aniapol
16.12.05, 14:50
oto jak nasza ulubiona spec-ustawa chroni słabszych.
podaję link i wklejam cały tekst z dzisiejszej Wyborczej:
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,68586,3069401.html
Kłopoty z dzikim lokatorem
Kinga Konieczny 15-12-2005 , ostatnia aktualizacja 15-12-2005 17:03
Mieszka sobie, jak mieszkał, i śmieje się ze wszystkich. Choć za nic nie
płaci, to ja muszę znaleźć mu lokal, do którego się wyniesie. Oczywiście pod
warunkiem że mu się spodoba. A wszystko przez nowy przepis - mimo
prawomocnego wyroku nasza czytelniczka nie może pozbyć się dzikiego lokatora
z własnego mieszkania.
Pani Kinga jest najemcą lokalu komunalnego, ale w nim nie mieszka, bo od lat
zajmuje je dziki lokator - jej ojczym, któremu klucze do mieszkania dała
żona, czyli matka naszej czytelniczki. Miał być krótko, został na stałe, choć
nie ma ani praw do lokalu, ani nie jest tam zameldowany. To było kilka lat
temu.
- Nie miałam pojęcia o tym, że się tam wprowadził - tłumaczy dziewczyna. -
Przebywałam wtedy u mamy, bo urodziłam dziecko. Ten pan już wówczas nie
mieszkał z mamą (mają tylko ślub kościelny, jeszcze niekonkordatowy). Teraz
widzę, że dając mu klucze, po prostu pozbyła się problemu. Próbowaliśmy tę
sprawę jakoś rozwiązać w gronie rodziny, ale mama, która początkowo chciała
wziąć na siebie choć utrzymanie mojego mieszkania, w którym zamieszkał, w
końcu przestała się tym interesować.
Ojczym zadomowił się na dobre, a odkąd zamieszkał, ona nie może się do lokalu
dostać. Ponieważ od mamy musiała wyprowadzić się, razem z pięcioletnią
córeczką zatrzymała się u przyjaciela. Jakby tego było mało - dziki lokator
czynszu nie płaci. W ubiegłym roku powiedziała dość. Podała sprawę do sądu. W
lutym tego roku zapadł prawomocny wyrok - nakaz eksmisji bez prawa do lokalu
socjalnego.
- Bo cały paradoks w tym, że ten pan nie jest bez środków do życia i może sam
sobie wynająć mieszkanie. Ma stałą pracę. Uczy w szkole filozofii i... etyki -
mówi pani Kinga.
Pechowy przepis
Wyrok miał sprawę zakończyć, ale miała pecha, bo miesiąc przed wydaniem
wyroku wszedł w życie nowy przepis, zgodnie z którym, żeby się pozbyć
dzikiego lokatora, pani Kinga musi mu najpierw znaleźć pomieszczenie
tymczasowe, żeby miał się dokąd przenieść. Takie pomieszczenie to w skrócie
miejsce nadające się do zamieszkania (przynajmniej 5 m kw. na osobę) z
dostępem do toalety i wody, możliwością ogrzewania i gotowania. Ale mężczyzna
byle gdzie przenieść się nie chce. Kiedy pani Kinga zaproponowała
noclegownię, poskarżył się do sądu. Napisał, że jest nauczycielem i
potrzebuje choć kąta do pracy. Sąd skargę uznał.
- To, co mam zrobić, wynająć mu mieszkanie? Bo na kupno mnie nie stać, sama
nie mam własnego - zastanawia się nasza czytelniczka. Zdesperowana
postanowiła załatwić sprawę siłą, czyli włamać się do własnego mieszkania.
Wymieniła zamki, zostawiła kartkę, gdzie jej szukać, żeby ojczym mógł zabrać
swoje rzeczy. Ale on nie przejął się kartką, wyłamał nowe zamki. Wezwała
policję - obiecał policjantom, że się wyprowadzi, więc uznali, że sprawa jest
załatwiona. Znów zaczęła montować zamki, ale następnego dnia zastała wielką
wyrąbaną dziurę w drzwiach. Miała dość. Wynajęła ochroniarzy i z dwoma
osiłkami za plecami stanęła w progu. Kazała się wyprowadzać - wystraszył się,
zaczął się pakować, zamówił nawet bagażówkę.
- I nagle do mieszkania wpadła jego prawniczka, zaczęła krzyczeć, że to ja
się tu włamałam - opowiada pani Kinga - Przyjechało ośmiu policjantów. Nie
wiedzieli, co robić.
Ojczym bagażówkę odwołał i wniósł swoje rzeczy z powrotem. Pani Kinga
odpuściła. To było w październiku.
Niech mieszka, ale w kuchni
Po tym incydencie napisała do gminy. Liczyła, że znajdzie się coś w zasobach
komunalnych, choćby pokój, do którego można dokwaterować jej lokatora, ale
Urząd Miasta odpowiedział, że brakuje mu mieszkań dla swoich najemców z
wyrokami, a co dopiero obcych.
Żeby jakoś sprawę załatwić, w listopadzie zaproponowała więc, żeby mężczyzna
został w mieszkaniu, ale przeniósł się do kuchni. Ona zamieszka w pozostałej
części mieszkania. Komornik wyznaczył termin eksmisji na 29 listopada. Jednak
lokator znów się odwołał.
- Kuchnia to nie jest lokal tymczasowy - uważa ojczym pani Kingi. - Czekam
cierpliwie, aż wskaże mi odpowiedni. To ona wzięła na siebie obowiązek
znalezienia lokalu tymczasowego. Sprawa jest subtelna i skomplikowana, a ja
mam dość szkalowania moralnego. Nie wprowadziłem się na dziko. Zamieszkałem
tam za zgodą żony. Nikomu krzywdy nie zrobiłem. Nie mam się dokąd wyprowadzić.
Sąd nie zdecydował jeszcze, czy przychyli się do skargi ojczyma w sprawie
kuchni.
- Szczerze mówiąc, liczę na cud, bo więcej zrobić nie mogę - wzdycha nasza
czytelniczka. - A on śmieje się ze wszystkich i w oczy mi mówi, że mieszkania
nigdy nie odzyskam.
Eksmisja, to nie opieka
Kinga Konieczny: Co to jest lokal tymczasowy?
Henryk Walczewski, sędzia Sądu Gospodarczego w Krakowie: Z przepisów w ogóle
nie wynika, że to ma być lokal - jest jedynie powiedziane: pomieszczenie
tymczasowe.
Zastrzegam, że nie znam szczegółowo tej konkretnej sprawy, ale przepis
dotyczący pomieszczenia tymczasowego rozumiem w ten sposób: jeżeli ten pan
nie ma prawa do lokalu socjalnego, to oznacza, że sąd uznał, iż może
samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby. A skoro tak, to znaczy, że tymczasowe
pomieszczenie jest tylko na potrzeby eksmisji. Chodzi o to, żeby zanim się
wyprowadzi do jakiegoś lokalu na stałe, mógł gdzieś przenieść rzeczy i by w
ten sposób móc wykonać eksmisję. Podkreślam: wierzyciel, czyli w tym wypadku
najemca mieszkania, ma wskazać pomieszczenie tymczasowe, nie stałe.
Czyli może np. wynająć temu panu pokój w hotelu na, powiedzmy, kilka nocy?
- Tak uważam. Tymczasowe pomieszczenie służy temu, żeby nie wystawiać
człowieka od razu na bruk. Wyrok sądu, to nie jest przyznanie opieki, ale
eksmisja. Ona powinna być wykonana.
Not. end