ignorant11
24.07.03, 18:06
Pół wieku demokracji i bicia się w piersi za spowodowanie największej
tragedii Europy nie zmieniło negatywnego stereotypu
Niemcy chcą być kochani
Kanclerz Schröder poczuł się osobiście dotknięty wypowiedziami włoskiego
sekretarza stanu ds. turystyki Stefano Stefaniego, który nazwał niemieckich
turystów supernacjonalistycznymi blondynami zakłócającymi romantyczny spokój
włoskich plaż. Na zdjęciu: niemieccy goście w Rimini
(c) AFP
PIOTR JENDROSZCZYK
Z BERLINA
Dla Niemca urlop to rzecz święta. Wakacje planuje przez wiele miesięcy,
nierzadko tuż po powrocie z poprzednich. Na urlop oszczędza przez cały rok.
Wiele firm wypłaca pracownikom specjalny dodatek urlopowy. Informacje o tym,
gdzie i za ile spędzało się wakacje, spełniają podobną funkcję w określeniu
statusu materialnego jak marka samochodu. Ten wstęp jest konieczny, by
zrozumieć znaczenie decyzji kanclerza Gerharda Schrödera o spędzeniu urlopu
w domu.
Kanclerz zostanie w Hanowerze, w domu bliźniaku otoczonym posterunkami
policji, za pancernymi szybami, mając do dyspozycji jedynie mikroskopijny
ogródek. To kara, na którą Schröder skazał się sam. Nie pojechał do
ulubionych Włoch, bo premier tego kraju w Parlamencie Europejskim
zaproponował niemieckiemu deputowanemu Martinowi Schulzowi rolę kapo w
filmie o obozach koncentracyjnych. Była to reakcja na atak Schulza, który
nawiązał do oskarżeń włoskich i hiszpańskich organów ścigania, wysuwanych
przeciwko Berlusconiemu. Kanclerz przyjął wprawdzie przeprosiny włoskiego
premiera, ale wkrótce potem poczuł się osobiście dotknięty wypowiedziami
sekretarza stanu ds. turystyki Stefano Stefaniego, który nazwał niemieckich
turystów supernacjonalistycznymi blondynami zakłócającymi romantyczny spokój
włoskich plaż.
W Niemczech zawrzało. "Bild Zeitung" rozpoczął wielką kampanię w obronie
godności Niemiec i Niemców, sponiewieranej przez Włochów. Schröder nie tylko
zrezygnował z wyprawy do Włoch. Nie skorzystał też z licznych ofert
spędzenia urlopu w innych miejscach, w tym z zaproszenia Polskiej
Organizacji Turystycznej do odwiedzenia Zamościa - "Padwy Północy", "miejsca
urodzenia Róży Luksemburg" - jak podkreślono w zaproszeniu. Zamykając się w
domu, dał Włochom i ich premierowi do zrozumienia, że pozbawili go urlopu w
ogóle. Było to wyraźne polityczne wotum nieufności wobec polityka, który
będzie przewodził UE do końca tego roku.
Brzemię przeszłości
Nawołujący Niemców do rozsądku "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zwraca uwagę
na konsekwencje polityczne całej tej sprawy w momencie, gdy zgodna
współpraca w UE nabrała szczególnej wagi, zważywszy na problemy w stosunkach
transatlantyckich oraz dobiegające końca prace nad konstytucją europejską.
Dziennik jest zdania, że Niemcy celowo doprowadzili do zaognienia stosunków
niemiecko- -włoskich.
Nie było to trudne. Berlusconi nigdzie nie ma dobrej prasy, a w Niemczech
jak najgorszą. Kilka dni przed incydentem w Parlamencie Europejskim
tygodnik "Der Spiegel" nazwał go ojcem chrzestnym, suchej nitki na włoskim
premierze nie pozostawił też poważny liberalny "Die Zeit". Zarzuty są te
same, jakie przedstawił mu deputowany Martin Schulz, i sprowadzają się do
kwestionowania funkcjonowania demokracji we Włoszech, których premier jest
nie tylko magnatem prasowym, kształtującym za pośrednictwem swych mediów
opinię publiczną, ale prowadzi też podejrzane interesy.
Ale pojawił się też drugi wątek. - Cała ta sprawa pokazuje, jak łatwo nas,
Niemców, zranić - mówi w popularnym telewizyjnym talk-show Klaus von
Dohnanyi, były burmistrz Hamburga. 50 lat niemieckiej demokracji i bicia się
w piersi za spowodowanie największej tragedii Europy w postaci II wojny
światowej nie zmieniło stereotypu "znienawidzonego Niemca".
Wypowiedzi włoskich polityków przyjęto jako próbę zburzenia budowanego z
trudem przez dziesięciolecia obrazu kraju liberalnego, tolerancyjnego,
politycznie poprawnego, zdeklarowanego zwolennika integracji.
Michael Naumann, były minister kultury, napisał w "Die Zeit", że
ukształtowany w wyniku holokaustu, zbrodni gestapo, SS i Wehrmachtu
stereotyp Niemca nazisty tkwi tak mocno w świadomości wielu europejskich
narodów, że nie może być mowy o jego szybkiej likwidacji. "Historia Trzeciej
Rzeszy jeszcze długo będzie nieodłącznie związana z nazwą Niemcy" -
przekonuje.
Niemcy śledzą z uwagą zmiany w postrzeganiu ich, następujące u
sąsiadów. "Niemcy chcą być kochani" - pisze w książce
zatytułowanej "Przewodnik jak pokochać Niemców" włoski dziennikarz Roberto
Giardina. Książka miała w Niemczech kilka wydań, nadal cieszy się
popularnością. Giardina przedstawia Niemców jako normalnych zjadaczy chleba,
którzy dopuszczają się oszustw podatkowych, pracują na czarno, nie są już
ani przesadnie punktualni, ani w ogóle punktualni, często są pacyfistami i
raz po raz dają wyraz oburzeniu z powodu mnożących się skandali
gospodarczych i politycznych. Coraz częściej lekceważą obowiązki służbowe i
coraz chętniej unikają pracy, bezczelnie wykorzystując system pomocy
socjalnej. W Niemczech drastycznie spada też poziom przestrzegania prawa.
Dość powiedzieć, że co trzeci sprzedawany dziś w Niemczech używany samochód
ma "przekręcony" licznik.
To dowody na niemiecką "normalność" w pojęciu europejskim. Sami Niemcy nie
są zadowoleni z erozji swych narodowych cnót. Obawiają się, że ich zanik
doprowadzi do chaosu podobnego do "italienische Verh�ltnisse", czyli
stosunków włoskich, które to pojęcie jest zbliżone do "polnische Wirtschaft"
(polska gospodarka).
"Heil Hitler" na dzień dobry
Niemcy nie mają dobrych notowań w Europie. Jak wynika z ankiety
tygodnika "Stern" sprzed kilku lat, uchodzą za "bardzo sympatycznych"
i "sympatycznych" tylko w oczach większości Austriaków i Francuzów
(odpowiednio 59 i 52 proc.). Taką opinię prezentuje już tylko nieco ponad
jedna trzecia Brytyjczyków. Jedna czwarta uważa, że Niemcy nie są
sympatyczni. Niemców sympatią darzy co trzeci Włoch, tyle samo prezentuje
opinię przeciwną. W Hiszpanii jest prawie tyle samo osób uważających Niemców
za ludzi sympatycznych, co osób mających na ten temat odmienne zdanie.
Od początku minionej dekady spadła znacznie liczba Brytyjczyków i Hiszpanów,
którzy uważali Niemców za przyjacielskich i pogodnych. Tendencji tej nie
zaobserwowano we Francji i Holandii. We wszystkich krajach wzrosło natomiast
przekonanie, że Niemcy coraz niechętniej pracują. We Francji nadal uchodzą
za wyjątkowo solidnych. W Holandii i Hiszpanii takich opinii jest o połowę
mniej. We wszystkich badanych krajach panuje opinia, że Niemcy i Niemki nie
grzeszą urodą i nie mają pojęcia o dobrej kuchni, za to napis "Made in
Germany" na towarach gwarantuje ich wysoką jakość.
Ale i to zmienia się na niekorzyść. Niemcy sami zdają sobie zresztą sprawę,
że ich obraz za granicą pogarsza się z roku na rok.
W 1982 roku co szósty Niemiec był przekonany, że Niemcy jako naród nie są
lubiani za granicą. W 1999 roku taką opinię prezentował już co czwarty
obywatel RFN. Jako główną przyczynę niechęci połowa Niemców wymieniała
nadętość, chełpliwość, arogancję i zarozumialstwo. Coraz więcej Niemców
przyznaje, że przyczyną ich nie najlepszego wizerunku jest historia II wojny
światowej, nazizm i holokaust.
Katarzyna Stokłosa z Niemieckiego Instytutu Spraw Zagranicznych (DGAP),
która pisząc pracę doktorską prowadziła badania w środowisku akademickim w
Holandii, spotkała się ze skargami niemieckich studentów, których
holenderscy koledzy witali słowami "Heil Hitler". Wśród sąsiadów Holendrzy
biją rekordy w przedstawianiu Niemców jako ludzi aroganckich, władczych,
wojowniczych, mało spontanicznych, mało nowatorskich, zbyt rygorystycznie
trzymających się przepisów.
Jako drugi wyjątkowo nieprzychylny Niemcom kraj przedstawiana jest Wielka
Brytania, gdzie nadal żywy jest obraz Niemca nazisty. Spo