Dodaj do ulubionych

Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spodoba?'

06.05.03, 16:34
Jak widać z niektórych wypowiedzi, wielu pragnie zaszczepić "bakcyla
żeglowania" własnemu potomstwu. Oj, ostrożnie!
Wiele razy zdarzyło mi sie widzieć na wodzie takich wspaniałych
kumpli-tatusiów. Nie pragnę być ich szczęśliwym dzieckiem.
Dziecko z natury jest ciekawe i maluchy potrafią z wielką powagą i
poczuciem odpowiedzialności sterować z samej chęci naśladowania kogoś
ważnego. Wtedy czasem bywa gorzej bo tatuś zaczyna uczyć. Z łodki robi się
zwykła szkoła albo przedszkole, czyli to od czego chce się odsapnąć. Szybko
zaczyna się ruganie:
"Fał, nie wiesz co to fał?!"
" Nie mówi się wiosło, tylko pagaj!"
" Liny zwija się w słoneczko!"
"Mówiłem ci jak się buchtuje, wszystko popsujesz!"
"Trzeba innym machać ręką, to jest etykieta!"
"Jak będziesz tak się zachowywać, więcej nie popłyniemy!"

Dla dziecka maleńka przestrzeń pokładu jest więzieniem, kamizelka -
kajdanami. Większość z nich po krótkiej fascynacji nowością szybko zaczyna
marzyć o dopłynięciu do brzegu żeby można było pobiegać.
"Kiedy dopłyniemy?..." - "Jak ci się nie podoba to więcej cię na łódkę nie
zabiorę".
"Co ja winien że mam dziecko kretyna?!"
Dla wielu dwutygodniowy czarter z całą rodziną z wielkiej przygody
zamienił się w długo wspominaną udrękę. Pamiętaj o tym, zanim zapragniesz dać
dziecku to, czego sam w młodości nie miałeś i rozważ, czy w Tobie chce
widzieć właśnie nauczyciela.
Nie przerabiaj własnego dziecka na swój obraz i podobieństwo a więcej mu się
przyglądaj, przytulaj - i do niczego nie zachęcaj!.
Wtedy złapie tego Twojego upragnionego bakcyla i nigdy nie napiszesz
takiego postu (cytat):

>I co z tego,, ze od najmlodszych lat plywalem z dzieciakami pod zaglami.
>I co z tego -ze jezdzilem na Szanties do Krakowa
>z tego- nic nie wynika
>teraz sa dorosli i wcale ich to nie pociaga.
>Moze trzeba bylo kupic jakiego malego Cadeta - czy Optymista i wsadzic
>bachora na sile do lodki.


Obserwuj wątek
    • piotr_c Re: Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spod 06.05.03, 17:01
      Dobrze mówisz. Ja właśnie w te wakacje chcę zabrać moją córkę na Solinę.
      Byliśmy tam rok temu 2 x po jednym dniu, teraz wybieramy sie na tydzień. Ale w
      łaśnie w obawie by nie spalic żeglarskiego tematu niedawno przepytałem małą co
      jej się najbardziej podobało z tej wycieczki. Odpowiedz była w kolejności:
      1) Plac zabaw przy marinie
      2) mini basen przy marinie
      3) zabawa na piaszczystym brzegu
      4) obiad (kit rejsowy :> ) na pokładzie żaglówki
      5) pływanie i sterowanie (!) łódka
      6) i inne ...

      I w takich proporcjach planujemy ten sezon . z placami zabaw nie jest najgorzej
      (namierzyłem już 3) , weźmiemu ze sobą nadmuchwany basenik ( woda w czerwcu
      jednak może być trochę chłodna dla 3,5 latki, Z pływania to pewnie wyjdzie 2-3
      godziny przed południem i może 2 po południu. I myślę że to w zupełności
      wystarczy.

      No i oczywiście jeśli poza kabiną to w kamizelce.

