremalnej siedząc w ciepłym, bezpiecznym
    pokoju. Można. I trzeba to w samym sobie uszanować. Nie potępiasz nikogo za
    brak nóg, prawda? Ani za to, że miewa zaburzenia rytmu serca? Jeśli choroba
    serca jest poważna, człowiek w dowolnym momencie może stanąć na granicy życia i
    śmierci. Człowiek z depresją także. Już sama świadomość tego to ciężar. I w
    chwili, kiedy najbardziej potrzebujesz odpowiedzi na pytanie: po co mam żyć,
    najtrudniej jest ją przyjąć. Ale nie dlatego, że odpowiedź jest zła, ale
    dlatego, że powstaje blokada na jej zaakceptowanie. Czasem boli tak, że
    chciałoby się wyrwać siebie z własnego ciała za włosy. Tylko że to niemożliwe,
    a w dodatku nic nie da. Lepiej poluzować. Ułożyć się płasko (jak uczą ratownicy
    wodni) i wołać o pomoc. A potem wystarczy już tylko dać się uratować.
    Pozdrawiam
    D.P.
  • samanta5 31.07.03, 22:56
    Można też wydobyć jednak siebie na powierzchnię i się sobie dobrze przyjrzeć.
  • dziczu 01.08.03, 00:40
    Zgadzam się z D.P. Faktycznie w tych naszych zawiłych dyskusjach
    zapomnieliśmy o spokoju...który jest w niektórych sytuacjach potrzebny, by
    spojrzeć na problem nieco inaczej. Spokój jest chyba uczuciem lub stanem
    umysłu najbardziej OBOJĘTNYM na emocje, a te z kolei są najgorszym doradcą.
    Tak spokój...tego potrzeba współczesnemu człowiekowi....by zatrzymać wir tych
    ciążących spraw i obowiązkow.
    Wiecie, to może śmieszne ale dziś byłam we Wrocławiu załatwić sprawę i w
    sumie stwierdziłam, że jest to tak paskudne miasto, tak chałaśliwe, tak
    zaludnione i rozkopane za razem, że ja mieszkając w tym mieście od razu
    dostałabym depresji. Straszne jest to miasto, kojarzy mi się z kotłem, od
    którego bucha... Okolica, w której mieszkamy jest istotna. Pomyśl o tym
    Piotrze czy Twoje miasto nie budzi w Tobie podobnych odczuć. Może i w nim
    zanurzają się korzenie Twojej depresji. Brak spokoju, chroniczny brak
    spokoju.
    Wyjedź gdzieś i poszukaj spokoju. Tylko proszę nie szukaj go w
    samounicestwieniu. Skoro nie wyszło Ci z Twoją połową, może poszukaj innego
    kompana życiowego. Spokój i miłość mogą Cię uratować. Miłość która wszystko
    wybaczy, wszystko przetrzyma...oaza spokoju. Miłość, która uzdrowi Twoje
    wnętrze i sprawi, że będziesz czuł się wartościowy, będziesz chciał być
    wartościowy. Miłość, która wiele daje ale i wymaga. Miłość dla której ZACHCESZ
    ŻYĆ. To może być miłość do kobiety, ale też do Boga. Nie katolickiego,
    protestanckiego czy Jehowego. Do Boga nie tyle "obecnego" w dotkrynie i
    dogmatach (których tak kurczowo chciałbyś się trzymać, a które widać budzą w
    Tobie wątpliwości). Chodzi o miłość do Boga żywego obecnego w głębi serca
    każdego z nas.
    Czy nie widzisz tego? Prócz lawiny niepowodzeń i zła żarzy się dobro, ta
    mała iskierka w potaci nawet uśmiechu. Na pewno na swojej drodze spotykasz
    człowieka, przecież do tego prowadzą słowa Jezusa: "byłem głodny a daliście mi
    jeść, byłłem spragniony a napoiliście mnie". Wyczul swoje serce Piotrze nie
    tylko na urazy, które Ci teraz przeszkadzają być szczęśliwym, wyczul je na
    małe drobne a dobre gesty. Szukaj Boga nie w dogmatach, ale przede wszystkim w
    ludziach. Przecież w każdym z nas jest ta iskierka dobra. Zauważyłam, jeśli
    chodzi o Twoje wątpliwości na temat religi, to za dużo jest w nich
    skrupulanctwa a za mało kontaktu z Bogiem żywym w człowieku i Eucharystii. Nie
    szukaj uchybień, niedoskonałości w tłumaczeniu przekazów biblijnych. To do
    niczego Cię nie doprowadzi. Wiara jest wiarą i pozostaje jeszcze przestrzeń
    tajemnicy. Rozum w religi wiele nie wyjaśni. Patrz sercem.
    Przykro mi się z wami rozstawać, ale wyjeżdżam jutro w Tatry na około 10
    dni. Zastanawiam się jak ten czas ZMIENI Piotra. Czy się podniesie? Mam
    nadzieję, że zrobi choć mały kroczek do przodu. Bardzo Ci tego Piotrze życzę.
    Może w zakopcu wpadnę do kafei intern. to coś skrobnę. Tymczasem pa pa.
  • mam_dosc 02.08.03, 03:48
    Piotrze mowisz ze straciles wszystko, tzn to co jest warte wedlug spoleczenstwa.
    Ja sama czasem tak mysle ze czlowiek sie starzeje, nie ma tyle co inny, mozna
    zawsze sie czuc nieszczesliwym bo ktos ma lepiej pod tym wzgledem. Bo wedlug
    utartych norm spoleczenstwa, jestem nic niewarta.

