henryk.tubacki
26.07.05, 19:47
serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34791,2840511.html
Wielka płyta: blokowiska runą?
Wielka płyta - wielki problem?
"Mrówkowce" zdominowały pejzaż wielu polskich miast
Zawalenie się bloków to realny problem
Anna Cymer 26-07-2005, ostatnia aktualizacja 26-07-2005 18:12
Co trzeci Polak mieszka w blokowiskach, które - zostawione same sobie -
nieuchronnie ulegną degradacji. Już teraz uciekają z nich lepiej sytuowani,
wykształceni mieszkańcy. To nie tylko nasz problem - w osiedlach z wielkiej
płyty żyją 34 miliony obywateli dawnej NRD, Czech, Słowacji, Węgier
Za ojca blokowisk uważany jest Le Corbusier, słynny architekt modernista,
który w latach 20. i 30. XX wieku propagował teorię "maszyny do mieszkania":
gigantycznego bloku z prefabrykatów, w którym powierzchnie lokali są
ograniczone do minimum, zaś umieszczone na piętrach pralnie, świetlice,
sklepy te niedogodności rekompensują. Na początku lat 50. tę teorię wcielono
w życie w Marsylii, w postaci wielkiego wieżowca, tzw. Jednostki
Mieszkaniowej. Dziś marsylski blok jest atrakcją turystyczną i lokatorzy
cieszą się tylko z zarobków, które mają dzięki zwiedzającym.
Ale całą winą nie należy obarczać Le Corbusiera. W okresie międzywojennym
wielu architektów poszukiwało tanich i szybkich sposobów rozwiązania
problemu mieszkaniowego. Niemiecki Bauhaus, holenderski De Stijl, rosyjscy
konstruktywiści - wszyscy widzieli lekarstwo w masowo produkowanych, małych
mieszkaniach. Jednak pomysły te przyjęły się po II wojnie na skalę masową
tylko w krajach komunistycznych. Na terenie dawnego RFN co 60 obywatel
mieszkał w blokowisku, w NRD - co trzeci.
Duża koncentracja absurdu
W Polsce pierwsze bloki z płyty powstały na warszawskich Jelonkach w 1957
roku. Potem budowano kolejne, w których "za pomocą prostych środków i
niewielkiej liczby elementów uzyskano układ o dużych walorach przestrzennych
i funkcjonalnych", a "swoboda dysponowania terenami, uzyskana dzięki dużej
koncentracji kubatur, ułatwia dalsze doskonalenie projektu" - tak pisała
wówczas "Architektura" i nikt się nie zastanawiał, czy osiedla na 20 tys.
ludzi ("duża koncentracja kubatur") nadają się do mieszkania.
Na początku lat 60. przyjęto program masowego budownictwa zakładający
produkowanie w tzw. fabrykach domów ok. 220 tys. mieszkań rocznie. Dziś
bloki się sypią - i trudno się dziwić, skoro 15 proc. prefabrykatów ulegało
uszkodzeniu już w transporcie, drugie tyle podczas składowania! Mieszkańcy,
jeśli mogą, uciekają nie tylko przed ciasnotą, hałasem, wadami
technologicznymi - także przed tzw. przekroczeniem skali ludzkiej.
Kolosalne, zamieszkane przez dziesiątki tysięcy ludzi kondominia,
najczęściej oddzielone od miasta trasami szybkiego ruchu lub terenami
przemysłowymi, mogłyby być samodzielnymi miastami (na Ursynowie mieszka tyle
ludzi co w Olsztynie!). Jednak osiedlom brak centrów, gdzie skupiałoby się
życie - rynku, placu, deptaka. Pawilony handlowo-usługowe, które miały
"organizować życie społeczne", powstawały chaotycznie wiele lat po
zasiedleniu okolicy.
Bloki stoją tyłem do ulicy - dookoła osiedla biegną trasy komunikacyjne,
wewnątrz są już tylko niewielkie alejki, bezpieczne jako miejsce spacerów,
ale pozbawione tradycyjnego "miejskiego" życia (co to za miasto bez ulic?).
Jeden dom kultury ma wypełnić wolny czas 20 tys. mieszkańców. Zasada:
"wszystko tu wspólne, czyli niczyje" tylko wzmacnia wyobcowanie mieszkańców.
Od pewnego czasu w środowisku polskich architektów i urbanistów toczy się
dyskusja o rewitalizacji tych terenów. Bo ?ocieplanie i malowanie to żadna
rewitalizacja?, jak mówi współprojektant warszawskiego Ursynowa Północnego
Jerzy Szczepanik-Dzikowski. Takim wnioskiem zakończyła się też zorganizowana
przez ?Architekturę - Muratora? konferencja ?Od osiedla społecznego do
osiedla strzeżonego?. ?Staliśmy się świadkami dehumanizacji wielkich
osiedli. Nadszedł czas na ich ? rehumanizację ??- podsumował architekt
Andrzej Kiciński.
