falka32
12.02.07, 11:18
Ratunku, oszaleję.
Mój synio, 13 lat, własnie staje się nastolatkiem. Nie wiem, czy to przeżyję :DDD
Ja w ogóle z trudem znoszę zdrowe nastolatki z ich przemądrzałością,
wszystkowiedzeniem lepiej, TYM wyrazem twarzy połączonym z wzruszeniem ramion,
kiedy coś im tłumaczysz, i ogólną drażliwością mimozy. Ale połączenie tego z
ZA chyba zaczyna mnie przerastać :))))
Scena z dzisiaj rano: syncio rano schodzi na dół "ubrany do szkoły". Ubrany w
spodnie, które były z nim na zimowisku wędrownym jako jedyne ulubione, brudne,
zabłocone a resztę ferii przeleżały zwinięte w ciasną kulkę w Plecaku
"Rozpakuj_się_ po przyjeżdzie - Nie_Teraz...". Wiecie, jak wyglądały? Jak psu
z gardła to byłby komplement. No to ja mówię "załóż inne spodnie, bo te są
brudne i pogniecione"
"GDzie? Nie widzę" (Wrrrrr)
"Całe. Idź je zmień, bo się spóźnisz"
"Ale na jakie?"
"na dzinsy"
"dzinsy są za długie" (chodzi w nich od pół roku!)
"ale są czyste i niepogniecione"
"nie założę dzinsów, bo są za długie"
"nie możesz iść w tych spodniach do szkoły"
"NIE ZAŁOŻĘ DZINSÓW, NIKT MNIE NIE ROZUMIE! TYLKO ROZKAZY I ROZKAZY!!!!"
(takim tonem, że tylko brakowało aby dodał, że jego życie jest ponurą
egzystencją i że nienawidzi świata i polityków:)
No i to jest tylko jedna ze scenek, gdzie mam do czynienia z jednej strony z
dzieciakiem z ZA z jego typowymi problemami, który niestety współdziała z
nastolatkiem w pełnym rozkwicie i całym w fochach, dąsach, i przewrażliwionym
na własnym punkcie. Dotychczasowa strategia, która w miarę pomagała, czyli
wydawanie prostych jasnych poleceń do wykonania bez dodatkowych filozofii i
dawania pola do zagubienia się ("zmień spodnie" lub "załóż te spodnie i tą
bluzę", "zamieć podłogę szczotką" itp), w tej chwili przestaje działać, bo
"traktujesz mnie jak dziecko", "nie jestem głupi", "nie jestem służącym", "mam
prawo do decydowania o własnym stroju" "nie chce mi się", "nie będę się mył,
bo nie!", innymi słowy wszystko, co mówię jest kwestionowane, podważane i jest
dorabiana do tego zabójcza filozofia. O ile innemu dziecku powiedziałabym "a
to rób jak chcesz i daj mi święty spokój" tak tutaj wiem, że "danie mu
spokoju" zaowocuje totalnym rozprężeniem, niechlujstwem, chaosem, brakiem
nauki, całkowitą utratą relacji towarzyskich, nicnierobieniem w domu i
zapadnięciem w letarg przed komputerem. I będzie to dla niego ogromny krok do
tyłu, nie mówiąc o tym, że chyba nikt nie chciałby, żeby jego nastolatek,
zdrowy czy zaburzony, zachowywał się w domu jak księciunio - pasożyt, któremu
nie można zwrócić uwagi, żeby spuścił po sobie wodę, odniósł talerz, zdjął
buty czy umył zeby - bo od razu foch i dąs i wrzask i dwugodzinna dyskusja o
prawach człowieka.
Dodam, że chłopak ma dodatkowo koncentrację w zasadzie do bani, działającą
wybiórczo (tzn na komputer :D) i np. poproszony, żeby przyniósł czerwoną
szczotkę do odśnieżania auta przynosi czerwoną kurtkę brata... Czyli
poproszenie go o jakąkolwiek pomoc jest poważną decyzją proszącego i wymaga od
niego mnóstwo wolnego czasu i cierpliwości. Nastolatkowy foch, który na to
zaczął się nakładać, sprawia, że naprawdę odechciewa mi się prosić go o co
kolwiek czy czegokolwiek wymagać - po prostu nie mam siły... wolę zrobić to
sama w 5 minut, niż użerać się przez godzinę, której nie mam a potem i tak to
poprawić lub zrobić od nowa... i robi się z tego błędne koło, bo skoro coraz
mniej od niego oczekuję i robię to sama, to ten czuje się zwolniony z
odpowiedzialności (czasem w gorszych momentach zaczynam podejrzewać, że może
to być celowa strategia z jego strony, żeby się od niego odczepić)
Mamy nastolatków, weźcie mi coś doradźcie, bo zaczynam pękać... (jak widać z
tego postu)