    Ile razy czuje ze jestem gorsza od kogos innego, to znajduje ukojenie w
    mysleniu ze jest Bog (dzieki dziczu). Zre mam te wartosc bezwarunkowa w oczach
    Boga.

    Mam depresje endogenna, ale poczucie malej wartosci bardzo pogarsza moja
    sytuacje. I wtede i z innych powodow mysl o Bogu pomaga.
  • maniia 02.08.03, 04:55
    z tym znalezieniem milosc to nie jest takie proste. Ludzie uciekaja od tych w
    depresji.
  • aretuza 02.08.03, 20:30
    Pozwolę sobie zacytować Wam fragment ze "Śpiewu ptaka" Anthony de Mello:

    Formuła
    Mistyk powrócił z pustyni.
    -Opowiedz nam-pytali go z przejęciem-jaki jest Bóg?
    Ale jak mógłby wyrazić słowami to, czego doświadczył W GŁĘBI SWEGO SERCA? Czyż
    można Prawdę zamknąć w słowach?
    W końcu przekazał im formułę - niedokładną oczywiście i niepełną - w nadziei,
    że ktoś z nich bedzie mógł spróbować i dzięki niej doswiadczyć tego, czego on
    doświadczył.
    Ci zaś nauczyli się formuły i zrobili z niej tekst święty. I narzucili ją
    wszystkim, jakby chodziło o dogmat.Postarali się wręcz o to, by rozpowszechnic
    ją w obcych krajach. A niektórzy nawet oddali za nia swe życie. Mistyk sie
    zasmucił. Być może byłoby lepiej, gdyby nic nie powiedział".
    To na zachętę do przeczytania całości.
    Upadam się i podnoszę, nie śpię, padam, prochy, wstaję otumaniona i dalej
    kroczę...krok chwiejny , niezrozumiały dla ludzi mnie otaczających...
    Brak akceptacji matki, jej wybory - nie moje, wybory męża - nie moje! Wszyscy
    wiedzą lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre.Nie mam dość siły by się z tego
    wyplątać i kroczyć własną drogą, ale staram się przynajmniej zachować minimum
    optymizmu(brzmi dumnie, a chce mi się wyć!!!)Jednak budzę się rano cała w
    chwilowym szczęściu, że istnieję....że odczuwam radość, ból, gniew, zachwyt i
    co tylko chcecie....istnienie chwili...zauważcie ciągłą zmianę wszystkiego
    dookoła - jest chwila w której to piszę i jest następna zupełnie do niej
    niepodobna....nie przeszłość, bo jej już nie ma i nie przyszłość, bo ta dopiero
    nadejdzie...jest ta chwila, która właśnie trwa....istnienie...największy dar,
    jaki posiadam, choć go do końca nie pojmę..i wcale nie chcę pojąć...czuję i
    nadal istnieję....
    Pozdrawiam wszystkich
    Jolka
  • mam_dosc 03.08.03, 01:28
    Ja czesto czuje ze depresja zepchnela mnie poza margines zycia.Ale moze powinno
    sie pomyslec ze sie jest " w zyciu" tylko ze z depresja?
  • aretuza 03.08.03, 07:39
    ...co jest normalnością, a co nią nie jest...może inaczej - co dla jednych jest
    normalnością, dla innych nią nie jest...żyjemy uwarunkowani narzuconymi nam
    zasadami,mentalnością taką, siaką czy owaką, presją otoczenia itd....to
    wszystko niekoniecznie nam pasuje i gdy w pewnym momencie czujesz, że się
    dusisz, to albo nabierasz jeszcze jednego haustu powietrza i dalej żyjesz, albo
    idziesz pod wodę....jeszcze wybieram to pierwsze, bo życie niezmiernie mnie
    zachwyca, mimo wszystko...pomimo prawie zupełnie nieprzespanej nocy, którejś z
    rzędu....idę z psem...po haust powietrza:-)
  • aretuza 03.08.03, 09:51
    ...czyż samo nasze zaistnienie nie jest szaleństwem? Tej istoty, która przez
    pierwsze lata jest tak krucha i bezbronna, że zdana na opiekę innych, ich łaskę
    i niełaskę, ich fobie, wyobrażenia,chęć ingerencji i uformowania według
    własnych zasad...istotę, która rozbija atomy, zdobywa dalekie przestrzenie
    kosmiczne,a sama przestaje istnieć od byle zgniecenia, czy upadku...
    ..istotę, która narażona jest codziennie na ból, niewygodę, pragnienie,która
    pożąda, nienawidzi,kłamie, zabija...ale i kocha i pamięta....być może właśnie
    pamięć jest tym wyróżnikiem naszego szaleństwa istnienia....to przez nią
    wracają zmory przeszłości i ból....a życie jest tylko tą chwilą , która właśnie
    jest...więc może trzeba po prostu je przeżyć, takim jakie ono jest, będąc
    uważnym obserwatorem chwili...

    "Żyjemy,robimy to, co robimy, potem kładziemy sie spać-to takie proste i takie
    zwyczajne.Niektórzy wyskakują z okna,inni się topią czy zazywają zbyt dużo
    pigułek; znacznie więcej spośród nas ginie w wypadkach; a większość,
    zdecydowana jest powolnie trawiona prezez choroby lub, jeśli ma trochę
    szczęścia, tylko przez czas.Na pocieszenie pozostaje jedno:godzina w tym czy w
    tamtym miejscu, kiedy nasze życia, na przekór wszelkim przeciwnościom i
    oczekiwaniom, otwiera się nagle, dając to, co zawsze istniało w naszej
    wyobraźni, chociaż wszyscy z wyjątkiem dzieci(a może nawet i one) zdajemy sobie
    sprawę z tego, że po tych godzinach nieuchronnie nadejdą następne, znacznie
    bardziej ponure i trudne.A jednak lubimy to miasto, cieszymy się porankiem,
    ponad wszystko żywimy nadzieję na więcej.Bóg jeden wie, dlaczego tak je
    kochamy".
    "Godziny" Michael Cunningham

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka