Dodaj do ulubionych

Żeglarskie opowieści

20.10.02, 23:04
Ahoj!
Dni już coraz krótsze i chłodniejsze. Wieczory mozna spędzać popijając
ulubiony napój żeglarzy, ale można tez je urozmaicić żeglarskimi opowieściami.
Czy mieliście jakieś przygody, o których chcielibyście tu opowiedzieć?
Obserwuj wątek
    • kubajek Re: Żeglarskie opowieści 22.10.02, 09:31
      No to ja wam opowiem co mi się kiedyś przytrafiło:

      Jak spod Helu raz dmuchnęło
      żagle zdarła moc nadludzka,
      patrzę - w koję mi przywiało
      nagą babkę z Pucka.

      Naprawdę!
      Słowo rzeglaża!
    • chaladia Skala stanów morza w/g Beauforta-Chaladzi 22.10.02, 14:05
      0 (cisza) - żagle zwisają swobodnie. Ster radzi sobie sam.
      1(słaby powiew) - Żagle zaczynają ciągnąć. Jeżeli zluzujemy wszystkie szot,
      ster w dalszym ciągu da sobie radę sam.
      2 (słby wiatr) - Żagle żywo łopoczą in łódka dryfuje bokiem na zawietrzną.
      Trzeba niestety wybrać szoty i złapać za ster. Wypełnienie żagli powoduje
      przechył łódki. Skrzynkę z piwem należy zestawić do kokpitu.
      3 (łagodny wiatr) - Piwo nie chce już stać samodzielnie, należy je podeprzeć
      lub trzymać w ręku.
      4 (umiarkowany wiatr) - Puste butelki tańczą w kokpicie, należy je zablokować
      pod jedną z burt.
      5 (żywszy wiatr) - Wszystkie piwa chłodzone za burtą należy wybrać na pokład.
      6 (silny wiatr) - nikt nie powinien być odpowiedzialny za więcej niż jedno piwo
      (jednocześnie).
      7 (bardzo silny wiatr) - Skrzynka z piwem nabiera tendencji do skakania po
      kokpicie. Należy oddelegować wyszkolonego i zdyscyplinowanego żeglarza do
      siedzenia na niej.
      8 (gwałtowny wiatr) - W dalszym ciągu butelkę może otworzyć pojedyńcza osoba.
      Początkowe trudności z trafieniem do ust.
      9 (wichura) - Butelkę należy trzymać obiema rękami. Tylko bardzo doświadczeni
      żeglarze potrafią samodzielnie zdjąć kapsel.
      10 (silna wihura) - Do odkapslowania niezbędne sią dwie osoby. Puste opakowania
      można wyrzucać jedynie na zawietrzną. Trudno trafić do ust. Pojedyńcze
      przypadki wybicia zębów.
      11 (gwałtowna wichura) - Piwo ma tendencję do wypieniania się z butelki. Bardzo
      trudno pić. wargi łopoczą i zęby wypadają.
      12 (huragan). Wszystkie otwarte butelki natychmiast się wypieniają. Picie
      niemożliwe. Skipper czasowo wprowadza prohibicję na pokładzie.
      • zdzicha Re: Skala stanów morza w/g Beauforta-Chaladzi 23.10.02, 23:39
        Jeżeli już jesteśmy przy temacie "siła wiatru a spożywanie alkoholu", to
        napisze o jednym krótkim rejsiku. Bujaliśmy się kabinówką po jeziorze ze
        znajomymi (5 osób), wiało raczej słabo, wiec umilaliśmy sobie czas spożywaniem.
        W pewnym momencie nadciągnęła chmura, z której mocno przywiało i lunęło.
        Mieliśmy tylko 2 sztormiaki, więc 3 osoby schowały się w kabinie, a 2 zajęły
        się nawigacją. Ja byłam jedną z tych dwóch. Mieliśmy troche roboty przy
        żaglach, bo wpłyneliśmy w cieśninę i co chwile musieliśmy zmieniać hals, a z
        kabiny dobiegały nas smiechy i pokrzykiwania, zebysmy tak nie kołysali, bo im
        się napoje rozlewają. Zdenerwowaliśmy się kapeczkę, że nie uczestniczymy w
        imprezie i niezwłocznie pouczyliśmy balast, że ma nas nie nie pomijać w
        kolejce. Balast był wysoko wykwalifikowany i zaraz odsunęła się klapa na
        szerokość dłoni i pojawiła się ręka - jedna ze szkłem właściwym, a druga z
        sokiem. I w taki sposób dopłynęliśmy szczęśliwie do portu.
        Morał: balast jest równie ważny, co kapitan.
        • chaladia Żarty żartami a sprawa może skończyć się tragedią 24.10.02, 10:10
          Tak sobie żartujemy, a ktoś może wziąć to za zachętę do picia na pokładie. Mój
          brat cioteczny parę lat temu całą noc przeczesywał Omegą (wraz z setką innych
          łodzi) Śniardwy w poszukiwaniu gościa, który wypadł z łodzi, bo był kompletnie
          pijany.
          Podobno było to tak, że Kormoranem płynęło kilka osób, z Pisza do Mikłajek.
          Fordewindem szli, wiatr nie był zbyt silny więc jeden stał przy starze, a
          reczta dogadzał sobie w kabinie. Co jakiś czas się zmieniali lub podawali
          kilejkę skipperowi, na koniec utracili kontrolę nad sobą i o stermniku
          zapomnieli. A ten z niewiadomych przyczyn wyleciał za burtę. Nikt tego z
          przyczyn oczywistych nie zauważył, a w ogóle towarzystwo siuę zorientowało, że
          idą na samostrowności (jakoś im się ustawiła), gdy wpakowali się w trzciny
          gdzieś przy Popielnie.
          Potem były poszukiwania, ale niestety nieskuteczne.
          I nie pomógł niezatapielny jacht i pogoda "jak drut" z wiejącą słabą "2",
          czterech ludzi z patentami i doświadczeniem...
          • zdzicha Bez przesady... 25.10.02, 22:17
            Na moim ulubionym bieszczadzkim akwenie widok butelki czy mniejszego szkła w
            ręce załoganta czy samego skippera to nic nadzwyczajnego. Niektóre załogi nawet
            po tym się z daleka rozpoznaje. Wprawieni w bojach wodno-portowych zeglarze nie
            upijają się, oni piją, żeby utrzymać stały poziom alkoholu we krwi.
            Ale przesadzać, faktycznie, nie wolno. Raz mnie znajomi chcieli wyciągnąc na
            pływanie w charakterze sternika zaraz na poczatku wakacji, ale nie pasował mi
            termin, a poza tym i tak pare dni później wybierałam sie na obóz, więc
            umówiliśmy się, ze spotkamy się gdzieś na wodzie. No i spotkaliśmy się. Tzn. ja
            spotkałam sie z opowiadaniami o kilkunastoosobowej załodze Sasanki, która
            pijana w sztok usiłowała w nocy sprawdzić czy łajba jest niewywracalna.
            Sprawdzili. Powinni od razu nagrać na video w celach instruktażowych, bo im się
            udało. Cud, ze się nikt nie utopił. A ja miałam z nimi pływać....
            • kubajek Re: Bez przesady... 29.10.02, 16:47
              Och ty zdzicha, znaczy się o mały włos nie spowodowałaś tragedii.
              Gdybyś tam była nie doszło by do takich ekscesów.
              A myślałem że jesteś rozsądna ...
              :)
    • lithilien Re: Żeglarskie opowieści 26.10.02, 20:46
      Jesli chodzi o alkohal na pokladzie w czasie plywania - to czy uwazacie ludku
      zeglarski ze po tym poznaje sie prawdziwego zeglarza - twardziela? Wiekszej
      glupoty nie widzialam, u mnie na pokladzie obowiazuje bezwzgledny zakaz. Nie ma
      nic gorszego co lodka pelna rozwrzeszczanych pijanych geb, np. na zatloczonych
      Beldanach...
      • gacki Re: Żeglarskie opowieści 26.10.02, 21:16
        Bardzo „przyjemny” jest widok małolatów rzygających za burtę (bynajmniej nie z
        powodu choroby morskiej).
        Wiedziałem też kiedyś załogę ślicznej sportinki podchodzącej na żaglach do kei
        w pełbym bajdewindzie. Z dziobu niewiele zostało. Dobrze, że nie wiało za
        mocno, bo gość na dziobie, który próbował hamować nogami, miałby pewny gips.
        Cała załoga (łacznie z mądrym sternikiem) była nawalona jak biszkopty. Sternik
        jak wysiadł mówi - przecież ku.... dałem żagle luz.
        To chyba powinno być tak jak w przypadku jazdy samochodem. Piłeś nie jedź. No,
        dopuściłbym może jedno, góra dwa piwka :)
        • piotr_c Re: Żeglarskie opowieści 29.10.02, 16:38
          gacki napisał:


          > To chyba powinno być tak jak w przypadku jazdy samochodem. Piłeś nie jedź.
          No,
          > dopuściłbym może jedno, góra dwa piwka :)


          I popatrz, sam tworzysz wyjątki od reguły. A jak dwa , to czemu nie trzy czy
          cztery. A taka decyzję musi podjąć ktoś kto już te dwa piwa wypił ( a sam
          pamietam kolege który JEDNYM piwem upił sie na smutno i nie mógł trafic w
          wejście domku kempingowego). Naprawdę ŁATWIEJ jest według mojej reguły.
      • chaladia Re: Żeglarskie opowieści 26.10.02, 21:21
        Na zatłoczonych Bełdanach to pijani jeszcze takiego zagrożenia nie tworzą (choć
        uważam, że za takie coś należałoby zabierać patenty tak samo, jak prawa jazdy).
        Problem zaczyna się "na poważnie", gdy ludzie piją na morzu, albo choćby na
        Śniardwach. Co gorsza, często piją przy sztormowej pogodzie, żeby sobie dodać
        odwagi lub się po prostu rozgrzać. Ale cóż - tak to wygląda ba naszych wodach i
        obawiam się, że nic tego nie zmieni.

        BTW - jeszcze gorszym problemem zaczęli być w ostatnich latach podpici
        motorowodniacy i skuterzyści wodni. Ostatnio widziałem łódź motorową (silnik
        Mercury 85) w lesie, co najmniej 50 m od wody. Silnik zgasł, a motorowodniak
        spał snem pijaka z twarzą w kierownicy. Następnego dnia chłopi ściągnęli mu tę
        łajbę na wodę zaprzęgiem dwukonnym...
      • zdzicha Re: Żeglarskie opowieści 26.10.02, 21:36
        Wcale nie uważam, ze dobry żeglarz to pijany żeglarz. Dobry żeglarz to taki co
        umie pić bądź tak długo siedzi na wodzie, że moze przyjać każda ilośc płynów
        nieobojętnych bez uszczerbku w funkcjonowaniu organizmu. Jak wchodze na łajbe i
        widzę, że zaopatrzenia brak, to nie płynę.
          • lithilien Re: Żeglarskie opowieści 27.10.02, 18:43
            Przyznaje, ze pijany motorowodniak to juz tragedia. Jesli chodzi o Beldany to
            jest to jedno z najbardziej zatloczonych mazurskich jezior pelniace funkcje
            tranzytowa. Lodka, ktora nie przestrzega tam prawa pierwszenstwa stwarza
            ogromne zagrozenie, jako ze czesto nie da sie od razu zrobic manewru
            zapasowego. Jeszcze ciekawiej jest gdy ktos pije i nie widzi ze na inny jacht
            wjezdza.

            Sama widzialam kiedys mrozaca krew w zylach sytuacje gdy zaloga byla pijana w
            sztok, lacznie ze sternikiem i na calej naprzod na silniku podchodzila do kei w
            Rynie. Uratowala ich ofiarnosc paru dobrze zbudowanych zeglarzy, ktorzy stojac
            na nadbrzezu chwycili za kosz dziobowy i jakos wyhamowali. Inaczej bylyby
            drzazgi...

            Problemem jest tez fakt, ze ulubionym napojem zeglarzy jest piwo....jest
            moczopedne jak diabli i taki gostek zaraz narzeka ze chce sikac. Polecam rum.
            Nic tak nie poprawia humoru, kiedys na starych zaglowcach wybuchaly bunty gdy
            zaczynalo go brakowac:)

            Uwazam ze napoje alkoholowe najlepiej sprawdzaja sie na brzegu - w sympatycznej
            knajpce (tu wspomne cieplo tawerne w Wegorzewie, gdzie zrobilismy we wrzesniu
            zeszlego roku wspaniala impreze szantowa, a piwa zaczely wjezdzac na stol:) lub
            przy ognisku. Szkoda ze ostatnio coraz mniej jest zeglarzy-szantmentow, tak jak
            ostatnio obserwowalam ogniska mazurskie. Gorzej, kursanci na kursach
            zeglarskich tez nie za bardzo zdradzaja chec do nauki:( Szkoda

            Pozdrawiam wszystkich goraca, AHOJ!
          • zdzicha Re: Żeglarskie opowieści 29.10.02, 21:32
            Co innego jest pływanie regatowe a co innego turystyczne. Na regatach to
            raczej się pali szlugi bądź fajki, jeżeli słabo wieje, żeby znać aktualny
            kierunek powiewow. Niejedne regaty tak wygraliśmy. Przy silnym wietrze
            załoganci mają zajęte obie ręce, a nieraz i nogi, więc siłą rzeczy, nawet
            jakby chcieli, to się nie napiją. Poza tym większy przechył oznacza większe
            prawdopodobieństwo zgubienia bagażu. Przy pływaniu turystycznym natomiast
            zaopatrzenie trzeba mieć jak trzeba, bo a nuż zabraknie czegoś na środku
            jeziora i nieszczęście gotowe.
    • _janusz.s Re: Żeglarskie opowieści 07.12.02, 15:48
      Było to przed kilku laty. Pamietam jak dziś...15 pażdziernika. Czwórka kumpli z
      JK AZS a Szczecinie. Dogadalismy się na kilkudniową krajówkę (rejs bez
      zawijania do portów zagranicznych) Wzieliśmy s/y "Dal II". Piekny slup z
      kadłubem obłogowym, bardzo dzielny i szybki. Ze Szczecina wyszliśmy nocą na
      silniku. Trzy godzinki i cumujemy w Trzebieży. Suta kolacja, po 100gr na głowę
      i do koi. Rankiem wyszliśmy z Trzebieży. Mocno zarefowani bo dmuchało 7 do 8B
      ruszyliśmy Zalewem Szczecińskim do Świnoujścia. Wiatr wiał z W wiec jednym
      halsem weszliśmy do Kanału Piastowskiego. Żagielki w dół, motor cała naprzód i
      godzinke później kołysaliśmy sie na wysokiej fali przy nabrzeżu odpraw celnych
      i granicznych. Obowiazkowo odprawiano jachty również pod względem posiadania
      Karty Bezpieczeństwa, sprawdzano stan wyposażenia. Bosman, który dokonywał
      odprawy powiedział: Nie moge was zatrzymać. Papiery macie na żegluge bez
      ograniczeń, ale popatrzcie i tu wskazał na rząd mew obsiadujących falochron
      po stronie wschodniej. Mewy siedziały mocno i dostojnie wskazujac dziobami
      kierunek wiatru rzeczywistego. Dmuchało już konkretnie 8 a odebrana właśnie
      prognoza pogody nie pozostawiała złudzeń, że "jedziemy" po niedźwiedzie mieso:
      wiatr NW 9 do 10B. Jeszcze przy kei zmieniliśmy grota na małą sztormowa
      chusteczkę (coś około 10 m2). Odejście na silniku i jeszcze pod osłona
      falochronu grot powędrował na maszt. Chwile później jacht wszedł w morska falę.
      Kapitan ustalił, że na sterze zmieniać bedziemy sie co dwie godziny. Pierwsza
      wachta przypadła mnie. Jadę więc sobie przypiety pasami bezpieczeństwa z obu
      stron do relingów. "Dal" dzielnie kroi dziobem znane sobie wody. Grzejemy
      pełnym bejdewindem prawie 7 knotów. Każde dziubniecie w falę daje potężny bryzg
      wody od dziobu aż po kokpit. Kilka takich bryzgów i jestem cały mokry. Na
      szczęscie przewidując, że październikowa żegluga może być zimna - pożyczyłem od
      kolegi strój polarnika norweskiego. Wprawdzie błyskawicznie przesiąkł wodą, ale
      nie przepuszczał wiatru więc było mi wzglednie ciepło.
      • _janusz.s Re: Żeglarskie opowieści - cd. 07.12.02, 16:29
        Zza postrzepionych szaro-czarnych chmur pokazało sie słońce. Rozgladam sie
        dookoła. Dobra praktyka mówi wyraźnie, że na uczęszczanych czesto wodach
        podejściowych do portów należy zawsze wypatrywać statków, dla których mały
        jacht jest ledwie widoczną łupinką. Rozglądam sie wiec i widzę statki prujące
        fale dużo szybciej niż my. Cięzko załadowane i siedzące głęboko w wodzie
        nurkują wrecz w butelkowo zielonej wodzie biorąc za każdym razem kilkanaście
        ton wody na swoje pokłady. Woda ta pedzi po pokładach i rozbruzguje sie o
        forszoty nadbudówek. Siedzę więc sobie za sterem i rozpiera mnie duma, że tak
        dobrze sobie radzę, że sądzone mi było przeżywać to groźne piekno. Trawers
        Greiswalder Boden. Na kilku wystających z wody głazach latarnia Greiswalder Oje.
        Trochę później wyłaniają się klifowe brzegi Rugii i latarnia Stubenkammer.
        Otwiera sie zejściówka. To kolega przybywa aby zamienić się za sterem.
        Przekazuje mu ster bez zbednych ceregieli. Płyniemy po znanych wodach z ladem w
        zasięgu wzroku. Łapiąc się czego sie da, schodze w zacisze wnętrza łodzi.
        Ściągam mokre łachy i do koi. Jakże inne są odgłosy płynącego jachtu tu
        wewnątrz. Nie słychać wprawdzie świszczącego wiatru i drgającego takielunku ale
        każde uderzenie fali jest młotem walącym w puste pudło, szumi przepływająca
        wzdłuż burty i spływajaca z pokładu woda. Próbuje zdrzemnać sie nieco, ale
        ilość wrażeń dźwiekowych skutecznie to uniemożliwia. W trawającym półśnie
        wyczuwam, że fala znacznie wzrosła. Właściwie to nie leżę już na materacu, ale
        częściowo na burcie. Wsadziłem miedzy burtę a moje doczesne członki dodatkowy
        koc wiec jest całkiem wygodnie. Musiałem przysnąć nieco, bo nagle budzę się na
        ściance kokpitu (spałem w hundce). Co sie stało? - zrobili zwrot? Kapitan
        wychodzi na pokład zaczerpnąć wiedzy. No tak. Morze jest nieprzewidywalne.
        Kiedy jacht wypłynął poza Rugię dostał pełną dziesiątkę i wysoką fale z Sundów.
        Wykonanie zwrotu przez sztag w takich warunkach graniczyłoby z cudem. Jacht
        jednak przez zadziwiajacy zbieg okoliczności i bez pomocy sternika zwrot taki
        wykonał. Skoro wiec jacht "zadecydował", że mamy wracać - siła wyższa - nie
        należy sie sprzeciwiać. Wracaliśmy wiec baksztagiem. Jakież inne wrażenia niż
        jazda bajdewindem. Jacht z każdej fali zjeżdżał nabierając niesamowitego
        przyspiesdzenia, po czym wbijał sie w falę przed nim gwałtownie hamując. Rufa
        jak unoszona windą wędrowała w górę i rozpoczynał sie nastepny zjazd. Kilka
        godzin później zameldowaliśmy się w Świnoujściu.
    • chaladia Re: Żeglarskie opowieści 22.12.02, 22:55
      Wierzba, paręnaście lat temu.
      Do brzegu (nie kei) podchodzi "707" (wtedy szczyt luksusu). Za sterem osoba
      powszechnia znana i lubiana z "lecącego" aktualnie serialu TV. Gość dochodzi z
      wiatrem na samym foku, co przy wiejącej mizernej "jedynce" nie powinno być
      uznane za błąd, skoro ma zwijacz. Załoga cała w kabinie. Sternik wyrzuca
      kotwicę i spokojnie patrzy, jak brzeg się zbliża, a lina się wysnuwa. Wsnua się
      do końca i okazuje się, że nie była przywiązana. Gość w dosłownie kilka sekund
      rozbiera się ze wedkarskiego bezrękawnika, spodni i koszuli, także czapki,
      wyskakuje za burtę albo raczej za rufę i zdąża jeszcze chwycic koniec liny
      zanim zatonęła. Jacht wjeżdża rozpiędem w krzaki na wprost stołówki Ośrodka
      PAN. Reszta załogi wyłazi z kabiny zdziwiona brakiem sternika i widzi, że
      strnik jest "zakotwiczony" na zatoczce i do brzegu dopłynąć nie może, bo
      kotwica trzyma.
      Uciechy trochę było, gościa z kotwicą podjął jakiś wędkarz na "Stynce" czy
      podobnym pływadełku.
      Muszę przyznać, że był to najszybszy strip-tease, jaki w życiu widziałem, do
      tego jedyny strip-tease męski (do czasu "Goło i Wesoło").
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka