Przez trzy godziny chodził po mieście z dwoma obciętymi palcami pewien
szczecinianin, bo placówki służby zdrowia grały nim w ping-ponga. W
ambulatorium, do którego trafił po wypadku na działce, nie chciano go
przyjąć, bo nie miał dokumentów ubezpieczeniowych. W szpitalu wojskowym panie
z rejestracji tryskały dowcipem i prosiły, by schował krwawiącą rękę, bo
zemdleją. Przyjęto go dopiero w trzeciej placówce, gdzie odczekał jeszcze
kilkadziesiąt minut, bo lekarze mieli zebranie.
...