Dodaj do ulubionych

na dziko czy w marinie?

22.08.06, 14:08
gdzie lubicie zatrzymać się na nocleg?

ja zdecydowanie na dziko, do portu wpływam, jak muszę (zakupy, ciepły
prysznic) a potem spadam a raczej spływam jak najdalej.
Obserwuj wątek
    • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 22.08.06, 15:10
      warszawianka_jedna napisała:

      > gdzie lubicie zatrzymać się na nocleg?
      >
      > ja zdecydowanie na dziko, do portu wpływam, jak muszę (zakupy, ciepły
      > prysznic) a potem spadam a raczej spływam jak najdalej.

      Też tak z reguły postępuję. Ale do zwolenników dzikiego biwakowania
      apelowalbym: załatwcie te grubsze potrzeby w portowej toalecie. Saperkę
      zachowajcie raczej na wypadek konieczności pogłębienia dna na jakimś strumyku,
      bowiem przy takim zagęszczeniu ruchu na Mazurach nie rozwiązuje ona problemu w
      pełni. Owszem dzięki niej nie będzie papierzaków, ale pozostanie przeżyźniona
      gleba, na której nie wyrosną już jagódki, maliny czy poziomki, a jedynie
      pokrzywy. Warszawianko, pojedź sobie choćby rowerem w nieodległe Lasy
      Chojnowskie, i przypomnij sobie o ile wiecej pokrzyw rosło nad brzegami Bełdan
      czy Jagodnego.
      I nie palcie ognisk wszędzie tam gdzie tylko wasza stopa dotknie ziemi. Na
      zorganizowanych polach biwakowych - proszę bardzo, ale pomyślcie jak żałośnie
      musiała wyglądać bujna, puszysta trawa porastająca jedyny chyba dostępny skawek
      Grajewskiej Kępy na Niegocinie - z wypalonym czarnym kręgiem, z walającymi się
      przepalonymi puszkami po piwie :-(((
        • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 23.08.06, 08:57
          warszawianka_jedna napisała:

          > na szczęście wymyślono chemiczne WC, chociaż nie w każdym porcie można
          > znaleźć miejsce do utylizacji.

          No i nie na każdym jachcie (choćby na moim Orionie) można znaleźć miejsce do
          jego ustawienie. Chyba żeby... ustawić je na koi dziobowej, zastępując forluk
          deską sedesową :-DDDDD
          A nawet jeśli miejsce do utylizacji zawartości chemicznego WC się znajdzie, to
          cena za tą "usługę" jest zwykle tak wysoka, że taki "interes" nie kalkuluje się
          zupełnie. Najpierw płaci się za wypożycznie chemicznego WC, potem wpływając do
          portu płaci się z góry za możliwość korzystania z toalet, na koniec słono płaci
          się za wylanie zawartości jachtowego klopa.

          > W Popielnie kazano nam oczyścić je pod świerkiem, tuż przy kei.

          I nie zgłosiłaś tego jeszcze do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska,
          czy innego sanepidu??? To co kazano Wam zrobić, bylo stokroć gorsze od
          ordynarnego "postawienia klocka" przykrytego wstęgą papieru toaletowego pod
          tymże świerkiem. Niniejszym wciągam przystań w Popielnie na swoją
          prywatną "czarną listę" (obok Kietlic, za zorganizowanie dresiarskiego rajdu
          terenowymi brykami w rezerwacie Sapiny). Nie za brak zbiorika na ścieki z
          jachtowych WC (bo sam nie posiadam tego gadżetu). Dlatego że właściciel
          przystani który uczy żeglarzy antyekologicznych zachowań, powinien w te pędy
          trafić do pierdla, a na resztę swojego życia pójść z torbami.
          • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 23.08.06, 15:28
            Ja tez wole na dziko, ale jak trzeba to i do spokojnej mariny zaglądam.
            Piszę spokojnej po od takich jak Sztynort, Dalba w Giżycku i itp to tylko
            solidna burza może mnie zagnać.
            No wiesz, jak nocujesz na dziko i nie masz chemicznej, to chyba nie masz innego
            wyjścia jak saperką. Nie każdy może wstrzymywać kilka godzin i czekać do
            jakiejś knajpy czy portu. Rzecz w tym, żeby robić to z kulturą, nie niszczyć
            ściółki i roślinności. Zawsze znajdzie się w najbliższej okolicy kawałek
            nieużytku i tam trzeba dziurę kopać, solidną, odpowiednio głęboką ...
            Tak załatwiona potrzeba, to mniejsza strata dla środowiska niż chemiczne wc,
            z którego i tak gdzieś w końcu do natury trafi, razem z tą chemią.
            To tyle odnośnie wstydliwego problemu.
            Co do ogniska, to też jest sprawa kultury. Pomijam tu względy bezpieczeństwa w
            czasie suszy i przepisów leśnych, bo to sprawa na osobne omówienie, ale można
            zrobić ognisko, które zadowoli żeglarza bez zbędnego niszczenie środowiska i
            przyrody( pomijając dym). Zawsze korzystam z chrustu, nigdy nie wycinam drzew.
            Zawsze jest to niewielkie ognisko, takie żeby była atmosfera i można było
            kiełbaskę podsmażyć. Zawsze jest to
            W takim miejscu, że wszelkie szkody są zminimalizowane. Oczywiście jakieś
            straty w przyrodzie są, ale nie większe niż w marinie. Można więc, moim zdaniem
            palić, ale tylko przy zachowaniu szczególnych warunków ostrożności i kultury.
            Co do Popielna, to ja mam ten port już dawno na czarnej liście, ale na
            Śniardwach nie ma ich za wiele i w tym roku zdarzyło mi się tam zanocować.
            Leżały ładne szczapy, gotowe do podpalenia, miejsce przygotowane na
            Ognisko wiec nie wiele się zastanawiając rozpalamy ... gdzieś po godzinie
            przychodzi bosman i żąda 30zł za rozpalenie ogniska, za cumowanie 12zł, a za
            ognisko w porcie 30zł, choć w cenniku takiej usługi nie było.
            pozdrawiam
            • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 24.08.06, 14:21
              ortodox napisał:

              > No wiesz, jak nocujesz na dziko i nie masz chemicznej, to chyba nie masz
              > innego wyjścia jak saperką. Nie każdy może wstrzymywać kilka godzin i czekać
              > do jakiejś knajpy czy portu.

              Pływam z reguły samotnie i mniej więcej wiem kiedy będę "musiał". Unikam rzecz
              jasna potraw w rodzaju bigosidło z podłej knajpy (może odgrzewane, z zeszłego
              tygodnia?) czy nawet frytki, często na przesmażonym oleju. I nie muszę
              konsultować z resztą załogi "Poczekajmy jeszcze z godzinę, tam we "Wiosce" taka
              kolejka... Rzcz jasna saperkę wożę, ale jak dotąd użyłem jej do "wstydliwych" ;-
              ) celów tylko raz, podczas pierwszego spływu Pisą, gdy nie znałem akwenu, a do
              tego jeszcze wiarołomny załogant zostawił mnie samego gdy tylko zaczął nawalać
              Salut. Kiepsko się spływa samemu pod silny przeciwny wiatr gdy silnik nie ma
              sprzęgła, stąd nie wiedziałem kiedy zdołam powrócić do "cywilizacji", choćby w
              postaci Nowogrodu. W ub. roku również przydała się saperka - właśnie do
              pogłębienia kawałka Ublickiej Strugi, między Wojnowem a Ublikiem Wielkim.
              Polecam :-)
              Największy problem stwarzają zorganizowane obozy. Tam nie tylko jest "zero
              dyskusji" gdzie dziś stoimy, ale w dodatku ludzie się mniej znają i mniej sobie
              ufają. Może dlatego w roku 2003 gdy napotkałem biwak "Róży Wiatrów" na kilku
              Tangach 730S i paru "koromysłach" przyuważyłem jak ktoś przemyka się w krzaczki
              z rolką papieru pod pachą? Saperki nie miał, może był bardzo wstydliwy, a
              przecież saperki nie da się tak łatwo ukryć pod pachą? Uważam że takie obozy
              powinny pływać na jachtach z chemicznymi WC, albo nocować tylko w morinie.

              > Rzecz w tym, żeby robić to z kulturą, nie niszczyć ściółki i roślinności.
              > Zawsze znajdzie się w najbliższej okolicy kawałek nieużytku i tam trzeba
              > dziurę kopać, solidną, odpowiednio głęboką ...

              Ano. Tyle że łatwo jest znaleźć odpowiednie miejsce gdzieś nad odludnym
              Buwełnem, czy choćby Nidzkim na wschód od Czapli, ale już nie nad Bełdanami,
              Mikołajskiem czy Kuli. Tam niejednokrotnie "saperzy"... odkopują czyjeś "miny".

              > Tak załatwiona potrzeba, to mniejsza strata dla środowiska niż chemiczne wc,
              > z którego i tak gdzieś w końcu do natury trafi, razem z tą chemią.

              Z tego co wiem jest to nie tyle chemia, co enzymy analogiczne do tych jakie
              wytwarzają drobnoustroje odpowiedzialne za naturalną utylizację nieczystości.
              Rozciueńczone i poddane rozkładowi np. w oczyszczalni ścieków (a te na Mazurach
              stają się normą, przykładem może być giżycka oczyszczalnia nad Niegocinem)
              znikają bez śladu.
              Nie jest tak niestety gdy skoncentrowaną zawartośc chemicznej toalety wyleje
              się do jeziora lub pod drzewo, zwłaszcza blisko brzegu. Njprościej jest wylać
              ją do pierwszego napotkanego Toi-Toja, to też toaleta chemiczna tyle że
              odpowiednio większa.

              > Co do ogniska, to też jest sprawa kultury. Pomijam tu względy bezpieczeństwa
              > w czasie suszy i przepisów leśnych, bo to sprawa na osobne omówienie, ale
              > można zrobić ognisko, które zadowoli żeglarza bez zbędnego niszczenie
              > środowiska i przyrody

              Znów z wnikliwym uwzględnieniem warunków. Jeśli jest to skrawek ziemi z
              wyjedzonymi i wydeptanymi przez krowy, wypalonymi słońcem resztkami
              roślinności, to ognisko (zwłaszcza palone na miejscu poprzedniego) znaczącej
              szkody nie uczyni. Ale ziemia pokryta bujną trawą pełną kwiatów, w dodatku w
              bezpośrednim sąsiedztwie płytko usyrtuowanych korzeni drzew?
              No i warto sobie uświadomić jak straszliwy kataklizm, gorszy nawet od pożaru
              lasu można sprowadzić rozpalając ogień na torfowisku.

              > ( pomijając dym).

              Taka ciekawostka: wbrew gazetowej propagandzie to spalanie drewna a nie
              większości tworzyw sztucznych (z wyjątkiem tych zawierających chlor, jak PCV,
              neopren, czy powłoki farb chlorokauczukowych) jest głównym źródłem straszliwie
              trujących dioxyn! Tyle że w ilościach tak znikomych (z wyjątkiem owych
              wysczególnionych tworzyw) że nie dawajmy się zwariować. Spalenie podartej
              reklamówki z polietylenu czy nawet butelki z PET nie jest żadną
              szczególną "zbrodnią". Na pewno mniejszą niż zakopanie tego w ziemi.

              > Zawsze korzystam z chrustu, nigdy nie wycinam drzew.

              Na żeglarskim forum Onetu pewna sympatyczna bywalczyni nidzkich bindug
              narzekała na podtatusiałych facetów którzy nie mogąc już znaleźć chrustu
              wyzbieranego do cna w okolicach takich "kombinatów campingowych" jak Bobrowa
              czy Drapacz bez żenady zabierają się za wycinkę zielonych drzew :-(( Bo
              przecież im NALEŻY się możliwość rozpalenia ogniska. Może uważają że winę
              ponosi leśniczy który drewna na czas nie dowiózł?

              > Zawsze jest to niewielkie ognisko, takie żeby była atmosfera

              Tymczasem w sierpniwym (czy lipcowym?) nrze "Żagli" kpt. Krzysztof "Benek"
              Bieńkowski piętnował załogę "osmiometrowego koromysła" która nie dość że
              zacumowała do chronionej wyspy na Kisajnie, to jeszcze rozpaliła "stos drewna"
              z płomieniami straelającymi na dwa metry w górę. I to w majowy weekend, wiosną
              podczas sezonu lęgowego ptaków!!! :-(((

              > i można było kiełbaskę podsmażyć.

              Akurat jestem w tej komfortowej sytuacji że kiełbasek i innej chabaniny nie
              jadam (tylko ryby). Zawsze tak łatwiej ustrzec się przed zatruciem salmonellą
              czy inną botuliną, w dodatku gdy do szpitala daleko. Muchomory czerwonawe (nie
              mylić z czerwonymi) z jakich usmażyłem sobie parę lat temu "schaboszczaki" nad
              Niegocinem absolutnie mi nie zaszkodziły: dobrze rozpoznałem jaalny gatunek
              muchomora :-)

              > Można więc, moim zdaniem palić, ale tylko przy zachowaniu szczególnych
              > warunków ostrożności i kultury.

              Pełna zgoda. Tylo o ową kulturę trudno :-((

              > Leżały ładne szczapy, gotowe do podpalenia, miejsce przygotowane na
              > Ognisko wiec nie wiele się zastanawiając rozpalamy ... gdzieś po godzinie
              > przychodzi bosman i żąda 30zł za rozpalenie ogniska, za cumowanie 12zł, a za
              > ognisko w porcie 30zł, choć w cenniku takiej usługi nie było.

              Ha! Gdybym odłożył szczapy na bok (może ktoś je przywiózł dla siebie i musiał
              na jakiś czas się nagle oddalić?) i nazbierał własnego chrustu, to pewnie bym
              się targował, zwłascza ze względu na brak pozycji w cenniku. Nie ruszałbym tego
              co nie moje. Ale w opisanej sytuacji postawa bosmana wcale mnie nie dziwi.
              • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 24.08.06, 17:27
                W zasadzie nie lubię rozmmawiać w ten sposób, to znaczy rozbijać czyjegoś
                tekstu na cześci pierwsze i odnosic się do nich, bo już po krótkiej wymianie
                dyskusji robi się bałagan, ale niech tam ...
                tomjani napisał:

                > ortodox napisał:
                >
                > > No wiesz, jak nocujesz na dziko i nie masz chemicznej, to chyba nie masz
                > > innego wyjścia jak saperką. Nie każdy może wstrzymywać kilka godzin i cze
                > kać
                > > do jakiejś knajpy czy portu.
                >
                > Pływam z reguły samotnie i mniej więcej wiem kiedy będę "musiał".
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                To jesteś raczej wyjątkiem i nie możesz żądać od innych, by pływali sami, bo
                wtedy łatwiej przewidzieć, co się komu kiedy zachce. Prawda jest taka, że
                rzadko spotyka się łodzie z niekompletna załogą, a wiec 4, 5, 6 i więcej. Nie
                ma w takiej sytuacji, podczas nocowania na dziko możliwości, żeby wszyscy
                wypróżniali się na zawołanie, odpada i dostaje WC chemiczne, a przy jego braku
                saperka.
                **************************************
                > Unikam rzecz
                > jasna potraw w rodzaju bigosidło z podłej knajpy (może odgrzewane, z zeszłego
                > tygodnia?) czy nawet frytki, często na przesmażonym oleju. I nie muszę
                > konsultować z resztą załogi
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                Zrozumiałe, choć to jeszcze nie gwarantuje, że wypróżnianie będzie u wszystkich
                na rozkaz i tylko 1 raz dziennie.
                ******************************************
                > Największy problem stwarzają zorganizowane obozy. Tam nie tylko jest "zero
                > dyskusji" gdzie dziś stoimy, ale w dodatku ludzie się mniej znają i mniej
                > sobie ufają. Może dlatego w roku 2003 gdy napotkałem biwak "Róży Wiatrów" na
                > kilku Tangach 730S i paru "koromysłach" przyuważyłem jak ktoś przemyka się w
                > krzaczki z rolką papieru pod pachą? Saperki nie miał, może był bardzo
                > wstydliwy, a przecież saperki nie da się tak łatwo ukryć pod pachą? Uważam że
                > takie obozy powinny pływać na jachtach z chemicznymi WC, albo nocować tylko w
                > morinie.
                ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++=
                No niby tak, ale przecież zawsze na takich obozach powinni być kadra i w sposób
                jasny i zdecydowany zadbać o kulturę załatwiania się. Przecież nie ma w tym nic
                wstydliwego, wystarczy z młodzieżą te sprawy jasno omówić, otwarte postawienie
                sprawy i własny przykład, likwiduje fałszywy wstyd, saperkę zostawić w lesie w
                umówionym miejscu ... Nie można wylewać dziecka z kąpielą i skazywać obozy
                tylko na mariny, gdzie często wcale nie jest bezpiecznie i można zobaczyć
                wiele nagannych zachowań, wobec których wszyscy są bezradni.
                *********************************************
                > > Rzecz w tym, żeby robić to z kulturą, nie niszczyć ściółki i roślinności.
                > > Zawsze znajdzie się w najbliższej okolicy kawałek nieużytku i tam trzeba
                > > dziurę kopać, solidną, odpowiednio głęboką ...
                >
                > Ano. Tyle że łatwo jest znaleźć odpowiednie miejsce gdzieś nad odludnym
                > Buwełnem, czy choćby Nidzkim na wschód od Czapli, ale już nie nad Bełdanami,
                > Mikołajskiem czy Kuli. Tam niejednokrotnie "saperzy"... odkopują
                > czyjeś "miny".
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                No dobra, są miejsca gdzie jest to trudniejsze, zwłaszcza w szczycie sezonu ,
                ale jest to możliwe i tylko od woli potrzeboskiego to zależy, czy takie miejsce
                poszuka, czy będzie walił gdzie bliżej, bo akurat pada. Jest taka możliwość.
                tylko pójście na łatwiznę, czego przykładem jest robienie bez saperki, wydaje
                się niektórym prostsze. To jest właśnie kultura i nad tym trzeba pracować, bo WC
                chemiczne może częściowo rozwiąże problem czystości w lasach( o ile nie wyleje
                się tam zawartości), o tyle nie rozwiąże problemu kultury na wodzie i w życiu.
                Do WC w portach też bywa daleko ( w omawianym Popielnie ok. 500m !!!) W dodatku
                trzeba płacić i może być kolejka, a wtedy też się idzie do lasu, bo bliżej,
                darmo i nie trzeba czekać, tylko że wtedy o saperce nawet mowy nie ma.
                *************************************************
                > > Tak załatwiona potrzeba, to mniejsza strata dla środowiska niż chemiczne
                > >wc, z którego i tak gdzieś w końcu do natury trafi, razem z tą chemią.
                >
                > Z tego co wiem jest to nie tyle chemia, co enzymy analogiczne do tych jakie
                > wytwarzają drobnoustroje odpowiedzialne za naturalną utylizację nieczystości.
                > Rozciueńczone i poddane rozkładowi np. w oczyszczalni ścieków (a te na
                > Mazurach stają się normą, przykładem może być giżycka oczyszczalnia nad
                > Niegocinem) znikają bez śladu.
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                Nic nie znika bez śladu, nawet w oczyszczalniach ścieków, których wcale na
                Mazurach aż tyle nie ma. Dodatkowo płyn do WC chemicznego, oprócz bakterii
                które mają rozkładać nieczystości zawiera całą tablicę Mendelejewa różnych
                dodatkowych środków chemicznych, zapachowych, antybakteryjnych, itd.
                które prędzej czy później trafią z powrotem do natury, cudów nie ma.

                ******************************************************
                > Nie jest tak niestety gdy skoncentrowaną zawartośc chemicznej toalety wyleje
                > się do jeziora lub pod drzewo, zwłaszcza blisko brzegu. Njprościej jest wylać
                > ją do pierwszego napotkanego Toi-Toja, to też toaleta chemiczna tyle że
                > odpowiednio większa.
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                No właśnie!!! Co dla ludzi niskiej kultury, problemem jak widać nie jest
                *********************************************************
                > Taka ciekawostka: wbrew gazetowej propagandzie to spalanie drewna a nie
                > większości tworzyw sztucznych (z wyjątkiem tych zawierających chlor, jak PCV,
                > neopren, czy powłoki farb chlorokauczukowych) jest głównym źródłem
                straszliwie
                > trujących dioxyn! Tyle że w ilościach tak znikomych (z wyjątkiem owych
                > wysczególnionych tworzyw) że nie dawajmy się zwariować. Spalenie podartej
                > reklamówki z polietylenu czy nawet butelki z PET nie jest żadną
                > szczególną "zbrodnią". Na pewno mniejszą niż zakopanie tego w ziemi.
                +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                Miejsce dla takich resztek jak reklamówki, butelki z PET jest na śmietniku.
                Palenie tego jest bezmyślnością i brakiem kultury. Najlepiej w ogóle nie używać,
                ale się pewnie nie da, ale można znacznie ograniczyć.
                ***************************************
                > > Zawsze korzystam z chrustu, nigdy nie wycinam drzew.
                >
                > Na żeglarskim forum Onetu pewna sympatyczna bywalczyni nidzkich bindug
                > narzekała na podtatusiałych facetów którzy nie mogąc już znaleźć chrustu
                > wyzbieranego do cna w okolicach takich "kombinatów campingowych" jak Bobrowa
                > czy Drapacz bez żenady zabierają się za wycinkę zielonych drzew :-(( Bo
                > przecież im NALEŻY się możliwość rozpalenia ogniska. Może uważają że winę
                > ponosi leśniczy który drewna na czas nie dowiózł?
                ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                Znów sprawa kultury, bo jak nie ma chrustu, co rzadko ale się czasem zdarza,
                albo nie chce się go poszukać gdzieś dalej, to ogniska się nie robi i nie ma
                wytłumaczenia dla wycinania drzew. W tym roku spędziłem 7 tygodni na żaglach na
                Warmii i Mazurach i przeważnie nie było z tym problemu, wystarczyło się tylko
                rozejrzeć. Oczywiście nie dotyczy to miejsc, gdzie gęsto od łódek jak ok.
                Mikołajek czy Giżycka, ale takich przecież każdy normalny unika.
                ***************************************
                >
                > > Zawsze jest to niewielkie ognisko, takie żeby była atmosfera
                >
                > Tymczasem w sierpniwym (czy lipcowym?) nrze "Żagli" kpt. Krzysztof "Benek"
                > Bieńkowski piętnował załogę "osmiometrowego koromysła" która nie dość że
                > zacumowała do chronionej wyspy na Kisajnie, to jeszcze rozpaliła "stos
                drewna"
                > z płomieniami straelającymi na dwa metry w górę. I to w majowy weekend,
                wiosną
                > podczas sezonu lęgowego
                • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 25.08.06, 10:47
                  ortodox napisał:

                  > W zasadzie nie lubię rozmmawiać w ten sposób, to znaczy rozbijać czyjegoś
                  > tekstu na cześci pierwsze i odnosic się do nich, bo już po krótkiej wymianie
                  > dyskusji robi się bałagan

                  Czyżby? Innego sposobu nie widzę, gdy dyskusja staje się wielowątkowa, co w
                  takich "tematach-rzekach" jak ochrona środowiska jest normą. Internet pozwala
                  technicznie na taką formę dyskusji, i nie ma powodów aby się obrażać. Proszę
                  zresztą spojrzeć na inne fora.

                  > To jesteś raczej wyjątkiem i nie możesz żądać od innych, by pływali sami, bo
                  > wtedy łatwiej przewidzieć, co się komu kiedy zachce.

                  Nie żądam - ale tak czy inaczej dasie to załatwić. Np. osoba w potrzebie (albo
                  przewidująca taką potrzebę na najbliższy wieczór) może poprosić o nieplanowane
                  zrazu odwiedzenie najbliższej przystani.

                  > Prawda jest taka, że rzadko spotyka się łodzie z niekompletna załogą, a wiec
                  > 4, 5, 6 i więcej.

                  W przypadku takich koromyseł "6 i więcej" (rzecz jasna nie mam tu na myśli
                  Oriona nabitego pięcioma osobami czy Sasanki 620 nabitej siódemką załogantów -
                  to też jest patologia) - toaleta chemiczna powinna być normą. Niestety tak jak
                  wielu woli zaoszczędzić złotówki na toalecie po to aby w końcu uskładac na
                  dodatkową flaszkę piwa - wielu woli zrezygnować z kosztów wypożyczenia i
                  użytkowania toalety.

                  > Nie ma w takiej sytuacji, podczas nocowania na dziko możliwości, żeby wszyscy
                  > wypróżniali się na zawołanie, odpada i dostaje WC chemiczne, a przy jego
                  > braku saperka.

                  Toteż podkreślałem że przynajmniej saperka powinna na jachcie być - ale raczej
                  na wypadki "awaryjne". Nie tak aby była traktowana jako substytut toalety.

                  > > Unikam rzecz jasna potraw w rodzaju bigosidło z podłej knajpy

                  > Zrozumiałe, choć to jeszcze nie gwarantuje, że wypróżnianie będzie u
                  > wszystkich na rozkaz i tylko 1 raz dziennie.

                  1 raz dziennie to norma. Raz na 2 dni nie jest niczym nienormalnym. Więcej niż
                  raz dziennie - to już objaw choroby, a przynajmniej zjedzenia czegoś
                  niezdrowego lub w dużym nadmiarze. Albo wręcz zażycia tabletek "na odchudzanie"
                  które w niektórych społeczeństwach robią furorę.

                  > przecież zawsze na takich obozach powinni być kadra i w sposób jasny i
                  > zdecydowany zadbać o kulturę załatwiania się.

                  Kadra??? A kto ma tej kadry nauczyć kultury? PZŻ? Na kursach instruktorskich?
                  Oni uważają że mają o wiele "mondrzejsze" rzeczy do nauczania:

                  www.kulinski.gdanskmarinecenter.com/art.php?id=155&st=0&fload=1
                  > Przecież nie ma w tym nic wstydliwego, wystarczy z młodzieżą te sprawy jasno
                  > omówić, otwarte postawienie sprawy i własny przykład, likwiduje fałszywy
                  > wstyd

                  No i wytłumacz to nastolatce, ordynarnie zaczepianej przez "kolegów" z załogi
                  (będących na codzień blokersami w spodniach z krokiem na dużą qpę). Niech no
                  tylko któryś z nich zobaczy ją wychodzącą z saperką do lasu, zaraz reszta zrobi
                  sobie widowisko...

                  > saperkę zostawić w lesie w umówionym miejscu ...

                  I ta saperka miałaby zostać tam choćby przez godzinę? Na Mazurach (i nie tylko)
                  dokonuje się kradzieży o wiele bardziej zuchwałych. Chciałbyś jeszcze edukować
                  potencjalnych złodziei aby nie kradli pozostawionych w lesie saperek? ;->

                  > Nie można wylewać dziecka z kąpielą i skazywać obozy tylko na mariny, gdzie
                  > często wcale nie jest bezpiecznie i można zobaczyć wiele nagannych zachowań,
                  > wobec których wszyscy są bezradni.

                  O wiele łatwiej byłoby zaprowadzić i wyegzekwować wzorowy porządek we
                  wszystkich marinach, niż na jednym dzikim biwaku. Należałoby tylko odrzucić
                  wypracowany przez tzw. intelektualistów u schyłku komuny i przez większy okres
                  tzw. Trzeciej RP stereotyp przestępcy (dresa, blokersa) jako "ofiary
                  niedostosowania do norm społecznych". Jakąś zapowiedzią tego może okazać się
                  antyalkoholowa akcja na Zegrzu, gdzie już pierwszy ochlapus za sterem stracił
                  swój jacht:

                  rzeczny.policja.waw.pl/?page=Structure&id=8&nid=138
                  > tylko od woli potrzeboskiego to zależy, czy takie miejsce poszuka, czy będzie
                  > walił gdzie bliżej, bo akurat pada.

                  Bo akurat pada, bo gryzą komary, bo 100 metrów od brzegu kończy się las a
                  zaczyna pole, bo 100 metrów w bok walą już załoganci innego jachtu...

                  > Jest taka możliwość. tylko pójście na łatwiznę, czego przykładem jest
                  > robienie bez saperki,

                  Albo omijanie w ogóle toalet portowych "bo się brzydzę siadać na desce na
                  której przed chwilą siedział kto inny". I z takimi postawami się spotkałem.
                  Oczywiście, bezpośrednio z po wyjściu z toalety można i powinno się umyć pod
                  prysznicem - no ale przecież 5-6zł to już poważny wydatek, 2 piwa możnaby za to
                  kupić...

                  > wydaje się niektórym prostsze. To jest właśnie kultura i nad tym trzeba
                  > pracować, bo WC chemiczne może częściowo rozwiąże problem czystości w lasach

                  Niezależnie od tego że jest to bardzo kosztowny sposób rozwiązania problemu.
                  Dlatego, podobnie jak w saperce, widziałbym w nim raczej rezerwowy środek.

                  > Do WC w portach też bywa daleko ( w omawianym Popielnie ok. 500m !!!)

                  Nie byłem tam nigdy - to ten port jest aż taki rozległy? ;-))))

                  > W dodatku trzeba płacić i może być kolejka, a wtedy też się idzie do lasu,
                  > bo bliżej, darmo i nie trzeba czekać

                  To jest chore. Toaleta powinna być wliczona w opłatę portową. Jeszcze jeden
                  powód dla tego, aby zdziercze Popielno omijać.
                  Zresztą pływając samemu odkrywam zaskakujące alternatywy. Np. pewien camping
                  nad Niegocinem. Fakt, od pyty blachosmrodów, przyczep campingowych, motocykli
                  (w większości zresztą na niemieckich numerach), wypasionych
                  namiotów, "bachorów" - ale za to nadzwyczaj kulturalne towarzystwo,
                  owych "bachorów" nie wyłączając, zero dresu, dyskotekowego bydła, przyzwoity
                  węzeł sanitarny do którego jakoś nie tworzą się kolejki, bar w którym nie tylko
                  można kulturalnie wypić pifko ale i smażoną rybkę zjeść, i może tylko spora
                  odległość od miasta może być dla żeglarzy uciążliwa (są za to dobrze
                  zaopatrzone sklepy w pobliskiej postpegieerowskiej wsi).
                  I za to wszystko płacę na dzieńdobry 10PLN "od łba" za dobę. Za to opłata "za
                  cumowanie" wynosi ZERO!!! Jeśli zważyć że za owe 10PLN mam nie tylko toaletę
                  ale i prysznic (bynajmiej nie na 3 minuty, tak aby było się można tylko
                  namydić, ale spłukać już zimną wodą), to taki porcik może być atrakcyjny
                  niekoniecznie tylko dla samotnych żeglarzy. Od czasu gdy zawitałem tam po raz
                  pierwszy (chyba w 1997r) nie omijam go nigdy, zdarza się że odwiedzam go
                  dwukrotnie w ciątgu sezonu, gdy płynę na Mamry i z powrotem.

                  > tylko że wtedy o saperce nawet mowy nie ma.

                  Bo aż tak ciśnie że nie zdąży się wrócić na jacht po saperkę? ;-P

                  > Dodatkowo płyn do WC chemicznego, oprócz bakterii które mają rozkładać
                  > nieczystości zawiera całą tablicę Mendelejewa różnych dodatkowych środków
                  > chemicznych, zapachowych, antybakteryjnych, itd. które prędzej czy później
                  > trafią z powrotem do natury, cudów nie ma.

                  Pisałem już: nie dajmy się zwariować. Za chwilę dopatrzymy się całej "tablicy
                  Mendelejewa" w zwykłym kawałku mydła które zawiera dokładnie to co powyżej, i
                  przyjdzie się myć wyłącznie roztworem popiołu z ogniska.

                  > > Njprościej jest wylać ją do pierwszego napotkanego Toi-Toja, to też toaleta
                  > > chemiczna tyle że odpowiednio większa.

                  > No właśnie!!! Co dla ludzi niskiej kultury, problemem jak widać nie jest

                  Zapewne i jest wyrazem niskiej kultury żeglarza pokątne wylanie zawartości
                  toalety chemicznej do portowego Toi-toja, ale wyrazem o wiele niższej kultury,
                  i to w wykonaniu właściciela tegoż portu jest nakaz wylewania zawartości toalet
                  pod drzewko. To w Popiel
                • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 25.08.06, 10:55
                  ortodox napisał:

                  > > Njprościej jest wylać ją do pierwszego napotkanego Toi-Toja, to też toaleta
                  > > chemiczna tyle że odpowiednio większa.

                  > No właśnie!!! Co dla ludzi niskiej kultury, problemem jak widać nie jest

                  Zapewne i jest wyrazem niskiej kultury żeglarza pokątne wylanie zawartości
                  toalety chemicznej do portowego Toi-toja, ale wyrazem o wiele niższej kultury,
                  i to w wykonaniu właściciela tegoż portu jest nakaz wylewania zawartości toalet
                  pod drzewko. To w Popielnie nie ma żadnego Toi-toja? Wystarczyłoby kierować tam
                  żeglarzy z toaletami, kasując za to akceptowalną sumę.

                  > > Spalenie podartej reklamówki z polietylenu czy nawet butelki z PET nie jest
                  > > żadną szczególną "zbrodnią". Na pewno mniejszą niż zakopanie tego w ziemi.

                  > Miejsce dla takich resztek jak reklamówki, butelki z PET jest na śmietniku.

                  A przypadkiem nie w sortowni odpadów podlegających recyklingowi? :-P

                  > Palenie tego jest bezmyślnością i brakiem kultury.

                  Dla mnie wyrazistym symbolem bezmyślności jest mamusia bijąca po łapach synka
                  który cisnął ogryzek między drzewa w lesie, i pouczająca go że ogryzek to
                  trzeba starannie owinąć w foliową torebkę i zakopać. Oczywiście, palenie
                  torebek foliowych nie jest idealnym sposobem pozbywania się ich, lepszym jednak
                  niż wywożenie ich na wysypisko (może to 5km od Dobskiego?), gdzie będą trwały
                  całe tysiąclecia. Inna rzecz czy przeciętny laik potrafi odróżnić wydzielajcy
                  podczas spalania dioxyny PCV od polietylenu, który paląc się wydziela nie
                  więcej zanieczyszczeń niż zwykła świeczka. Tak czy inaczej, akurat w przypadku
                  reklamówek na jachcie najlepszym wyjściem jest zabieranie ich na zakupy, i
                  wielokrotne wykorzystywanie.

                  > Najlepiej w ogóle nie używać ale się pewnie nie da, ale można znacznie
                  > ograniczyć.

                  Ano cóż. Nie kupuję prawie nigdy napojów w butelkach PET, mimo że ta sama cola
                  czy mineralna w szklanych butelkach zwrotnych kalkuluje się zdecydowanie
                  najdrożej. Tymczasem w podwarszawskim Powsinie zaprzestano w ogóle sprzedaży
                  napojów w szkle "bo tu jest las i groziłoby to pożarem". Takie to głupie prawo
                  i polityka cenowa obowiązuje :-((

                  > bo jak nie ma chrustu, co rzadko ale się czasem zdarza, albo nie chce się go
                  > poszukać gdzieś dalej, to ogniska się nie robi i nie ma wytłumaczenia dla
                  > wycinania drzew.

                  Zajrzyj może na www.sailforum.pl i wytłumacz tam paru jegomościom że
                  istotą żeglarstwa nie jest popijanie piwa za sterem zamiast w knajpie. Podobnie
                  wytłumacz tym podtatusiałym faciom spędzającym wraz ze swoimi blachosmrodami
                  całe tygodnie na jednej jedynej bindudze z dawno już wyzbieranym chrustem że do
                  konca urlopu będą musieli wyrzec się palenia ognisk, chyba że sami dowiozą
                  sobie chrustu, może z tamtego lasu za najbliższą szosą. Obawiam się że w jednym
                  i drugim przypadku będą mogły poskutkować jedynie drakońskie mandaty.

                  > Edukować.... edukować , dawać dobry przykład , tłumaczyć i wychowywać
                  > pokazywać jak należy i jak się nie powinno robić a w ostateczności karać.

                  Obawiam się że najwyższa już pora na tą ostateczność. :-( Inaczej PZŻ
                  przeforsuje w końcu pomysł pana Latka aby obciążyć tzw "winietkami" wszystkich
                  mazurskich żeglarzy (a dlaczego jeżeli już, to nie także turystów
                  samochodowych, rowerowych wręcz pieszych, jeśli tylko stopa ich dotknie
                  mazurskiej ziemi?):

                  zagle.onet.pl/557776,wiadomosci.html

                  > Karać za głupotę i bezmyślne niszczenie przyrody.

                  Towarzysz Latek domaga się karania nie za to co powyżej, lecz za niemanie
                  winietki. To byłoby wyjątkowo antywychowawcze. Bo każda jedna menda która do
                  tej pory śmieciła i paskudziła, zacznie to robić w dwójnasób, rozumując: "skoro
                  już zapłaciłem za wywóz moich śmieci, to niech je teraz ktoś wywiezie, a ten
                  kto też zapłacił i wywozi swoje, jest frajerem". A jak myślisz, który
                  to "właściwy polski związek sportowy" ochoczo podejmie się dystrybucji
                  winietek, kto będzie miał główne udziały w wymarzonej przez działacza
                  PZŻ "komercyjnej firmie sprzątającej", i do czyjej kasy zamiast na sprzątanie
                  trafi lwia część zdartych z żeglarzy pieniędzy?

                  > Dzisiaj prędzej można być ukaranym za rozpalenie małego ogniska, będącego pod
                  > kontrolą

                  Ba, za samo wejście do lasu, jeśli akurat obowiązuje stan zagrożenia
                  pożarowego! Cóż z tego że taki nikomu nie wadzący amator wędrówki po lesie
                  pierwszy mógłby wykryć pożar wzniecony przez jakiegoś piromana, skoro wśród
                  osób chodzących po lesie na pewno trafi się w końcu taka menda która podobnie
                  jak "żeglarz" nie mogący wytrzymać za sterem paru godzin bez piwa - nie
                  wytrzyma kilkunastu minut bez zajarania szluga i zhartowania peta w leśnej
                  ściółce! Stąd może i drakońskie kary za palenie "kontrolowanych" ognisk w
                  miejscu niedozwolonym. Bo siedmiu spoścród dziesięciu palących takie ogniska
                  przed snem zaleje ogień z wiadra, a trzech pozostałych urżnie się w trupa i
                  obudzi się dopiero wtedy, gdy pożar pójdzie akurat w taką stronę, że przypali
                  mu skarpetki.

                  > niż za bezmyślne niszczenie przyrody, wycinanie lasu, zatruwanie rzek i
                  > jezior.

                  Tu już chyba zaczynamy wkraczać w wielką politykę... Za komuny normą były tzw
                  normy zanieczyszczeń, które każda koxownia, zlewnia, chlewnia, mleczarnia,
                  garbarnia mogła odprowadzać do środowiska. Jeśli znacznie przekroczyła plan,
                  wtedy więcej niż zwykle ryb pływało brzuchami do góry, robiło się wielkie
                  ajwaj, a skruszony derektor takiego kombinatu kajał się w telewizorni i
                  skamlał, że za rok wszystko będzie znów w najlepszym porządku, bo Rada
                  Zakładowa wystąpiła już do ministra o zgodę na... podwyższenie owych "norm", i
                  otrzymała odpowiedź że taką zgoda będzie wydana. Zresztą i po oficjalnym upadku
                  komuny stuacja nie wszędzie się od razu poprawiła, przykładem może być
                  kościarnia tow. Grabka pod Grójcem.

                  > Zakazywać palenia ognisk żeglarzom, harcerzom ... to tak jakby zabrać im część
                  > ich kultury, zwyczajów. Tego zrobić nie można.

                  Ależ pisałem już że wcale się tego nie domagam. Tylko chcałbym aby żeglarze (i
                  nie tylko) przestali traktować palenie ognisk jako swoje niezbywalne prawo bez
                  względu na okoliczności. Aby rozpaliwszy ognisko i otrzymawszy mandat nie mieli
                  pretensji o to że tam gdzie akurat wymarzyło im się dobić, nikt nie wyznaczył
                  miejsca na ognisko. Bo w końcu zostanie wprowadzony i zacznie być bezwzględnie
                  egzekwowany zakaz wszelkieg dobijania na dziko, nawet jeśli załoga ograniczy
                  się jedynie do chwlowego zejścia na ląd na "małą" (nie "grubszą") potrzebą.

                  > To, że bosman przyszedł i zażądał pieniędzy może nie jest dziwne, ale to ile
                  > zażądał, bo rozpalając ognisko, byłem świadomy, że ktoś to drewno musiał
                  > przygotować i że będę musiał zapłacić. Jednak sądziłem, że zapłacę za
                  > drewniane szczapy a nie za dębowy parkiet – 30zł.

                  To nie prościej było zawczasu zapytać? W końcu szczapy to nie chrust co sam
                  spada z drzew, ktoś musiał ich narąbać i przynieść. Nie znam sytuacji - ale
                  może bosman poproszony zawczasu przez kogoś "zabezpieczył" im drewno na dzień
                  przed terminem, i wqrzył się że jutro będzie musiał w te pędy jechać po nowe
                  drewno choć planował robić co innego?

                  > Ty zapewne dobijając do portu też spodziewasz się, że zapłacisz
                  > może 3zł, moze 5zł. Jednak gdy za samo dobicie bosman zarządał np.50zł, a
                  > przed portem na tablicy informacyjnej nie było o tym ani słowa, zapewne nie
                  > byłbyś już tak zadowolony jak obecnie z postawy bosmana.

                  Niewątpliwie, gdybym dobił w sąsiedztwie jakiegoś spróchniałego, pochylonego
                  pomostu gdzie w zasięgu wzroku jest jedynie sławojka z wyrwanymi drzwiami i
                  dziurawym dachem zdziwiłbym się gdyby ktoś przyszedł po jakąkolwiek opłatę. Ale
                  gdybym miał dobić do kei należącej do
                  • tomjani Re: na dziko czy w marinie? 25.08.06, 11:00
                    ortodox napisał:

                    > Ty zapewne dobijając do portu też spodziewasz się, że zapłacisz
                    > może 3zł, moze 5zł. Jednak gdy za samo dobicie bosman zarządał np.50zł, a
                    > przed portem na tablicy informacyjnej nie było o tym ani słowa, zapewne nie
                    > byłbyś już tak zadowolony jak obecnie z postawy bosmana.

                    Niewątpliwie, gdybym dobił w sąsiedztwie jakiegoś spróchniałego, pochylonego
                    pomostu gdzie w zasięgu wzroku jest jedynie sławojka z wyrwanymi drzwiami i
                    dziurawym dachem zdziwiłbym się gdyby ktoś przyszedł po jakąkolwiek opłatę. Ale
                    gdybym miał dobić do kei należącej do jakiegoś "bunkra" pokroju Hotelu
                    Gołębiewski, na dodatek obstawionej przez wielopokładowe dresmotorówy z łysymi
                    byczokarkowcami w złotych łańcuchach opalającymi się w towarzystwie kilku
                    tlenionych blondynek przypadających na jeden kark, zrezygnowałbym zapewne z
                    tego zamiaru, spodziewając się że konsekwencje tego mogą być nadzwycaczaj
                    bolesne przynajmniej dla mojej kieszeni.

                    > No to tyle,

                    I niestety teraz wyszło jeszcze dłuższe :-(( Ale przynajmniej porządek starałem
                    się zachować, a nawet uporzadkować conieco po Przedmówcy. Ale niestety
                    przekonałem się sam, jak działa niniejsze Forum - chcąc nie chcąc narobiłem
                    bałaganu jeszcze większego :-( Na przyszłość trzeba będzie unikać tak długich
                    postów.
                    • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 25.08.06, 13:25
                      Tak jak już pisałem, nie lubię takiej formy dyskusji, bo adwersarz rozbijając
                      wypowiedzi na czynniki pierwsze, wyciągając z kontekstu zmienia ich sens,
                      czasem zupełnie nie świadomie, a czasem pomija coś, co mu się wydało mniej
                      ważne.
                      Nie jest prawdą, że tak działają inne fora GW. Sam uczestniczę w kilku i taka
                      forma jest spotykana wyjątkowo i dotyczy co najwyżej jednego czy dwóch zdań.
                      Wcale się z tego powodu nie obrażam, ale mogę w końcu czegoś nie lubić.
                      Do czego to doprowadziło widać powyżej, a wymieniliśmy zaledwie po razie swoje
                      uwagi do tematu i nikt inny się nie wtrącał. Temat był też dość prosty, nie
                      polityczny, choć jak kto chce, to politykę wszędzie znajdzie.

                      Wracając zatem do tematu, w czasie tego lata jak już pisałem, spędziłam na
                      żaglach 7 tygodni i w tym czasie bardzo dokładnie opłynąłem Warmię i WJM.
                      Większość nocy spałem "na dziko" bo tak lubię. Jest cicho, spokojnie i mogę
                      cieszyć się przyrodą przez całą dobę. Nie przeszkadza mi obecność innych
                      jachtów, ale w takich portach jak Sztynort ( o całkiem przyzwoitej
                      infrastrukturze i nie wysokiej cenie), gdzie cumuje przeważnie ponad 100 łódek,
                      zawsze znajdą się tacy, którzy spali do południa i przed 3 w nocy nie zasypiają.
                      Na dodatek, mają przeświadczenie, że tak robią wszyscy w porcie i dają świetny
                      przykład młodzieży.
                      Dobrze wybrane miejsce do cumowanie "na dziko", jest często bezpieczniejsze od
                      kiepskiego portu. Mogę służyć przykładami z Pisza, czy Mikołajek, gdzie spory
                      wiatr, przy nieuwadze "kapitanów" narobił wiele szkód w sprzęcie i naraził
                      zdrowie załogantów innych łodzi. Takich scen na w dzikich cumowiskach nigdy nie
                      spotkałem.
                      pozdrawiam


                      • skipbulba Re: na dziko czy w marinie? trochę [ot] 26.08.06, 09:41
                        ortodox napisał:

                        w takich portach jak Sztynort ( o całkiem przyzwoitej
                        > infrastrukturze i nie wysokiej cenie), gdzie cumuje przeważnie ponad 100
                        łódek,
                        > zawsze znajdą się tacy, którzy spali do południa i przed 3 w nocy nie
                        zasypiają
                        > .
                        Tak na marginesie, to faktycznie coś z nami Polakami jest nie tak. W marinach
                        szwedzkich, duńskich czy norweskich stoi czesto ponad 1000 jjachtów, 100 to
                        mała przystań, a pomimo tego jest tam cisza i spokój. Nie ma wrzasków do 5tej
                        rano. Po 22 jest cisza smiertelna, a przed, nazwijmy to,cisza normalna.

                        Jakbym był złosliwy to zapytałbym czego uczą u nas na kursach w ramach etyki
                        żeglarskiej, tak czesto sie przewijającej w postach, skoro nasi opatantowani
                        zeglarze tak bydlą do rana, a niepatentowani żeglarze skandynawscy potrafią sie
                        zachowywac jak cywilizowani ludzie?:))
                        • ortodox Re: na dziko czy w marinie? trochę [ot] 27.08.06, 15:24
                          Masz tu sporo racji, ale chyba nie jest to problem szkolenia żeglarskiego.
                          Jest to problem kultury naszego społeczeństwa. Sporo podróżowałem po campingach
                          zachodniej i południowej Europy. Tam sprawa jest podobna - spokój i cisza, bo
                          każdy rozumie po co przyjechał i jaka jest rola takich miejsc. Nawet pomijając
                          regulaminy jeden drugiemu stara się nie przeszkadzać, choć młodzi podpici
                          Niemcy też potrafią narozrabiać. Jak jest u nas na campach, nie trzeba pisać,
                          choć i tutaj chyba ostatnio nieco poprawiło się.
                          pozdrawiam
                            • ortodox Re: na dziko czy w marinie? trochę [ot] 27.08.06, 21:33
                              Sadzę, że trochę winni są bosmani, którzy to tolerują. Wypić każdy może, nawet
                              więcej niż trochę, ale to nie powód żeby zakłócać spokój. W takim Sztynorcie,
                              gdzie jest ochrona "profesjonalna" goście umundurowani, bosman nawet nie
                              zwrócił uwagi wrzeszczącym o 2 w nocy na całe gardła gówniarzom, bo po co się
                              narażać, a to jego psi obowiązek zapewnić spokój w marinie. W małych
                              przystaniach jest dużo lepiej, bo jest mniejsza szansa na takich nawalonych
                              gówniarzy.
                              Ciekawe, bo zauważyłem, że to nie wszystkim przeszkadza. Na sąsiedniej łódce
                              była młoda załoga, nawet dosyć cicho i w czasie gdy na 3 innych łodziach
                              przy naszej kei trwała zabawa na całe gardła o 2 w nocy, jedna z dziewczyn do
                              pozostałych załogantów - z podziwem( nawet zachwytem) " ty, ale tu fajna
                              atmosfera". Ja w tym czasie, z zaciśniętymi zębami przewracałem się na swojej
                              koji, obudzony piętnasty raz tej nocy.
                              pozdrawiam
                              • skipbulba Re: na dziko czy w marinie? trochę [ot] 28.08.06, 17:57
                                ortodox napisał:

                                Na sąsiedniej łódce
                                > była młoda załoga, nawet dosyć cicho i w czasie gdy na 3 innych łodziach
                                > przy naszej kei trwała zabawa na całe gardła o 2 w nocy, jedna z dziewczyn do
                                > pozostałych załogantów - z podziwem( nawet zachwytem) " ty, ale tu fajna
                                > atmosfera". Ja w tym czasie, z zaciśniętymi zębami przewracałem się na swojej
                                > koji, obudzony piętnasty raz tej nocy.

                                Moze my juz po prostu starzy jestesmy:))
                                • ignorant11 Re: na dziko czy w marinie? trochę [ot] 28.08.06, 23:39
                                  skipbulba napisał:

                                  > ortodox napisał:
                                  >
                                  > Na sąsiedniej łódce
                                  > > była młoda załoga, nawet dosyć cicho i w czasie gdy na 3 innych łodziach
                                  > > przy naszej kei trwała zabawa na całe gardła o 2 w nocy, jedna z dziewczy
                                  > n do
                                  > > pozostałych załogantów - z podziwem( nawet zachwytem) " ty, ale tu fajna
                                  > > atmosfera". Ja w tym czasie, z zaciśniętymi zębami przewracałem się na sw
                                  > ojej
                                  > > koji, obudzony piętnasty raz tej nocy.
                                  >
                                  > Moze my juz po prostu starzy jestesmy:))

                                  +++ I konkretni! Albo dawac w palnik albo.. zeglowac.
                                  :)))

                                  >
                                  >
              • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 24.08.06, 19:41
                No i jeszcze troszeczkę, bo mi urwało.

                tomjani napisał:

                > ortodox napisał:

                > > Można więc, moim zdaniem palić, ale tylko przy zachowaniu szczególnych
                > > warunków ostrożności i kultury.
                >
                > Pełna zgoda. Tylo o ową kulturę trudno :-((
                ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                Edukować.... edukować , dawać dobry przykład , tłumaczyć i wychowywać
                pokazywać jak należy i jak się nie powinno robić a w ostateczności karać.
                Karać za głupotę i bezmyślne niszczenie przyrody. Dzisiaj prędzej można być
                ukaranym za rozpalenie małego ogniska, będącego pod kontrolą niż za bezmyślne
                niszczenie przyrody, wycinanie lasu, zatruwanie rzek i jezior.
                Zakazywać palenia ognisk żeglarzom, harcerzom ... to tak jakby zabrać im część
                ich kultury, zwyczajów. Tego zrobić nie można.
                ********************************************************
                > > Leżały ładne szczapy, gotowe do podpalenia, miejsce przygotowane na
                > > Ognisko wiec nie wiele się zastanawiając rozpalamy ... gdzieś po godzinie
                >
                > > przychodzi bosman i żąda 30zł za rozpalenie ogniska, za cumowanie 12zł, a
                > za
                > > ognisko w porcie 30zł, choć w cenniku takiej usługi nie było.
                >
                > Ha! Gdybym odłożył szczapy na bok (może ktoś je przywiózł dla siebie i musiał
                > na jakiś czas się nagle oddalić?) i nazbierał własnego chrustu, to pewnie bym
                > się targował, zwłascza ze względu na brak pozycji w cenniku. Nie ruszałbym
                tego
                >
                > co nie moje. Ale w opisanej sytuacji postawa bosmana wcale mnie nie dziwi.
                ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
                To, że bosman przyszedł i zażądał pieniędzy może nie jest dziwne, ale to ile
                zażądał, bo rozpalając ognisko, byłem świadomy, że ktoś to drewno musiał
                przygotować i że będę musiał zapłacić. Jednak sądziłem, że zapłacę za drewniane
                szczapy a nie za dębowy parkiet – 30zł.
                Dlaczego nie 100? Metr kubiczny drewna opałowego kosztuje z dowozem 60-70zł (
                na Mazurach). Ty zapewne dobijając do portu też spodziewasz się, że zapłacisz
                może 3zł, moze 5zł. Jednak gdy za samo dobicie bosman zarządał np.50zł, a przed
                portem na tablicy informacyjnej nie było o tym ani słowa, zapewne nie byłbyś
                już tak zadowolony jak obecnie z postawy bosmana.
                No to tyle,
                ahoj



            • jurmak1 Re: na dziko czy w marinie? 29.08.06, 10:28
              ortodox napisał:


              > Leżały ładne szczapy, gotowe do podpalenia, miejsce przygotowane na
              > Ognisko wiec nie wiele się zastanawiając rozpalamy ...

              Stał samochód, otwarty z kluczykami w stacyjce wiec nie wiele się zastanawiając
              wsiadam i jadę...

              > gdzieś po godzinie
              > przychodzi bosman i żąda 30zł za rozpalenie ogniska,

              Wybacz ale nie rozumiem Twojego zdziwienia? Ktoś te szczapy musiał przygotować,
              nie ma zmiłuj się wszystko kosztuje.
              • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 29.08.06, 14:23
                jurmak1 napisał:

                > ortodox napisał:
                >
                >
                > > Leżały ładne szczapy, gotowe do podpalenia, miejsce przygotowane na
                > > Ognisko wiec nie wiele się zastanawiając rozpalamy ...
                >
                > Stał samochód, otwarty z kluczykami w stacyjce wiec nie wiele się
                zastanawiając
                > wsiadam i jadę...
                >
                > > gdzieś po godzinie
                > > przychodzi bosman i żąda 30zł za rozpalenie ogniska,
                >
                > Wybacz ale nie rozumiem Twojego zdziwienia? Ktoś te szczapy musiał
                przygotować,
                > nie ma zmiłuj się wszystko kosztuje.
                >
                Wyjaśniałem już wyżej, ale może nie doczytałeś.
                Nie chodzi o to, że trzeba zapłacić, bo mając moje lata już się przyzwyczaiłem
                do tego i darmochy nie oczekuję. Jednak też byś się zdziwił, gdybyś zamówił
                piwo w barze (załóżmy, że nie jest to bar hotelu Hilton) i gdzieś przy drugim
                łyku barman zaśpiewałby cenę - 50zł!
                Na mazurach metr kubiczny drewna opałowego kosztuje 60-70zł z dowozem,
                a my zużyliśmy może 1/20 metra.
                pozdrawiam

                • jurmak1 Re: na dziko czy w marinie? 29.08.06, 15:24
                  ortodox napisał:


                  > Wyjaśniałem już wyżej, ale może nie doczytałeś.

                  Fakt, nie doczytałem... odrabiam zalaegłości po prawie dwutygodniowym pływaniu...

                  > piwo w barze (załóżmy, że nie jest to bar hotelu Hilton) i gdzieś przy drugim
                  > łyku barman zaśpiewałby cenę - 50zł!

                  Dlatego lepiej pytać od razu i wtedy jest wszystko jasne...
                  • ortodox Re: na dziko czy w marinie? 29.08.06, 15:48
                    jurmak1 napisał:

                    > Dlatego lepiej pytać od razu i wtedy jest wszystko jasne...

                    ... no zgoda i dlatego nikt nie robił awantury, jednak taka cena za trochę
                    drewna jak i za zwykłwe piwo trochę dziwi, nie zostawia miłego wrażenie i nie
                    zachęca do kolejnych odwiedzin. Tylko tyle, bo akurat rozmawialiśmy o ogniskach
                    w marinach i Popilnie.
                    pozdrawiam

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka