czy nie pukają do drzwi nowych Gałkiewiczów...

20.10.04, 11:37
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=16702016
    • dora5 Jak korupcja zżera polskie budownictwo 12.12.04, 12:21
      Jak korupcja zżera polskie budownictwo


      gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33209,2432749.html

      Piotr Miączyński 07-12-2004 , ostatnia aktualizacja 07-12-2004 09:53

      Za łapówki dla urzędników czy prezesów spółdzielni można wszystko: dostać
      pozwolenie na budowę, kupić po zaniżonych cenach atrakcyjną działkę czy
      sfałszować przetarg

      - Stawka dla prezesa to było 10 proc. wartości zlecenia - opowiada Marek, były
      właściciel firmy budowlanej. - Miałem obrót 230 tys., więc dałem 23 tys.

      Marek pracował dla jednej z największych spółdzielni mieszkaniowych w Olsztynie
      - Pojezierze. Twierdzi, że jej prezes Zenon Procyk za łapówkę pomógł mu wygrać
      przetarg na wymianę okien w spółdzielczych blokach. Dał Markowi (na piśmie), ile
      za robotę chciały inne firmy. Powiedział, też, ile ma zaoferować, żeby wygrać.
      Biznesmen w łapę dał raz, później splajtował. Nie było go stać na kolejne
      "prowizje".

      Przykład Marka jest typowy dla polskiej branży budowlanej. Obowiązuje wręcz
      półoficjalny cennik. Żeby dostać zlecenie na roboty remontowe (dla gminy czy
      spółdzielni), trzeba dać 10 proc. wartości umowy. Roboty drogowe są cenione
      wyżej - prowizja wynosi 20 proc.

      Atrakcyjne tereny pod budowę? Tu łapówkę ustala się indywidualnie. Ale rzadko
      kiedy kończy się na kwocie mniejszej niż kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy złotych.

      Korupcyjny tor przeszkód towarzyszy inwestorowi i wykonawcy długo przed wbiciem
      pierwszej łopaty w ziemię.

      Przy kupnie gruntu

      - Dostać atrakcyjną nieruchomość w gminie bez łapówki to jest wielka sztuka -
      twierdzi Julia Pitera z Transparency International Polska. - Zdarza się bardzo
      rzadko.

      Opinię Pitery potwierdzają wyniki kontroli Najwyższej Izby Kontroli. Izba
      niedawno przyglądała się "zbywaniu komunalnych nieruchomości gruntowych i
      budynkowych przez gminy". Skontrolowała 26 gmin. Przypadki "niegospodarnego lub
      nierzetelnego postępowania" stwierdziła w ponad 15 proc. urzędów. Drobniejsze
      nieprawidłowości... we wszystkich.

      Jak kręcą urzędnicy? Zbycie gruntu w gminie musi być poprzedzone ustaleniem jego
      wartości. Typowe jest jednak zaniżanie ceny przez rzeczoznawców majątkowych,
      zwłaszcza jeśli gmina zawiązuje spółkę z firmą prywatną, a jej udziałem w
      interesie jest właśnie ziemia.

      Nie publikuje się ogłoszeń o przetargu (albo publikuje tak, żeby nikt ich nie
      zobaczył). Dlaczego? Zgodnie z ustawą o gospodarce nieruchomościami cenę
      wywoławczą w pierwszym przetargu ustala się w wysokości "nie niższej niż wartość
      nieruchomości". W drugim może ona wynosić już 50 proc. jej wartości...

      Przekupieni członkowie komisji robią przetargowe instrukcje pod określone firmy
      albo tak gmatwają warunki, żeby wyeliminować z tzw. przyczyn formalnych lepiej
      przygotowanych konkurentów.

      Zdaniem Pitery niezwykle korupcjogenna jest też możliwość przekazania bez
      przetargu ziemi na tzw. poprawę obsługi działki sąsiedniej.

      Ustawodawcy chodziło tutaj o takie grunty, których nie można wykorzystać jako
      "odrębnej nieruchomości" (np. wąskie pasy przy jezdni), a które przydadzą się
      właścicielowi sąsiedniej działki. Urzędnicy gminni traktują jednak ten przepis
      dowolnie, bezprzetargowo sprzedając inwestorom cenne nieruchomości.

      - Spółdzielnia na warszawskim Ursynowie dostała w ten sposób 27 tys. m kw.
      gruntu! - przestrzega Pitera.

      Przy podziale działki

      Jak geodeta może dorobić? W Kielcach ponad 20 urzędników lokalnych służb
      geodezyjnych założyło własne firmy (lub mieli je członkowie ich rodzin).

      Petenci mogli wybrać dwie drogi podziału działki - łatwą przez firmę urzędnika
      (szybko i sprawnie za 1 tys. zł) bądź oficjalnie (długo i opornie).

      Kielecka afera zakończyła się tak, jak powinna - dwóch urzędników straciło
      pracę, sześcioro dostało nagany i upomnienia.

      Problem z geodetami nadal jednak występuje w reszcie kraju. Urzędnicy nie
      zakładają już co prawda własnych firm (zakazuje im tego prawo), ale stosują
      metodę "na wizytówkę". Jeśli petentowi zależy na szybkim podziale nieruchomości,
      dostaje wizytówkę "zaprzyjaźnionego" geodety. Skorzystanie z jego usług bardzo
      przyspiesza podział.

      Przy wydawaniu pozwolenia na budowę

      - Kupiłem działkę budowlaną pod inwestycję mieszkaniową - opowiada developer X
      (prowadzi działalność w stolicy). - Kilka dni później przyszło do mnie kilku
      dżentelmenów, którzy zażądali pół miliona dolarów na "wziątki" dla urzędników.
      Bez tego - jak stwierdzili - nic na ziemi nie pobuduję, bo... nie dostanę
      pozwolenia.

      X nie chciał zapłacić i faktycznie czekał miesiącami na pozwolenie. Kiedy w
      końcu zapłacił, problemy skończyły się jak ręką odjął i pozwolenie dostał
      ekspresowo.

      Urzędnikom jest łatwo domagać się łapówek w takim przypadku, bo w większości
      polskich gmin nie ma planów zagospodarowania przestrzennego. Gdy zaś planu nie
      ma, o pozwolenie petent stara się dwuetapowo: wpierw występuje o decyzję o
      warunkach zabudowy, a potem o pozwolenie na budowę. Warunki dostanie, jeśli
      m.in. teren ma dostęp do drogi publicznej, istniejące lub projektowane
      uzbrojenie działki jest wystarczające do rozpoczęcia budowy itp.

      Czy tak jest w rzeczywistości, czy nie, decyduje urzędnik.

      Jeśli jest skorumpowany, za pieniądze wyda pozwolenia na budowę, nawet jeśli
      projekt nie spełnia wymagań nałożonych decyzją o warunkach zabudowy i
      zagospodarowania terenu (szczególnie co do wysokości budynków i zagospodarowania
      działki) albo jest niekompletny.

      Za mieszkanie

      Gminy sprzedają mieszkania z dużymi bonifikatami, ich właściciele odsprzedają je
      na rynku wtórnym z dużym zyskiem. Na szeroką skalę pleni się gospodarka
      pustostanami, które przetrzymywane są dla wybranych. Mieszkania komunalne
      przydziela się prokuratorom, sędziom, wysokim funkcjonariuszom policji,
      funkcjonariuszom organów kontrolujących samorząd, politykom albo samym urzędnikom.

      Za zlecenie

      Były prezydent Opola Leszek Pogan przez siedem lat brał łapówki od jednej z
      miejscowych firm budowlanych (pisała o tym niedawno "Gazeta" w Opolu). Pierwszą
      wymusił sam, zaprosił szefa firmy do ratusza i powiedział: - Jeśli chcesz coś
      robić w mieście, to musisz dać białą kopertę.

      Przedsiębiorca w sumie przekazał Poganowi 300 tys. zł. Firma w zamian dostawała
      intratne zlecenia: rekultywacji składowiska odpadów, budowy krytej pływalni,
      kolektora ściekowego, żłobka.

      Do brania łapówek przed prokuratorem oprócz Pogana przyznało się jeszcze kilka
      osób z miejscowego ratusza, m.in. b. naczelnik wydziału przetargów, b.
      przewodniczący rady miasta oraz b. wiceprezydent.

      Układ: łapówki za zlecenia to jednak nie tylko problem gmin. Biorą je także
      prezesi spółdzielni oraz członkowie ich rad nadzorczych. Zdaniem wykonawców - tu
      patologia jest największa.

      Bo producent daje

      - Firma, w której pracowałem, wypłacała łapówki za instalowanie w blokach
      podzielników - twierdzi pan Jan (przez kilka lat był dyrektorem w jednej z
      dużych firm zajmujących się dostarczaniem systemów rozliczania ciepła). Zdaniem
      pana Jana osoba decyzyjna, np. prezes spółdzielni, za zgodę na zamontowanie
      urządzeń dostawała 3 proc. wartości zlecenia. Kwota prowizji wahała się od
      kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy niemieckich marek. Pieniądze były
      przewożone z zagranicy w walizkach, a następnie rozdzielane wśród upoważnionych
      pracowników. Wypłaty dokumentowano w formie "rozliczeń prowizji", na których
      pisano, kto dał pieniądze komu (mamy kilkadziesiąt takich dokumentów).

      Tajemnicą poliszynela jest też korumpowanie przez producentów architektów, żeby
      w dokumentacji projektowej zalecali stosowanie takich a nie innych materiałów,
      np: okien, drzwi czy grzejników.

      Architekci, którzy zasugerują największej ilości klientów dany wyrób, otrzymują
      atrakcyjne nagrody, np. wyjazdy na zagraniczne szkolenia.
      • dora5 tysiące inwestorów,którzy musieli wstrzymać budowy 12.12.04, 12:29
        Zagospodarowanie przestrzenne Zmiana przepisów pogorszyła sytuację
        rozpoczynających budowy

        Inwestorzy bez planów

        W podobnej sytuacji jak Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa Osiedle Kabaty (na
        zdjęciu) znalazły się tysiące inwestorów, którzy musieli wstrzymać budowy

        DANUTA FREY, RENATA KRUPA-DĄBROWSKA

        Tysiące inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych obciążą koszty starań o
        nowe decyzje budowlane. Przedłuży się czas realizacji budów.

        Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł bowiem, że kiedy stracił moc
        dotychczasowy plan zagospodarowania przestrzennego, nie może się też utrzymać
        wydana na jego podstawie decyzja o warunkach zabudowy.

        Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa Osiedle Kabaty w Warszawie będzie
        prawdopodobnie musiała przerabiać projekty rozbudowy kilku istniejących budynków
        oraz budowy nowego. Decyzję o warunkach zabudowy SBM Osiedle Kabaty otrzymała od
        prezydenta Warszawy 30 grudnia 2003 r. Był to przedostatni dzień obowiązywania
        miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego sprzed 1995 r., w tym wypadku
        miejscowego planu ogólnego zagospodarowania przestrzennego m.st. Warszawy z 1992 r.

        Nowe wymagania

        Artykuł 87 ust. 3 ustawy z 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym
        przewidywał okres przejściowy od 11 lipca 2003 r. do 31 grudnia 2003 r., kiedy
        inwestorzy mogli jeszcze działać na warunkach określonych w dotychczasowych
        planach. Jeżeli jednak do tego czasu nie uchwalono nowych, inwestycje muszą już
        być realizowane według zmienionych, rygorystycznych wymogów dotyczących terenów
        bez planów. Tak było w sprawie SBM Osiedle Kabaty.

        W wyniku odwołania spółki Dom Development SA, zajmującej sąsiedni teren, w
        kwietniu Samorządowe Kolegium Odwoławcze uchyliło decyzję dotyczącą SBM,
        przekazując sprawę prezydentowi Warszawy do ponownego rozpatrzenia. Kolegium
        nawet nie rozpoznawało jej merytorycznie. Uznało, że kiedy wpłynęło odwołanie,
        plan, na podstawie którego wydano decyzję dotyczącą SBM, już nie obowiązywał.
        Organ administracji orzeka zaś według stanu prawnego i faktycznego w momencie
        wydania własnej decyzji. Postępowanie trzeba więc przeprowadzić od nowa,
        ponieważ podlega już ono innym rygorom. Stolica bowiem planu zagospodarowania
        nie ma i nawet nie wiadomo, kiedy się go doczeka. Spółdzielnia złożyła skargę do
        WSA.

        Bez decyzji ani rusz

        Obowiązująca od 11 lipca 2003 r. ustawa o planowaniu przewiduje, że pozwolenie
        na budowę wydaje się wprost na podstawie miejscowych planów. Tam, gdzie ich nie
        ma, wcześniej trzeba uzyskać określenie warunków zabudowy i zagospodarowania
        terenu. Od 2004 r. straciły ważność stare, miejscowe plany zagospodarowania
        przestrzennego, uchwalone na podstawie przepisów z 1984 r. Od tej daty
        przeważająca część kraju pozbawiona jest planów.

        Dla większości inwestorów oznacza to konieczność uzyskiwania decyzji ustalającej
        warunki zabudowy. Nie każdy jednak, kto pod rządami starych planów otrzymał
        decyzję, dostanie ją teraz. Trzeba bowiem spełnić łącznie wiele wymagań, które
        różnią się od tych wcześniej stawianych. Bardzo ważna jest m.in. zasada "dobrego
        sąsiedztwa". Działkę można zabudować tylko wtedy, gdy w sąsiedztwie jest chociaż
        jedna zabudowana działka. Poza tym inwestycja musi nawiązywać do tej istniejącej
        już na sąsiednich działkach. W uproszczeniu wygląda to tak: jeżeli na sąsiedniej
        działce stoją domki jednorodzinne, można postawić tylko kolejne domki, ale już
        nie wielomieszkaniowe budynki. W niektórych gminach dostanie się także decyzję,
        ustalającą warunki na zabudowę uzupełniającą o charakterze usługowym i o
        zbliżonych gabarytach. Nie ma tutaj jednak reguły.

        Koszty nieistotne

        - Dla nas istota problemu sprowadza się do tego, według jakiego prawa oceniać
        prawidłowość decyzji, jeżeli była ona wydana na podstawie przepisów wówczas
        obowiązujących, natomiast decyzja odwoławcza już po ich zmianie - mówi mec.
        Andrzej Franczak, pełnomocnik SBM Osiedle Kabaty. - Zasada zastosowana przez
        kolegium powoduje, że wszystkie wydane od 11 lipca 2003 r. do 31 grudnia 2003 r.
        decyzje o warunkach zabudowy, które zostały zaskarżone, już nie obowiązują. A
        ponieważ, jak samo życie wskazuje, większość ich bywa zaskarżana, wyobraźmy
        sobie sytuację tysięcy inwestorów zmuszonych do przerabiania projektów
        budowlanych, a nawet do opracowywania ich na nowo. Czy rzeczywiście nikogo nie
        interesują koszty i to, kto je ostatecznie poniesie?

        W opinii mec. Franczaka organ odwoławczy powinien rozstrzygać sprawę według jej
        stanu z daty wydania decyzji organu I instancji. Tak właśnie orzekały Sąd
        Najwyższy oraz Trybunał Konstytucyjny. Inaczej narusza się zasady niedziałania
        prawa wstecz i ochrony praw słusznie nabytych oraz pogarsza sytuację prawną
        inwestorów w stosunku do stanu poprzedniego.

        Jednak WSA oddalił skargę. Podzielił stanowisko kolegium, że organ odwoławczy
        orzeka na podstawie przepisów obowiązujących w dacie wydania własnej decyzji, a
        nie decyzji I instancji. Kolegium musiało sprawdzić, czy decyzja o warunkach
        zabudowy jest zgodna z obowiązującym planem. Nie można jednak było tego
        stwierdzić, ponieważ takiego planu już nie było i nadal go nie ma. Dlatego
        decyzję o warunkach zabudowy należało uchylić, a sprawa musi być rozpatrzona
        ponownie. Wyrok jest nieprawomocny, Spółdzielnia już zapowiedziała kasację
        (sygn. IV SA/Wa 487/04).

        * * *

        Stare decyzje wydawano na podstawie planów, nowe nie mają takiej podstawy. W
        rękach urzędnika gminnego spoczywa więc los inwestycji. Jest to powszechnie
        krytykowane. Zaradzić temu ma nowa ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym w
        gminach. Jej projekt zakłada, że istniejące studium zastąpi (przy wykorzystaniu
        jego dotychczasowej treści) gminne plany przeznaczenia terenów. Obejmą one całe
        gminy i określą przeznaczenie gruntów oraz lokalizacje podstawowej
        infrastruktury technicznej i komunikacyjnej. W odróżnieniu od dotychczasowego
        studium plany przeznaczenia mają mieć charakter przepisów miejscowych. W nich
        też gminy określą, dla jakich terenów sporządzą plany miejscowe, a dla jakich
        wydadzą gminne przepisy urbanistyczne.

        Projekt przyjęła 28 września Rada Ministrów. Zrobiła to jednak warunkowo.
        Ostateczne jego przyjęcie zależy od oceny Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. Ma
        ona na to czas do 15 grudnia. Czy nowe przepisy rozwiążą obecną, krytyczną
        sytuację tysięcy inwestorów? Miejmy nadzieję, że rozsądek weźmie wreszcie górę
        nad biurokracją. -


        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_041211/prawo/prawo_a_1.html
Pełna wersja