troche histori

17.01.05, 14:30

Mieszkać w PRL

Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom...

Mieszkanie było bodaj największym marzeniem obywatela Polski Ludowej.
Dodajmy, bardzo trudnym do zrealizowania, bo komunistyczne państwo - mimo
obietnic - nie mogło i nie umiało zapewnić dachu nad głową wszystkim
potrzebującym. Bez znajomości w partii, urzędach lub spółdzielniach
mieszkaniowych na własne „M” trzeba było czekać kilka czy nawet kilkanaście
lat.


KRZYSZTOF MADEJ



Aby precyzyjnie opisać problem mieszkaniowy w PRL, trzeba cofnąć się do 1945
roku. Szacuje się, że w wyniku drugiej wojny światowej Polska (w granicach
poczdamskich) straciła ok. 2 mln mieszkań. Część miast legła w gruzach
wskutek celowych działań hitlerowców, jak choćby zniszczenie Warszawy po
powstaniu w 1944 roku. Na ziemiach zachodnich miasta były równane z ziemią
bądź w wyniku zarządzeń władz Trzeciej Rzeszy, które obracały je w twierdze -
jak Wrocław (sprzeciwiającego się temu szaleństwu wiceburmistrza Spielhagena
rozstrzelano), bądź wskutek postawy Armii Czerwonej, która wiele zdobytych
miast, np. Legnicę czy spore połacie Gdańska, spaliła. Armia Czerwona była
zresztą pierwszym administratorem polskich miast i zdarzało się, że pierwsze
przydziały kwaterunkowe wystawiał sowiecki lejtnant na papierosowej bibułce.
Stabilizacji sytuacji mieszkaniowej w pierwszych latach powojennych nie
sprzyjały masowe migracje ludności, które objęły kilka milionów osób.

W grudniu 1945 roku wydano dekret, który przewidywał oddanie pod przymusową
gospodarkę lokalami mieszkań o więcej niż 5 izbach. Wprowadzono jednak
również akty prawne zachęcające ludzi do odbudowy własnego lokum: m.in. w
październiku 1945 roku wszedł w życiu dekret, który wyłączał spod gospodarki
lokalowej i urzędowych ograniczeń wysokości czynszu lokale „gruntownie
naprawione”. Głównie dzięki zaangażowaniu prywatnych środków udało się w
latach 1945-1946 wyremontować 70 tys. izb. Podczas realizacji planu
trzyletniego w latach 1947-1949 odbudowano ok. 500 tys. izb i wybudowano
około 300 tys. Odbudowę wspierał (nie zawsze dobrowolnie) cały kraj - do
końca 1948 roku na Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy wpłynęło 3,4 mld zł, a
cegła na budowy warszawskie pochodziła m.in. z wrocławskich gruzowisk.
Znamienne były zresztą okoliczności podjęcia decyzji o odbudowie stolicy. Jak
podaje Jerzy Kochanowski w książce Zbudować Warszawę piękną, jeszcze 21
stycznia 1945 roku Bierut przekonywał kolegów z rządu lubelskiego, by
siedzibę władz centralnych przenieść na bliżej nieokreślony czas do Łodzi.
Zmienił poglądy o 180 stopni kilka dni później pod wpływem spotkania ze
Stalinen w Moskwie.

Względny liberalizm w mieszkalnictwie kończy się w 1948 roku. Powołano
wówczas Zakłady Osiedli Robotniczych, które miały decydować praktycznie o
całości mieszkalnictwa w Polsce. W tym samym roku niezależność straciła
związana z PPS spółdzielczość mieszkaniowa, w tym słynna Warszawska
Spółdzielnia Mieszkaniowa, z którą przed wojną byli związani m.in. Stanisław
Szwalbe i Bolesław Bierut.

Według wzorów sowieckich

W planie sześcioletnim (1950-1955) postawiono na przemysł zbrojeniowy i
ciężki. Wszystkie inne dziedziny były temu podporządkowane. Szczególnie
dotkliwe cięcia dotknęły mieszkalnictwo. W latach 1950-1955 wybudowano ok.
400 tys. mieszkań. Oznacza to, że na cztery nowo zawarte małżeństwa
przypadało jedno mieszkanie. Problemy mieszkaniowe rozwiązywano metodami
administracyjnymi i represjami policyjnymi. Wszechwładni urzędnicy kwaterunku
mogli albo dokwaterować jakąś rodzinę do cudzego mieszkania, albo ją stamtąd
wyrzucić. Przytrafiło się to rodzinie K. w Łodzi w 1953 roku, kiedy kontroler
kwaterunku, wykorzystując fakt odbywania służby wojskowej przez syna państwa
K., wyrzucił z jego pokoju wszystkie meble, a protestującą panią K. dotkliwie
pobił. Takie działania sprzyjały zachowaniom oczekiwanym przez stalinowski
system - donosicielstwu i rozbiciu więzi społecznych. Ten system mieszkaniowy
nie był zresztą niczym nowym. Kilkadziesiąt lat istniał już w tzw.
komunałkach w ZSRR.



W dramatycznej sytuacji znajdowali się właściciele mieszkań
poddanych „przymusowej gospodarce lokalami” (a tę w 1951 roku rozciągnięto na
wszystkie mieszkania), którzy nie mogąc zamieszkać w swoich domach, musieli
regularnie odprowadzać podatki. Tak zasiedlanych mieszkań nikt nie
remontował, więc szybko popadały w ruinę. Bilansu lat stalinowskich w
mieszkalnictwie nie poprawiają ówczesne sztandarowe osiedla, takie jak
warszawska MDM (wyglądowi Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej poświęcono
całe posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR, zastanawiając się m.in. nad
wnętrzami sklepów) czy zbudowana jako wzorcowe miasto socjalistyczne Nowa
Huta. Sytuację mieszkaniową w latach pięćdziesiątych trafnie scharakteryzował
w swoich Pro memoria prymas Stefan Wyszyński, notując w 1952 roku: Kolędy
odsłaniają nieraz tak okropne warunki mieszkaniowe, że trudno pojąć, jak ci
ludzie mogą tam żyć.

Wysyp skarg związanych z sytuacją mieszkaniową w okresie stalinowskim
nastąpił w czasie październikowej odwilży. Znaczna część listów kierowanych
do najpopularniejszego wówczas tygodnika „Po prostu” dotyczyła właśnie
problemu mieszkaniowego, a za reprezentatywny można uznać list absolwenta
studiów „zesłanego” do pracy do Szydłowca, który pisał o ludziach
mieszkających w „rozpadających się norach”. Partyjny literat Jerzy Putrament
konstatował zaś w połowie lat pięćdziesiątych, że choć jako poseł stara się
załatwiać różne problemy bytowe proszących go ludzi, to jednej rzeczy nie
może załatwić... - mieszkania.

Nowa polityka mieszkaniowa

Bankructwo takiej polityki mieszkaniowej stało się jasne nawet dla
peerelowskich władz. Już od 1954 roku rozpoczęto wydawanie zezwoleń
spółdzielniom mieszkaniowym na budowę mieszkań własnościowych oraz wyłączono
część domów i mieszkań spod kwaterunku (jak potocznie nazywano domy
zarządzane przez rady narodowe w ramach publicznej gospodarki lokalami).
Przełom w tej dziedzinie nastąpił już po październiku 1956 roku, kiedy
ogłoszono tzw. nową politykę mieszkaniową. Pierwszy sekretarz KC PZPR
Władysław Gomułka na początku 1957 roku powiedział, że gdyby choć jedną
trzecią kwoty, jaką ludność wydaje na wódkę, przeznaczyć na budowę mieszkań,
to w ciągu kilku lat przestałoby ich brakować. Od 1957 roku wznowiła
działalność spółdzielczość mieszkaniowa, ludność zaczęła otrzymywać kredyty
na budowę domów jednorodzinnych. Po Październiku swoje domy odzyskali
prywatni właściciele, gdy ich metraż nie przekraczał 110 mkw.

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych spółdzielczość odnotowała bardzo dobre
wyniki. Choć wybudowała zaledwie jedną dziesiątą z 1,2 mln izb planowanych w
latach 1956-1960 (tj. ok. 450 tys. mieszkań), to jednak w odróżnieniu od
głównego inwestora - rad narodowych, budowała terminowo i solidnie.



Na początku lat sześćdziesiątych władze znów doszły do wniosku, że
priorytetem jest rozwój przemysłu ciężkiego, i zrezygnowały z przeznaczania
dodatkowych środków na budownictwo mieszkaniowe. Władysław Gomułka
stwierdził, że trzeba tworzyć miejsca pracy dla pokolenia wyżu
demograficznego i z tego powodu państwo nie może sobie pozwolić na
wybudowanie więcej niż 1,2 mln izb (ok. 450 tys. mieszkań) do 1965 roku.
Zmniejszenie nakładów na budownictwo uniemożliwiło jakąkolwiek poprawę
sytuacji mieszkaniowej. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych wstrzymywano
też przydziały mieszkań.

Chcąc wykorzystać jak najlepiej środki przeznaczone na budownictwo, władze
domagały się od inwestorów (przede wszystkim spółdzielni mieszkaniowych)
przestrzegania ściśle określonego metrażu mieszkań oraz ograniczyły kredyty
dla inwestorów indywidualnych, gdyż ci, zdaniem decydentów, budowali za duże
    • krotki Re: troche histori 1 17.01.05, 14:31
      mieszkania. Inną idée fixe było promowanie tzw. budownictwa oszczędnego. W
      praktyce oznaczało to, że jedna łazienka miała przypadać na kilka mieszkań.
      Ograniczano też „zbędne” powierzchnie i otwory okienne (stąd wzięły się małe i
      ciemne kuchnie). Tylko stanowczości ówczesnego przewodniczącego Wojewódzkiej
      Rady Narodowej w Warszawie Janusza Zarzyckiego zawdzięcza stolica, że nie
      wybudowano w tym czasie bloków mieszkalnych z tzw. suchymi ustępami. Mniej
      szczęścia miały inne miasta, np. Gdańsk. O tym, że nie jest to dobry pomysł,
      nie przekonała peerelowskich decydentów ani okoliczność, że praktycznie nigdzie
      w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych nie udało się wykonać planów
      budownictwa oszczędnego (za co w 1962 roku wicepremier Julian Tokarski otrzymał
      upomnienie od Biura Politycznego KC PZPR), ani też raport NIK z 1965 roku, w
      którym stwierdzono, że nie da się w warunkach polskiej gospodarki budować tak
      tanio, jak życzą sobie partyjni decydenci. Do ekipy Gomułki nie docierały
      również sygnały od samych zainteresowanych. Badania i analizy prowadzone przez
      Instytut Gospodarki Mieszkaniowej w latach sześćdziesiątych wskazywały
      na „szybkie zużycie społeczne” mieszkań budowanych według oszczędnych norm.
      Bardziej lapidarnie ujął to przewodniczący rady Centralnego Związku Spółdzielni
      Budownictwa Mieszkaniowego: Ci, którzy za dwadzieścia lat będą mieszkać w tych
      mieszkaniach, nas przeklną.

      Fabryki domów i spółdzielnie

      Władze pokładały duże nadzieje na poprawę sytuacji w tzw. nowoczesnych
      technikach budowlanych. W 1962 roku Biuro Polityczne KC PZPR domagało się
      stosowania na szerszą skalę takich materiałów jak azbest i strunobeton. W
      pierwszej połowie lat sześćdziesiątych zaczęto również eksperymentalnie budować
      w technice wielkiej płyty. Czasami przynosiło to opłakane rezultaty. W 1964
      roku oddano w Łodzi blok na osiedlu Dąbrowa wykonany w technice wielkiej płyty.
      Po kilku miesiącach okazało się, że odpada tynk, a na ścianach pojawiają się
      kilkumilimetrowe odstępy i rysy. Mieszkańcy zaczęli się domagać innych
      mieszkań. Całą sytuację opisał w „Polityce” Aleksander Paszyński, podkreślając,
      że nie jest to przypadek odosobniony i że w latach 1963-1964 w Łodzi świadomie
      budowano domy złe, szybko i tanio. Sytuacje takie jak ta nie stanowiły jednak
      dla władz problemu i w drugiej połowie lat sześćdziesiątych w technice wielkiej
      płyty budowano już 20 proc. mieszkań. W latach siedemdziesiątych i w pierwszej
      połowie osiemdziesiątych domy wielkopłytowe dawały ok. 70 proc. nowych
      mieszkań. W czasach Gierka zaczęły też powstawać wytwórnie prefabrykatów,
      nazywane potocznie fabrykami domów. W 1980 roku było ich 150. Niska jakość i
      nieefektywność tej techniki zaczęła być powszechnie krytykowana w ostatniej
      dekadzie PRL. W wydanej w 1986 roku książce Perspektywy wyjścia z kryzysu Józef
      Kaleta postulował powrót do tradycyjnych metod w budownictwie.



      Rok 1965 przynosi również kres autonomii spółdzielczej. Od tej chwili
      spółdzielnie miały realizować większość budownictwa mieszkaniowego. Wyręczając
      rady narodowe, stały się drugim kwaterunkiem. Gwoździem do trumny polskiej
      spółdzielczości mieszkaniowej stała się instytucja kandydata na członka.
      Wprowadzając ją, władze chciały osiągnąć dwa cele: ściągnąć pieniądze z rynku
      poprzez wpłaty na książeczki mieszkaniowe oraz stworzyć pozory rozwiązania
      problemu mieszkaniowego. W praktyce oznaczało to powstanie liczącej kilkaset
      tysięcy grupy ludzi (tylko do 1970 roku ok. pół miliona), którzy płacąc na
      nowe „M”, przez lata nie mieli pojęcia, kiedy je otrzymają.
      Wymuszone „uspółdzielczenie” nie poprawiło sytuacji mieszkaniowej, spowodowało
      za to przeniesienie się kolejek oczekujących spod drzwi wydziałów lokalowych
      rad narodowych do gabinetów prezesów spółdzielni.

      Druga Polska

      Edward Gierek zdawał sobie sprawę, że rozwiązanie problemu mieszkaniowego
      będzie jednym z decydujących czynników dla społecznej akceptacji jego rządów.
      Nigdy wcześniej ani później nie oddano w Polsce do użytku tylu mieszkań. W
      latach 1971-1980 budowano ich rocznie średnio ok. 220 tys. Niestety, ilość nie
      szła w parze z jakością. Do dzisiaj ekipy remontowe rozpoznają wykonawstwo lat
      siedemdziesiątych po jego wyjątkowo niskiej jakości. Budownictwo to nie było
      również skoordynowane z tworzeniem infrastruktury. Na porządku dziennym było,
      że oddawano osiedla bez dróg dojazdowych (zastępowały je zwykle rozrzucone byle
      jak płyty, najczęściej mocno już sfatygowane), pawilonów sklepowych i
      parkingów, a czasami także bez wody bieżącej i energii elektrycznej, jak
      Osiedle Świętokrzyskie w Kielcach.

      Powstało wtedy wiele osiedli mieszkaniowych, które ze względów estetycznych lub
      funkcjonalnych nie powinny były powstać. Przykładem może być zabudowa terenów
      zalewowych we Wrocławiu, co spotęgowało skutki powodzi w 1997 roku, bądź
      zeszpecenie Kielc, gdzie na okalających miasto wzgórzach wyrosły osiedla bez
      żadnej myśli architektonicznej. Pośpiech i chęć wykonania planów przed świętami
      państwowymi powodowały anegdotyczne już fuszerki, których skutki mogły mieć
      jednak dramatyczne następstwa dla mieszkających w tych domach ludzi i
      przynosiły państwu gigantyczne straty. Przykładem może być historia opisana
      przez Andrzeja Sołdrowskiego w książce Byłem inżynierem w PRL, kiedy to w 1983
      roku zajął się wraz z zespołem naprawą dużego, piętnastokondygnacyjnego budynku
      na osiedlu Irys w Chorzowie. Dom stopniowo się zawalał, choć został wybudowany
      w 1975 roku. Po prywatnym śledztwie okazało się, że był wykańczany podczas
      grudniowych mrozów, co drastycznie obniżyło jakość betonu, a na pierwszym
      piętrze, tam, gdzie występowały największe pęknięcia, nie wykonano zbrojenia -
      opierał się więc na gołym betonie. Anegdotkę o podobnej jakości wykonawstwie
      opowiedział w 1973 roku ówczesny premier PRL Piotr Jaroszewicz Mieczysławowi
      Rakowskiemu: oto w Warszawie budowano dom z prefabrykatów i czwarte piętro
      złożono z elementów przeznaczonych na piwnice.



      Choć skala inwestycji mieszkaniowych w latach siedemdziesiątych była ogromna,
      wśród oczekujących byli równi i równiejsi. Sytuacja, jak w jednej warszawskich
      spółdzielni badanych przez socjologów, gdzie 20 proc. mieszkań oddawano do
      dyspozycji rad narodowych, 30 proc. MO i wojska, a 20 proc. przydzielało
      kierownictwo za łapówki, była zjawiskiem codziennym.

      Im zresztą wyżej, tym korupcja mieszkaniowa nabierała większego rozmachu.
      Sporządzone w 1980 roku opracowanie NIK (kierowanej przez Mieczysława Moczara)
      zawierało kilkadziesiąt nazwisk wojewodów, wojewódzkich sekretarzy partyjnych
      oraz całego kierownictwa partii i państwa lat siedemdziesiątych z Edwardem
      Gierkiem na czele, którzy z publicznych pieniędzy zbudowali sobie wille.
      Propagandowym rozliczeniem tych praktyk, służącym legitymizacji ekipy gen.
      Jaruzelskiego, był w latach osiemdziesiątych proces Adama Glazura, ministra
      budownictwa w rządzie Jaroszewicza, którego w 1982 roku skazano na siedem lat
      więzienia. Udowodniono mu, że z podległych sobie przedsiębiorstw państwowych
      wyłudził ok. 1,2 mln zł (średnia pensja w drugiej połowie lat siedemdziesiątych
      wynosiła ok. 4 tys. zł) oraz materiały i robociznę na własną willę.

      Dekada propagandy sukcesu nie rozwiązała problemu braku mieszkań. Według danych
      ze spisu powszechnego w 1978 roku w Polsce przypadało średnio 1,2 osoby na izbę
      mieszkalną (za izbę uważano również kuchnię). Spora część mieszkań nie nadawała
      się do dalszego użytkowania. Nie jest przypadkiem, że największa frustracja
      występowała tam, gdzie sytuacja mieszkaniowa była najtragiczniejsza. W Radomiu,
      gdzie w 1976 roku wybuchł protest robotniczy, w latach siedemdziesiątych
      mieszkania były najbardziej zagęszczone w Polsce, a powierzchnia statystycznego
      lokalu była jedną z najniższych.

      Chęć pozyskania dewiz spowodo
      • krotki Re: troche histori 2 17.01.05, 14:41
        Chęć pozyskania dewiz spowodowała, że w latach osiemdziesiątych zaczęto
        sprzedawać mieszkania poza kolejnością, za walutę. Zajmowało się tym Biuro
        Handlu Zagranicznego „Lokum”, utworzone w 1974 roku. Do końca lat
        siedemdziesiątych w ten sposób zostało sprzedanych ok. 4 proc. mieszkań
        spółdzielczych. Podobnie było w następnej dekadzie. W 1985 roku
        pięćdziesięciometrowe mieszkanie można było nabyć w Krakowie za ok. 17 tys.
        dolarów.

        Od dziadka, z zakładu bądź z saksów

        Kryzys całej gospodarki pod koniec lat siedemdziesiątych miał również wpływ na
        sytuację w mieszkalnictwie. W 1980 roku wybudowano w PRL o 20 proc. mieszkań
        mniej niż w latach ubiegłych. Nic więc dziwnego, że dziewiętnastym z 21
        sierpniowych postulatów było skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie.



        Podejmowane nieudolnie przez władze po wprowadzeniu stanu wojennego reformy
        gospodarcze niewiele mogły zmienić. Tylko Komitet Wojewódzki PZPR w Bydgoszczy
        szacował, że w 1982 roku tysiąc z nowo zawartych małżeństw zamieszkuje w
        pomieszczeniach nie nadających się do tego. Nie pomogły również pomysły Jerzego
        Urbana, który w 1982 roku proponował gen. Jaruzelskiemu masową budowę mieszkań
        dla ludzi młodych jako sposób na odciągnięcie ich od „Solidarności”. Twierdził,
        że „mogą być tanie i byle jakie”. Sytuację panującą w polskim mieszkalnictwie
        lat osiemdziesiątych znakomicie obrazowały dwa głośne filmy: serial komediowy
        Stanisława Barei Alternatywy 4 oraz wyemitowany w telewizyjnej Dwójce w połowie
        lat osiemdziesiątych dokument O człowieku, który mieszkał w skrzyni.

        Prasa lat osiemdziesiątych raz po raz opowiadała budujące historie o młodych
        ludziach, którzy nie mogąc się doczekać własnego osiedla od spółdzielni,
        postanowili w czynie społecznym zbudować je sami, częściej jednak epatowała
        smutną statystyką, z której wynikało, że liczba oczekujących na przydział
        mieszkań stale rośnie - w połowie lat osiemdziesiątych deficyt na rynku
        lokalowym szacowano na 1,5 mln mieszkań. W gazetach, np. „Życiu Gospodarczym”
        czy „Tygodniku Odrodzenie”, opisywano także różne strategie przystosowawcze.
        Mieszkanie można było uzyskać, meldując się u dziadków i dziedzicząc w ten
        sposób przydział kwaterunkowy, uzyskać je (jak przez całe czterdziestolecie) od
        swojego zakładu pracy lub kupić na rynku wtórnym za zarobione na saksach
        dolary. To ostatnie było chyba najłatwiejsze ze względu na bardzo wysoki kurs
        dewiz. Jeszcze innym sposobem na zdobycie mieszkania było tzw. małżeństwo
        mieszkaniowe. Historię, jakich było wówczas wiele, opisał w 1985 roku
        tygodnik „Odgłosy”. Zaczynała się od romantycznego ogłoszenia matrymonialnego,
        w którym trzydziestopięciolatek bez nałogów, ale z czteropokojowym mieszkaniem,
        chciał poznać atrakcyjną, z maturą, w celu matrymonialnym. Spotkanie
        doprowadziło do małżeństwa, zwłaszcza że przyszła synowa szybko zaskarbiła
        sobie sympatię teściowej, jednak już po roku okazało się, że największym atutem
        tego związku jest mieszkanie, i małżeństwo zaczęło żyć w faktycznej separacji.
        Ostatecznie atrakcyjna z maturą pozostała w mieszkaniu, a jej mąż przeprowadził
        się do mamy.

        Pod koniec lat osiemdziesiątych stało się jasne, że mieszkania są dla tych,
        którzy są w stanie je kupić, i problemu nie rozwiążą uchwały Biura Politycznego
        ani propozycje Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Mieszkanie stało się
        towarem. I tak już zostało.


        powrót »



        Tekst pozostawai wprawdzie ogromny niedosyt ale i tak zawiera sporo
        szczególów - są szczegółowsze pozycje na ten temat ale w specjalistyznych
        czasopismach niedostępne w necie - dlatego warto by tu był

        kiosk.onet.pl/1211598,1,6,1292,druk.html
        ale pewnie tam niedługo zniknie


        Pozdrawiam
Pełna wersja