monisia900
03.03.11, 07:51
nie wiem co zrobic z wiedza ktora wczoraj zdobylam.
poszlam do wychowawczyni w celu n-tej rozmowy o synu i jego traktowaniu przez nauczycieli,a zwlaszcza przez sama wychowawczynie.pierwsza rozmowa byla we wtorek, a wczoraj poszlam jeszcze raz, poniewaz w domu po przemysleniach, nasunelo mi sie kilka pomyslow.
jeden dotyczyl pomocy kajtkowi w czasie lekcji-wychowawczyni powiedziala ze sobie poprostu nie radzi z klasa jak nie ma pomocy nauczyciela (swoja droga- zenujace).otoz pomyslalam ze przeciez sa w klasie zdolni uczniowie i niech moze oni siedza na lekcjach z kajtkiem-do tej pory siedzial sam (generalnie dzieci intergacyjne u tej pani siedza same w lawkach)-to w razie czegos moga mu moze zerknac w zeszyt czy wszystko napisal, przypomna o czyms itd...
ale co uslyszalam???!!! o zgrozo!!! pani powiedziala ze rodzice zazadali aby ich dzieci nie siedzialy z dziecmi "chorymi". bo to zaniza ich poziom nauki!! a wychowawczyni na to sie zgodzila.no az mnie zatkalo! po pierwsze z racji podejscia rodzicow, a po drugie tez podejscie wychowawczyni. spytalam ja, czy uwaza pani ze nasze dzieci , te "chore" sa tredowate i zarazaja smiertelna choroba??? to zaczela sie glupio smiac i mowi ze nikt sie jeszce nie urodzil co by wszystkim dogodzil.no tak, ale przeciez integracja jest od tego zeby mieszac dzieci zdrowe i chore. taka matka zdrowego dziecka ma wybor szkol, a ja nie mam takiego wyboru.wiec po co taka jedna z druga pcha synalka czy corusie do naszej szkoly i w dodatku do klasy integracyjnej (jest 7 klas, z czego 3 klasy trzecie integracyjne, pozostale sa klasami zwyklymi), skoro jej nie pasuja dzieci chore???
jestem zbulwersowana,poza tym strasznie mnie to zabolalo:(. myslalam o informacji do dyrekcji-tylko nie wiem czy to dobry pomysl.