-
Byłam dziś w bibliotece wymienić książki i natknęłam się na jedną z
tych książek, w której ktoś, kto się rozchorował, odnajduje "sens
cierpienia i choroby".I w ogóle..."co mu choroba dała".
Krrretynizm zafajdany. Znajdujecie jakiś bodaj cień sensu w chorobie
i cierpieniu, bo ja wcale :-P
-
Zlinczujcie mnie za to co napisze, ale duzo bardziej wolalabym miec raka.
Wtedy moje cierpienie byloby spolecznie akceptowane, bylabym
usprawiedliwiona, mialabym pelne prawo do cierpienia.
Lezac w lozku, nie myjac sie, ogladajac TV i obzerajac sie, lękając kazdego
wyjscia z domu - dla rodziny jestem pewnie pasozytem a moje cierpienie wydaje
im sie byc moze smiechu warte.
-
Niestety panienki z tamtego forum taplaja sie we wlasnych smutach i
jak gdyby mowily "taplajmy sie, taplajmy, fajnie jest, to ci zabawa!" Jak
zobaczylam ze to mechanizm blednego kola i jak mnie oswiecilo o co naprawde
chodzi to chcialam wyjsc stamtad, ale wtedy zaczely mnie obrzucac blotem, no
bo
nie chcialam sie juz wiecej z nimi taplac.
Całość:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29904&w=26006154&a=26343067
-
Takie teoretyczne pytanie:
czy odczuwanie bólu usprawiedliwia rozdawanie kopniaków? Brak wrażliwości na innych?
Czy jak się cierpi, to wszystko wolno, czy tylko wszystko daje się zaliczyć na karb choroby?
Większość tu pisujących to dobre dusze, gotowe wszystko darować braciom i siostrom
w cierpieniu.
A co gdy cierpi wściekła dusza ;-) ?
Nie piszę więcej, bom podobno rozwlekła...
Trzymajcie się, mimo cierpień.
Znajdujcie gdzie się da promyki słońca.
Marta