szklanapulapka2
28.04.14, 12:39
Szlag mnie trafia. Przepraszam, ze tak sie witam, ale nie wyrabiam:((. jak można tak traktować dziecko?
Jestem na tym forum od roku, choc rzadko sie udzielam. Mam syna 10 letniego chorego na autyzm. Dziecko ma łagodna formę tej choroby - tzn. rozwija sie normalnie, jest w 3 klasie w zwykłej szkole. Niestety nie jest w stanie objąć swoim umysłem matematyki, zwłaszcza zadań z treścią, to dla niego jakiś kosmos. Nie ma kompletnie wyobraźni, ma szalone kłopoty z geometrią, jest słabo sprawny manualnie, rysuje na poziomie 3 latka, no i jest też mało sprawny fizycznie. Mimo wszystko język polski, przyroda, język angieski, elementy historii, geografii zawarte w edukacji wczesnoszkolnej, nie sprawiają mu kłopotów.
Przez dwa lata mój syn miał wychowawczynię, która była dość wymagająca, ale i sprawiedliwia. Wiedziała o problemach syna, ale nigdy nie były one powodem do tego, by go w jakis sposób traktować ulgowo. Dziecko nie miało orzeczenia, bo w sumie cały dotychczasowy okres edukacji to było diagnozowanie problemu.
Od klasy 3ej, czyli w tym roku od września zmieniła sie wychowawczyni - tamta odeszła na emeryturę, a jej miejsce zajeła młoda nauczycielka, któą mój syn z miejsca "pokochał" bardzo. Pani wiedziała również o kłopotach syna. Traktowała go ulgowo, faworyzowała ewidentnie na tle klasy, mimo że prosiłam, żeby tego nie robiła, bo robi mu tym krzywdę. Syn, i tak wyalienowany z klasy, dostarczał nowych powodów do niecheci kolegów i koleżanek.
Pani cały rok motywowała go do pracy, do działań. Mówiła, ze jest coraz lepiej, że ciągle z ta matematyką są postępy - wolne, ale są. Na pracach klasowych pomagała mu, rysowała mu w testach, stawiała pozytywne oceny za sprawdziany, które sama modyfikowała i zmieniała (tzn. poprawiała zadania pisane przez syna tak, aby zawierały tylko niewielkie błędy i kwalifikowały sie do pozytywnej oceny).
Wszystko było super. Jakis miesiąc, moze dwa temu zaczęły sie jednak pojawiać co chwila jedynki ze sprawdzianów, a pani nagle zaczęła przebąkiwać o zabraniu syna do innej szkoły po 3ej klasie. Myślałam, że robi to w dobrej wierze, ale teraz widzę, ze robiła tak, aby ratować swój tyłek.
Nawet radziłam sie Was tutaj, czy zabrac go ze szkoły, posłać do innej, moze katolickiej, moze prywatnej.
W czwartek byliśmy na kolejnych badaniach, gdzie komisja w skłądzie lekarz psychiatra, psycholog i pedagog stwierdzili jednoznacznie autyzm (bez upośledzenia, jednak z wyraźnymi ogranizczeniami w przyswajaniu materiału z matematyki i innych przedmiotów ścisłych).
Nie polecono nam zmiuany szkoły, a jedynie moze nauczyciela wspierającego i orzeczenie o dostosowaniu wymagań z matematyki.
Jakież było moja zdziwienie, kiedy dzis rozmawiałam z wychowawczynią syna i dowiedziałam się, że jesli nie zabieram Małego ze szkoły, to ona musi sie poważnie zastanwić nad tym, czy puścić go do 4 klasy, ze względu na matematykę właśnie, której nie opanował.
No powiem wam, ze szlag mnie trafił. Przez rok stosuje taryfę ulgową, mało wymaga, dokłąda wszelkich starań, żeby stawiać oceny pozytywne, rysuje mu w zeszycie, pomaga w testach. PO CO????????, pytam. Żeby teraz poddać w wątpliwość jego przejście do 4ej klasy?. Jestem w szoku, syn też. Jak można tak traktowac dziecko?