green_land
25.04.14, 21:03
Młody od grudnia ma diagnoze - autyzm dziecięcy. Wiedziałam od dawna, ze jest z nim coś nie tak. Przedszkole wysyłało mnie do PPP, a poradnia zaś orzekła... że z dzieckiem wszystko ok, jedynie potrzeba mu logopedy i laryngologa. Gdy laryngolog stwierdził, że potrzebny jest zabieg, PPP stwierdziła, że po zabiegu wszystkie problemy dziecka... znikną. W cuda nie wierzę. Zapytałam co będzie, jak cudu nie będzie. Odpowiedzi nie otrzymałam.
Logopedę PPP oferowała - miał 2 wizyty. O drugiej pani logopeda zapomniała, dzieciak więc po moim przypomnieniu sie załapał się na pół godziny, po której usłyszałam "dziecko nie chciało współpracować". Gdy próbowałam umówić go na kolejne wizyty na godziny popołudniowe (nie mam 150 dni urlopu w roku) usłyszałam, że inni rodzice, jak im zależy na dziecku (sic!) przychodzą wtedy, kiedy jest wolne miejsce. Tak więc w ciągu pół roku młody miał 1,5 godziny zajęć z logopedą. Zrezygnowałam z usług logopedy w PPP.
Młodego zdiagnozowałam w Prodeste w Opolu. Usłyszałam, że jeżeli będzie pozostawiony samemu sobie (czyli to, co usilnie forsowała PPP) to owszem, pójdzie do przodu ale swoim torem, i za kilka lat zmiany będa nie do wyprostowania.
A co usłyszałam dziś w PPP? Po raz enty: "pani porównuje dziecko ze starszą córką"! Żesz kur..m..ć!!! Czy ja naprawde muszę udowadniać, ze nie jestem słoniem?? Do poradni musiałam wrócić, bo jedynie ona wystawia zaświadczenia o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju,które zaleciła neurolog. Więc pani psycholog walnęła tekstem "ja autyzmu nie widzę, no może jakiś maciupeńki (tu znaczący uśmiech), ale nie będę podważać opinii szacownych specjalistów (z przekąsem i znów uśmiechem) i damy pani to zaświadczenie, dziecku to nie zaszkodzi". I jeszcze kilka podobnych tekstów w stylu: nie pomoze mu to bo co ma pomagać, jak mu nic nie ma, no ale damy bo nie zaszkodzi.
I wiecie, gdy M siedział obok mnie, pani psycholog wszystko rozumiała, potakiwała etc, zaś gdy M musiał wyjść, to dosadnie dała mi do zrozumienia, co sądzi o diagnozie młodego.
A najfajniejszy był tekst: "jakby pani dziecko było opóźnione w wieku 6 lat, to rozumiem, bo szkoła, ale on ma dopiero 4,5, może nadrobić.Nie wierzyłam w to, co uslyszałam.
I jeszcze: pani psycholog za "kontakt wzrokowy" uważa... spojrzenie w oczy. Taką wiedzę miałam ja, zanim zdiagnozowano młodego. Tylko ze ja nie jestem psychologiem!
I tak sobie myślę, ile jest takich rodziców jak ja, którzy słyszą "dziecku nic nie jest". I wracają do domu i czekają az dzieciak pójdzie do szkoły. A w szkole dziecko sobie nie radzi i zaczyna się małe piekło? Ilu jest rodziców, którzy nie mieli podobnych możliwości diagnozowania (czasu, pieniędzy) i uwierzyło w brednie PPP? Ja już wiem, jak pomóc dziecku, co robić, w jakim kierunku pójść. A ci, którzy czekają "aż dziecku minie"?
Wyżaliłam się:/ Troszkę mi lepiej:|