Niemcy walczą z blokami
W byłej NRD do rewitalizacji osiedli z płyty zabrano się krótko po upadku
muru. Część wyburzono, część jednak wyremontowano - i podjęto próbę ich
"umiastowienia". Berlin zajął się problemem blokowisk "bo jest za biedny,
żeby z tym czekać - to za dużo kosztuje", jak mówi Britta Schmigotzki,
kierownik organizacji pozarządowej Initiative Wohnungswirtschaft Osteuropa
(IWO). Stworzona w 2001 r. w Berlinie w celu pomocy krajom Europy Wschodniej
w rewitalizacji dużych osiedli IWO organizuje międzynarodowe konferencje,
doradza i proponuje rozwiązania techniczne i finansowe.
W blokowej dzielnicy Hellersdorf w Berlinie, która na początku lat 90.
zyskała złą sławę jako siedlisko młodocianych neonazistów, wprowadzono w
życie ogromny projekt łączący renowację budynków oraz zapewnienie
"blokersom" pracy i rozrywki, czyli walkę z ich "nadmiarem wolnego czasu". -
Jeśli zadba się o zdrowy profil społeczny blokowiska, chętniej pojawią się
inwestorzy, szybciej osiedle odżyje - tłumaczyła Gabriela Rembarz,
urbanistka z Politechniki Gdańskiej, na niedawnej konferencji "Architektury
- Muratora". - Równie ważne jest powstanie lub rozbudowa placówek
publicznych: szkół, szpitali, urzędów.
Taka "implantacja miasta do osiedla" według Rembarz miała miejsce w
Berlinie. Można dyskutować, w jakiej mierze stworzenie placów, nowych ulic,
kameralnych przestrzeni przynależnych do kilku okolicznych budynków zmieniło
oblicze blokowiska. Pewne jest jednak, że połączenie tych przedsięwzięć z
działaniami prospołecznymi znacznie zmniejszyło degradację tego terenu.
Biedronki na ścianach
W Polsce rewitalizacja blokowisk ogranicza się do obłożenia budynków
styropianem, pomalowania ścian w kwiaty, biedronki albo wzory geometryczne
oraz "odświeżenia" przestrzeni międzyblokowych - wymienia się płyty
chodnikowe na kostkę i metalowe huśtawki na drewniane.
W 1996 r. zarząd gdańskiej spółdzielni Zaspa Młyniec jako jeden z
pierwszych rozpoczął modernizację swojego osiedla. Zaczęto od docieplenia
elewacji i dachów; potem bloki pomalowano na żywe kolory, na ścianach
powstały gigantyczne malowidła z Papieżem i Lechem Wałęsą (który tu wiele
lat mieszkał), chodniki wyłożono barwną kostką.
Zaspa to gigantyczne osiedle na terenie dawnego lotniska, wieloklatkowe
budynki rozdzielone widocznym do dziś dawnym pasem startowym. To twór
całkowicie sztuczny, a powstały spontanicznie na pasie startowym "bazarek"
jest jedynym elementem jakoś tę przestrzeń scalającym. Tu nie wystarczą
malowidła na ścianach, żeby lepiej się żyło.
Jednak to ten przykład naśladują inni - każdy remont bloków kończy się
ostatnio pomalowaniem ich na pastelowo. Na "umiastowienie" osiedla, jeśli
komuś to przyjdzie do głowy, nie starcza pieniędzy. I ludzie nadal uciekają
z blokowisk.
Kto za to zapłaci?
W Niemczech, gdzie większość osiedli to własność komunalna, na
rewitalizację blokowisk są dotacje rządowe i korzystnie oprocentowane
kredyty. W rewitalizację Hellersdorfu zainwestowano dotąd ponad 33 miliony
euro!
W Polsce osiedla są własnością spółdzielni mieszkaniowych, a te mają
kłopoty ze ściągnięciem czynszów. Nie istnieje żaden program
współfinansowania remontów przez państwo, spółdzielniom trudno też uzyskać
korzystne kredyty. Skorzystanie z funduszu na poprawę termoizolacji bloków
(to jedyny dostępny) wiąże się z tyloma zabiegami biurokratycznymi,
kontrolami i rozliczeniami, że mało kto chce się w to angażować.
Spółdzielnie radzą sobie więc same. Docieplenie 1m kw. elewacji kosztuje
średnio 1,2 tys. zł. Jeśli blok ma kilkanaście pięter, a spółdzielnia, jak
warszawska Chomiczówka, ma ponad 80 takich budynków, koszty są kolosalne.
Kto tu ma jeszcze ochotę myś