arek2320
14.11.14, 17:42
W zasadzie miałem nic nie pisać i machnąć ręką. W końcu moje dziecko z zespołem Aspergera po długim okresie męczarni w "normalnej" szkole zmienia ją na szkołę specjalną, więc chyba problem z głowy ale czy na pewno wszystko jest ok? Z natury ja i moja żona jesteśmy ludźmi łagodnymi, może nawet za bardzo, może trzeba się było stawiać, krzyczeć, domagać głośno. Ale niestety, życie rodziców dzieci niepełnosprawnych do łatwych nie należy, a my też jesteśmy ludźmi, jesteśmy czasem zmęczeni, zniechęceni a tu trzeba jeszcze biegać i załatwiać diagnozy, terapie, orzeczenia itd. Myśleliśmy, że jak to już mamy, zaniesiemy do szkoły, sprawa będzie załatwiona, nauczyciele pomogą. Niestety, to co zrozumiałem, to że lekko niema. Dziecko jest, jak to często z "aspergerami" bywa, bardzo inteligentne, przestrzega zasad lecz, niestety, jest podatne na prowokacje i podpuszczanie, przed którymi to, myślałem naiwnie, nauczyciele wiedzący o przypadłości dziecka, będą je chronić. Niestety, nic z tych rzeczy. Szkoła przed 1-2 prowodyrami była bezradna jak dziecko we mgle. Przez lata NIC nie dało się zrobić. Żeby jednak tylko na "kolegach" rzecz się kończyła, może nie byłoby to takie tragiczne. Przedtem myślałem, że jak zaniosę orzeczenie o niepełnosprawności i potrzebie kształcenia specjalnego, dyrekcja i pedagog szkolny poinformują innych nauczycieli o sprawie i może dadzą im coś do przeczytania na ten temat. Może tu i tak było, nie wiem, jednak nawet jeśli, to mam przemożne wrażenie, że nauczyciele czytali bez zrozumienia. No bo jak wyjaśnić sytuację, gdzie przez dwa lata prosiliśmy o zwolnienie dziecka z gier zespołowych na lekcji w.f. i nic, jak wytłumaczyć wymagania nauczyciela muzyki aby dziecko występowało samo przed całą klasą, co powiedzieć o sytuacji, gdzie nauczyciel ustnie informuje ucznia-aspergera, że ten z 2 tygodnie (!) będzie miał test? Myślałem, że to da się jakoś znieść, że to chwilowe trudności, jakże byłem naiwny. Nie mam już sił, a przede wszystkim nie mam serca narażać dziecka na stresy w "normalnej" warszawskiej szkole. Mało tego, szkole w jednej z bogatszych dzielnic Warszawy, do której uczęszczają dzieci z dobrych rodzin. Trochę szkoda, że dziecko, zaszczute przez paru kolegów, w atmosferze szkolnej niemocy musi odejść. Czego ta sytuacja nauczyła młodych? Że przemoc popłaca? Że szczucie jest dobrą metodą załatwiania innych ludzi (bo na pewno nie problemów)? A gdzie ta tolerancja o której tyle się mówi, gdzie ten szacunek dla inności, ochrona słabszych? To jest polska szkoła nietolerancji.