clevland
18.01.06, 12:13
Źródło:
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3116145.html
Jak opolskiego sędziego pokonał PRL
Zobacz powiększenie
Sędzia Jerzy Wojteczek
Fot. Rafał Mielnik / AG
Agnieszka Jukowska 17-01-2006, ostatnia aktualizacja 16-01-2006 20:20
Znany opolski sędzia Jerzy Wojteczek przegrał przed wszystkim krajowymi sądami
sprawę o odzyskanie swego domu, w którym władze komunistyczne nie pozwoliły mu
nigdy zamieszkać. W wolnej Polsce odprawiono go sposobem rodem z PRL-u
Rodzina sędziego Wojteczka pochodzi ze Złoczowa na Kresach. W 1939 r. jego
rodzice wybudowali tam wymarzony domu. Z 10 pokojami, pięcioma kuchniami i
zabudowaniami gospodarczymi, otoczony dużym ogrodem. Długo się nim nie
nacieszyli, bo przyszła Armia Czerwona i dała im dwie godziny na wyniesienie
się. Wojnę przemieszkali w piwnicy u rodziny. Do Opola przyjechali z
transportami repatriantów.
Macie tu dom, ale wara wam od niego
W 1966 r. rodzice sędziego kupili od państwa domek jednorodzinny w Łodzi.
Władze zgodziły się na jego sprzedaż, uznając to za rekompensatę za mienie
pozostawione na wschodzie. Zapowiedziały, że w ciągu trzech miesięcy
lokatorzy, którzy jeszcze tam mieszkają, opuszczą ten dom.
Niestety, mijały kolejne miesiące, a potem lata i nikt się nie wyprowadził.
Wojteczkowie pisali, że chcą się wprowadzić do swojego domu, ale za każdym
razem im odmawiano, argumentując, że w domu, który był już ich własnością...
nie ma wolnych lokali.
Po dwóch latach rodzina dostał jednak wezwanie, by przejęła zarząd nad domem.
- Zapowiedziałem, że owszem, ale dopiero kiedy będę mógł się tam wprowadzić -
opowiada sędzia. Nikt się tym nie przejął. Nie dość, że nadal Wojteczkom
odmawiano przyznania lokalu w ich własnym domu, to wciąż przedłużano umowy
kolejnym lokatorom.
Mimo to matka sędziego przez 20 lat opłacała czynsz, wciąż pisząc, by
umożliwiono jej wprowadzenie się. W połowie lat 80. dostała pismo, że ma
zaprzestać pisania, bo dom... nie jest jej.
- To było dla niej ciężkie przeżycie. Jej ostatnią wolą było, bym zajął się tą
sprawą - mówi Jerzy Wojteczek.
Jak za komuny
W 1997 r. sędzia rozpoczął więc osobiście starania o odzyskanie domu. Dwa lata
spełzły mu na korespondencji z urzędami. - Najpierw dowiedziałem się z pism,
że dom należy do Skarbu Państwa - mówi z gorzkim uśmiechem sędzia.
Kiedy wskazał wyciąg z księgi wieczystej i akt notarialny, przysłano mu nakaz
zapłaty około 24 tys. zł. Na tyle miasto wyceniło swój wkład do domu przez
lata. Okazało się bowiem, że trzy mieszkające w nim rodziny miesięcznie
płaciły po 40 zł czynszu, więc miasto każdego roku dopłacało po 3-4 tysiące zł.
- Ale nie ja zawierałem z tymi rodziny umowy najmu i nie ja ustalałem stawki
czynszu, jakie płacili administracji, a nie mnie - argumentuje sędzia.
Dowiedział się też, że ma natychmiast przejąć zarząd nad domem, gdyż trzeba w
nim przeprowadzić remonty, bo lokatorzy skarżą się na grzyba. Kiedy znów
odpowiedział, że przejmie zarząd, jak mu pozwolą zamieszkać w jego własnym
domu, dostał pozew.
Sąd nakazał mu przejąć zarząd nad już sypiącym się domem. - Czyli jak się
komuś coś teraz stanie, to ja mam ponosić odpowiedzialność. Mimo że - choć od
40 lat jestem właścicielem - przez te lata nie miałem nic do powiedzenia w
sprawie tego budynku, a nawet nie mogłem do niego wejść. Doprowadzono go do
takiego stanu, że teraz nadaje się już tylko do rozbiórki - uważa sędzia.
Zaproponował lokatorom, by kupili od niego dom, ale usłyszał, że nie chcą
takiej ruiny.
Sędzia wniósł zatem do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Łodzi o uznanie
za nieważne decyzji PRL-owskich władz, które przyznawały lokale w jego domu.
SKO wnioski oddaliło, uzasadniając, że skoro Wojteczek tam nie mieszkał, to
lokale można było przyznawać. Tę argumentację podzielił również Wojewódzki Sąd
Administracyjny w Łodzi.
Wojteczek wystąpił więc o kasację do NSA, argumentując, że nie mieszkał, bo mu
nie pozwolono. Mimo to również przegrał.
A gdy w tym czasie jedna z lokatorek zmarła, administracja budynku wezwała go,
że ma natychmiast zawrzeć umowę najmu z jej córką. Sędzia odpowiedział, że nie
musi wcale tego robić. Po roku dostał pismo, że prawomocnym wyrokiem z nową
lokatorką zawarła umowę administracja.
- Poprosiłem o odpis tego wyroku, bo skoro jestem właścicielem, sąd każe mi
przejąć zarząd, to chciałbym wiedzieć, na jakiej podstawie ktoś komuś
wynajmuje tam mieszkanie. Odmówiono mi, uzasadniając, że nie jestem stroną w
postępowaniu. I tak cofnęliśmy się do stanu prawnego, jaki był 40 lat temu -
mówi z żalem.
Na razie sędzia Wojteczek czeka na uzasadnienie wyroków z NSA. Kiedy go
otrzyma, napisze skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. - To miało
to być naprawienie mojej rodzinie krzywd, ale Armia Czerwona okazało się
bardziej humanitarna, bo jak wyrzucali nas z domu, to przynajmniej nie kazali
sobie za to płacić - mówi z przekąsem.
I dodaje na koniec: - Najbardziej przykre jest dla mnie to, że będę musiał
wytoczyć proces własnemu państwu, w imieniu którego od tylu lat wymierzam
sprawiedliwość.