      Może macie jeszcze jakieś dodatkowe pomysły jak uatrakcyjnić takie rodzinne
      pływanie

      PS na razie nie mam zamiaru jej szkolić :)
      • chaladia Zacząć od małego 06.05.03, 19:12
        Tak sobie wymyśliłem, że naukę żeglarstwa mojej córci (4 lata) zacznę od łódki
        małej i łatwej w obsłudze, takiej z którą ona sama sobie wkrótce będzie mogła
        poradzić, ale na tyle dużej, bym mógł tam się zmieścić. Wybór padł na Ancorę
        13, mały baljowaty slup gaflowy. Płynąć może nim dwie osoby dorosłe i dwoje
        dzieci, (oczywiście niezbyt szybko, bo żagla jest ledwo 7 m2) ale bezpiecznie.
        Muszę mieć tylko pewność, że córcia pływa dostatecznie dobrze by nie spanikować
        jeśli przypadkiem wyląduje w wodzie - bo inaczej może się zrazić do żeglowania
        na zawsze.
    • roody102 Re: Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spod 07.05.03, 00:57
      Raz tak mialem, ze sam siedzialem w kokpicie, znajomi poszli w miasto a ja
      saczylem leniwie piwo nma sloncu. A na sasiedniej lodce taki tatus wykladal
      synkowi locje... Nie dosc, ze bredzil sromotne farmazony, to jeszcze mentalnie
      dzieciaka niszczyl, niczym chinskie pranie mozgu... Dzieciak zajoba od taty i
      slonca dostawal i wariowal z nudow a ten dalej slowo. W koncu nie wytrzymalem -
      myslac, ze sie chlopaczek zaplacze zaproponowalem tacie, zeby poszedl z nim na
      lody moze lepiej albo od razu sie kotwica wyrznal w czerep bo ja nie mam sily
      wstac do niego. Cos tam jeszcze o znecaniu sie wspomnialem. Poskutkowalo chyba,
      bo tatko skonczyl i gdzies z dziekiem poszli. Tatko mine mial glupia a dzieciak
      patrzyl sie na mnie jakbym go cudownie ozdrowil. A ja, w poczuciu dobrze
      spelnionego obowiazku, otworzylem piwo kolejne :-)
                • fima Jeszcze o małych nieszczęśnikach... 23.05.03, 11:16
                  piotr_c napisał:
                  > Powoli robi sie nam tu "Forum Horrorum" :)

                  Cieszę się z odzewu na ten wątek. Były wątpliwości przy zakładaniu czy nie
                  zostanie uznany za niepotrzebny. Dziękuję roody'emu i piotrowi za przykłady,
                  które może ustrzegą niektórych od wybrzydzenia własnemu potomstwu żeglowania.
                  Przypadek opisany przez Roody'ego to normalka, "Co ja winien, że mam dziecko
                  kretyna" i inne moje cytaty to oczywiście autentyki. Roody nie ma co się
                  sumitować że "wyszedł z nerw".
                  Osobiście uważam że najlepiej jest dziecko zapisać do szkółki z Optymistami czy
                  Cadetami, pod opiekę fachowego trenera o dobrej opinii. Lubię na "Patelni" ten
                  widok malego stadka żagielków jak kaczuszki robiącego zgodne zwroty pod komendy
                  mamy-kaczki z megafonem na większej łódce.
                  Po takiej szkółce dziecko wsiada na jacht rodziców, dumne ze swoich
                  umiejętności i jest partnerem. Czasem poucza starych, jest przyjemnie dla
                  wszystkich.
                  • piotr_c Re: Jeszcze o małych nieszczęśnikach... 23.05.03, 13:50
                    Jak pod koniec czerwca wrócę z Soliny to opowiem jak nam wyszło to rodzinne
                    pływanie.
                    Z samodzielnym pływaniem to myślę trzeba poczekać do 6-7 lat, to czego
                    najbardziej się obawiam to żeby nie uszczęśliwiać na siłe i nie spalic
                    dożywotnio tematu.
                    Lepiej jeśli się żeglowanie małej spodoba i zostanie jakiś niedosyt , niż
                    stwierdzi że ja to nie bawi
                    • fima opowiedz koniecznie 27.05.03, 14:50
                      - choć, sądząc po tym co pisałeś, będzie OK.
                      Miłego żeglowania.


                      piotr_c napisał:

