kobietka_29
07.09.10, 14:29
Moja historia jest taka (dluga)- od dlugiego juz czasu szukam legalnej pracy. Pomimo wysokich kwalifikacji, w moim zawodzie pracy nie znajduje, oferty sa raz na pol roku. Z rozpaczy chyba ostatnio zdecydowalam sie podjac cokolwiek, aby tylko na ubezpieczenie cos odchodzilo. Nie jestem zarejestrowana w urzedzie pracy i co za tym idzie, nie pobieram zadnych swiadczen. Mieszkam w malej miejscowosci i wlasnie tu w sierpniu zobaczylam wywieszke, ze w piekarni potrzebuja kogos na 400€-Basis od 1.09. W polowie sierpnia juz mialam uzgodnione z szefowa ("na buzie"), ze mam przyjs do pracy 31.08. Nic wiecej mi nie powiedziala. Stwierdzilam, ze ten 31.08 to bedzie najwyrazniej dzien probny, wiec przepracowalam go bez zwaracania uwagi na umowe o prace. Ale gdy mi powiedzieli, ze chca, zebym u nich zostala, nastepnego dnia upomnialam sie o umowe. Odpowiedzi nie dostalam zadnej. I tak przepracowalam do piatku. W piatek po pracy znow upomnialam sie o umowe. I znow mnie zbyto. W sklepie, w ktorym pracuje, jestem w jednym pomieszczeniu z tesciowa mojej szefowej. Ta pani prowadzi tam mala poczte i w miedzyczasie ma mnie pod kontrola. Nie byloby w tym nic zlego, gdyby nie to, ze ta pani ma rowniez dostep do kasy i za kazdym razem, gdy ja bylam na zapleczu (a na zaplecze musialam regularnie wychodzic, zeby chociazby cos zmyc), pani ta otwierala kase i wybierala z niej banknoty. Wiem, bo dzwieku otwieranej kasy fiskalnej nie da sie nie uslyszec a i naszlam ja na tym kilka razy. raz nawet wbila cos na kase i nie skasowala a pozniej posadzala o to mnie. Tak wiec u tej pani takze upominalam sie o umowe. Ona mnie zbyla, ze to nie z nia mam o tym mowic tylko z synowa i ze synowa niby na mnie dzien wczesniej czekala. Co jest klamstwem, bo synowa sie ze mna na zaden termin nie umawiala i chociaz ma numer mojego telefonu komorkowego i domowego, nie zadzwonila do mnie w tej sprawie. Do tesciowej na sklep dzwonila codziennie, ale rowniez nie wsponiala, ze chce sie ze mna spotkac w sprawie umowy. W piatek uslyszalam wiec od seniorki, ze synowa zadzwoni do mnie jak najszybciej. I tak czekalam do poniedzialku. Gdy do popoludnia nie doczekalam sie telefonu, poszlam do sklepu, oznajmic im, ze do pracy juz nie przyjde. Od 3 tygodni czekam na umowe o prace. Nie jestem nigdzie zameldowana, nie mam ubezpieczenia, nie mam prawa do przerwy, chociaz pracuje po 8 godzin itp. i nie podoba mi sie, ze ciagle jestem zbywana jakimis wymowkami. Szefowej nie zastalam tylko jej tescia. Ten zaczal mi wciskac kity, ze to nie szefowej wina, ze to on zapomnial mnie zameldowac. Potem znow zaczal sie platac i mowil, ze jednak mnie zameldowal. Gdy spytalam go, jak mogl to zobic, jesli nie ma mojego numeru podatkowego ani mojego numeru ubezpieczenia, bo do tej pory nie upominali sie o to, znow mnie bajerowal. Ze w takim razie on teraz spisze to sobie i natychmiast wszystko wysyla, gdzie trzeba. Odparlam, ze teraz to troszeczke na to zapozno. Pozatym oznaczaloby to i tak, ze jeszcze ten dzien musze pracowac bez ubezpieczenia, a nie mam na to ani nerwow ani ochoty, bo wlasnie to ubezpieczenie a nie te 400€ bylo powodem, dla ktorego sie na ta prace zdecydowalam. I tak chyba ze 20 minut probowalam go delikatnie przekonac, ze to nie ma sensu az wreszcie on zaczal udawac atak serca. wyszedl za mna na ulice i udawal przy wszystkich przechodniach, ze mdleje. Do tego zaczal mi zarzucac, ze przeze mnie zbankrutuje. Wiem tymczasem, ze juz od dluzszego czasu maja problemy finansowe i to takze mu poweidzialam- ze nie ma mi czego zarzucac. Ale on dalej swoje. Az nie wytrzymalam i powiedzialam dosadnie, ze pracowalam u nich tydzien na czarno i nie mam ochoty ani dnia dluzej tego ciagnac. Nikogo przy tym nie bylo i poiwedzialam to dosc cicho, bo przeciez nie chce tez sobie robic problemow (chociaz to nie moja wina,ze tak wyszlo). Ale na te slowa, facet krzyknal do mnie "ja pania podam do sadu, bo rzuca pani falszywe oskarzenia". Stwierdzilam, ze nie ma z nim o czym dyskutowac. Spokojnie podsumowalam, ze obydwoje wymienilismy swoje argumenty, ze jego wytlumaczenia nie sa dla mnie logiczne i ze czas zakonczyc te dyskusje, bo ona do niczego nie prowadzi. Pozyczylam mu milego dnia i pozegnalam sie. Przeszlam chyba 50 metrow, gdy on zaczal mnie wolac. Facet jeszcze 1 minute wczesniej omdlewal, nagle stal calkiem zdrowy i wolal mnie, ze szefowa jednak jest w domu i ze jednak ma dla mnie czas. I faktycznie przyszla. Jej tez wytlumaczylam spokojnie, ze przykro mi bardzo, ale w takich warunkach nie moge dalej pracowac. Ona sie uprawdzala, ze przy 400€ job nie ma Arbeitsvertrag, ze moga mi wypisac Arbeitsbescheinigung. Moze to i prawda, chociaz nigdy o tym nie slyszalam. Ale z tego, co ona mi opowiadala, potrzebne jest to do ARGE, a ja nie pobieram zadnych swiadczen z BA. Jesli chodzi o Sozialversicherung, to podobno i tak by mnie nie zameldowali, bo oni sie upewniali w Knappschaft, ze nie musza. Nie wiem tylko, na jakiej zasadzie? I jesli tak, to w takiej sytuacji tym bardziej war die Sache für mich gegessen. jej tez pozyczylam milego dnia i poszlam do domu. Pieniedzy za przepracowany tydzien oczywiscie nie dostalam. Boje sie wogole ta sprawe poruszac, zeby ich nie prowokowac. Bo nie znam ludzi i nie wiem, czego moge od nich oczekiwac. Boje sie, ze nawet i bez tego, moga spelnic swoje grozby i za jakas zmyslona rzecz mnie oskarzyc. Nie na darmo stary udawal atak serca na srodku chodnika. Nie wiem, co teraz mam robic. Chcialam tylko zwyczajnie uczciwie pracowac. A tu nie dosc, ze zrobiono ze mnie niewolnice, to jeszcze grozi mi sie pozwaniem do sadu. Co mam robic? I czy to prawda, ze oni nie musieliby mnie meldowac do Knappschaft? I ze nie ma zadnych umow na 400€ Job? Bo od ubezpieczycieli slyszalam i w necie czytalam inne rzeczy.