agacz2905
19.04.11, 20:03
Bardzo Was proszę o jakieś dobre i rozsądne słowo:) I jeszcze może żeby nieco uspokoiło. Mam syna (diagnoza CZR) w II klasie SP. Syna łagodnego i miłego, samotnika, nienawiązującego kontaktu z dziećmi, jednak zaczepiony czy zapytany przez jakiegoś "kolegę" z klasy - zawsze odpowie. W ławce od początku (od 1 klasy) siedzi sam. Dziś strasznie się emocjonował, że przyjdzie do niego kolega z klasy (mieszkający 4 piętra pod nami). Kolega oczywiście nie przyszedł, co dla mnie było do przewidzenia - no ale zdaniem mojego Szymka "umówili się". Rodzice tego chłopca są ciut nadęci i baaardzo zdystansowani (on prokurator, ona pracownik naukowy, oboje w moim wieku), tak więc ledwo mówimy sobie dzień dobry, etc. Mój Szymek nie ma kolegów w sensie: jakiegokolwiek życia towarzyskiego, bawi się z niewiele młodszą siostrą i tak sobie myślę - cud Boży, że Ją ma! Ostatnio chyba bardziej zaczyna pragnąć kontaktów z rówieśnikami (kolegami), np. podczas wyjścia szkolnego do teatru szedł w parze z kolegą (do tej pory chodził w parze z nauczycielką) i "wyciągnęłam" od niego, że kolega zgodził się iść z Szymkiem w parze, bo Sz. ma "świecące" buty. Mój syn uważa, że koledzy go lubią - ja mam zupełnie inne spostrzezenia (byłam świadkiem, jak kiedyś śmiali się z niego na lekcji (byłam na lekcji, były to dni otwarte szkoły). Mój syn czesto jest "nieadekwatny" - np. w środku lekcji wstaje i mówi do anglistki "wiesz, ja ciebie w ogóle nie rozumiem, niewyraźnie mówisz", itp. Boli mnie serce jak na to patrzę. Jestem już starą babą, ale mimo upływu lat nie okrzepłam, nie nabrałam "grubej skóry". Sama jestem osobą chorą, wręcz schorowaną - od urodzenia. Zaczęłam np. chodzić dopiero grubo po 6.urodzinach, po licznych operacjach nóg (biodra). Dziś mam już tylko jedno własne:( Jako dziecko byłam cholernie samotna i opuszczona (także przez rodziców), dzieci w szkole podstawowej były dla mnie okrutne, nie będę pisać o szczegółach:( Moja niepełnosprawnosć ruchową (krótsza kilka cm noga, utykanie, niedowład mięśni nóg) było WIDAĆ. Niepełnosprawności społecznej mojego syna nie widać na "1 rzut oka". Ale jest INNY, nie umie rozpocząć czy podtrzymać rozmowy, ma trudności np. z pisaniem... Wiecie o co mi chodzi? Przypuszczalnie projektuję na syna mój własny ból i cierpienie, poczucie odrzucenia z dzieciństwa. I niby o tym wiedząc - nie mogę przestać tak tego odczuwać, zwłaszcza teraz, kiedy dziś np. był PEWIEN, że kolega do niego przyjdzie. MAM NADZIEJĘ, że tylko ja tak to odczuwam. Inna sprawą jest, że bardzo cierpię nie tylko z powodu własnych chorób, braku snu (mam potworne szumy uszne i niedosłuch od ponad 2 lat, niestety nie idzie się do tego przyzwyczaić i noce są koszmarem) i dystymii - ale właśnie z powodu diagnozy syna. Zamartwiam się koszmarnymi wizjami przyszłości i to nie mija (pisałam w wątku "autyzm - tragedia?" czy jakoś tak). Jestem jak najdalej od próby ingerowania w relacje syna (a raczej ich brak) z kolegami z klasy (na Boga, nie mogę przecież komuś kazać czy prosić, żeby przyszedł do Szymka i zagrał z nim na kompie). Ale nieustannie boli mnie serce. Czy jest tu ktoś z Rzeszowa??