                      > Jak pod koniec czerwca wrócę z Soliny to opowiem jak nam wyszło to rodzinne
                      > pływanie.
                    • essedaria Re: Jeszcze o małych nieszczęśnikach... 22.07.03, 12:07
                      Wybierajac sie pierwszy raz z dzieckiem na zagle ciagle obawialam sie, ze
                      bedzie to dla nie go nudne... bo w koncu co moze tam robic dwulatek...
                      ograniczona powierzchnia, brak zabawek itd. Stad decyzja, jedziemy tylko na 5
                      dni, czeste postoje, place zabaw itd. Dwulatek nie chcial schodzic z jachtu, na
                      nastepny rok nie chcial nigdzie jechac tylko "na maziuly", teraz, jako
                      szesciolatek dodaje do tego "oprocz mazur moze byc rajd rowerowy". Dzieci lubia
                      kiedy zmienia sie otoczeni (oczywiscie nie wszystkie dzieci, sa takie ktore
                      potrzebuja solidnego poczucia bezpieczenstwa). Wystaraczjacym zajeciem bylo
                      poznawanie ciagle nowego miejsca postoju, kawalek kija ktory mozna moczyc w
                      wodzie udajac ze sie lowi ryby, ognisko wieczorem, i wymyslanie bajek podczas
                      rejsu.
                      Ale najwieksza rozrywka bylo mycie garow w blocie;)))
                      Nie boj sie wiec, z pewnoscia dziecko bedzie zachwycone.
                      Pzdr.
    • kiranna Re: Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spod 14.06.03, 02:09
      No to ja wlasnie jestem przykladem takiego dziecka :))
      Pierwsza zaglowke ojciec kupil jak mialam 11 lat i zaczelo sie:(
      To byl rok 80-ty. Kazdy swiatek, piatek i caly miesiac wakacji (czasem dluzej)
      na lajbie.
      Ojciec w mlodosci byl instruktorem zeglarstwa, w dodatku pasjonat jak malo kto,
      wiec na rzeczy sie znal. Lodka wypieszczona do granic mozliwosci, nie
      przypominala oryginalu, czesto robili jej zdjecia, podziwiali.
      Wszystko byloby fajnie, gdyby nie to, ze zeglarstwo kojarzylo mi sie wtedy
      z ... "wiezieniem".
      Czas odwilzy, polowa lat 80-tych, wszyscy wokol wyjezdzaja na wakacje za
      granice, my jak co roku na lajbe...
      Moja pierwsza milosc, paczka pod namiot, mnie nie wolno, ja na lajbe...
      Ojciec perfekcjonista, w dodatku wymagajacy, lubil pokazac co potrafi.
      Strofowal, nauczal, a jak jeszcze mial publike na kei, to dopiero zaczynalo sie
      przedstawienie! Zle zbuchtowana linka albo nie daj Boze nieprawidlowo wybrany
      zagiel urastaly do rangi zyciowego problemu. Nie mowiac o przybijaniu. Wszystko
      musialo byc perfekt, nie bylo miejsca na bledy! Do dzis mam slad na dloni, bo w
      sluzie, kiedy poziom wody gwaltownie zmienil sie i zarzucilo lodka, wlozylam
      reke miedzy pal a kosz dziobowy, zeby chronic ukochana lajbe tatusia. Mialam
      szczescie, ze nie zmiazdzylo mi wtedy reki...
      Ojciec lubi samotnosc, na noc wynajdywal "dziurki" na jedna lodke, w promieniu
      100m zywej duszy, a ja typ towarzyski... Jaka ja czulam sie wowczas
      nieszczesliwa. To byly inne czasy, czasem mozna bylo zeglowac caly dzien i
      spotkac 3-4 zaglowki na horyzoncie, szczegolnie z dala od glownego szlaku. Moze
      dzis by mi to odpowiadalo, ale wtedy nastoletnie serce rwalo sie do ludzi!
      Przymus zeglarstwa skonczyl sie jak mialam 20lat. Od tej pory moja noga nie
      postala na lajbie... czyli juz prawie 15 lat.
      Dzis mieszkam daleko od rodziny, widzimy sie bardzo rzadko. Jak co roku latem
      Rodzice wyruszaja w rejs na Mazury, chce do nich dojechac, zobaczyc jak
      zmienily sie stare dobre katy, spedzic wspolnie czas, ale... oni beda spac na
      lajbie, a ja z synkiem na ladzie :))

      Zeglarstwo to piekny sport, lecz mnie zamiast zachecic, skutecznie do niego
      zniechecono, chociaz byly tez i fajne chwile, nie powiem. Mam duzo wspomnien,
      fakt, ale do zagli nie ciagnie mnie juz wcale, a moglo byc inaczej.
      Dlatego uczcie swoje pociechy sztuki zeglarskiej, ale z rozumem, drodzy
      rodzice:)

      pozdrawiam :)
      • j666 Córcia na pokładzie-płynę na morze z 7-latkami :-) 15.06.03, 23:29
        Płynę na morze z siedmiolatkami :-)
        A było to tak:
        Łódki własnej nie mamy, a pływam głownie po morzu, raczej mało rodzinnie do tej
        pory, bardziej klubowo lub komercyjnie.
        Postanowiłem zabrać dziecko ze sobą na słone, gdy będzie umiało już plywać, z
        myślą o Chorwacji czy podobnej ciepłej wodzie, żeby mogło z płetwami i maską
        podziwiać ryby i inne taki kolorowe.
        Dziecię uczy się pływać dzielnie od całego roku, choć foką może jeszcze nie
        jest, ale ciepłe morze z całą rodziną raczej w tym roku jeszcze nie dojdzie do
        skutku z uwagi na finanse.
        Wziąłem więc niedrogo jacht (Dufour-28) na Bałtyku, z myślą o Zatoce Gdańskiej,
        chcę pokazać Gdańsk z pomnikiem Neptuna, Długim Targiem, Żurawiem, może Muzeum
        morskim, portem, stocznią (od strony wody), Westerplatte, Sopot z dobiciem do
        mola jak fala pozwoli, Gdynię z oceanarium, planetarium, Darem Pomorza,
        Błyskawicą, Hel z fokarium i plażami od strony morza i zatoki, Jstarnię z
        kutrami rybackimi i znowu plażą, może Puck lub Górki, chociaż o atrakcjach
        tamże raczej nie wiem.
        Oprócz mojej siedmiolatki będzie jeszcze równolatek kolega z klasy (jego mama
        nie może jechać z uwagi na finanse niestety) oraz jeszcze 17-latek ż.j. mój
        zeszłoroczny załogant z rejsu na Alandy.
        Pływaliśmy już po morzu w tym roku w długi weekend, ale na "Zawiszy" (no,
        nieźle było, najmłodszy załogant miał 4 lata i był niezwykle dzielny, a wiało
        nam do 8°B :-)
        Między Neptunem a prawdą to dzieciarnia bardziej lubiła siedzieć w kubryku albo
        czwórkach i tam się bawić w chowanego, niż podziwiać rodziców na wachcie, co
        było dla mnie powodem stałego stresu ;-))
        Jak się ułoży życie na pokładzie i pod nim, to jeszcze nie wiem, obozu
        dzieciakom nie robię, mam jedynie nadzieje na przychylność i usmiech Neptuna :-)
        Co najwazniejsze: mamy jeszcze 2 miejsca wolne dla chętnych na rodzinne
        pływanie, termin to 21-28 VI a wiec wyjazd już w przyszłą sobotę, koszty są
        bardzo małe, na poziomie pływania po mazurach, a nasz jacht jest doskonale
        wyposażony, może jakaś mama z synkiem albo tata z córką do nas dołączą ??
        JaC
          • piotr_c Re: Kiranna, J666 - dzięki za śliczne posty 24.06.03, 14:24
            Witajcie , już wróciłem. Jak się troche odkopie to postaram się złożyć
            szczegółową relację ale na razie powiem wam, że moja córeczka zażyczyła sobie
            na przyszły rok " jeszcze raz jeden tydzień w Zelmerze i tydzień na
            żaglówce " :))))))))). A z naszej strony też to wygladalo bardzo przyjemnie i
            nie przeżywaliśmy jakiś cięzkich stresów na wodzie.
            • piotr_c Re: Kiranna, J666 - dzięki za śliczne posty 25.06.03, 16:06
              Pierwszy tydzień urlopu spedziliśmy w ośrodku wczasowym „Zelmer” w cichym koło
              Baligrodu. To temat na osobną opowieść ale możemy go naprawdę polecić dla
              rodzin z dziećmi. Nawet w kiepską pogodę można tam wiele porobić pod dachem i
              dzieci się nie nudzą , a i teren jest bezpieczny. Bardziej szczegółowa relacja
              tutaj https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=277&w=6646460

              Po 9 dniach na lądzie , w poniedziałek wyruszyliśmy do Polańczyka , do
              przystani „Unitry”
              Z powodu padającego deszczu nasz przyjazd z „Zelmera” do przystani w Polańczyku
              opóźnił się o kilka godzin. Kiedy wreszcie dotarliśmy to zaczęło sie pakowanie
              bagaży na żaglówkę. Okazało się że właściciel jachtu tak go wyposażył, że od
              razu mogliśmy zostawić w samochodzie jedna skrzynkę sprzętu :). (Tu uwaga
              praktyczna jeśli ma sie takiego malucha jak nasz pod ręka, to pakowanie powinno
              byc przygotowane znacznie wcześniej, tak aby wszystkie rzeczy przenieść na
              pokład i rozstawić w czasie nie dłuższym niż 2 godziny. Przedłużanie spacerów
              po kei grozi atakiem głupawki u dziecka :) )
              No i nadzeszła pierwsza noc na jachcie, na szczęście w porcie było cicutko więc
              nic nie przeszkadzało . bogusia została na wszelki wypadek obłożona zestawem
              swoich pluszaków ( również jako bariera przeciw spadnieciu z koi) i …. zasnęła
              zupełnie bez żadnych problemów. My też :).
              Wtorek . Pospaliśmy sobie do 8 rano a potem zaczęły się instrukcje dla małej na
              temat poruszania się na jachcie. Punkt pierwszy: zawsze przynajmniej jedna ręka
              trzyma się czegoś. Punkt drugi: kamizelkę może zdjąć w kabinie albo 1.5 od
              brzegu jeziora. Potem śniadanie i wreście świtkiem koło południa ruszamy na
              wodę. Wiatr sprzyjał więc całkiem szybko znaleźliśmy się na południowo
              zachodnim końcu jeziora. Mała w tym czasie trenowała wchodzenie i wychodzenie z
              kabiny pewnie dlatego, że było równie dużo atrakcji w środku co na pokładzie.
              Potem zażyczyła sobie wyladowania na plaży. Ponieważ dotarliśmy juz prawie do
              mostu na Solince , więc zawróciliśmy i zaczęliśmy szukać miejsca do lądowania.
              I tak ustaliła nam sie dzienna dawka pływania – 1,5 do 3 godzin. Potem był
              obiad-kolacja. Przezornie zabraliśmy słoiczki ale nic z tego , mała jak
              prawdziwa turystka zjadała makaron z podgotowaną mielonka i kukurydzą. Potem
              jeszcze wieczorne czytanie i spać.
              Kolejny dzień zaczął się jak zwykle późno :)
              Najpierw zabawa na mini łączce , potem solidne śniadanie-obiad około południa i
              znowu płyniemy. Tym razem wiaterek był już słaby . Tak słaby że okazało się że
              mała może siąść do steru. To znaczy u mnie na kolanach, trzymała ster i talię
              grota ( no oczywiście ja też :) ) . Była taka dumna z siebie. I nawet
              płyneliśmy prosto. Po kilkunastu minutach poszła odpocząć po wrażeniach pod
              pokład i pobawić się swoimi zabawkami. Po 2 godzinach przybiliśmy do brzegu w
              pobliżu Polańczyka , miejsce miłe , tylko nieco gliniasty brzeg ( ale tak jest
              na całej Solinie). Przy porzadkowaniu jachtu mała chciała się włączyć więc
              tego wieczoru poznała dwie nowe umiejętności zwijania końców linek
              w “słoneczka” i rozpinania gumek do plandeki na bomie. I później bardzo
              pilnowała aby nie odbyło się to bez jej udziału. Do tego trenuje sprawne
              poruszanie się po pokładzie . Odkryła, że może zawisnąc na rękach na krawędzi
              zejściówki i huśtać się jak gibon nad kojami. Zawarliśmy umowę – huśtanie tylko
              wtedy gdy stoimy przy brzegu, na wodzie ma być normalne wchodzenie i
              wychodzenie z kabiny.
              Czwartek
              Na żaglówce trudno spotkać rówieśników do zabawy. To okazało się być poważnym
              problemem. Na szczęście w samym centrum jeziora znajduje się wojskowy
              ośrodek “Jawor” z naszego punktu widzenia miał 3 zalety: basen, plac zabaw i
              pokażne stadko dzieci w wieku 0d 0,5 do 15 lat. Gdy jeszcze przypadkiem
              spotkaliśmy znajomego Bogusi z naszego “Zelmera” to świat od razu zrobił się
              wspaniały. Popływaliśmy, zjedliśmy kolację w stołówce i aż do nocy bawiliśmy
              się na placu zabaw.
              Piątek
              Od rana pada . 20 mimut deszczu i wiatru 40mimut słonca . I tak w kółko. Bawimy
              się w łodzi, i na placu zabaw. Siedzimy w kawiarni, jemy lody i czytamy
              książeczki. Za oknem coraz bardziej pada. Poszliśmy do stołówki na obiad.
              Około 14 przestało padać, postanowiliśmy więc wyruszyć w dalsza drogę. Małej
              trochę żal było się rozstawać z placem zabaw, ale jakoś dała się przekonać.
              Napiła się mleka i poszła spać . Wieje mocny, porwisty wiatr. Płyniemy
              baksztagiem więc nie kiwa tylko uderzenia wiatru nas jeszce przyspieszają.
              Mogłem sobie wreszcie popływać na spokojnie , bez zezowania czy mała się trzyma
              czegoś .
              Znależliśmy miłe ladowisko, co prawda z dopychającym wiatrem za to z
              przygotowanym stanowiskiem na ognisko. W miarę mało gliniast brzeg okazał sie
              być znakomity do zabawy wiaderkiem i foremkami. Drewno było trochę mokre, ale
              zawziąłem się i po kolacji zrobiliśny sobie niewielkie ognisko.
              W nocy wiatr się okręcił i musiałem żaglówkę dodatkowo cumować aby nas nie
              wyniosło na brzeg.
              Sobota
              Od rana wieje, dosyć mocno. Zastanwiamy się czy wypływać tym bardziej, że znowu
              idą przelotne deszcze. W końcu zdecydowaliśmy się zaryzykować i o 13 płyniemy
              dalej. Bogusia siedzi na pokładzie dzielnie trzymając się uchwytów i szczerzy
              się do wiartu :) . Dla zabawy krążę między innymi żaglówkami i “ ścigam się” z
              nieświadomymi konkurentami. Zabawę psuje kolejna fala deszczu, ale nie na tyle
              by się chowac pod pokład :). Wplynęłiśmy w odnogę doliny Sanu. Wiatr zrobił się
              już nieprzyjemny, Bogusia z mamą schowały się pod pokład a ja próbowałem
              podpłynąć jak najdalej w kierunku Sanu. Szalejące w ciasnej dolince szkawały
              zmusiły mnie do odpuszcenia. Wróciliśmy na wypatrzone nieco wcześniej
              lądowisko. Dla odpoczynku zarządziłem sjestę. Po chwili obie panie słodko spały
              a ja sobie czytałem.
              Ku naszemu lekkiemu zaskoczeniu nad naszymi głowami rozstawiła namiot rodzina z
              dwójką dzieci. Przyjechali tutaj połowić ryby, i miejsce rzeczywiście było
              przygotowane pod ich namiot. Ponieważ jakoś kontak się nie nawiązywał , za to
              rozpalili ognisko dymiące prosto na nas, więc po na radzie przenieśliśmy się
              200 m dalej. Bogusia była bardzo z tego powodu niezadowolona , dała się jednak
              przekonać obietnica że też sobie zrobimy ognisko. Cała przeprowadzka
              przeciagnęła się na tyle, że ognisko zrobiłem już naprawdę późno i nie udało mi
              się wynegocjować przełożenia go na następny dzień. Bogusia, senna dwa razy
              wyszła z łódki do ogniska a potem z lekką awanturą poszła spać.
              Niedziela
              Pobudkę zrobiliśmy wcześnie bo jeszcze tego dnia mieliśmy być z powrotem w
              Polańczyku. Potem solidne mycie w ciepłym jeziorze pod osłoną łodzi przed
              wiatrem. Wiatr wygladał na taki, że nie byłem pewien czy dotrzemy do Polańczyka
              przed noca. Poganiałem więc towarzystwo. Mimo tego wypłynęliśmu dopiero po 13.
              Panie pisały kartki z wczasów a ja zmagałem się z wiatrem wiejącym z 300
              stopniowego sektora . Im bliżej byliśmy Zatoki Czarnego tym wiatr się
              wzmagał . W koncu wiało tak, że na wodzie zaczęły pokazywać się pasma piany.
              Trochę się martwiłem jak mała zareaguje na tym razem już naprawdę silne
              kołysanie i komenderowane przeze mnie przesiadki na nawietrzną stronę kabiny,
              ale traktowała to jako świetną zabawę. Musieliśmy ją nawet pilnować, aby nie
              robiła fikołków na dziobowej koj , najwyraźniej traktował to jak połączenie
              huśtawki z karuzelą. Dopiero gdy dostaliśmy naprawdę porządnym szkwałem to
              wychyliła się z kabiny i powiedziała “ Tato ja już nie chcę takich przechyłów”
              po czym wcisnęla się w kąt przy grodzi i poszła spać. Około 17 dopłynęliśmy do
              portu. Na zakończenie zabrałem jeszce Bogusię na rower wodny aby obejrzała
              sobie jak działa prom samochodowy na wyspie energetyków. W tym czasie żona
              zaczęla już wstępne pakowanie naszych rzeczy. Wieczorem poszliśmy do
              • piotr_c Re: Kiranna, J666 - dzięki za śliczne posty 25.06.03, 16:08
                ...W tym czasie żona zaczęla już wstępne pakowanie naszych rzeczy. Wieczorem
                poszliśmy do restauracji na solidne jedzenie i lody. I spać.
                Poniedziałek
                Pobudka ,i od razu bierzemy się za pakowanie. I znowu pojawia się problem ze
                jak taka robota trwa za długo to dziecko się nudzi i zaczyna rozrabiać. Do tego
                wyraźnie było widać że żal jej kończącej się przygody. Szczęśliwie dojechał już
                włąściciel łodzi z którym Bogusia już od zeszłego roku była w świetnej
                komitywie. Więc na godzinę poszli razem na plac zabaw. Potem poszliśmy się
                umyć , zjeć coś i w drogę do domu…..


                Tu zrobię reklamę naszemu armatorowi.
                Pan Barański ( tel 0603 062-331) ma 2 letni jach Sasankę (2 koje + koja
                dziobowa na 3 mniejsze osoby) Jacht jest dopieszczony , czysty i cały czas
                udoskonalany.
                Pan Barański nie czarteruje jachtu , za to oferuje wycieczki po jeziorze
                Solińskim ( a zna je bardzo dobrze po kilkudziesięciu latach żeglowania).
                Poznaliśmy się rok temu i na tyle sobie przypadliśmy do gustu, że tegoroczna
                wyprawa okazała się możliwa.
                • j666 Zatoka już za nami :-) 29.06.03, 12:59
                  My też wróciliśmy, na pokładzie jachtu "Coriolis" byłem z 7-latką i dwiema 14-
                  latkami.
                  Trasa to Gdynia-Hel-Sopot-Gdańsk-Hel-Jastarnia-Gdynia, warunki do 5°B,
                  króciutko jedynie w porywach do 6°
                  Pierwszy hals baksztagowy rzuca jak korkiem i nawet mnie ściska w żołądku,
                  pumpernikiel w kokpicie ratuje humor, choś najmłodsza niestety przechodzi od
                  euforii do płaczu z jękiem o bolącym brzuszku, ale to w dużym stopniu zmęczenie
                  przedrejsowe wychodzi.
                  Drugiego dnia w morzu najmłodsza też zaczyna od jęków o bolącym brzuszku, ale
                  sadzam dzieciaka w spodenkach, sztormiaczku i przypiętego szelkami w kokpicie,
                  usypia na niecałą godzinkę i budzi się roześmiana, wesolutka i szczęśliwa, aż
                  szkoda wchodzić do portu, ale dla odmiany jedna z czternastolatek męczy się
                  strasznie kiwaniem, cumujemy więc na noc.
                  Zwiedziliśmy Błyskawicę, akwanarium, helskie fokarium i skansen, sopockie molo,
                  gdańską starówkę w wieżami w ratuszu i bazylice, oliwskie ZOO, helską i
                  jastarnieńską plażę od strony morza.
                  Może coś tam w łebkach zostanie :-)
                  JaC
    • fima Piotr_c, J666 - dziękuję, jak miło poczytać... 30.06.03, 10:43
      Wasze posty nadspodziewanie obszerne, cieszę się że mieliście takie radosne
      żeglowanie. Szkoda, żeby te z napisane z sercem i talentem relacje zginęły w
      cyberprzestrzeni. Koniecznie je wydrukujcie i przechowajcie w archiwach
      rodzinnych, papier najtrwalszy nośnik informacji.
      To mi podsuwa myśl o nowym wątku...
      Seredeczne pozdrowienia dla Was i maluchów.
    • basiau Re: Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spod 23.07.03, 21:41
      Ja pływam z dzieciakami od kiedy one same pamiętaja, najmłodsze było na
      mazurskim rejsie już w moim brzuchu.... W ciagu ostatnich dwudziestu lat
      opuściłam trzy sezony, dzieci darły sie z tego powodu okrutnie. Na pokładzie
      zawsze miały zabawki ( och, te zagubione klocki lego, kredki,
      samochodziki...), nigdy do niczego nie były zmuszane, a mycie garów czasami
      bywało najlepszą zabawą. Oczywiście , kiedy były małe to pływanie było
      krótkie, a potem długie taplanie sie w wodzie, śpiewy, spacery na poziomki
      itp. Z takiego pływania turystycznego moje potomstwo przeszło na wyczyn, teraz
      mam trzech regatowców, a najmłodszy jest strasznie oburzony, że tak późno
      wsiadł na optymista ( miał 9 lat, wcześniej nie chciał, ale tego to on nie
      pamięta). Właśnie pakuje sie na wyjazd z córka na Mistrzostwa świata klasy
      Cadet w Belgii, a dopiero co wróciliśmy z krótkiego , tygodniowego rejsu po
      ukochanych Mazurach ( terminy regat nas gonią) I oczywiście zaliczyliśmy
      żaglowcową Gdynię. Ogólnie - zabierajcie dzieciaki na łodki, zapisujcie do
      klubów na optymiściarskie szkólki, na program Nivea Błękitne Żagle lub cos w
      tym stylu, ale do niczego nie warto zmuszać .Pokazać, ale też inne przygody, a
      same coś dla siebie wybiorą. Poza tym takie rodzinne pływanie ma jeswzcze
      jedną ogromna zalete- rodzina na pokładzie żaglówki jest razem przez 24
      godz,...
      • madziaz Re: Córcia, synuś na pokładzie - 'czy im się spod 01.08.03, 13:32
        Ze swojego dzieciństwa pamiętam dwa fajne rejsy po mazurach - starzy do niczego
        nie zmuszali ani mnie ani brata. Było wieczne moczenie się w wodzie i zbieranie
        małży. Podobno były też rejsy, jeszcze na drewnianej omedze, kiedy mama przy
        zmianie pieluchy płukała nas za burtą, ale tego już nie pamiętam. W okolicach
        10 roku życia nabrałam ochoty na naukę, bo od najmłodszych lat jeździliśmy z
        ojcem na obozy jako instruktorskie dzieci. Ojciec wziął mnie na Bławatka, kazał
        zrobić parę zwrotów, przy czym ja nie miałam pojęcia, o co mu może chodzić.
        Kiedy zaryliśmy nikiem bomu po fali, ojciec stwierdził, że to ponad jego
        psychiczne możliwości i dał sobie spokój. Patent zrobiłam po dwóch latach,
        wtedy, kiedy sama chciałam. Od szkoły średniej jeździłam na obozy najpierw jako
        tzw. pomocnik instruktora, potem jako instruktor. Teraz mój syn ma prawie
        siedem lat a ja po paru latach przerwy znowu ścigam dzieciaki. Syn na razie
        został na lądzie, chociaż ma już za sobą rejsy po redzie i pływania na omegach.
        Pojedzie w przyszłym roku jako kandydat na "optymistę" i pójdzie w obce ręce.
        Wśród tegorocznych kursantów miałam kilkoro dzieci żeglarskim pochodzeniem i
        obrzydzeniem do pływania. Dla przełamania tego obrzydzenia sadzaliśmy ich na DZ-
        tę i woziliśmy na plażę. Takie żeglarstwo im się podobało. Może na przyszłość
        złapią bakcyla. Ja zawsze wolałam obcego-przy nauce jazdy samochodem też.
        Przynajmniej nie było pretensji w rodzinie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka