krotki
05.02.05, 09:10
W GW ukazał sie pierwszy sensowny tekst na temat najmu oczywiście autorem nie
jest Wielgo - nie znam tej osoby co to pisała ale zrobila to w sposób dośc
wyważony o ile prawdziwe sa informacje zawarte w tej publikacji to jest to
ciekawy matriał dlatego zamieszczam go całosci - Może by w tym watku wlasnie
zamieszczac z poszczególnych miast relacje co sie dzieje, jak loklatorzy
przyjęli podwyzki 20032 jak teraz - kto ma procesy jak sie ciągną itp.
Ale zwrócice uwagę PO NIE jest za uwolnieniem czynszu!!!!!! jest za
stopniowym!! oto prawdziwa twarz!
Czynszowa wojna o cztery kąty
Małgorzata Zubik 05-02-2005, ostatnia aktualizacja 05-02-2005 00:14
Lokatorka: - Traktują nas jak meble. Właścicielka kamienicy: - Żeby
wyprowadzić się od rodziców muszę wziąć kredyt
W piątek, 17 grudnia, prezes Mirosław Szypowski i 800 kamieniczników z jego
Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości w Warszawie mieli naprawdę duży powód do
radości. Czekali na tę chwilę od dziesięciu lat. Wreszcie posłowie rozwiązali
im ręce. Choć raz będą mogli zażądać takiego czynszu od lokatorów
kwaterunkowych, jaki tylko im się zamarzy.
Tego samego dnia Monika Dąbrowska zajmująca razem z pięcioosobową rodziną dwa
pokoje z kuchnią w prywatnej kamienicy przy Grochowskiej wpadła w rozpacz.
Już raz, dwa lata temu, dostała 100-proc. podwyżkę. Teraz właściciel zechce
więcej. A ona wie jedno - nie jest w stanie płacić ani grosza więcej.
Życie na huśtawce
Skąd takie emocje? Strach lokatorów z tzw. kwaterunku (to ci, którym przed
laty gmina przydzieliła mieszkania z niskim czynszem, a oni tych mieszkań nie
wykupili) narastał już od 1994 r., gdy ustalono, że styczeń 2005 przyniesie
zupełne uwolnienie czynszów. W ostatniej chwili rząd postanowił tę wolność
trochę powstrzymać, tak by podwyżki nie były lawinowe. Posłowie lewicy
przeforsowali jednak zmianę i okazało się, że pierwsza podwyżka dla lokatorów
z kwaterunku może być dowolna. A dopiero każda następna nie większa niż 10-
proc. Posłowie zreflektowali się (m.in. po publikacjach "Gazety") i kilka dni
później zmienili prawo.
Mirosław Szypowski na próżno więc zacierał ręce. Wcześniej obliczył, że w
stolicy rozsądny czynsz to 15-20 zł za 1 m kw., a teraz okazało się, że
maksymalny, który wynosi 11,26 zł, można podnieść jedynie o 10 proc., i tylko
dwa razy do roku.
Właściciele są więc bardzo niezadowoleni.
Lokatorzy też. Ich umowy najmu nie są już bezpieczne i dożywotnie, a czynsz
prędzej czy później wzrośnie.
Monika Dąbrowska jest na wcześniejszej emeryturze, mąż pracuje od rana do
wieczora. Mają chore dziecko i dokładnie liczą każdy grosz, bo co miesiąc
boją się, że go przed wypłatą zabraknie. - Najgorsza jest ta niepewność -
mówi. - Gdyby mnie było stać na czynsz, nie przejmowałabym się zmianami,
przepisami. A tak jest jak na huśtawce - opowiada.
Ten pokój to ściana płaczu
We wtorki w korytarzu kamienicy przy ul. Pięknej 3 tworzą się kolejki. Tu
udziela porad Polska Unia Lokatorów. W ogonku czeka pani Barbara, emerytka z
zakładowego bloku przy Nowogrodzkiej. - Gdy w 1966 r. odbierałam klucze do
mieszkania, mówiono, że są nasze - opowiada. - Potem okazało się, że trzeba
je wykupić. Innym sąsiadom się udało, ja nie miałam pieniędzy. Teraz jest
prywatna właścicielka. Ma 45 mieszkań.
Pani Barbarze głos się załamuje, gdy mówi o podwyżce z 3,5 zł za metr do 7 zł.
- A przecież pracowałam społecznie, tysiące godzin, odbudowywałam miasto. A
teraz taki czynsz. I jeszcze w każdej chwili mogę dostać wymówienie - skarży
się i dodaje, że będzie się bronić. - Nie będę otwierać listów poleconych. Do
skrzynki zajrzę, ale listów odbierać nie będę. No i sprawdzę, czy podwyżka
czynszu rzeczywiście pójdzie na nowe okna. Faktur się będę domagać - zapewnia.
Gdy tylko posłowie zaczęli poprawiać przepisy, wielu właścicieli uznało, że
natychmiast trzeba ze zmian skorzystać.
- Nie czekali nawet na to, żeby ustawa weszła w życie - opowiada Helena Denis
z Polskiej Unii Lokatorów. Wysłuchuje zwierzeń lokatorów i udziela porad. -
Ten mój pokój to taka ściana płaczu. Lokatorzy są słabą stroną. Zupełnie nie
orientują się w przepisach.
Kamienicznika nie stać na mieszkanie
Maria Putkowska jest młoda, energiczna, ma posadę w znanej firmie i okazałą
kamienicę na Mokotowie. W tekście zmieniamy jej nazwisko. Prawdziwego nie
poda, bo nie chce, by uważano ją za osobę bogatą i by lokatorzy dowiedzieli
się o tym, że budynek chce sprzedać.
Kamienicę zbudował jej dziadek, ale kto wie, czy większych starań nie
dołożyła wnuczka, która całe lata starała się o jej zwrot.
W końcu gmina budynek oddała. A z nim 65 lokatorów.
- Najpierw podniósł się krzyk, że nie wiadomo, kto ja jestem. Lokatorzy
wojowali na wszystkie sposoby, aż się przekonali się, że jestem wnuczką
właściciela, a nie kimś ze Stanów, kto dom sobie załatwił - opowiada.
Maria Putkowska, formalnie właścicielka kilkudziesięciu lokali, musiała kupić
mieszkanie u dewelopera, pod Warszawą (bo taniej), w wielorodzinnym budynku.
Wzięła kredyt na 30 lat. - Moja mama często się zastanawia, jak to możliwe,
że chociaż rodzina ma kamienicę wartą kilka milionów, to trzy pokolenia
gnieżdżą się razem z psem w trzypokojowym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty
na Ursynowie - opowiada Putkowska i tłumaczy, że gdyby chciała jedno z
mieszkań w kamienicy przeznaczyć dla siebie, to musiałaby latami chodzić do
sądu.
Bunt przeciwko nowym czynszom
Barbara Nowacka, właścicielka kamienicy, od czterech lat walczy o to, by
zamieszkać we własnej kamienicy. Nie tylko nie ujawni w tekście prawdziwego
imienia i nazwiska, ale zastrzega nawet nazwę dzielnicy, w której ma
budynek. - Mam wstrętnych lokatorów - tłumaczy.
Stawki czynszu w jej kamienicy dyktuje nie ona, ale lokatorzy. Gdy dwa lata
temu zarządziła podwyżkę do 7 zł za metr, lokatorzy ją zbojkotowali i sami
zdecydowali, że będą płacić 4,5 zł z metra. - Były upomnienia, ugody, na nic
się to nie zdało. Musiałam dać wypowiedzenia. Wtedy mnie "ukarali".
Stwierdzili, że będą płacić tyle, ile płacili gminie, czyli dwa złote z
groszami. Poszłam do sądu. Do dziś czekam na wyrok - opowiada pani Barbara.
W desperacji szukała pomocy nawet w Polskiej Unii Lokatorów. Powiedziano jej,
że nie ma wyjścia - skoro o budynek dba (a dba: odnowiła elewację, wymieniła
rury, wyremontowała klatkę schodową), niech pozwie lokatorów do sądu.
- Włożyłam w nią całe oszczędności, a w zamian nie mam nawet grosza - wyznaje.
Płaca jak za starych czasów
Monika Dąbrowska z Grochowskiej mieszka w lokalu po rodzicach. - Gdy
dostawali przydział ponad 40 lat temu, nawet im do głowy nie przyszło, że
budynek ma jakiegoś prywatnego właściciela - opowiada. - Gmina dom zwróciła z
nami w środku. Potraktowano nas jak meble.
Właściciel podniósł czynsz tak szybko, jak tylko mógł - czyli dwa lata temu.
Stawka - 5,25 zł za metr. Pani Monika już wtedy była w rozpaczy. - Płacimy,
ale ledwie nam wystarcza na życie. Boję się, co będzie dalej. A jeśli
właściciel zażąda 11 zł za metr? To kwota kosmiczna.
Pani Ewa z kamienicy przy Brackiej opowiada, jak wyremontowała mieszkanie na
własny koszt i dostała pustostany po sąsiadach - lokal to dawny tzw. kołchoz,
120 m kw. Założyła ogrzewanie gazowe, zbudowała łazienkę, kuchnię, położyła
podłogi. - Od dwóch lat właściciel nalicza prawie 10 zł, potem trochę zszedł,
do 8 zł za metr. Sama sobie standard polepszyłam, a teraz on żąda takiego
wysokiego czynszu. Zresztą taką samą stawkę wprowadził sąsiadom z dołu,
którzy zajmują takie mieszkanie jak ja. Różnica jest taka, że tam jest
czterech lokatorów i jedna ubikacja na wspólnym korytarzu.
Lokatorzy podwyżki nie uznali. Płacą czynsz jak za dawnych dobrych czasów,
gdy budynek należał do gminy (ok. 3 zł za metr). Sprawą zajął się sąd. -
Przyszło mi płacić 800 zł zaległości miesięcznie. Nie mam z czego. Zarabiam
1,7 tys.